poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Podstawową procedurą Salanee jest spanie po południu. Wynika to z różnych powodów, głównym jest przyzwyczajenie nabyte od Wolfa. Wpisało się to w mój codzienny rytm, i nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie zasnąć chociaż na kilka godzin. Czasami Salanee ktoś pokrzyżuje plany, wtedy Wolf się biedny nasłucha, i napatrzy na zmarnowaną postać, pseudo człowieka, czy raczej człowieczki;) Dzisiaj, zanim zebrało mi się na spanie, chociaż miałam iść od razu, postanowiłam kilka chwil poświęcić na sprzątanie swojego grajdołka, który przez te parę dni, nazbierał trochę niepotrzebnych rzeczy na różnych częściach szafek... Właściwie nie wiem, kiedy zasnęłam, i jakie okoliczności to sprawiły... Obudził mnie dopiero Wolfik, i kiedy zaczęłam kojarzyć cokolwiek, moim oczom ukazał się bardzo dziwny widok...Otóż..., hym..., jakby to powiedzieć. Sama nie wiem, jak można zasnąć w... butach?! Do teraz nie mam pojęcia, jak to uczyniłam, jednak jestem Salanee, a to do czegoś zobowiązuje, i czasami nie podlega dyskusji. Zrobiłam, i już. Howgh! Na dowód..., zdjęcie zrobione, jak już przejrzałam na oczy:D


piątek, 23 kwietnia 2010

Ostatnio, coraz mniej mnie w świecie blogowym, nie oznacza to, że zapomniałam o Was. Po prostu, nie mam aż takiej potrzeby wpisywania się w ten świat. Dlatego, moje wpisy są krótsze, i rzadsze. O byle czym pisać nie warto, nie chcę, żeby mój blog stał się śmietnikiem, do którego wrzuca się bzdury ( w moim pojęciu oczywiście ),żeby tylko coś było, nie takie miałam założenie. Natomiast to, co dla mnie najbardziej cenne, pozostaje w sferze intymności, którą pozostawię dla siebie, i jednego kochanego ssaczka:)

Życie się kręci, każdy dzień przynosi coś nowego, budzę się z uśmiechem na twarzy, i wiem, że to na pewno będzie dobry dzień. Powtarzalność tego wszystkiego jest jedyna w swoim rodzaju, i tylko..., namacalności brak.

Zaczęłam gonitwę po lekarzach. Nie chce mi się, jak sobie pomyślę, że znowu zobaczę te białe fartuchy, które nic dobrego mi nie powiedzą, to na samym starcie pasuję, idę bez przekonania, i gdybym tylko mogła, to olałabym to wszystko w cholerę. Nie rozumiem tej choroby, nie mogę tego pojąć, jak coś może nie goić się już tyle miesięcy. I ta bezradność, i te rozłożone ręce. Hematolog mi dzisiaj nic konkretnego nie powiedział, muszę zrobić badania, i dopiero w czerwcu dowiem się o wynikach, ciekawe, prawda? I właściwie, to nadal pozostaję w punkcie wyjścia, w sumie brakuje mi ostatnio do tego chorowania słów. Gdyby nie Wolf, to chyba bym tego psychicznie nie wytrzymała, on powoduje, że nie myślę, że potrafię normalnie funkcjonować. Jest ze mną przez cały dzień, to dla mnie bardzo ważne. I mogłabym mu się tu podlizywać, słodzić, ale nie będę tego robić, bo on doskonale to wie, i dzisiaj mógłby to obrócić, że słodzę, bo nie chcę zjeść kolacji..., już ja go znam;)

I to by było na tyle. Nic mądrzejszego nie wymyślę, bo ostatnio w mojej głowie pozostaje tylko miejsce na mózg, a mózgu niet...;)

wtorek, 20 kwietnia 2010

Odwołując się do komentarzy napiszę, co następuje… Ja wiem, że Wolfik ma rację, praktycznie zawsze ją ma, ale, - bo zawsze jakieś, „ale” musi wystąpić, moja osoba, a raczej cecha upartości, czasami nie pozwala zgodzić się z jego racjami, tak dla zasady, ale szaaa. Czy można to u mnie zmienić? Czas pokaże, chociaż pewnie nie będzie łatwo. Ja jestem uparta, Wolfik, jeszcze bardziej, zobaczymy, która siła charakteru będzie mocniejsza, hihihi;):P A, co do fajeczek…, hehehe, wszystko byłoby w porządku, ale Wolf, to jest dopiero „kurzok”. Pali więcej ode mnie, ja przy nim, to weekendowy palacz jestem;) Oczywiście, zapewne zaprzeczy, ale to wtedy faktycznie będę się bić na gołe klaty…:P

Wracając do życia…, wczorajszy dzień, to, że tak powiem problemy komputerowe. Czasami zastanawiam się, co nas jeszcze spotka. Ostatnio, wszystko się sypie, zrobimy jedno, wali się drugie. Póki, co, dajemy radę, ale pod koniec tego wszystkiego wyjdziemy znerwicowani, i z wrzodami żołądka. Pozytywnym aspektem może być to, że doświadczymy się tak bardzo, że może założymy chałupniczy serwis komputerowy, po prostu takie metody prób i błędów? Nas te metody, wczoraj kosztowały, reinstalację Windows, którą notabene Wolf musiał przeprowadzić dwa razy, chociaż tak naprawdę wcale nie było to wymagane, no, ale…, człowiek się uczy całe życie, dzisiaj już wiemy, co było przyczyną. Jeżeli ktoś z Was będzie miał problem z komputerem, chętnie przybędziemy z pomocą, tylko, że…, za konsekwencje nie odpowiadamy;)

Z pola walki: plecki nadal posiadam!

Z życia Amelki. Nowy tekst: „Koniec świata, Walim focha!”

W rytmach reggae, pozostawiam Was, zaznajcie ukojenia, bądźcie szczęśliwi, tak, jak ja jestem:)



niedziela, 18 kwietnia 2010

Dziś był dobry dzień, lubię słoneczko, błękitne niebo, świergot ptaków, nawet ludzie jacyś tacy bardziej pogodni, i uśmiechnięci. Po prostu chce się żyć. Jednak, nie osiągnęłabym tego wszystkiego, gdyby nie "....". To dzięki niemu odżyłam, spojrzałam na życie z innej perspektywy, i śmiało mogę powiedzieć, że..., jestem szczęśliwa, tak... Kiedyś wydawało mi się, że to słowo nigdy nie padnie z moich ust, że moje życie od początku do końca będzie nijakie. Mało tego, wydawało mi się, że przejdę przez nie sama, że nie będę chciała dzielić się z nikim, że będzie mi dobrze w samotności, że będę niezależna, będę sobie sterem, żeglarzem, i okrętem. Pomimo tego, że otaczali mnie ludzie, że miałam swoją paczkę, taką wesołą "kompaniję", z którą spędzałam fajne momenty swojego życia, która była mi bliska, to jednak, gdzieś w serduchu brakowało mi czegoś, dzisiaj wiem, czego... Nie znałam wtedy swojej drugiej połowy, nie miałam człowieka, który potrafiłby się śmiać z tego samego, co ja, milczeć wtedy, kiedy ja, potrafiłby sprowadzić mnie na ziemię, kiedy zaczynałam przesadzać. Zawsze byłam ostrożna, ważyłam słowa, zastanawiałam się nad wszystkimi aspektami,- czasami, nawet przesadnie, ale dzisiaj wiem, że wyszło mi to na dobre, że los mnie wynagrodził do tego stopnia, iż mogę śmiało powiedzieć, JESTEM SZCZĘŚLIWA, bo już nie jestem samotna, bo moje serce bije mocniej, otworzyło się, i wpuściło do środka osobę, którą uwielbiam, przy której czuję się bezpieczna, i z którą spędzanie czasu jest dla mnie zaszczytem, i czystą przyjemnością, tak właściwie, to nie wyobrażam sobie swojego życia, kiedy zabrakłoby w nim tej osoby. O kim mowa? Doskonale wiecie, jeżeli czytacie komentarze,oczywiście... Z góry przepraszamy za nasze zachowanie, ale po prostu tacy już jesteśmy, i się nie zmienimy, bo nam tak dobrze, takie dwa wariaty, które nie mogą się sobą nacieszyć;)
Nigdy od życia nie wymagałam wiele, a ono zrobiło mi niespodziankę, i obdarowało mnie czymś najcenniejszym, dało mi dowód, że warto żyć, jeżeli przy swoim boku ma się taką osobę, jak Wolf. Ssaczek mój powinien wiedzieć, ze jest dla mnie całym światem, i razem pokonamy jeszcze niejedną przeszkodzę, która stanie nam na drodze.

Wpis osobisty, ale taki jest mój blog, i tego nie zmienię. "Bo kiedy z serca płyną słowa, uderzają z wielką mocą, krążą blisko, wśród nas ot tak, dając chętnym szczere złoto..."



sobota, 17 kwietnia 2010

Nie ma to, jak zasiąść do wpisu, próbować myśleć, a później, nie spłodzić nic szczególnego. Spłodzenie,wiem, słowo kojarzące się w sposób różny. W tym wypadku jednak dotyczy tylko tworzenia wpisu, naprawdę. Taki twórczy, wylatujący spod palców, taki mój, taki jedyny w swoim rodzaju...,taki o niczym... Skromność ma nie zna granic, wiem;)

Dzień mój, zaczął się dzisiaj wcześnie, a to za sprawą prywatnej zegarynki zwanej Wolfikiem. Otworzenie patrzałek, nastąpiło o 8? Hym, nie pamiętam nawet dokładnie:) Powodem wstania, była zbliżająca się Amelka, która, jeżeli wpadnie do mnie wcześniej, uniemożliwia mi wykonanie podstawowych czynności, takich jak kąpanie,ubieranie, czy też zmiana opatrunku. Ja nie chcę, aby mała miała kontakt z bakteriami, toteż nie wpuszczam jej do łazienki, często kończy się to wielkim buntem, i odwróceniem w geście focha jej "głowy do przodu". Dzisiaj jednak zdążyłam. Amelka powitała mnie po 9, ale jak ją zobaczyłam... Jednak prawdą jest, że tatusiowie nie potrafią uczesać swoich dzieci, Maludek wyglądał dzisiaj strasznie. Rozczapierzone kudełki, związane w kitkę, jednym słowem, masakra..., można dodać artystyczna...:)Kto widział, ten wie, a ja żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia:) Później były zabawy, i wizyta w sklepie, gdzie Amelka wiodła prym, w uzupełnianiu koszyka, kto płacił? Ciocia, jej tylko dać pieniądze;)

A teraz, jest już noc... i trwają przyjemne konwersacje, a jutro będzie dzień, i znowu buzia od samego rana będzie mi się uśmiechać. Wolfik sprawcą:*

Tymczasem, muszę uciekać, słuchaweczki mnie wzywają, coby mi rozmówcy nie posnęli;)

piątek, 16 kwietnia 2010

Morfeusz dał się wyspać, jednak dzień nie zaczął się dobrze. Pogoda za oknem brzydka, i odbija się to na mnie, a tym samym, na moim zachowaniu. Nie lubię mieć takiego stanu, bo wtedy staję się osobą milczącą, która nie skupia się na niczym szczególnym, potrafi wpatrywać się w jeden punkt, i trwać tak, aż ktoś tego nie przerwie. Niby wiecznie uśmiechnięta, a jednak w rzeczywistości nie zawsze. Takie stany też muszą być, żeby dopełniały całości, gdyby człowiek się wiecznie uśmiechał, to po czasie zrobiłbym się chyba nudny? Z drugiej strony, człowiek lubi obdarowywać innych swoim uśmiechem, wie, że wielokrotnie wywołuje to pozytywne emocje na ich twarzy, jest to największa wartość, w życiu człowieka, i dlatego, tak bardzo mu źle, kiedy nie da rady uśmiechnąć się szczerze, bo nie ma nastroju, i powoduje, że innym buźki też smutnieć zaczynają…, Co na to wpływa? Hym, dzisiaj akurat niedogodność w postaci wykorzystywania mnie na każdym kroku, bez względu na moje samopoczucie, na moją kondycję, na moje dolegliwości. Nie liczą się ze mną, a ja sama, niewiele zdziałać mogę, żeby to zmienić. Tak bym chciała być już zdrowa, i zacząć przeradzać w czyny, swoje plany. Tak bardzo…



czwartek, 15 kwietnia 2010

Nastrojowo, skromnie. Inspiracja, - Wolfik. Wyciszające dźwięki, ukoją duszę, uspokoją umysły, pozwolą zasnąć, a Morfeusz, który zabierze nas w ten świat, niech przyniesie dobre sny, i pozwoli wyspać się organizmowi, ofiarując czwartą fazę snu najwcześniej o godzinie 4 nad ranem...



wtorek, 13 kwietnia 2010

Każdy z nas ma jakieś słabości, ludzkie słabości. Są one czymś normalnym, człowiek jest istotą żywą, a więc podlega wszelkim pokusom, które pozwalają mu na jakiś czas zapomnieć o problemach. Wolna wola, daje nam wybór, i przechodzimy przez życie tak, jak chcemy, to od nas zależy, czy poddamy się, i pójdziemy na łatwiznę, czy pomimo trudności, stawimy temu czoła, i pokażemy, że z nami nie ma tak łatwo, że w chwilach gorszych, czasami wydających się bez wyjścia, będziemy potrafili wykrzesać z siebie, zapasy energii, która w jakiś sposób zmotywuje nas do tego, żeby zacząć żyć, żeby zacząć się podnosić z tego, w czym trwamy. Najważniejsze, żeby nie zagłębiać się w ten stan, w takich momentach trzeba szukać oparcia, pocieszenia, najbliżej, jak się da. Trzeba chcieć. Będzie trudno, bo tak zawsze być musi, żeby potem było lepiej, ale jeżeli my sami nic z tym nie zrobimy, to popadniemy w jeszcze gorszy stan, a to już niedaleka droga do całkowitego załamania, i popadnięcia w apatię… Podobno nie ma sytuacji bez wyjścia, podobno zawsze musi być lepiej, walczyć trzeba o to. Zawsze mi tak powtarzano, zawsze mnie motywowano, kiedy miałam gorszy moment w swojej chorobie, kiedy już nie chciało mi się walczyć o to moje zdrowie, bo i tak nie zależało mi na życiu, bo nie widziałam nic pozytywnego w tym moim istnieniu. Byłam, istniałam, ale tak jakby nie miało to dla mnie żadnego głębszego sensu. Mimo wszystko, wyciągano mnie z tego, sprawiano, że zapominałam o takim myśleniu, że zaczynałam wierzyć, „a może jednak to jest racja, nie poddawaj się, spróbuj jeszcze raz, masz, dla kogo, są osoby, dla których w jakiś sposób jesteś ważna, które Ciebie lubią, nie zawiedź ich…” I tak mijał dzień za dniem, znosiłam ból, który czasami był potworny, lało się dużo łez, ale wiedziałam, że nie jestem sama, że muszę podołać, bo jak nie ja, to, kto to za mnie zrobi, że może potem będę miała to wynagrodzone? Nie chciałam zawieść ludzi, którzy we mnie wierzyli, chociaż mnie samej tej wiary brakowało. Jednak starłam się, ale mój organizm tego najwyraźniej nie chciał. Posypało się wszystko, przyszedł bunt z tekstem: „hola, a mnie się nie pytasz, czy ja tego chcę?” Wyniki poleciały w dół, odrzuciło mnie całkowicie od jedzenia, popadłam w stany, w których mogłam tylko leżeć, i wpatrywać się w jeden punkt. Było mi wszystko obojętne, podświadomie oszukiwałam samą siebie, że to przejdzie, musi przejść, jutro się wzmocnię jakoś. Dostałam krew, myślałam, że wszystko wróci do normy, nie wróciło. Samo myślenie nie wystarczyło. Trzeba było coś zrobić, żeby jakoś zmobilizować siebie do zmiany postrzegania swojego stanu. Wtedy znowu, przyszedł z odsieczą ów człowiek, który jest mi całym światem. Poszły zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, że nie mogę się poddawać, że nie jestem „miętka”, że jest ze mną, i każdorazowo trzyma kciuki za mnie, za to, żebym dzielnie znosiła wszystko, co przyniesie mi dzień, przecież jestem dzielną dziewczynką. Umocnił mnie, zawsze był, w każdym momencie, bez względu na porę. Przeszłam szpital, wyszłam do domu, jednak nie było tak, jak ma być. Organizm nadal wiedział swoje, ale ja, przestałam o tym intensywnie myśleć, miałam, Wolfika, który nie dał mi zatracać się w swoim złym stanie. Było dużo śmiechu, były niebanalne rozmowy, było rozumienie się bez słów, było wszystko, co sprawiało, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, zresztą, w rozmowie z takim wspaniałym człowiekiem, nie można się było nie uśmiechać. Starałam się robić wszystko, aby nie zawieść, aby coś zmienić. Jest ciężko, bo tak, jak wspominałam wcześniej, nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Wiem jednak, że nie jestem sama, że teraz mam dwa razy więcej siły, bo trwające uczucie, którego notabene tak naprawdę doświadczam po raz pierwszy w życiu, sprawia, że posiadam siłę, motywację, i pokłady energii, które chcę przekazać dalej, bo przecież jestem silną dziewczynką, potrafię dążyć do celu, potrafię, bo mam, dla kogo to robić, bo teraz jest to największa dla mnie wartość, której nie zniszczę, i nie dam się zatracić. Moja psychika potrafi, mogę walczyć za dwie osoby, mogę, bo wierzę w to, że musi się udać, bo przeistaczam w czyny słowa, które tak wytrwale powtarzano mi do ucha. Nie poddawaj się! Nie poddam się, ani ja, ani nikt inny, kto dzieli ze mną życie, bo ja na to nie pozwolę, bo w tym wypadku, moja upartość, to bardzo dobra cecha jest, a ludzka siła wyrasta z naszych słabości, dlatego zawalczę!

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Kolejny dzień, zwykły dzień, poniedziałek. Za oknem szaro, ponuro. Odzwierciedla to moje samopoczucie, które jakoś nie chce wrócić do normy. Szok, niemożność uwierzenia w to, co się stało, nadal trwa. Staram się nie oglądać telewizora, nie czytać, ale nie daję rady. Wszystko przypomina mi o tragedii… Wracam wspomnieniami do tej soboty, do tego strasznego 10kwietnia. Tak bym chciała, żeby ktoś powiedział mi, że to wszystko był żart, że tak naprawdę nic się nie stało, ale nie, to się wydarzyło, i zmieniło życie wszystkich nas. Nie mogę irracjonalnie myśleć, do niczego mnie to nie doprowadzi, a tylko sprawi, że nie będę mogła się pozbierać, chociaż mam mojego motywatora, bez którego nie wyobrażam sobie swojego życia, to i tak potrafię wpaść w zawiechę maksymalną, wpatrywać się w jeden punkt, podświadomie rozkładając na czynniki pierwsze, tę całą tragedię… Nie chcę tak, zbyt cierpi moje serce, zbyt cierpię ja, a dodatkowo udziela się to też innym. Jak to dalej będzie?





…, a moim światełkiem jest Wolfik:* I dziękuję mu za to z całego serca...

niedziela, 11 kwietnia 2010

"Nie sposób oswoić się ze śmiercią. Żołnierze, lekarze i przedsiębiorcy pogrzebowi widzą ją bez przerwy i przyzwyczajają się do pewnych jej aspektów, lecz nie do jej istoty. Nie sądzę, aby ktokolwiek to potrafił. Dla mnie otrzymanie wiadomości o śmierci bliskiej osoby jest jak droga w dół po znanych, lecz pogrążonych w mroku schodach. Chodziłeś nimi milion razy i wiesz, ile stopni jeszcze przed tobą, ale gdy chcesz stanąć na następnym, okazuje się, że go nie ma. Potykasz się i nie możesz w to uwierzyć. I od tej pory będziesz się tam potykał często, ponieważ, jak wszystkie rzeczy, do których przywykłeś, ten brakujący stopień stał się cząstką ciebie."




sobota, 10 kwietnia 2010

Dzień zaczął się dla mnie bardzo wcześnie. Rodziciele, wraz z bratem i bratową pojechali bawić się na weselu w Bieszczadach, a ja, jako, że po pierwsze nie jestem w stanie gdziekolwiek pojechać, już nie mówiąc o tańcowaniu, po drugie, ktoś musi zostać z psem, a po trzecie, budowa domu brata, wymagała dzisiaj mojej obecności, bo przyjeżdżała ekipa wstawiać okna, toteż zostałam. Innej opcji nigdy nie było. Jak widać, zwykły szary dzień, szarego człowieka… Ledwo widząc, wsiadłam za kółko, ziąb, który panował o tak wczesnej porze, sprawił, że szczęka zaczęła chodzić… - z zimna. Pozwoliło mi to, obudzić się bardzo szybko, to jest tak, jak człowiek ubierze się niestosownie do pogody. Po załatwieniu wszystkich spraw, powróciłam, zasiadłam do komputera, inaczej być nie mogło. Od słowa do słowa, padł tekst: „rozbił się samolot prezydencki…”, na początku, nie zdawałam sobie sprawy, że może to być tak tragiczne. Włączyłam telewizor, i wszystko runęło… Wszyscy zginęli…, nikt nie przeżył…, nie ma…, ich już nie ma… Popłynęły łzy, powolutku po policzkach zatrzymując się na biurku i klawiaturze… kap, kap. Dużo łez. Poczułam się tak, jak wtedy, kiedy umarł Ojciec Święty, dosłownie. Nigdy nie interesowałam się polityką, ludzie zawsze byli dla mnie ludźmi, nie dzieliłam, każdego szanowałam. Tyle istnień, w jednej chwili odeszło z tego świata, i już nigdy tutaj nie wróci, nie będzie dane nam ich usłyszeć, zobaczyć… Wszędzie czarno-białe zdjęcia, na tych zdjęciach, ludzie uśmiechnięci, niezdający sobie sprawy z tego, że 10 kwiecień, będzie ich ostatnim ziemskim dniem. Co to jest za rok, co się jeszcze wydarzy, komu jeszcze przyjdzie zmierzyć się z tym, co on sam mu przyniesie, kogo jeszcze zabraknie, kto jeszcze podda się złu…?



>>Tu była pewna piosenka, ale ze względu na dobro Wolfa, została usunięta, i zamieniona na inną...<<


Smutno...;(
„...i dymi mgłą katyński las...”

czwartek, 8 kwietnia 2010

Troszkę mocniejsze brzmienie, Pendragon - mniam..., uwielbiam...!




Kryzys do pisania, nadal trwa...

wtorek, 6 kwietnia 2010

Przemyślałam sobie to, i owo. Zebrałam wszystkie za, i wszystkie przeciw. Rozpatrzyłam pod każdym względem, czy to pozytywnym, czy negatywnym, i postanowiłam: blog wraca do poprzedniego stanu, czyli każdy wędrowiec, będzie mógł tu zacumować swój okręt, jeżeli tylko będzie miał na to ochotę. Jak widać, postanowień długo nie utrzymuję w ryzach, ale w tym wypadku wydaje mi się, że ten mój prywatny świat, i tak pozostanie moim światem, bez względu na to, czy hasło miał będzie, czy też nie. Reszta mnie nie interesuje. Poza tym, mogłabym pokrzywdzić osoby, które nie posiadają kont google, a czytać by mnie nadal chciały. W przypadku bloggera nie ma takiej możliwości, - niestety. Nie chcę nikogo zmuszać, do zakładania konta. Osoby wiernie trwające przy mnie, czyli Wy, nadal pozostaniecie elitą, taką, której ufam, i której odwiedziny sprawiają mi wielką przyjemność.

Święta, i po świętach. Pogodę szlag trafił, a tym samym moje samopoczucie się jakoś zepsuło. Dziwny stan, udzielający się na prawo i lewo. Jedno, pociąga drugie. Te same objawy. Ech. Nie chcę tak, nie lubię, nie toleruję, chcę wygnać…, ale ono sobie nie chce pójść, i jak ja mam je zmusić? Kopnąć, nie kopnę, bo sobie jeszcze większą krzywdę zrobię, niż obecnie mam na ciele. Poza tym, jak kopnąć samą siebie w dupę? To byłby wyczyn. Z drugiej strony, jakby mi się to jednak udało, to, co mi tam z kolejnego uszczerbku, przecież i tak wyglądam strasznie…, takie angielskie poczucie humoru trwa…

Znowu popadam w stan zamyśleń, zawieszeń, takich maksymalnych, wtedy wyłącza mi się biegun, który odpowiada za zdolność funkcjonowania, i takie zawieszenie potrafi trwać, dopóki coś nie odwróci mojej uwagi, o myśleniu o niczym. Martwię się, tak już jest wpisane w moją głowę, i nie zmienię tego, bo nie. To życie czasami potrafi pokazać, że nie tak łatwo jest podołać temu, co przyniesie nam los. Trzeba walczyć, o każdy dzień, żeby przetrwać, żeby nie poddać się, żeby mieć do czegoś chęć. Kiedy ten brak chęci zaczyna przychodzić, to im dłużej trwa, tym gorzej dla nas samych. To już niedaleka droga, do podłamania, do zdania sobie sprawy z tego, że kurczę, nie będzie prosto, ale przecież zawsze słyszy się, jakoś to musi być, jakoś się to musi rozwiązać. Tylko, co, jeżeli nikt nam w tym nie pomoże? Czasami, nie jesteśmy w stanie dać sobie radę ze wszystkim, czasami musimy mieć pomoc drugiego człowieka. Gorzej, kiedy ten człowiek nie rozumie, tylko rzuca nas na głęboką wodę, i mówi, radź sobie sam, mnie to już nic nie obchodzi. Nie rozumiem. Jesteśmy ludźmi, nie możemy być obojętni na krzywdę innych, nie jesteśmy idealni, każdy popełnia błędy przecież, ale czy to oznacza, że w momencie gorszego stanu, tak łatwo jest walnąć focha, i zostawić drugiego na pastwę losu, losu, który i tak za dużo złego w życiu zrobił? Kogo za to winić? Samych siebie? Przecież nic nie dzieje się tylko z naszej winy, my sami nigdy nie chcielibyśmy dla siebie źle. To ludzie powodują…, a potem mają tylko do nas pretensje. Bezsilność jest najgorsza. Życie.

Czasami, chciałabym stanąć sobie gdzieś obok, tylko żeby to obok było trochę inne… Nie poszłabym tam sama, zabrałabym też Wolfika, który stan zawieszeń ma taki sam, jak ja…. Tam byłoby na pewno lepiej, tam nie byłoby miejsca na to, co występuje w ostatnim czasie, tam bolałyby tylko brzuchy…, ze śmiechu, i nikt nie byłby zmęczony życiem… Jeżeli, oczywiście, chciałby se ze mną pójść.No!




I jeszcze, mało co nieco. Kawałki stare, jak świat, ale fajnie czasami sobie posłuchać. Trochę świata Wolfika :)

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Kochani. Mój blog, był zawsze otwarty dla wszystkich, chociaż tak naprawdę, nigdy nie zależało mi na ilości osób odwiedzających mnie, nie takie było moje założenie. Jakość się dla mnie liczy. Dzisiaj, mogę powiedzieć, że mam swoją małą elitę, która wchodzi do mnie regularnie, zostawia wpisy, i dziękuję za to z całego serca. Często zastanawiałam się nad pewnym faktem, i w dniu dzisiejszym, przyszedł czas na zmiany. Postanowiłam ograniczyć dostęp do świata Salanee. Ów świat, stał się dla mnie zbyt prywatny, i nie chcę dzielić się nim z przypadkowymi wędrowcami. Blog zostanie zahasłowany. Ponieważ nie mam waszych adresów, mailowych, bardzo proszę, abyście napisali do mnie, i podali mi swoje namiary ( Zimbabwe, Iva, Kala), Aldi, Tomek, Syrga, Wolfik – wasze posiadam:) Dostaniecie ode mnie linka, który otworzy Wam dostęp do mojego wirtualnego życia.

Pani Lidio, pani maila też nie posiadam.

Mój mail: agnieszkapap@gmail.com

Blog, w takim stanie istniał będzie jeszcze w dniu dzisiejszym, jutro wszystko się zmieni…

niedziela, 4 kwietnia 2010

Jakoś się chyba wypaliłam, w sensie pisania tutaj. Mam coś takiego, jak Kala. Siedzę, i myślę, a jakoś nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy. Totalna pustka. O świętach pisać nie będę, bo praktycznie wszędzie jest tego pełno, a i ja nie mam, o czym opowiadać, bo jak wspomniałam wcześniej, nie lubię świąt. Zdawałoby się, że ja taka wygadana, a tu nie…, miewam też swoje, „ciche” dni, w których to staję się osobą bardziej milczącą, zatracam się, i wtedy uszy zaczynają wieść głównym prym. Czasami lubię taki stan, chociaż zapewne nie dla wszystkich jest on korzystny. Każdy wolałby mnie gadającą, bo zawsze byłam gadułą, i pamiętam, że w szkole z tego powodu miałam wieczne problemy. Teraz, tak nie mam, nie wiem, co mnie zmieniło, ale zmieniło. Czasami wcale nie trzeba mówić, żeby zostać wysłuchanym, nie trzeba krzyczeć na prawo i lewo, że się istnieje, tylko istnieć. I ja tak istnieję sobie w moim małym pokoiku. Ten mój dzisiejszy stan, można zwalić na chorobę, wypijam, Coldrex, który mnie później zaczyna poniewierać, i właściwie teraz nie wiem, czy ten mój charakter wpisu zawdzięczam sobie, czy też jemu. W każdym razie, wpis nijaki, wykrzesany z najbardziej zakurzonych zakątków mojego mózgu. Nie „zniesłabym”, załamania Wolfika, któremu radość sprawia, czytanie mnie, dlatego tu dzisiaj jestem…, chociaż za jakość nie odpowiadam. Przepraszam, i obiecuję, że następnym razem będzie lepiej (dwa paluszki podniesione do góry).

Jutro czeka mnie posiedzenie rodzinne, już jestem na nich wszystkich z tego powodu obrażona, bo rozwalą mi mój cały plan dnia, czyli rozmowy Skypowe:)To będzie długie popołudnie. Ech. Mało rodzinna jestem, ale po prostu nie lubię sztuczności, i w ogóle. Zawsze się od nich różniłam, i zawsze z tego powodu byłam ta gorsza. Nie przejmuję się tym jednak, bo i tak się nie zmienię.

Stare Dobre Małżeństwo jest dla mnie lekiem, daje mi ukojenie, spokój, i zamyślenie, które tak czasami lubię.



Wolfiku, posłuchaj, coś Ci to przypomina? :)

piątek, 2 kwietnia 2010

No i się pochorowałam. Dopadły mnie jakieś wirusy, które dają o sobie znać w postaci kaszlu. Gorączka też występuje. Jak się w związku z tym czuję, chyba nie muszę mówić. Pogoda też pewnie zrobiła swoje, chociaż wydaje mi się, że głównym sprawcą mojego stanu jest Amelia, ile razy kichała i prychała na ciocię, nawet nie zliczę. Ona wyzdrowiała, a ja poszłam w drugą stronę. Właściwie, to nic mnie nie zdziwi. Kto by pomyślał, że organizm może być tak bardzo słaby, że nie będzie mógł sobie poradzić z żadnym paprochem, który będzie chciał go odwiedzić…, ech;( No nic, lekarstwa w aptece wykupione, może za ich pomocą w jakiś sposób to zwalczę. Jeżeli nie, wybiorę się do lekarza, i pewnie znowu dostanę kolejny antybiotyk. Rozpadnie mi się w końcu ten żołądek. Ileż można tego łykać. Każde zażycie specyfiku niesie za sobą jakieś konsekwencje, a mnie coraz częściej, boli brzuch. Zobaczymy.

Pogoda też nie za ciekawa na to, aby się idealnie czuć, kumuluje wszystko, co złe, i odbija się to na człowieku. Właściwie, to nawet nie pamiętam ciepłych świąt. Zresztą, jakoś mi to obojętne, bo i tak świąt nie lubię, więc czy deszcz, czy słońce, to mnie to gila? Tak, gila. Nigdy nie miałam sentymentu do świąt. Męczy mnie to za bardzo. Sztuczność wszędzie.

Dobrze, że Wolfik umila mi czas swoją osobą, bez niego, to bym już całkowicie uschła - dosłownie;)

Dzisiaj mija 5 lat, jak umarł Jan Paweł II, wracają mi wspomnienia, kiedy tak bardzo prosiłam Pana Boga, żeby nie pozwolił mu cierpieć, ale, żeby też mi go nie zabierał. Był ze mną całe moje życie, był wzorem do naśladowania, był samą dobrocią, miłością, sensem, i wiarą w lepsze jutro. Ja, nie potrafiłam sobie wyobrazić, że to życie może się toczyć dalej po jego śmierci… Tego dnia, tej nocy poszłam do kościoła…, o 21:37, zabiły dzwony, a mnie zabolało serce… Wiedziałam, że zakończyłam pewien etap, i już nic nie będzie takie samo. Taki jest koniec każdego człowieka, ale myślałam, że on będzie zawsze… W dniu dzisiejszym odżyły wspomnienia…, 5 lat…, to już 5 lat…

W głowie siedzi mi jedno wezwanie Jana Pawła II, takie życiowe pouczenie, jakże ważne dla mnie samej…
"Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych".
Co jest moim Westerplatte?



Dzisiaj nie może być innego filmiku…

czwartek, 1 kwietnia 2010

Stuk, puk. Palce coś wystukują na klawiaturze. Chyba chcą opisać to, co dzisiaj działo się w życiu Salanee. Dzień można powiedzieć, był zwariowany. Masakra, to mało powiedziane. Praktycznie cały dzień, spędzony za kółkiem. Tu pojedź, tam pojedź, potem wróć, bo trzeba jeszcze pojechać do lekarza. Wszystko na ostatnią chwilę. Pod blokiem okazało się, że nie mam kluczy od mieszkania, a to tam znajdowały się wszystkie niezbędne rzeczy, które miałam wziąć do lekarza. Dzwonię do taty, pada hasło, - „wróć na budowę, dam Ci klucze.” Spojrzenie na zegarek, oszacowanie: „jak się wrócę, to, do lekarza nie zdążę”. Szybkie pokombinowanie. Sonia, a gdzie jest Sonia? Przecież, ona szczekałaby, kiedy zadzwoniłam, albo jakby się jej nie chciało szczekać, to wydałaby skowyt w geście, że wie, że za drzwiami jestem ja, i że się z tego bardzo cieszy, aczkolwiek nic z tym faktem nie zrobi, tylko położy tyłek koło drzwi, i będzie leżeć. Moja mama jest osobą niesłyszącą, więc, kiedy wyłączy aparat, nie jestem w stanie sprawić, żeby otworzyła drzwi. Telepatia jakoś też nie chce działać. Tym razem okazało się, że nikogo nie było w domu… Dało mi to nadzieję, że mama wyszła z psem na spacer. Czas mnie gonił potwornie, i szczęściem dla mnie wielkim było, kiedy zobaczyłam lecącą w moim kierunku Sonię, za nią smycz, a na końcówce smyczy, przyczepioną mamę, której buty praktycznie były w powietrzu, tak ją, Sonia niosła, bo Sonia ma siłę, wszak nie na darmo, nazywana jest atletą. Po zebraniu niezbędnych rzeczy, wyruszyłam do lekarza. Korki tragiczne. Wszędzie pełno ludzi, jakby wypuścili ich z klatek, wszystkich na raz. Aż dziwne, że w moim mieście, takie coś jest realne. O poprawnym zaparkowaniu nie było nawet mowy. Wcisnęłam się jednak w małą dziurkę, ledwo, co wysiadłam, ale wysiadłam;) Dalsza część opowieści jest już mniej przyjemna, kozetka, narzędzia chirurgiczne, dreny, strzykawki, rękawiczki… Czyszczenie rany, duży ból, zero przyjemności, i poplamiona koszulka. Zwolnienie do końca miesiąca. Czekamy na wizytę u hematologa, potem podejmiemy dalsze kroki, co do mojego leczenia. Czy autoszczepionka będzie dla mnie idealnym rozwiązaniem? Według mojego lekarza, nie. Nie zadziała na takie bakterie, które są w ranie. Nie będzie na tyle silna. Podobno…, ale jest to niewątpliwie jakiś ratunek, i chociaż trochę mnie kosztował będzie, to trzeba spróbować. Następna wizyta za tydzień.

Miałam też dzisiaj przespać się po południu, miałam także zrobić części do pracy, miałam sobie kupić coś ciepłego do zjedzenia. Nie zrobiłam nic z tych rzeczy. Powód? Hym, przyjedź tu, pojedź tam…, w końcu mi odeszła ochota na wszystko, i mandarynka ukoiła mój przysłowiowy głód. Nie wiem, co to znaczy być głodną, bo od dawna tego nie mam, nie wiem, co to znaczy jeść regularnie, a już szczytem u mnie są trzy posiłki dziennie. Mówią, że nie szanuję swojego zdrowia. Hym. Przemyślę sobie to…,chociaż z drugiej strony…, witaminy łykam;)



A na koniec: Po prostu bąć!


Dobranocki.