piątek, 31 grudnia 2010

Kartka z kalendarza wyrwana, czas zrobić bilans strat i zysków. Jaki był ten rok? Hm. Na pewno intensywny. Walka z chorobą trwa, ale porównując do tego, co było, teraz jest zdecydowanie lepiej, aczkolwiek jeszcze troszkę powalczyć muszę. Jakie jest to moje życie? Ani lepsze, ani gorsze od tego, jakie było w tamtym roku. Jak zwykle dużo wzlotów, a także upadków. Te drugie pokazały mi, że nie zawsze jest tak, jakbym chciała, że nie zawsze moje możliwości są w stanie pokonać to, co nie może zależeć tylko ode mnie. Czasami nastaje koniec i muszę zamknąć kolejny rozdział w swoim życiu,  czasami ten koniec jest bolesny, bo zdaję sobie sprawę, że byłam zawsze na drugiej pozycji. Jak widać, rzeczywistość weryfikuje założenia. Myślałam, że podołam, niestety znowu zostałam zraniona, a obraz który miałam do tej pory, obrócił się o 180 stopni. Czuję się oszukana przez los, przez życie, przez wszystko, co miało tworzyć dobro. Trochę zagmatwane wiem, ale inaczej ubrać tego w słowa nie potrafię. Czy żałuję? Nie, wydaje mi się, że tak właśnie miało być, że to, co nastało, miało mnie wzmocnić na tyle, żebym sobie mogła poradzić z wszelakimi przeciwnościami losu. Jestem bogatsza o nowe doświadczenia, które pozwolą mi w przyszłości zachować się inaczej, które nie pozwolą się więcej dać zranić i obarczyć czymś, za co nigdy nie będę mogła być odpowiedzialna. Starałam się, jak mogłam, aby ten rok przeżyć godnie, aby uśmiech na mojej twarzy pojawiał się pomimo bólu. Udało się, chociaż czasami bywało ciężko. Życie samo w sobie nie jest lekkie i ten, kto tak myśli, cholernie się myli. Wspomnienia, które posiadam zachowam w pamięci, czasami się pewnie i uśmiechnę. Dobrze, że posiadamy umiejętność wyrzucania z głowy tego, co złe i toksyczne, na pewno przez to łatwiej jest podołać w cięższych chwilach. Ech. Czemu ta głowa tak pcha mnie do przemyśleń, czemu nie mogę napisać krótko, zwięźle, a przy okazji na temat? Odpowiedź jest prosta, bo nie byłabym sobą!
Wracając do bilansu, czego w tym roku było więcej, aktywów, czy pasywów? Niestety, końcówka roku, przeważyła szalę na korzyść strat, ale od jutra będzie lepiej, bo musi być, bo całe życie przede mną, bo chcę je przeżyć aktywnie i godnie z poczuciem, że jestem potrzebna tu i teraz, i zawsze potem.. Nadal będę pielęgnowała świadomość, że najważniejsi są ludzie i będę się do nich uśmiechać całą sobą, bo wiem, że mój uśmiech może pomóc. W tej materii czuję się wyjątkowa. Nadchodzące nieznane, nie może przynieść mi już nic złego, bo chyba limit wykorzystałam. Niestety, nie mogę wiedzieć, co jeszcze przede mną. Moje serce bije, a to co jest w nim, jest także we mnie. Przyjmę wszystko, co zmieści się w moim sercu. Nigdy nie wypowiem słów, że czegoś nie warto, tym bardziej, kiedy dotyczy to drugiego - potencjalnie wydawać by się mogło, bliskiego człowieka.Czy czegoś oczekuję od nadchodzącego roku? Tylko zdrowia - dla siebie i najbliższych.

Kochani, chciałabym, abyście wybawili się dzisiaj do granic możliwości. Bądźcie szczęśliwi, bo dzisiejsza noc jest jedną, jedyną w roku! Nie da się jej potraktować, jak każdej innej nocy. Sylwester przypomina o sobie, dochodzi z zza okien. Nieśmiałe salwy, zasłyszane gdzieś w oddali, na długo przed wybiciem północy, dają o sobie znać. Zapowiedź tego, co będzie się działo, kiedy rok 2010 zamieni się w 2011. Okrzyki radości, moc życzeń - samo szczęście. To nie dzieje się na co dzień. Tej jednej nocy, ludzie łączą się ze sobą, są mili, nawet ci nieznani stają się na te parę minut nam bliscy. Do oczu napływają łzy, petardy tańczą w rytm muzyki, oddajemy się temu, co trwa. Pojawia się chwila zadumy i refleksji nad czasem. Życzę Wam umiejętności wyciszenia się, czasami jest to tak bardzo potrzebne, aby zachować równowagę. Ona sama jest potrzebna po to, aby nie dać się z niej wyprowadzić. Bądźcie sobą, obierzcie sobie jakiś cel życiowy i dążcie do niego, całym sercem. Pokażcie, że się da, że można wszystko, trzeba tylko się zaangażować i chcieć. Spocznijcie na laurach dopiero wtedy, kiedy będziecie czuli, że zrobiliście wszystko. Traktujcie swoje życie poważnie, ale też nie bądźcie w tym przesadni. Niech Wam uśmiech towarzyszy każdego dnia. Miejcie marzenia, a ja życzę Wam, aby właśnie dzisiaj, każdemu z Was, spełniło się jedno, malutkie marzenie, które  leży gdzieś na dnie waszych serc... Dziękuję Wam, Aldi, Zim, Jakubie, Ivo, Olu,  Ewo, Emilu, REwelkoo, Doroto za  waszą obecność, za  blogi, które niejednokrotnie pomogły mi w trudnych momentach mojego życia, które pokazały  drogę, które wiele wyjaśniły.  Bardzo dobrze się z  Wami czuję. Mam swoje miejsce, a w nim jesteście Wy.  Wszystkim anonimowym, którzy pozostają w cieniu też życzę wszystkiego najlepszego. Bawcie się zatem. Ja też lecę. Do zobaczenia w 2011!!!


czwartek, 30 grudnia 2010

Czy też uwielbiacie sprzątać tak, jak ja? Miałam dzisiaj  tylko poodkurzać (taka zachciewajka), a skończyło się na wyszorowaniu pieca, podłóg w całym mieszkaniu, starciu kurzu z mebli, którego notabene wcale tam nie było. Najbardziej skupiłam się jednak na swoim pokoju, gdyż to w nim spędzam najwięcej czasu. Lubię sprzątać, a już tym bardziej wtedy, kiedy dom jest pusty, kiedy nikt za mną nie chodzi i mówi - jeszcze tu, jeszcze tam..., przecież ja to doskonale wiem. Takie zwracanie uwagi działa na mnie bardzo niekorzystnie, czasami bardzo ciężko jest mi się nie odezwać. Mamie mojej, bo to o niej mowa jest, wydaje się, że posiada monopol na wiedzę, a tym samym na sprzątanie. Prawda okazuje się inna, a jej samej, ciężko jest pochwalić kogoś za coś, co zrobił. Nigdy nie potrafiła tego robić. Ona sama nie była nauczona. Dobrze, że ja jestem inna, uff :) W każdym razie,  gdyby ktoś chciał mnie wynająć do sprzątania to ja bardzo chętnie ;) Lubim - jak to kiedyś mówiła moja bratanica.

Wiecie, że mamy pierwszy czwartek od niepamiętnych czasów, kiedy nie musiałam widzieć się z dochtórem.? Niewątpliwy cud, aż mi tak dziwnie, że nie musiałam ubierać się rano i jechać do szpitala. Taki cud  wystąpi jeszcze na przyszły czwartek, więc zapominamy o chorobie, zapominamy... 

Dzisiaj obudził mnie Jean Michel Jarre. Mam w domu stare kasety magnetofonowe - uwierzycie? Klasyka :D Słucham go i słucham. Oddaję się tym brzmieniom. Takie elektorniczne czary mary.... Na pewno nie ma osoby, która nie zetknęłaby się z jego muzyką... Zamknijcie oczy, połóżcie się wygodnie i posłuchajcie. Ten utwór kojarzy mi się z dzieciństwem...


Update:
Wczoraj coś mi nie wyszło krzyczenie, aby chłopaki dobrze skoczyły, ale jutro się postaram - obiecuję, ale zażalenia, jak im coś nie wyjdzie, proszę nie kierować do mnie :D

środa, 29 grudnia 2010

Koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Dużo się zmieniło, jeden dzień sprawił, że wszystko, co było moją częścią, nagle poleciało w otchłań czasu, jakby nigdy się nie wydarzyło. Wypowiedziane słowa, dały do zrozumienia, że byłam tylko jedną z opcji, którą można wyłączyć w dowolnym momencie życia. Jak w grze. Prawda, która wielokrotnie dawała o sobie znać, której ja nie chciałam widzieć i trwałam, bo wierzyłam w to, że da się coś zrobić, żeby było lepiej. Wspólnie przecież można tyle osiągnąć, można zbudować świat od nowa, trzeba tylko chcieć. Mijał tydzień za tygodniem, a wszystkie obietnice, które były dla mnie tak bardzo ważne, szły w zapomnienie. Nie było to po raz pierwszy, więc w głowie pojawiła się myśl, czy aby na pewno znaczę dla tej osoby tak dużo?Przecież tyle razy mimo miłych słów, sprawiła mi ból - świadomy ból. Odrzucałam to, co złe, bo tak bardzo chciałam, aby było jak dawniej. Coś jednak było nie tak i to coś z dnia na dzień, zaczęło wprowadzać mnie w stan wyciszenia. Na początku wylałam dużo łez w poduszkę, bo zupełnie nie rozumiałam, dlaczego tyle rzeczy się zmieniło, dlaczego nie może być tak, jak dawniej. Tak bardzo pragnęłam znów radować się do przesady, słuchać miłych, podbudowujących słów, zasypiać i budzić się z uśmiechem. Wołałam o zmianę, pisałam nawet, jednak nie zostało to odczytane, gdzieś zniknęło to rozumienie się bez słów. Po czasie tej tęsknoty było coraz mniej, przyzwyczaiłam się do tego, co jest, nie łudziłam się więcej, że może być jak dawniej, że ziszczą się wspólne plany. Moje oczy widziały, że nie zmienia się zupełnie nic. Głowa podpowiadała, że za niedługo znów mogę płakać, mogę się bać, nie spać po nocach. Pojawiały się pytania - czy jesteś na tyle silna? Podołasz po raz kolejny? Przetrwasz kolejne zranienie? Odpowiadałam - dam radę!!! Chciałam walczyć. Jednak nastąpiły kolejne rozczarowania, bieguny oddaliły się jeszcze bardziej... Przegrałam, bo wierzyłam. Słowa mówią bardzo dużo, te napisane również. To, co przeczytałam, zabolało. Miało to dotrzeć pewnie tam, gdzie jest najwięcej dobra - do serca. I dotarło, przynosząc niepewność, chciałam to sobie jakoś przetłumaczyć (jak zwykle), jednak kolejny dzień potwierdził to, co zostało napisane dzień wcześniej. Padały słowa, oskarżenia... Chciałam jeszcze, aby to czego nie rozumiem zostało mi wytłumaczone, żebym zrozumiała, przecież potrafiłabym wybaczyć, nie kieruję się zasadą Hammurabiego... Usłyszałam słowa - nie warto... Upewniłam się i zapytałam raz jeszcze - naprawdę nie warto mi tłumaczyć? Odpowiedź - nie! Czara wylała swoją gorycz... Smutne, jednak czasami tak się dzieje. Myślałam, że mnie można wytłumaczyć wszystko chyba, ze te słowa miały mnie "tylko" zranić. Zraniły - EUREKA!

Po raz kolejny zadaję sobie pytanie, jakie jest to moje życie? Czy jestem taka, jak inni ludzie, czy mam w sobie coś, co różni mnie od nich? Wielokrotnie słyszałam, że jestem dobrym człowiekiem, że dla mnie najpierw liczą się ludzie, a później dbam dopiero o swoje, często cierpiąc na tym, ale nie jest to istotne. Lubię czynić dobro, pomagać, nie przepychać się tylko cierpliwie czekać. Przecież jeżeli coś dobrego ma mnie spotkać, to na pewno spotka, bez względu na wszystko. Nie jestem zarozumiała, egoistka też ze mnie marna, czy jestem normalna? Czy to, że tak często pozwalam się zranić wypływa z w/w przeze mnie cech? A może moje istnienie jest jakąś magią, która ma za zadanie naprowadzać innych na właściwy tor? Szkoda, że nie zawsze się udaje...,jednak za nikogo życia przeżyć nie mogę - nie chcę zresztą. Każdy musi sam zauważyć to, co robi źle. Dorosłość nie znaczy dojrzałość. Tak bardzo dojrzałam. Nie tyle przez chorobę ile przez doświadczenia, które przyniósł mi ostatni rok. Czy zmieniłabym coś, gdybym wiedziała, że tak się to zakończy? Na pewno inaczej rozwiązałabym sytuację, kiedy zaczynałam walczyć o bliską mi osobę. Pozwoliłabym na poniesienie konsekwencji. Jednak teraz to już nieistotne. Rozdział został zamknięty, czasu nie cofnę, życie toczy się dalej. Wspomnienia w klastrach zamknięte, zostaną ze mną na zawsze, czasami je odkurzę, jak wszystko, co znajduje się w klastrach.




"Nie pozwólmy, aby ktoś stał się priorytetem w naszym życiu, kiedy My jesteśmy tylko możliwą opcją w jego życiu.
Nie tłumaczmy się. Osoba, która nas lubi nie potrzebuje tłumaczeń, a ta która nas nie lubi i tak nie uwierzy w nasze tłumaczenia.
Kiedy ciągle mówimy, że jesteśmy zajęci, nigdy nie będziemy wolni.
Kiedy mówimy, że nie mamy czasu, nigdy tego czasu nie będziemy mieli.
Kiedy mówimy, że coś zrobimy, ale dopiero jutro, oznacza to, że to jutro nigdy u nas nie nastąpi.
Martwimy się o tych, którzy o nas dbają. Płaczemy za tymi, którzy nigdy o nas nie dbali. Dbamy o tych, którzy nigdy nie będą płakali za nami.
Taka jest prawda życia, dziwna, ale prawdziwa. Nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić, czasami tylko dalej trzeba będzie kroczyć samemu...
Kiedy budzimy się rano, mamy dwa proste wybory. Wrócić do snu i śnić, albo obudzić się i dążyć do spełnienia marzeń i pragnień. Wybór należy do każdego z nas.
Nie składajmy zatem obietnic, kiedy jesteśmy radośni. Nie odpowiadajmy, kiedy tkwimy w smutku. Nie podejmujmy decyzji, kiedy jesteśmy źli. Niech każdy z nas pomyśli dwa razy, zanim coś zrobi. Nie podejmujmy pochopnych decyzji, bo czasami może być za późno, aby naprawić to, co zepsuliśmy".


Peesik:
Dopadła mnie choroba, mama tylko raz na mnie kichnęła i mam za swoje. Prychająco-kichająca Salanee, tyż fajnie. Uciekam pooglądać skoki, bo coś tym naszym nie idzie, trza zatem pokrzyczeć :)

niedziela, 26 grudnia 2010

Święta, święta i po świętach. Tyle przygotowań, a wszystko tak szybko mija, czy za szybko? Moje odczucia są różne. Dla mnie święta są magiczne o ile atmosfera może to powodować. Od zawsze marzyłam o tej magii, która powinna występować w tych dniach, niestety rzeczywistość weryfikuje to o czym marzę, skazując mnie na rozczarowanie, złudne nadzieje i smutek. Jestem tak bardzo inna, a przecież powinnam być częścią. Mojej rodziny. Tymczasem wolę zaszyć się w swoim pokoju, wcale nie muszę z nimi rozmawiać. Święta miały być w uśmiechu, a od wigilii musiałam obserwować, jak piją. Wszyscy po kolei. Nie potrafią obejść się bez kieliszka, a ja tak tego nienawidzę. Czuję się wtedy źle - alkohol to zło! Nie jestem przewrażliwiona, ja po prostu widzę, co alkohol potrafi zrobić z ludzi, jak bardzo ich upokorzyć. Każdy ma jednak swoje dno, a u moich bliskich ono chyba jeszcze nie zostało osiągnięte. Nie wiem, czy życzyć im osiągnięcia tego dna, czy co? Trudne do ogarnięcia, ale nieważne. Nie pasuję do nich i już!

Dzisiejszy wieczór upłynął mi w miłym towarzystwie. Były rozmowy, były wspomnienia i śmiech, było głaskanie do nieprzyzwoitości Lali, która wykładała się, jak tylko mogła. Było miło. Wszystko to w scenerii świątecznej. Kominek dawał ciepło, a z podgrzewaczy było czuć dopalający się cynamonowy podgrzewacz. Po prostu, idealnie. Przez ten czas zapomniałam o zmartwieniach, mogłam zatracić się w tym cieple... Gdzie jest tak fajnie? Nie mogę powiedzieć... :)

Dobranoc robaczki :)

piątek, 24 grudnia 2010

Boże Narodzenie - nowe narodzenie, to czas pojednania i wielkich powrotów. Z okazji Świąt życzę Wam zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności. Niech mała dziecina zstępując z nieba przyniesie miłość i nadzieję, abyście każdego dnia dostarczali dobro, czynili dobro i stanowczo sprzeciwiali się złu. Niech każdy z Was te święta Bożego Narodzenia, będzie obchodził na swój sposób, bowiem każdy ma inny bagaż doświadczeń kończącego się już roku. Każdy w głębi serca ma swoją własną opowieść wigilijną...

Byli szczęśliwi, zakochani w sobie na zabój, nie wyobrażali sobie życia bez siebie. Cztery lata wcześniej, w październiku powiedzieli sobie sakramentalne TAK. Byli prze szczęśliwi, że w końcu mieszkają razem, z prawdziwą radością jeździli do sklepów, kupowali meble do swojego własnego kątka. Zastanawiali się, jak to ich mieszkanie zmieni się być może już niebawem, kiedy w ich życiu, w ich rodzinie pojawi się ktoś trzeci. To miały być ich pierwsze święta we wspólnym domu. Zrobili zakupy, przynieśli choinkę, nie zapraszali nikogo, ani też nie chcieli nigdzie wyjeżdżać postanowili, że ten wspólny czas spędzą razem, będą tylko ze sobą, będą się trzymać za ręce, będą kolędować. Przyszła wigilia, on musiał iść jeszcze do pracy, chciał mieć później wolne, aż do Nowego Roku, aby być tylko ze swoją ukochaną. Ona dzwoniła do niego jeszcze kilka razy, pytała o szczegóły, zostawiała mu listę krótkich zakupów, on zadzwonił ostatni. Powiedział, że wyłącza telefon, bo chce jeszcze iść do spowiedzi. Usłyszał podczas Czwartej Niedzieli Adwentu, że jest jeszcze czas na pojednanie. Kończyła przygotowywać wigilijne potrawy, nie niecierpliwiła się, wiedziała, że w wigilijne popołudnie tych, którzy chcą dostać się do konfesjonału by pojednać się z Bogiem i ze światem jest wielu, wiedziała, że jej ukochany pewnie stoi w kolejce, czekała… W końcu zadzwonił dzwonek przy drzwiach, podbiegła szybciutko, przekręciła zamek i odwróciwszy się, pobiegła do kuchni, nakrzyczała trochę żartobliwie na niego, że się spóźnił…, nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Wróciła do przedpokoju. Tam stał policjant z opłatkiem w ręku… Nie chciała tego słuchać, nie chciała słuchać, że to nie jego wina, że tyle co wyszedł z kościoła, że to tamten był winien, bo wymusił pierwszeństwo, że był pijany. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że jego nie będzie na tej wigilii, że On nie wróci już nigdy. Zjadła wigilię sama, na stole stały trzy nakrycia: dla niej, dla nieobecnego męża i dla wędrowca, który w każdej chwili mógł przyjść, bo nie miał gdzie spędzić wieczerzy wigilijnej…, i wszystkie kolejne wigilie były takie same…Trzy kolejne lata z rzędu, trzy nakrycia, przy jednym zdjęcie ukochanego. Obraziła się przez ten czas na Pana Boga, nie wiedziała dlaczego On jej to zrobił. Pomyślała, że w tę Wigilię będzie tak, jak zawsze, trzy nakrycia, przy jednym jego zdjęcie. Zdecydowała jednak, że będzie troszkę inaczej, pójdzie na Pasterkę… Siedziała jak zahipnotyzowana, tłum ludzi, kolędy. Ksiądz na kazaniu mówił to, co już wielokrotnie słyszała, ale nagle coś ją tknęło… W Homilii usłyszała opowieść sprzed czterech lat, ksiądz opowiadał o tym, jak już wyszedł po spowiedzi z konfesjonału, opuścił kościół i chciał iść do plebanii, jednakże ludzie zaczepili go i prosili: - proszę księdza, tam zdarzył się straszny wypadek, niech ksiądz biegnie… Pobiegł. On leżał na drodze, krwawił. W ręku trzymał opłatek, który niósł dla Niej. Podniósł oczy i spojrzał na kapłana… - czy to już Boże Narodzenie? – spytał ostatkiem sił. -Tak - odpowiedział ksiądz . - To Wesołych Świąt Bożego Narodzenia… - westchnął jeszcze i odszedł. Gdy to usłyszała, wybiegła z kościoła. W głowie kołatała się jej tylko jedna myśl…Boże, czy ty możesz narodzić się także we mnie? Boże Narodzenie – nowe narodzenie…




czwartek, 23 grudnia 2010

Wszyscy jacyś tacy zabiegani, jakby jakieś święta miały przyjść, czy coś? ;)

Już jutro zasiądziemy do swoich wigilijnych stołów, złożymy sobie życzenia, połamiemy się opłatkiem. Jakie te życzenia będą, czy wypłyną prosto z serca? Co roku zastanawiam się jak to jest, że na moment dzielenia się opłatkiem wszyscy są dla siebie mili, każdy drugiej osobie poświęca tę minutkę, żeby życzyć wszystkiego, co najlepsze, patrzy jej w oczy i wypływa z tego dobro... Dlaczego ten moment dobroci trwa tak krótko, dlaczego później jest znowu tak, jak przez cały rok, czyli kłótnie, zwady, prowokacje, dlaczego ludzie muszą wyznawać zasadę, oko za oko? Dlaczego jedna osoba nie może odpuścić? Gdzie podziała się ta umiejętność wybaczenia? Przecież dobro powinno powracać, a tak ciężko jest mi w to ostatnio uwierzyć. Staram się, ale dookoła dostaję tylko zaprzeczenia. Nie wiem, jakby coś próbowało za wszelką cenę powiedzieć, że tylko poprzez zemstę można coś osiągnąć. Chyba nie nadaję się do życia tutaj, bo obojętna nie potrafię zostać, a próbując pomóc, pogarszam sytuację i odbija się to później na mnie samej. Chciałabym te święta przeżyć radośnie, chciałabym nie martwić się, nie wstydzić, nie przejmować. Chciałabym...

Przyszła sobie odwilż, na dworze ślisko, co rusz można złamać nogę. Miałam parę poślizgów, na szczęście wygrana moja! Przedświąteczna wizyta u doktora zaliczona. Nie było "mojego dochtóra", tylko inny w zastępstwie, dlatego nie wyniosłam nic nowego. No, nie goi się - standardowy tekst. Poszłam głównie po to, bo miałam mieć skserowaną kartotekę, którą będę potrzebowała na konsultację do Siemianowic Śląskich. Każą jechać szybko, ale nic nie robią, aby mi dopomóc - kartoteka nie została skserowana. Kolejna próba odbioru za tydzień, zobaczymy czy znowu się nie rozczaruję.

Poza tym to nic nie chce działać. Od wczoraj problemy ze Skype, nie loguje się, czy ktoś z Was ma podobnie?


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Idzie odwilż - szkoda, bo może się okazać, że święta będą w ciapie. Wolałabym mróz i skrzypiący śnieg pod butami... Byłam dzisiaj w kościele, na spowiedzi znaczy się. Brakowało mi tego straszliwie. Ostatni raz do spowiedzi byłam bardzo dawno temu, prawie dwa lata. Tamten rok, to praktycznie ciągłe pobyty w szpitalu, niemożność funkcjonowania, chodzenia gdziekolwiek. Na oddział co prawda przychodził ksiądz, ale bywał tylko raz w tygodniu, a przed świętami wcale, kiedy ktoś chciał się wyspowiadać, nie było tej intymności, trzeba było to robić na sali, gdzie przebywali inni chorzy. Ja tak nie potrafiłam, poza tym ten ksiądz był taki hm, jakby niedostępny, jakby obojętni mu byli ludzie. Do dzisiaj pamiętam, jak ominął dziewczynę, która chciała przyjąć komunię i uklękła, kiedy przechodził. Nie mógł jej nie zauważyć - nie w szpitalu, ale nieważne. Do teraz ciężko jest mi chodzić do kościoła, chociaż bardzo lubię tam przebywać. Powodem jest moja psychika i to, co dzieje się z ranami. Zapach, jakby dyskwalifikuje mnie z chodzenia na mszę, ludzie nie są tolerancyjni, sprawiają dużo przykrości, nie rozumieją, że czasami człowiek nie ma wpływu na to, co nosi ze sobą. Przykro, że muszę się tak odsuwać, że nie mogę sobie gdzieś pójść bez obaw. Jeżeli już gdzieś pójdę, nie macie nawet pojęcia, ile mnie to kosztuje stresu, kombinowania, a potem ciągłego myślenia - i to jest najgorsze, zabija najbardziej. Dzisiaj w kościele nie było dużo ludzi, duża przestrzeń sprawiła, że mogłam czuć się luźno, nie obawiać się o nic. Przyjemnie było się znów wyciszyć, pomyśleć, porozmawiać... Spowiedź... Trafiłam na świetnego księdza. Bardzo mi pomógł rozmową, pocieszeniem, wytłumaczeniem, że absolutnie nie mogę się obwiniać o tę chorobę, że nie jest to żadna kara, że Pan Bóg chce oczyścić mnie, chce mnie taką niedoskonałą, tutaj cierpię po to, żeby tam niczego mi nie zabrakło, dlatego muszę przejść przez to wszystko. Zapytał się, czy czegoś się w chorobie nauczyłam... Tak - cierpliwości. Na pewno wszystko, co się dzieje ma swój plan... Mam się nie martwić, bo wszystko będzie dobrze. Nie jestem sama i nie mogę o tym zapominać. Popłakałam się przy tym księdzu, tak mądrze do mnie mówił, to była dla mnie najlepsza spowiedź... Potrzebowałam tego oczyszczenia, czuję się tak luźno, tak mi jakoś przyjemniej na sercu jest, bardzo pozytywne uczucie :) Czy ja tak to tylko odczuwam? Mam wrażenie, obserwując niektórych ludzi, że dla nich spowiedź jest jakby czymś takim zwykłym. Pójdą, wyklepią grzechy, odmówią pokutę, a później znowu żyją, jak wcześniej, nie starają się poprawić, mało tego oni wiedzą, że po wyjściu i tak będą grzeszyć... Nie ma tej łączności, ludzie odsunęli się od Boga, nie jest im potrzebny..., szkoda.



niedziela, 19 grudnia 2010

Wierzycie w sny? Znaczy, czy czasami zastanawiacie się, co oznacza owy sen i sprawdzacie w senniku? Ja z reguły nie zaglądam do tego typu książek tudzież portali, ale kiedy śnią mi się zęby wiem, że to nie jest dobrze. Kiedyś, kiedy w śnie wypadły mi zęby, a ja przerażona przeczytałam w senniku, że oznacza to nieszczęście włącznie ze śmiercią kogoś z bliskiego otoczenia lub rodziny, nie mogłam funkcjonować, co chwilę zawracałam głowę tacie, żeby na siebie uważał. Jakoś o niego martwiłam się najbardziej. Po kilku dniach zapomniałam..., niemniej jednak sen przypomniał o sobie, kiedy moja sąsiadka - młoda dziewczyna otarła się o śmierć, pękł jej tętniak w mózgu. Cudem przeżyła, chociaż nie dawali jej szans. Od tego momentu nie wiedziałam, czy mam to powiązać ze sobą, czy to zwykły zbieg okoliczności, wytłumaczyłam to sobie tym drugim i puściłam w niepamięć. Do dnia wczorajszego. Znów śniły mi się zęby,wypadły mi dwa trzonowe, były takie czarne, brzydkie - FUJ!!! (ja oczywiście takich tragicznych zębów nie mam ;)) Znowu sennik i znowu oznaka nieszczęścia, które może dotyczyć kogoś bliskiego. Ech. Wierzę, że nic złego się nie wydarzy, ale gdzieś podświadomie czekam i czuwam, żeby móc zapobiec. Nigdy nie przybierałam sobie aż nadto do głowy, ale te zęby w snach powodują u mnie ciarki na każdej części ciała. Wiem, że i tak będzie, co ma być, że nie należy bronić się za wszelką cenę, że kiedyś każdego czeka śmierć, ale przeraża mnie fakt bólu po stracie i niemożność poradzenia sobie z tym, bo jak później żyć? I to jeszcze takie sny przed świętami do mnie przychodzą? A kysz!

Za niedługo święta, czekam na nie, czekam na tę atmosferę, na to ciepło, które w tym jednym dniu na pewno wystąpi wśród moich bliskich. Cieszę się, że w tym roku spędzę święta w domu, że nie jestem skazana na pobyt w szpitalu.




piątek, 17 grudnia 2010

Dzień spędzony w jednym z hipermarketów wraz z rodzinką. Głównie urzędowałam z bratanicą. Jestem wykończona. Najwięcej czasu spędziłyśmy oczywiście w dziale zabawek. Nie obyło się bez wygłupiania, bez gonienia pomiędzy regałami, bez przewrócenia tego i owego. A., wszystko chciała mieć, wszystko jej się podobało, wszystko było takie kochane, wiecie jak to dzieci. Najbardziej jednak spodobał jej się piesek, którego można było założyć na rękę i bawić się do woli. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ów pluszak był cały brudny i bez oka, które pewnie gdzieś w transporcie zgubił. Na nic nasze tłumaczenia, że ta zabawka jest zepsuta. Musiała być i już! Stacjonowała w koszyku zatem, i gdzieś przy dziale z alkoholami została podobno zgubiona, czyt. odłożona, aby dziecię niedobre nie zauważyło. Najlepsze było jednak na końcu, bo okazało się, że A., wyszła z hipermarketu z konikiem..., za który powinniśmy zapłacić, ale nikt nie wiedział, że ona go miała w kieszeni, dopiero w domu się zorientowaliśmy, więc... UPS. Nieświadomość nasza, niewiedza jej, że tak nie wolno robić. Ech. Głupie uczucie, pocieszam się jednak faktem, że ta zabawka jest malutka, i sklep dużych strat przez nas nie poniósł.

Teraz zdjęcie i pytanie, czy to, co tam jest napisane jest poprawną formą? Przecież powinno być: Billo staje na tylnych łapach.Wypowiedzcie się, jak uważacie i dlaczego właśnie tak. Czy producent walnął byka? Nie ukrywam, że głównie liczę na Emila Rucińskiego :D Z polskim nigdy nie miałam problemów, ale teraz zaczynam myśleć. jeżeli ludzie, którzy tworzą zabawki i opakowania, potrafią masowo wypuścić rzecz z taką formą piśmienną na opakowaniu, to ja podziękuję! Nie dziwmy się wobec tego, że młodzież pisze tak, a nie inaczej, że nie zna podstawowych zasad, że w nosie ma poprawną polszczyznę. Emil, tyle masz tych słowników, na pewno to jasno wytłumaczysz. Tylko nie pisz mi o "tylni strzelcy", bo to wiem ;)



czwartek, 16 grudnia 2010

Uroki zimy spowodowały, że dostaję się do samochodu od strony pasażera, bo drzwi od kierowcy nijak nie da się otworzyć. Jest to i tak lepsze rozwiązanie od wsiadania przez bagażnik. Zgadnijcie, co dzisiaj jest za dzień? Hi!? Pewnie, że czwartek, a co odbywa w czwartek? Kontrola doktorska, czy mam jakieś nowości do przekazania w związku z tym? Oczywiście, że nie, więc EOT, po co być monotematyczną, prawda? No.

Jak przewidywałam, posiadam zakwasy, co w obecnym stanie jest dosyć dziwne, bo mięśni brzusznych zlokalizować nie potrafię ;) Jako, że nie mam nic więcej do przekazania, pozostawiam Was z U2 :)



środa, 15 grudnia 2010

Marcel Achard powiedział kiedyś, że; "Na świecie nie ma nic piękniejszego od pobudzania ludzi do śmiechu" Prawda to niewątpliwa jest!!! Dzisiaj był wieczór z Kabaretem Ani Mru Mru. Ciężko jest opisać to, co przeżyłam, śmiałam się dobre dwie godziny. Jutro pewnie odczuję to na swoich mięśniach brzucha. Skecze widziałam pierwszy raz. Każdy był idealny, aczkolwiek na Lokomotywie popłakałam się ze śmiechu, i to z tym skeczem chciałabym was dzisiaj zapoznać (o ile go już nie widzieliście...) U nas Marcin miał inne okulary - takie wielkie i do tego białe. Czapa też inna, a słowo "narpierw" było wypowiedziane poprawnie - chyba :) W każdym razie - przysłowiowego kaca i delirkę zagrali idealnie. Najlepszym lekarstwem na wszystkie problemy jest śmiech!!! Mój śmiech jest dosyć charakterystyczny, więc chyba najgłośniej na tej sali się zachowywałam, ale co obejrzałam to moje, a wszystko inne sobie musicie wyobrazić, bo tego się nie da opisać. Jak w każdym programie, zdarzyła się też chłopakom wpadka - nie wytrzymali i sami zaczęli się z siebie śmiać, co wywołało oczywiście salwy braw wśród publiczności. No, to sobie popisałam. Udaję się spać, dobrej nocy :)


poniedziałek, 13 grudnia 2010

Nie zawsze mam, co powiedzieć, czasami lubię mój stan przedstawić za pomocą piosenki. Unbroken Spirit, najlepiej przemawia do mnie, i podtrzymuje na duchu. Słowa wzmacniają moją psychikę.




No I never turned back
When I saw the descended called fire
Never ran away
When I heard my heart was burning past
Take away the first hello
Take away the first hello
You Never broke me

No I never turned back
When the fire descended on my soul never ran away
When I knew that I was getting old
I Never turned back

Unbroken spirit of mine
Never release
Unbroken spirit of my life

There be of time
When the clock runs faster than my life
There is a force
Deep within my heart,within my soul
There is a dream, that testify I should be safe
Forever and a day
Forever and a day

This unbroken spirit of mine
Unbroken spirit of my life

Unbroken spirit
so blessed this life
Should never be broke
Should never be tired

There is a chord
That holds me close within my heart
There is a sound
Redesigns my every move
There is a song telling me that
Everything will pass
everything will pass
Everything will pass


Słowa piosenki, pisane w trakcie słuchania utworu, mogą pojawić się błędy, wszak nikt nie jest doskonały... Mam nadzieję, że zrozumiecie jednak ich sens...



A dlaczego ten utwór...? Bo nie inny, nie dzisiaj:

niedziela, 12 grudnia 2010

Hm. Jednak dzisiaj nie jest 15 grudzień? Jakże się pomyliłam. Każdy dzień jest taki sam, to i w datach człowiek zatracić się może. Na kabaret idę właśnie 15, czyli w środę - ŚRODĘ! - Krzyknę na siebie, może tym sposobem zapamiętam.

Część z Was na pewno pamięta, że gram sobie w Farmville - tak dałam się wciągnąć uprawianiu roli. Zaczęłam bodajże w marcu tamtego roku, możecie odświeżyć pamięć KLIK 9 miesięcy grania, sadzenia, fertalizowania, zbierania plonów. Przez te miesiące farma się rozrosła, przybyło sąsiadów, część starych odeszła, gra im się pewnie znudziła, albo zabrakło czasu. To prawda, żeby odwiedzić wszystkich, sferatlizować ich uprawy, dokarmić kurnik, trzeba posiedzieć dobre parę kwadransów. Nie wliczam w to wysyłania prezentów, bo Zynga upraszcza wysyłanie, jak może. Na farmie zagościła zima, pod choinką przybyło prezentów, zwierzęta pewnie czekają na ten dzień, kiedy będą mogły przemówić ludzkim głosem. Poczekam z nimi, a tymczasem zobaczcie zdjęcia:







Lubię tę swoją farmę, stała się jakby moją częścią :) Na szczęście, nie mam takich manii jak niektórzy moi znajomi, że kiedy farma nie chce działać, oni automatycznie chcą sobie zrobić krzywdę :) Nie wstaję też po nocach, żeby pozbierać plony, przecież one mogą poczekać sobie do rana. Nie jest ze mną tak źle. Posiadam nadmiar wolnego czasu, pożytkuję go mądrze - uprawiając, szacując, myśląc. No!

Frodo! Foch! Gdzie to moje zdrowie z Sarniego, co to sobie zażyczyłam, hę? :P

piątek, 10 grudnia 2010

Czasami to, że istniejemy jest tak bardzo oczywiste, że nie przychodzi nam nawet do głowy, jak szybko może się to skończyć, albo jak blisko będzie do przekroczenia tej linii życia. Wczoraj, po godzinie 22, prezydent elekt stracił przytomność. Był reanimowany, dzisiaj jest na oddziale intensywnej terapii, wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej, po zabiegu kardiologicznym... Serce mnie zabolało, kiedy się o tym dowiedziałam, nie chciało się wierzyć, przecież sąsiad zawsze wiódł aktywny tryb życia, wyglądał dobrze, nie wykazywał żadnych chorobowych skłonności, a tu taka niespodzianka. Dzisiaj miał być zaprzysiężony... Pewnie ostatnie wydarzenia, a tym samym emocje, które towarzyszyły, spowodowały te przykre następstwa. Życzę Panu Jackowi szybkiego powrotu do zdrowia!!!

Miałam mailować do Siemianowic, jednak zadzwoniłam. Mam już niezbędne informacje. Na konsultację, mogę przyjechać w każdym momencie, nie trzeba się wcześniej zapisywać, konsultant oceni, czy nadaję się do takiej komory i czy w ogóle jej wymagam. Kiedy zostanę zakwalifikowana, trzeba czekać w kolejce. Czas oczekiwania to ok 3 miesiące, ale nie to mnie przeraziło najbardziej. Rana, którą posiadam będzie wymagała 30 zabiegów w komorze. Czas siedzenia w niej, to ok 1 godziny, niestety trzeba będzie dojeżdżać tam codziennie. Biorąc pod uwagę natężenie ruchu, które występuje na trasie Oświęcim - Siemianowice troszkę jestem zawiedziona. Myślałam, że mają możliwość położenia na oddziale, że są przygotowani na taką ewentualność. Z drugiej strony, co ich obchodzi, jeżeli komuś zależy - podoła... Dlatego mam wielką, ale to wielką nadzieję, że wyzdrowieję, i nie będę musiała w tej komorze przebywać. Mnie jest ciężko dojechać do szpitala w moim mieście - dziury, zakręty, nagłe hamowania, to wszystko powoduje duży ból, i obfite krwawienie. Do Siemianowic mam ponad 40 km. O ile 10 minutowa jazda potrafi mnie wykończyć, to co będzie, jeżeli będę musiała jechać ponad godzinę? Czekam, aż skończę brać antybiotyk i chemioterapeutyk, a później wybiorę się na konsultację. Ogólnie, staram się nie myśleć o tym, bo ogarnia mnie przerażenie.

Piątek..., byle do niedzieli. Podobno idę na Kabaret Ani mru mru... Chyba ktoś mi zrobił jakiś chłyt materkindody... :) No to chyba iść - i pójdę! ;)

czwartek, 9 grudnia 2010

Czwartek bez dostępu do internetu. O ile rano nie przeszkadzało mi to wcale, teraz jestem, że tak powiem zdenerwowana, bo chciałam tyle rzeczy zrobić, maila napisać… ech, no właśnie!

Widzenie z doktorem i jego ekipą, przyniosło następujące postanowienia.
Posiew – bakterie, jakie siedzą w mojej ranie, nie mieszczą się dochtórowi w głowie, nazwy ich, jakby pochodzą z dalekiej Afryki…, nikt nie wie, co to za bakterie - włącznie z tymi paniami, co je hodowały. Zapewne to one wymyśliły takie mądre nazwy. Mam w sobie następujące pasożyty beztlenowe: Prevotella Oralis Group, Porphyromonas asaccharolytica, Bacteroides fragilis, Klebsiella oxytoca…, i bądź tu człowieku mądry. Doktor znowu przepisał stos leków, które będą mi towarzyszyć przez czas jakiś – mam nadzieję, że bez bonusów… Najważniejszą jednak rzeczą jest to, że dostałam skierowanie na leczenie w Komorze Hiperbarycznej. Są dwie w Polsce, ja będę się starała dostać do Siemianowic Śląskich. Pewnie nie będzie lekko, bo ludzi dużo, ale na dzień dzisiejszy, tylko ta komora jest mi w stanie pomóc, leki nie działają na mój organizm, a zażywając tyle medykamentów, wykończę żołądek, a nie chciałabym z jednej choroby, popadać w drugą. Pierwszym krokiem w osiągnięciu sukcesu, miał być owy mail, którego nie napiszę, dopóki mi Internetu nie włączą… - to jest jakiś pech, bo kiedy tego cudu techniki naprawdę potrzeba, to go nie ma, ale, bo zawsze jakieś być musi, ktoś jednak nade mną czuwa... - od dni kilku miałam popsuty telewizor w pokoju, a jak odłączyli mnie od świata, naprawił się telewizor, Hym - dziwne... :)

Godzina 20:15 - internet włączony, teraz pewnie przestanie działać telewizor ;)

Maila do Siemianowic sobie na dzisiaj jednak odpuszczam, jutro z nowymi pokładami energii, napiszę go jednym tchem.
U endokrynologa nie było źle, pozostaję bez leków, inna sprawa, gdybym była w ciąży, albo ją planowała, to musiałabym zacząć przyjmować hormony, jednak ja ani nie jestem w tej ciąży, ani jej nie planuję, to mam spokój, muszę czekać, aż mi się tarczyca zepsuje, wtedy dopiero leczenie. Mam jednak nadzieję, że jeszcze ten mój gruczoł trochę pozipie :)Następna wizyta za pół roku. Zapominam do czerwca!

Zima wróciła. Sypie na całego. Siedzę sobie w ciepłym pokoju i słucham muzyki Petera Gabriela, dokładniej płytę Secret World, popijam czerwoną herbatkę z miodem i rozmyślam. Lubię to robić, wyciszyć się, pobyć z muzyką, ona otwiera mój umysł, działa pozytywnie, pozwala dostrzec to, czego nie widziałam tak dawno - radość i wiarę, że przecież wcale nie jest źle, że można jakoś poradzić sobie, wybrnąć ze ślepego zaułka, do którego zapędził niechcący mnie mój umysł. Nie każda muzyka tak ze mną robi, Peter Gabriel jest dla mnie dużym ukojeniem, to forma muzykoterapii, którą sobie sama dzisiaj przepisałam. Zastanawiam się, ile osób w ogóle wie, kto to jest Peter Gabriel, ale nic tam, nie każdy musi go przecież znać, chociaż na pewno każdy zna Genesiss...
To tak dla poznania... Secret World - za każdym razem, kiedy słucham tego utworu, ciarki po mnie przechodzą, zamykam oczy, kołyszę się w rytm brzmień, wsłuchuję się w ten jego głos i odpływam...




Pees:
Ola, od Was się uczę :)
Mam nadzieję, że pomagacie Sherlockowi. Nakarmcie pieski z Sherlockiem. Ja ich nakarmiłam dzisiaj 15. Jest na to sposób. Wszystkie pieski otwieracie w nowym oknie przeglądarki, potem karmiąc zamykamy każde okno z osobna... Nie pozwólmy, aby któreś z nich było smutne - pomóżmy Im!

wtorek, 7 grudnia 2010

Wybory, Mikołaj, śnieg... Pstryk, i wszystko przemija.

Prezydentem mojego miasta został sąsiad Jacek Grosser - ha! Czasami oczywistość zaskakuje. Bezpartyjny wygrał - Oświęcimianie Oświęcimianom - podobno głupia nazwa, ale ona nie może być inna z racji tego, gdzie mieszkam :) Część ludzi zbyt wcześnie chciała wypaczyć wynik wyborów, dostając po łapach różnicą 81 głosów. Taka porażka może boleć..., no nic :)
Mikołaj..., ech - przypomniało mi się dzieciństwo. Odwiedziłyśmy z Amelką moje przedszkole. Patrząc na wybiegającego Kubę (syn koleżanki), który krzyczał na cały głos: mamusiaaaa!!!!, zobaczyłam siebie w tym przedszkolu, kiedy wybiegałam tak samo jak on, słysząc swoje nazwisko przez głośniki. Lubiłam przedszkole, jednak zawsze z radością wracałam do domu - do teraz nie wiem, dlaczego. Przez tyle lat nic się tam praktycznie nie zmieniło, taki sam korytarz, te same dywany. Dobrze, że zostają wspomnienia, chociaż z miłą chęcią wróciłabym się do tego dzieciństwa... Na spotkaniu z Mikołajem nie było tak, jak sobie myślałam dzień wcześniej. A., nie odezwała się słowem, zamykała oczy i nie chciała patrzyć na Mikołaja, który w sumie odstraszał swoim wyglądem i nie powiedział ani be, ani me, ani pocałuj mnie w d.... Co to za podróbka była, to ja nie wiem. Najlepszy jednak był Kuba - syn koleżanki.
Pani, która podawała paczki, pyta Kubę (bo Mikołaj chyba niemową był):
Pani: A czy byłeś Grzeczny?
Ola(mama Kuby): Kubuś byłeś?
Kuba: No przecież byłem!
Pani: To proszę paczkę...
Kuba bierze paczkę i cieszy...
Ola: Kubuś, a jak się mówi? (chodziło jej o to magiczne słowo, kiedy się coś dostaje..)
Kuba: Dzień dobry!
Ja się poskładałam z tego ze śmiechu, podobnież jak wszyscy inni, słyszący Kubę:)
Śnieg, a raczej to, co po nim zostało sprawie, że nie da się chodzić. Nienawidzę ciapy!!!
Wynik TSH odebrany... Chyba za niedługo będę musiała powiedzieć: Witajcie hormony...



niedziela, 5 grudnia 2010


Obowiązek obywatelski został spełniony - głos oddany. Nie obyło się również bez przygód. Jak wiadomo, za oknem duży mróz, co wiąże się z oblodzeniem wszystkiego, bez względu na to, czy jest to posypane śniegiem, czy też nie. Ja zaliczyłabym porządną wywrotkę na schodach przy szkole, gdyby nie mój kandydat na Prezydenta, który to wchodził z żoną do głosowania przede mną. Wyczucie miał i zdążył mnie chwycić, pamiątka na całe życie ;) Oczywiście żartuję, bo mój kandydat jest też moim sąsiadem i znamy się całe życie, ale sam fakt, że pomógł mi być może przyszły Włodarz miasta jest... hym;)? Po wejściu do Komisji Wyborczej, było jeszcze ciekawiej, bo przywitały nas kamery TVP, a ja nie dość, że zaparowane okulary, to jeszcze czapka przesunięta nie w tę stronę, co powinna przez ten wyczyn na schodach. Mam nadzieję, że mnie wytną, i nie będę się musiała oglądać na TVP Kraków. Dopełniając całości, gdy wracałyśmy z mamą do domu, akurat jak jechałyśmy windą i byłyśmy już jedno piętro od celu, wyłączyli prąd i koczowałyśmy uwięzione w dźwigu dobre 15 minut, a jak na złość, akurat nie miałam żadnego telefonu. Można powiedzieć, że niedziela udana. Popołudnie spożytkowane na oglądaniu Małysza, a także odśnieżaniu placu przed domem... brata. Takie Syzyfowe Prace postanowiłam zrobić, coby troszkę kalorii spalić. Nie czuję się źle, wbrew temu, co noszę na plecach. Najgorsze dla mnie utrapienie, to przemakanie opatrunków i zapach, gdyby nie to, mogłabym normalnie funkcjonować, ale co zrobić, nie jestem w stanie temu zapobiec, powolutku, a może za niedługo będę mogła zapominać, że chorowałam? Chciałabym bardzo.

Czas odpocząć, złożyć głowę na podusi i pozwolić porwać się Morfeuszowi, który na pewno przygotował dla mnie dobre sny. Wyspać się, bo rano trzeba wstać, badanie TSH czeka, na czwartkową kontrolę endokrynologiczną. Jednak, w przeciwieństwie do pleców, o swoją tarczycę się nie boję, pomimo tego, że jest dla mnie bombą, która w każdym momencie może wybuchnąć i wprowadzić mnie w stan zażywania hormonów. Dla mnie to jednak żadna nowość... Kilkanaście lat mi je podawali niepotrzebnie.
Jutro też spotykam się z Mikołajem :) Chociaż nie przyjdzie bezpośrednio do mnie, to będę świadkiem tego, co się wydarzyć może, a co to będzie? Ja już wiem, do tego wcale jutro nie jest mi potrzebne. Kiedy to Mikołaj będzie chciał Amelce dać prezent i zapyta się jej, czy była grzeczna, mała najpierw nadyma swoją buzinkę, a potem prychnie pffff i wykrzyczy Mikołajowi - UCIEKAJ!!! A ja się będę wstydzić za małego, niedobrego, aczkolwiek kochanego pierona! Pierona możecie zobaczyć na wstępie wpisu :) Kochana i niby niewinna, prawda? Nic bardziej mylącego! I to nie ciocia jest tą, co ją uczy złego..., no dobra, może poza paroma wyjątkami, ale o tym powinien powstać osobny wpis.

Cieszę się, że przychodzą do mnie nowe osoby, i się im u mnie podoba. Dla mnie to bardzo ważne, nadaje sens temu blogowi. Dziękuję Wam :)

Pees:
Nie pytajcie, co mała ma na głowie ;)

piątek, 3 grudnia 2010

Zima nastała na waszych blogach, więc u mnie nie mogło być inaczej. Po wielu godzinach kombinowania, przesuwania udało się. Szata została zmieniona, i przez najbliższe kilka miesięcy na pewno się nie zmieni. Uff! Ponieważ padam na przysłowiową twarz, i nie mam siły nic mądrego napisać, postanowiłam muzycznie wynagrodzić moje milczenie pozytywnym brzmieniem Maleo Reggae Rockers... Dża, dża, dża... :D


czwartek, 2 grudnia 2010

Zaliczony kolejny szpitalny czwartek. Postanowiliśmy z dochtórem od dnia dzisiejszego, poprzez kolejne kontrole, mierzyć wielkość rany. Ma to Nam pomóc obserwować, o ile rana się zmniejsza. Na dzień dzisiejszy, ma ona 10 cm długości, z czego 1 cm jest zabliźniony. Zobaczymy, jak będzie za tydzień. Ucierpiałam się znowu na tej kozetce, chyba mam to wpisane już w swój życiorys...

A, co poza tym? Ano, zima trwa! Śniegu dużo, mróz daje znaki. W samochodach, a szczególnie jednym, małym, srebrnym zamarzły uszczelki, co spowodowało, że drzwi przestały się otwierać, a kiedy już problem został rozwiązany (wrząca woda), okazało się, że teraz śnieg sypie się do auta, bo uszczelka stała się nieszczelna :) Fajnie! Nie wspomnę o tym, że na stałe w bagażniku zamieszkała łopata (na wypadek, gdyby kierowca się zakopał) i zmiotka, która pomaga zobaczyć świat, kiedy szyby pokryte są białym puchem, często z odrobinkami lodu, toteż zmiotka jest ze skrobaczką ;) Tak przygotowany samochód gotowy jest do drogi. Dlatego wsiadłam i pojechałam, zaliczając nadsterowność na zakręcie, wyszłam jednak z pułapki cało - nie wiem, chyba jakiś instynkt kamikadze mi się włączył, i wiecie co? Ja chcę jeszcze raz!
Dopełnieniem w jeździe samochodem była pewna kobieta, która to wracała sobie ze sklepu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby ów dama szła chodnikiem, jednak ona wolała kroczyć środkiem zaśnieżonej drogi. Stała się moją przeszkodą. Jechałam za nią, koła się ślizgały, myślałam sobie, kobieta w końcu chyba się zorientuje i zejdzie na ten chodnik..., ale nie, ona tak szła, i szła, w ogóle się mną nie przejmując... Postanowiłam zatrąbić, cierpliwość jeszcze miałam... Piiip, kobieta się odwróciła, popatrzyła tak na mnie, i nic..., w ogóle ją to nie ruszyło, bo nie zeszła, a więc zatrąbiłam jeszcze raz... PIIP!!! Dźwięk był dłuższy..., kiedy owa Pani, olała mnie całkowicie, otworzyłam szybę i zapytałam: Proszę Pani, ja na Panią trąbię! Stanęła i mówi: słucham? Głucha Pani jest? Nie słyszy Pani klaksonu, przecież środkiem drogi Pani idzie, nie obowiązuje Panią chodnik? Kobieta do mnie: Nie będę chodzić nieodśnieżonym chodnikiem, bo sobie mogę nogę złamać! Ja: Proszę Pani, ale ta droga też jest zaśnieżona! Kobieta: ..., ale jest szersza.
Rotfl! - takiej durnej odpowiedzi się nie spodziewałam, jednak przemilczałam to, bo babka mi się usunęła, puszczając bliżej nierozumiane bluzgi w moim kierunku. Nie ma, co się dziwić, że w okresie zimowym dużo potrąceń, jak niektórzy ludzie próbują myśleć nieczynnymi już pewnie częściami mózgu!

I tyle mam do powiedzenia, dobranoc :)

wtorek, 30 listopada 2010


"Zima na ramiona moje spadła niewinnością, białym śniegiem...
"


Mroźno się nam zrobiło. Fajnie. Lubię ten stan, kiedy ostre powietrze wpada w moje płuca, a ja czuję, że żyję. Dzisiaj w ramach pomocy siostrzanej, udałam się na zakupy, obiektem stały się sznurowadła, które musiałam zakupić starszyźnie. Słoneczko okalało mnie swoimi promieniami, jakby chciało powiedzieć: hej, mogę pójść z Tobą? Było całkiem przyjemnie, zmrożony śnieg strzelał pod butami, a wydmuchiwane powietrze powodowało, że moja widoczność była równa zeru - uroki noszenia okularów, he :) Można powiedzieć, pochodziłam, że łohoho i nawet Oko Obiektywu było ze mną!

Dzisiaj mija rok, od mojego najdłuższego pobytu w szpitalu. 30 listopad - 26 luty. Ponad dwa i pół miesiąca spędzonych na oddziale chirurgii ogólnej. Przegapiona zima, przegapiony sezon narciarski, przegapione zimowe przyjemności. Może dlatego tak sobie cenię ten śnieg, który mnie otacza i ten mróz, może chcę nadrobić tamten stracony czas? Pewnie coś w tym jest, głowa wyrzuca to, co było i stara się żyć dniem teraźniejszym. Czy uda mi się w tym roku pojeździć na nartach? Nie wiem, ale jeżeli rana się troszkę zmniejszy - pojadę, przecież chcieć, to znaczy móc. Jak co roku odkurzyłam swój sprzęt narciarski, żeby był przygotowany na ewentualność, która może gdzieś tam wystąpić.

A teraz udaję się na seans filmowy... Porywają mnie Anioły i Demony...


niedziela, 28 listopada 2010

"Pada śnieg, puszysty śnieg, lubię patrzeć, gdy tak cicho spływa w dół..."


Lubię zimę. Uspokaja mnie, wycisza i pozwala cofnąć się w czasie. Patrzę sobie przez okno i widzę siebie sprzed lat, ślizgającą się w najlepsze po spowitym śniegiem chodniku, który w miarę poślizgów zaczyna się szklić. Później sąsiedzi, którzy wywracają się na tej ślizgawce, ku naszej uciesze. Nikt nie ma pretensji o to, że się wywróci, dla niego najważniejsze,że dzieci bawią się w najlepsze, że zima jest dla nich czymś, na co czekają wiele miesięcy. Pamiętam te wyprawy z sankami na górki, te rozdarte kurtki, które występowały podczas pobijania rekordów prędkości w zjeździe na brzuchu, te przemoczone ciuchy, te zapaprane śniegiem zeszyty, bo przecież najlepszy zjazd był na plecaku szkolnym. Te opóźnienia w powrotach do domu, bo przecież mamo - tyle śniegu, wszyscy dłużej po szkole zostali. Mama zawsze rozumiała, i nigdy nie miała pretensji, chyba że po powrocie do domu nie przypominałam wyglądem człowieczka, tylko bałwanka z czerwonym noskiem. Budowanie fortec śnieżnych, wojny na śnieżki między blokami, występowały na skalę masową. Ile razy wróciło się do domu z podbitym okiem..., ech! Pamiętam zimowe szaleństwa na stoku w Szczyrku lub Kozubniku, kiedy brat uczył mnie jeździć na nartach, te zawrotne prędkości, które tak uwielbiałam i uwielbiam po dziś dzień. Lubię wspominać, bo występuje to w taki sposób, że nie jest mi przykro, że czegoś nie mogę. Wiem, że ten sezon narciarski pewnie też ominę, że nie wyjdę na stok, nie oddam się szaleństwu, które tak bardzo kocham. Przetrwam jakoś, a za rok sobie odbiję i będzie to o tyle szczególne, że na stoku postanie też moja bratanica, która w czwarte urodziny pozna uroki zjeżdżania!

Wiem, że wielu z Was zimy nie lubi, że kojarzy się ona tylko z ograniczeniami, jednak zima nie zawsze musi taka być. I niepełnosprawny może się nią cieszyć - wielokrotnie widziałam...



Zima dla mnie jest jak malowana reggae!

sobota, 27 listopada 2010

Gorsze momenty życia zaliczone po raz kolejny. Przetrwałam, skutki różne.

piątek, 26 listopada 2010

Dzień dobry Wszystkim.Dawno mnie tutaj nie było,ale sytuacja wymaga tego,abym skreślił parę literek,a mianowicie:Jako,że Salanee nie powie wszystkiego,bo straszny z Niej uparciuch to muszę ja.Nie jest różowo,bo nie dosyć,że choroba nęka ją już od dawna i nie widać żadnej poprawy to dopadły Ją "czarne dni"(...a jest naprawdę źle...) i tu mam do Was prośbę.Przede wszystkim trzeba Jej znaleźć jakieś zajęcie,pracę,bo tego Jej potrzeba.Po pierwsze będzie mogła zarobić jakieś tam pieniążki,a poza tym przestanie się zadręczać,czuć ,że nie jest nikomu potrzebna,bezwartościowa etc..Może ktoś słyszał,ma namiary na coś co mogła by wykonywać w domu,coś co jest związane z komputerem,z pracą na nim.Wiem,że kończyła kurs grafiki komputerowej,poza tym umie i radzi sobie w obsłudze różnych programów ,ma zapał i chęć do pracy.Z uwagi na Jej sytuację może zajmować się tym,lub czymś innym tylko w domu.Więc gdyby coś Ktoś to....To tak po krótce,by było na tyle,bo i tak piszę do bez Jej wiedzy,ale coś zrobić musimy i tu też prośba do Pana K... . Zabieraj Ją na sanki,na colę,gdziekolwiek i nie słuchaj Jej wymówek,bo Ona musi się rozruszać,musi żyć normalnie mimo wszystko...Ale najważniejsza ta praca,więc jeszcze raz: Proszę abyście mieli na uwadze to co napisałem i z góry dziękuję.

sobota, 20 listopada 2010

Sobota, kolejna kartka wyrwana z kalendarza, dni coraz mniej, zima coraz bliżej, co czuć - póki co. U mnie wystąpiła mania sprzątania. Z reguły bywa tak, że po straszliwym kryzysie, w którym to organizm nie może się pozbierać, następuje nagły przypływ sił i energii, które zazwyczaj pożytkuję, robiąc w domu lekki młyn, czyli zaczynam zmieniać, przestawiać, kombinować. Pomaga mi to bardzo, polepszam swój nastrój, czuję się lepiej - taka jakby forma samoterapii. Nie lubię monotonii, nie lubię kiedy coś przebywa dłużej w jednym miejscu, dlatego czasami mam potrzebę przemeblowania, choćby malutka zmiana, a od razu bardziej mi się podoba, zaczynam czuć się bezpieczna, niezagrożona i po cichu liczę na to, że może ta zmiana spowoduje, że od teraz będzie już lepiej, że zmienię jakoś ten świat wewnętrzny, a on sam zapewni mi spokój, którego tak bardzo potrzebuję.

Cały czas żyję na lekach, po których nie powiem, żeby było lekko. Forma chemioterapeutyku dała mi szczególnie popalić. Mdłości, połączone z wymiotami, nieżyt żołądka, jelit, utrata wagi, brak apetytu, metaliczny posmak w ustach, to tylko kilka dziwnych stanów, które towarzyszyły mi od pewnego czasu, a ile jeszcze pobędą? Zapowiada się, że będę się musiała z nimi zaprzyjaźnić. Czwartek przyniesie kolejny posiew, i kolejną dawkę środków, których zadaniem będzie zabić bakterie. Mój stan się nie pogarsza i to jest dla mnie ważne, o bólu nic nie piszę, bo właściwie nie wiem, jak to jest żyć bez niego i szczerze powiem, marzę o takim dniu, w którym obudzę się, a bólu nie będzie, i będę mogła robić wszystko, co chcę... To samo, jeżeli chodzi o opatrunki, to tak bardzo wpisało się w moje życie, że nie wiem, jak to jest wstać, wykąpać się, ubrać i wyjść - bez całej procedury leczniczej. Już nie wspomnę, że zapomniałam, jak to jest żyć, nie myśląc, że coś mi właśnie przemaka, że wydziela się zapach. Psychiczny komfort to coś, czego bardzo potrzebuję i o czym marzę, niestety nie każdy pomaga mi w zapewnieniu tego wszystkiego, i chociaż nie mówią tego głośno, swoje słyszę, staram się to jakoś tłumaczyć, ale w sercu pozostaje ten żal, i pytanie - dlaczego tak mam? Odpowiedzi nie oczekuję jednak.

Wybrałam się dzisiaj do Biedronki. Poczułam tam zapach zbliżających się świąt i jakoś tak, zaczęłam tęsknić, za czym? Sama nie wiem..., ale była to dobra tęsknota.

Jakubie, do Ciebie słów kilka. Bardzo Ci dziękuję za twój blog i przemyślenia w nim zawarte - bardzo :)




Inspiracja muzyczna by Kisioł. Ech - te słowa - dziękuję!

środa, 17 listopada 2010

Stało się. Znów! To, co tak bardzo ucieszyło mnie w 2008 roku, ziści się ponownie 16 kwietnia 2011 roku w Krakowie! Klub LochNess, godzina 20:00. Sobota. Czy będę zdrowa, czy nie, znaczenie to dla mnie żadne, na tym wydarzeniu muszę być, chcę odpłynąć w cudowny świat, zapomnieć o zmartwieniach, poczuć się tak, jakby żadne zło się nie wydarzyło i cieszyć się, cieszyć całym sercem i śpiewać, i kołysać się w rytm brzmień, i znowu zobaczyć ludzi pozytywnie nastawionych do życia, tworzących magiczny świat, świat który został mi pokazany troszeczkę za późno, ale to i tak nie jest ważne, bo ważne, że w ogóle mogłam ten świat zobaczyć, i zakochać się w nim bez opamiętania, i pielęgnować to uczucie, i być mu wierną! Po trzech latach Pendragon wraca do Polski ze swoją nową płytą Passion!!! Czego można pragnąć więcej... Kisioł, sprawił, że Ich poznałam, Kisioł doniósł dzisiaj o tym jakże ważnym wydarzeniu. Kisioł, Ty nawet nie wiesz, jaką mimikę twarzy przybrałam, kiedy przeczytałam od Ciebie sms-a!!! Super!!!





Nie czuję się jeszcze dobrze. Medykamenty, które otrzymałam sponiewierały mnie całkowicie.

piątek, 12 listopada 2010

Padam!

Noc dla mnie była straszliwa. Moje oczy wobec tego wołają o pomstę do nieba, podpuchnięte, pomarszczone, ciemne. Głowa boli, zawroty straszliwe. Organizm nie wydala. Cóż się stało? Ano - jedna taka, niewysoka, z długimi włosami, wielkimi oczami i wiekiem, nieprzekraczającym lat 3 - panienka, potocznie zwana Misiem lub Amelowatą, spędziła u mnie nockę. Zaczęło się dosyć niewinnie, a skończyło po 2 w nocy. Wtedy to, mały łobuz zasnął, a ciotka została oddelegowana do innego pokoju, gdzie ku jej ogólnemu niezadowoleniu, łóżko też jej nie pomogło w zaśnięciu, a wstać trzeba było o godzinie 6 - wizyta u chirurga czekała, i tak jakoś przemęczyłam te 4 godziny, nie mając nawet wyboru, na który bok się położyć, gdyż mogę leżeć tylko na jednym. Z ranka rozbrzmiewało hasło - bez kija nie podchodź! Jeszcze, żeby było ciekawiej, przyszło mi dzisiaj jechać autobusem do szpitala, gdyż nasz samochód w dniu wczorajszym odmówił posłuszeństwa, i nagle, jakoś tak przestał sobie palić. Pewnie pompa paliwa powiedziała - koniec, pracować więcej nie zamierzam! I pozwoliła zostać Corsie w nierównym ułożeniu na chodniku, skazując ją na holowanie... ;)

Z pola przegranej? walki:

Nadal znajdujemy się w lesie - słowa dochtóra. Posiew wyszedł masakryczny. Bakterie zmutowane razy 4. Nazwy takie, że nawet doktor był w szoku, ja to ich nazwy wymówić nie potrafię. Dlaczego takie? Przez leczenie, przez stosowane antybiotyki, środki dezynfekujące. Wszystko to bakterie beztlenowe. Uderzenie w nie jest duże. Antybiotyk - Augumentin (doustnie), Antybiotyk - Detromycyna (na ranę), Chemioterapeutyk - Metronidazol (w czopkach), że tak powiem - z każdej strony mnie dopadli. Mogę czuć się źle, przy takich dawkach, na pewno zaszczycą mnie działania niepożądane, na pewno odbije się to na moim organizmie. A niech tam - byle bym zobaczyła światełko w tunelu i wymazała słowo "przegrana". Jogurciki dochtórek kazał jeść - będę!

Zieeewww! Wobec powyższego, jakby któreś z Was zapytać się chciało: to co Ty tu jeszcze robisz dziewczyno,zamiast spać?!!!!

A, bo farmę musiałam oporządzić :)






Mądrości Amleki:
Amelka: Babcia, bo w głowie mi się zrodził pewien plan??! (rzekła Amelka do babci, o godzinie 1:15 w nocy!)
Planem była zabawa w chowanego z latarkami i graniem na garnkach w kuchni! Ciotka, czyli mua, z artystycznym nieładem na głowie, poszła wprowadzić porządek, czyli okrzyczeć i położyć spać zbója, na co usłyszała:
Amelka: Cicho, ja tu rządzę!
Ja: Ja Ci dam cicho!
Amleka: No!

Jak widać, nie ma lekko!

czwartek, 11 listopada 2010

"Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze? Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze? Dlaczego ciągle muszę biec nad samym skrajem? Dlaczego z mego głosu mało tak zostaje? Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! A! Zatykam uszy swe! Smugi w powietrzu i mój bieg Jak prądy niewidzialnych rzek Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! A! Zatykam uszy swe! Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! Kim jest ten człowiek, który ciągle za mną idzie? Zamknięte oczy ma i wszystko nimi widzi! Wiem, że on wie, że ja się strasznie jego boję, Wiem, że coś mówi, lecz zatkałam uszy swoje! Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! A czy ktoś zrozumie to?! Nie kończy się ten straszny most I nic się nie tłumaczy wprost Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno! A! Czy ktoś zrozumie to?! Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte piąte dno! Mówicie o mnie, że szalona, że szalona! Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas! I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę, Po której wszyscy inni iść w milczeniu mogą... Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! A! Ktoś chwyta, woła - stój! Lecz wiem, że już nadchodzi czas Gdy będzie musiał każdy z was Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust Za swój!!!"



wtorek, 9 listopada 2010

Na dworze trwa wiosenna aura. Nie mam nic przeciwko, żeby tak już pozostało, chociaż zimę też lubię. Odkąd przestawiliśmy czas, mam problemy ze snem. Niegdyś nie byłam w stanie funkcjonować przed 8, a teraz wstaję po 6 czasami 7. Nie wliczam w to parę obudzeń po godzinie 4, bo to już całkowita dla mnie przesada. Od tygodnia, też wstawanie umila mi dźwięk, który powoli doprowadza mnie do obłędu. Jest to gwizdanie robotnika, który robi przy klatkach schodowych. Codziennie gwiżdże! Żeby jeszcze zmieniał melodię, ale nie, po co, jak można cały czas ten sam ton z siebie wydawać..., a mnie aż ciarki na rękach stają, jak go słyszę. Jeszcze kilka dni tak pogwiżdże, a nie wytrzymam i zwrócę mu uwagę - naprawdę. Jakąś inną melodię podrzucę, albo czymś twarz jego zatkam... Jakieś pomysły macie?

Ostatnio dbam o mojego psa. Wyprowadzam ją na spacer. Ha! Się dziwicie? Z reguły z Sonią wychodziłam na 5 minut, bo przewodnikiem była ona, nie ja. To ona wydawała rozkazy, co chce, a ja się musiałam dostosować. Każda moja próba pójścia dalej, wiązała się z jej zaparciem (o czym już tu kiedyś pisałam). Dzisiaj nie było inaczej, niemniej jednak znów wygrałam ja! Sonia jest biedna spaceruje, chociaż jej się to zupełnie nie podoba :D

ZUS - nadal nic nie przysyła.

Nie oglądam więcej programu prowadzonego przez Wiśniewskiego!



Pozdrawiam Kisiołka i niech się nie martwi!..., bo walnę focha! :D

niedziela, 7 listopada 2010


Spieszę donieść, że jestem. Blog zamarł jakoś, ale sama ja, absolutnie nie. Ostatni czas, to pasma prawd, które gdzieś próbowałam od siebie odrzucić i podświadomie tłumaczyłam, że może jednak będzie dobrze, chociaż wiedziałam, że nie ma prawa tak być. ZUS do dnia dzisiejszego nic do mnie nie przysłał, jednak już wiem, że renty mieć nie będę. Nie posiadam okresów nieskładkowych. Brakuje mi niecałego roku, żeby móc ubiegać się o to świadczenie. Wniosek dostałam, ale składać go nie będę, przecież z przepisami nie da się wygrać, wobec nich człowiek jest bezsilny, nikt nie da taryfy ulgowej, bo ktoś choruje i potrzebuje na leki, na opatrunki, na życie. Przecież ich to nic nie obchodzi. Najgorsze dla mnie jest to, że ta orzecznik, u której byłam dobrze wiedziała, jaką mam sytuację mówiła, jak bardzo współczuje, jednak z premedytacją skierowała na rentę - wiedziała, że pracowałam tylko dwa lata, bo wnikliwie czytała moje papiery, wiedziała, że nie spełnię warunków i tym sposobem, pozbawiła mnie środków do życia. "Ludzie ludziom zgotowali ten los." Czuję się bardzo pokrzywdzona, bardzo. Jest to dla mnie wielce niesprawiedliwe, oddałabym wszystko, żeby być zdrową, żeby móc pracować, żeby żyć godnie, jak na człowieka przystało. Tę godność mi odebrano, a ja nie mam jej jak przywrócić. Mam rodziców - na całe szczęście, ale gdyby nagle przyszło mi żyć samej? Jak nisko można upaść? Nie wiem, ale wiem, że ja zbliżam się do granic.

Pamiętam, jak grywaliśmy z chłopakami w karty, to często przy rozdaniu żartowaliśmy sobie, że kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma na pewno w miłości. Dopowiadaliśmy do tego, że są czasami podwójni pechowcy. Ten podwójny pech zawsze tyczył się mnie. Kisioł nigdy nie omieszkał się mi tego przypomnieć ;) Dzisiaj można przełożyć to na sferę życia - podwójny pech, jak w mordę strzelił. I o ile bez miłości człowiek mógłby żyć, o tyle bez pieniędzy już nie.

Jak to dalej będzie - nie wiem.



wtorek, 2 listopada 2010

Nigdy nie lubiłam narzekających ludzi, którzy za każdym razem próbowali pokazać, jak bardzo jest im źle na tym świecie. Tacy ludzie nie znajdują w sobie powodów do radości, jakby wszystko, co ich otacza nie przynosiło nic dobrego, jakby nie potrafili dostrzec pozytywnych aspektów swojego życia. Wydawało mi się, że ja patrzę na ten świat z tej lepszej strony, że mnie nic nie zniszczy, że z moją silną psychiką mogę wszystko. Pomyliłam się, bo czasami się po prostu nie da i dołączam do tych narzekających ludzi. Dlaczego to robię? Bo potrzebuję sobie ulżyć, każdy chyba tak ma, to tkwi gdzieś głęboko w nas, i nie sposób jest się tego wyzbyć, czasami po prostu się nie da. Wiem, że staję się nudna, a to moje narzekanie nie przynosi nic dobrego, przybiera czasem wręcz odwrotne skutki, bo nagle zatraca się ta nić porozumienia, ale przecież nie można tłumić w sobie emocji, bo to mogłoby doprowadzić do wewnętrznego wybuchu. Jesteśmy tylko ludźmi i czasami potrzebujemy, aby w tym narzekaniu nie być samym. Każdy z nas ma swoje problemy, nie każdy problem jest równy wyjściu z niego. Zdarza się, że jesteśmy zmuszeni do tkwienia w nim, tylko dlatego, że jesteśmy zbyt słabi, aby zawalczyć o siebie, a świat zewnętrzny utwierdza nas w tym przekonaniu. Czasami może poddajemy się zbyt łatwo, ale to tylko dlatego, że cena walki może okazać się zbyt wysoka dla nas samych, nawet kosztem nas samych - niestety. Wtedy właśnie potrzebny jest świat zewnętrzny, aby powiedział nam, że jest z nami pomimo tych wszystkich negatywów, które posiadamy, żeby powiedział, że przetrzymamy wszystko, że damy radę, że już nie jedno znieśliśmy, jesteśmy odporni na wszelakie zło tego świata. Żebyśmy nigdy nie stracili wiary w to nasze bytowanie tutaj. Amen :)


poniedziałek, 1 listopada 2010

"Nadzieja jest płomieniem, który migoce, ale nie gaśnie."

Święto Zmarłych.

Kiedyś, dawno temu, kiedy byłam zdrowa, zbieraliśmy się całą paczką i odwiedzaliśmy naszych bliskich na cmentarzach. Ja, praktycznie nie mam tu nikogo, moi bliscy spoczywają w Bieszczadach, stamtąd wywodzą się moje korzenie, ale paru wujków jest…, i znajomych, którzy zbyt wcześnie odeszli z tego świata. Cmentarze najpiękniejsze są wieczorem, dlatego lubiliśmy pójść zapalić znicz i pomodlić się, kiedy było ciemno, kiedy nie było tych sznurów samochodów, które chciały dostać się jak najbliżej bramy głównej, kiedy kierowca nie patrzył, że idzie przechodzień, tylko jechał mając w nosie, czy kogoś zahaczy, czy też nie, kiedy przechodzień też miał w nosie, że jedzie samochód i to, że idzie całą drogą, wcale kierowcy nie pomaga. Parkingi wieczorami są mniej zapchane, korków też nie ma. Jarmarczne kioski zostały zamknięte – one zawsze budziły u mnie największy niesmak. Wieczorami nie widać tej sterty śmieci, tych latających worków między grobami, nerwowych min ludzi, którzy chcieliby tylko odbębnić wizytę u zmarłych…Wieczorem jest tak, jak powinno być za dnia… Jest spokój, zaduma i płonące znicze…

W tym roku nie poszłam na cmentarz.

Pamiętam, jak jeździliśmy z rodzicami co roku w Bieszczady. Wyjeżdżaliśmy wcześnie rano i przemierzaliśmy setkę kilometrów, żeby móc spotkać się z rodziną, podumać nad grobami dziadków, podzielić się wspomnieniami, zapalić znicze. Była to tradycja, którą kultywowaliśmy rok w rok. Jeżeli mieliśmy w domu zwierzę, z reguły były to jakiś kot, zabieraliśmy go ze sobą. Żółty maluszek, dzielnie pokonywał wzniesienia, jakimi niewątpliwie obdarowane są Bieszczady. Zawsze cieszyłam się, że spotkam się z ciociami, wujkami, kuzynami i babcią, która była dla mnie najważniejsza, której miałam tak mało w życiu, która zawsze przytulała mnie i mówiła, jak bardzo mnie kocha. Nigdy nie chciałam wracać do domu, zawsze był płacz… Babci nie mam już 5 lat, a codziennie brakuje mi jej tak samo, ból związany z jej stratą wcale się nie zmniejsza. Tak naprawdę, była moją jedyną babcią, do której ciągnęłam, od której zawsze otrzymałam dobre słowo, która nigdy nie pozwoliła, aby było mi źle, która zawsze dawała mi, co mogła – wygrzebywała z szafy. Zawsze zastanawiałam się, co ona w tej szafie trzyma, jakie skarby tam ma, bo to, że miała było oczywiste. Jej malutki domek, w którym pozostawiłam swoje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. Boli, że w tym dniu, nie mogę być u niej na grobie, nie mogę zapalić znicza, nie mogę wpaść w zadumę, boli, że w ogóle nie mogę sobie do niej pójść, kiedy chcę, że jest tak daleko, że nie mogę usiąść przy „niej” i być…, i mówić do niej o tym, co mnie trapi, z czym muszę walczyć, że nie mogę zapytać jej, co Ona by zrobiła... Niby śmierć to jest nic, przechodzi się tylko do pokoju obok…, ale nie da się pogodzić z tym, że zabiera nam się kogoś, kogo kochaliśmy najbardziej na świecie, i nawet czas nie jest w stanie zmienić naszych myśli, przyzwyczaić się, że teraz jest inaczej, że kogoś nie ma namacalnie, ale w sercu pozostanie na zawsze. A mnie brakuje jej dobrych rad, tak bardzo brakuje, i jej dotyku, i obecności...



niedziela, 31 października 2010

Mama jest chora mówi, że nie może wstać. Mój młodszy brat robi się głodny. Muszę pójść do wioski i prosić o jedzenie. Pomożesz mi?
- Pewnie Connie, pomogę Ci.
- Zawsze czuję się dobrze, kiedy jesteś ze mną...
- Jesteś moją przyjaciółką Connie.
- Czy zawsze będziesz, nawet wtedy, kiedy dorosnę..., będziesz?
- Przysięgam z całego serca.

czwartek, 28 października 2010

Ile mogą znaczyć i jak bardzo potrafią do nas dotrzeć słowa? Słowa, zarówno te, usłyszane, czy też przeczytane, jak i te, które tkwią gdzieś w środku nas i nigdy nie ujrzą światła dziennego. Czy są w stanie zdziałać cuda sprawić, że znowu spojrzymy na wszystko inaczej, z nowymi pokładami energii? Ona sama jest przecież bardzo potrzebna, aby przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Wiara też, bo ona jest częścią sukcesu, a jak wiara, to i psychika, bo to od niej podobno wszystko się zaczyna. Łańcuch, dzięki któremu można osiągnąć sukces... słowa+psychika+wiara= SUKCES? Mam nadzieję, że tak! A słowa, ile one są warte? Ano tyle, ile osoba, która je wypowiada, czy też pisze.

Kolejna wizyta zaliczona. Pierwsze zdziwienie, a co za tym idzie, opadnięcie szczęki, wystąpiło u mnie, kiedy przekroczyłam mury szpitalne i udałam się na pierwsze piętro, gdzie to mieszczą się poradnie przyszpitalne. Dotychczas wszystko zawalone przez chorych pacjentów, dzisiaj świeciło pustkami... Raptem dwie osoby do mojego miłego rzeźnika były. Toż to szok panie starszy! Grzecznie poczekałam, przecież nie będę się wpychać, ja cierpliwa jestem. Kiedy nadeszła moja kolej - poczłapałam do gabinetu. Rana od kilku dni daje się porządnie we znaki. Dochtór mnie "pomacał" po okolicach lędźwiowo-pośladkowych i orzekł, że może się tworzyć nowy naciek zapalny, trzeba obserwować, miejsca nad wyraz bolesne są szczególnie zagrożone, bo występuje twardość tkanki. Może się tam tworzyć zapalenie, które obrodzi w nową przetokę. Oby nie. Za tydzień czeka mnie pobieranie posiewu, który pokaże mi, na co wrażliwy ten mój gronkowiec złocisty jest i kolejna poracja antybiotyków mnie czeka. Potrzeba czasu i cierpliwości, aż to się wszystko zacznie goić. Nie jest dobrze, ale też nie umieram - póki co. Chociaż nie powiem, żebym czasami nie miała myśli, że lepiej by mi było, jakby mnie nie było. Mniej problemów, mniej cierpienia i bólu... Egoistycznie zapędy mi się włączyły - wiem, ale uwierzcie, że czasami można sobie powiedzieć dość, nie dam już rady, nie chcę już tak żyć i żadne szczęśliwe momenty nie są w stanie nam pomóc. Nie wiem, dlaczego tak jest, może dlatego, że na dłuższą metę i tak wracamy do punktu wyjścia, w którym to musimy zmierzyć się z tym, co w nas tkwi? Hmm.

ZUS nadal bez odzewu.

Dzisiaj spotkałam koleżankę, dziewczynę która wie, co to znaczy życie. Urodzona z porażeniem mózgowym, które opóźniło ją w rozwoju. Całe życie wyśmiewana przez innych, skazana na samotność wśród ludzi. Własna matka i siostra się jej wstydzą, siostra która jest psychoterapeutką! Dziewczyna, o której tu piszę, w życiu wiele razy zboczyła z odpowiedniej drogi. Był butapren, rozpuszczalniki, wina... Pierwsze dziecko urodziła chore, zrzekła się go, dla jego dobra. Poszła na odwyk. Wyszła z tego gówna, bo chciała wyjść, bo wiedziała, że ćpając i pijąc, życia sobie nie polepszy. Poznała faceta. Pojawiła się ciąża. Po porodzie, przez jakiś czas było dobrze. Synek jej rósł, opiekowała się nim najlepiej, jak umiała - dziecko zawsze było czyste, najedzone, uśmiechnięte. Babcia dziecka, nie chciała małego, ani mojej koleżanki widzieć. Nie godziła się z tym, że ojciec dziecka jest z jej córką. Po pewnym czasie osiągnęła co chciała, ojciec dziecka zostawił ich... Matka mówiła, ze sobie nie poradzi, że nie utrzyma mieszkania, nie będzie ją stać! Po raz kolejny udowodniła, jak bardzo jej mama się myli. Poszła, gdzie trzeba, załatwiła i węgiel, i środki z darów. Synek rósł, szybko zaczął mówić, z sadzaniem na nocnik nie było problemów. Potem przedszkole, a wraz z nim choroby. Wiele razy dawałam jej na jedzenie, bo leki, które musiała kupować dla małego powodowały, że nie starczało jej na życie - mamy jej nie było! Wyznawała zasadę: Twoje dziecko, twój problem! FUCK!!!
Przez tyle lat wszystko było dobrze, aż dzisiaj dowiedziałam się, że małego jej odebrali, że stwierdzili niezaradność matki. No, ja się pytam - jak to!!! Gdzie byli przez 5 lat, gdzie byli, jak chłopczyk potrzebował pomocy, no gdzie? Rozłączyli ich teraz tylko dlatego, że matka opóźniona w rozwoju i nie będzie potrafiła zapewnić dziecku należytej opieki, jak mały pójdzie do szkoły? Czy, że choruje często? Brudny nigdy nie chodził! Najedzony zawsze był! Kochał swoją mamę - byłam świadkiem, jak bardzo! Odebrali jej go z rąk - wyrwali. Jeszcze kazali nie wydziwiać, nie histeryzować! Dla mnie to nie są ludzie, nie mają w sobie za grosz wrażliwości. Nie liczy się to, że mały płakał, że kocha mamę, że nie chce iść, że tu mu dobrze. To dla jego dobra - podobno. Może i tak, ale nie można matce zabronić spotykania się z dzieckiem, nie można ograniczyć kontaktu, to zabiją ją i jego! Koleżanka walczy o niego, odwiedza codziennie i obiecuje..., że będą razem. Płakać się chce, bo serce rozdarte, jakie rozwiązanie byłoby dla nich najlepsze :(



środa, 27 października 2010

Dobrze, że człowiek posiada instynkt samozachowawczy. Mój, kazał mi wczoraj posprzątać mieszkanie, a że ja zawsze przykładam się do tego, co robię to trochę mi zeszło i przez kilka godzin wszystko błyszczało, a już szczególnie mój pokój, gdyż to w nim spędzam najwięcej czasu... Dlaczego tylko kilka godzin? Moja czworonożka, straszliwie się leni, gubi kudły na potęgę, dlatego dzisiaj pokój wygląda, jakby wcale sprzątane w nim nie było. Syzyfowe prace zatem dzieją się, ale dzisiaj nie sprzątam. Instynkt samozachowawczy kazał odpocząć. Się zastosuję.

Mam nadzieję, że dzień dzisiejszy spędzę w spokoju, bez wizyty małej A., chociaż kto wie, czy nie nawiedzi mnie po południu, trochę rzeczy w nocy podziało się w związku z czym, może być u nas w ramach odpoczynku jej mamusi. Ona to wylądowała w szpitalu. Powód? Omdlenie. Robią jej teraz wszystkie badania, na pewno wyjdzie z murów szpitalnych, ale zapewne odpocząć będzie chciała...Cóż. Z mojego wnioskowania wychodzi, że pewnie biedaczka nabawiła się anemii, bo wiecznie się odchudza i praktycznie nie dostarcza witamin organizmowi. Weekendy to alkohol, więc wypłukała się ze wszystkiego, co posiada. Nie ma to, jak efekt pustych kalorii. Konsekwencje to niewygodne łóżko, wenflon, płyn wieloelektrolitowy, pobieranie krwi, EKG, takie tam przyjemności szpitalne. Mądrość z tego taka: jak pijecie, to uzupełniajcie później braki, albo lepiej: nie pijcie wcale!!!





Update:
Nie na darmo nie jestem lekarzem. Bratowa już w domu, wyniki w normie. Lekarz postawił przyczynę omdlenia: "Jak się za szybko wstanie na siku, to czasami może się zakręcić i w konsekwencji omdleć..." Vivat służba zdrowia!

wtorek, 26 października 2010

Zły czas trwa, smutny też. Jakbym była epicentrum tych wszystkich negatywnych emocji, które gdzieś tam sobie wiszą w otchłani czeluści. Męczę się ze sobą straszliwie, nie jestem w stanie wykrzesać niczego pozytywnego, a rzeczy dziejące się wokół, tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Martwię się. Dzisiaj mija tydzień czasu, jak byłam na Komisji Zusowskiej. Nie otrzymałam w związku z tym żadnych papierów, które mogłyby mi cokolwiek powiedzieć. Poza tym, co odebrałam bezpośrednio po badaniu: "Częściowo niezdolna do pracy" Za tydzień minie termin składania odwołania, a ja nie wiem, czego mogę się spodziewać... Chociaż z drugiej strony, to nie mam się też od czego odwoływać, bo przecież zasiłku rehabilitacyjnego mi nie wrócą, tam muszę rokować powrót do zdrowia. Przyszły poniedziałek jest dniem wolnym, więc czasu na zrobienie czegokolwiek coraz mniej. Niby mam czekać na pismo, ale czy aby na pewno ono przyjdzie? Tego, że mam czekać dowiedziałam się od osoby trzeciej, która co prawda pracuje w ZUSie, ale nie zajmuje się tym bezpośrednio... Nie wiem.

Pole walki też nie wypada najlepiej. Boli, nie jest to ładne, nie dzieje się nic.
Hasła typu: będzie dobrze - straciły na wartości.



poniedziałek, 25 października 2010

Wczoraj pisałam o ulubionych serialach. Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć jeden z nich, który powoduje u mnie, że płaczę, ale na szczęście ze śmiechu. Jest to dla mnie najlepsze zakończenie dnia, czekam z utęsknieniem na każdą godzinę 22 w niedzielę.

Spadkobiercy. Tematem tej improwizacji jest parodiowanie innych seriali, takich jak np. Moda na sukces, albo Dynastia. Pomysłodawcą jest Dariusz Kamys ( założyciel kabaretu POTEM,i Hrabi).
Rzecz dzieje się w Los Angeles. Mieszka tam Jonatan Owens (Artur Andrus) - głowa rodziny, biznesmen, wdowiec. Ojciec trojga dzieci - George'a (Robert Górski-Kabaret Moralnego Niepokoju), Billy'ego (Marcin Wójcik-Ani Mru Mru)i Dorin (Joanna Kołaczkowska-Kabaret Hrabi). Billy jest starszy, i to jemu ojciec powierzy następstwo po jego śmierci. George znów, nie interesuje się biznesem - pali, pije, taka "czarna owca" w rodzinie Owensów, ale wrażliwa i sentymentalna.. Jest w stałym konflikcie z ojcem, gdyż kiedyś ten nie chciał zapłacić okupu za porwaną córkę, czyli jego siostrę - Dorin. W mieście żyje też Frank Dealey (Janusz Rewers-Kabaret Ciach), wróg Jonatana Owensa i konkurent w interesach. Jest to człowiek zły, niegdyś przyjaciel, ale poróżnił ich Wietnam. W każdym serialu musi być dobry duch, tak w tym też jest ktoś, kto wspiera Owensa dobrymi radami. Jest to Warren (Wojtek Tremiszewski-Kabaret Limo). Dorin - wspominana wcześniej przeze mnie córka Owensa - odnalazła się po czternastu latach, które spędziła w sierocińcu. Wszystko przez to, że ojciec, który wyznawał żelazne zasady, nie chciał zapłacić okupu porywaczom. Dorin ma też narzeczonego Kena Heighly (Wojtek Kamiński-Kabaret Jurki), który jest czeskim emigrantem (jako dziecko, został wywieziony z Czech w bagażniku). Jest też Harriet Fergusson (Agnieszka Litwin-Sobańska-Kabaret Jurki), była agentka FBI, pracująca najpierw dla Owensa, później zakochuje się w Dealeyu i zostaje z nim. John McPherson (Piotr Bałtroczyk)to kolejna postać, która walczyła w Wietnamie z Jonatanem i Dealeyem. W serialu gra twardego i zawziętego, który ma za zadanie zemścić się za pozostawienie go na polu bitwy na pastwę Vietcongu. Przekonany przez Jonathana o jego niewinności rezygnuje z zemsty i zostają przyjaciółmi. John, poznaje Harriet, pociąga go, ale wie, że jest to kobieta Dealeya...

Tak to było na początku..., teraz do obsady dołączyli jeszcze - Doktor Dreyfus (Marek Grabie-Kabaret Grabiego Marka) - jest lekarzem wszystkich specjalności, szalony i nieobliczalny, kierujący się swoją własną pokrętną logiką. Każdy do niego biegnie z problemem, bo jest w tym serialu jedyny. Maggie Mekintosz Owens (Maria Czubaszek), to matka Jonatana i babcia Dorin, Billego i Georga. Do typowych babć ona nie należy. Jej obecność w domu Owensów, zamiast łagodzić - generuje nowe problemy. Wraz z wnukami, pretenduje do dziedziczenia fortuny Owenów. Musi zdobyć pieniądze, gdyż ma poważne długi hazardowe, zaczynają ją ścigać wierzyciele. Harry natomiast (w tej roli Michał Wójcik - Kabaret Ani Mru Mru), to brat Harriet. Ma za sobą przeszłość kryminalną. Aktualnie przebywa na zwolnieniu warunkowym - odnajduje siostrę, licząc na jej pomoc, a jakby nie było pomocy potrzebuje, bo nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma gdzie mieszkać, a do tego jest uzależniony od wszystkiego, prócz zielonej herbaty. Można nim łatwo manipulować.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że dialogi są improwizowane bezpośrednio na scenie. Każdy odcinek ma od 6 - 8 scenek. Przed wyjściem, Dariusz opowiada im, o czym ma być dany odcinek. Publiczność poinformowana wcześniej, że aktorzy nie mają gotowych tekstów, a improwizują, ma uciechę, gdyż aktorzy czasami w widoczny sposób męczą się na scenie, rzucają do siebie złośliwymi tekstami, i wpuszczają się w maliny. I te ich słabości są największą siłą tej udawanki, bo najlepsze jest to, co dzieje się niezapowiedzianie. Dlatego tak często płaczę ze śmiechu!

W każdym odcinku występuje gość specjalny, który nie wie, co go będzie czekać po wejściu na scenę.

Aktualnie w Spadkobiercach chodzi o to, że Ken odnalazł swojego ojca, okazał się nim John McPherson. Cofnął się też do dzieciństwa, żeby nadrobić stracony czas. Babcia Meggy mu w tym pomogła. Nie jest z tego zadowolona Dorrin, bo Ken stał się innym człowiekiem, próbuje go zmienić, ale jej się to nie udaje. Szuka pomocy, gdzie może. Ken miał też problem z pumą ( co to jest puma, domyślcie się sami ;))
Dla zachęty wrzucam jeden odcinek, gdzie gościem specjalnym jest Andrzej Piaseczny. Wyłam na nim ze śmiechu. Z odcinka, na odcinek jest coraz bardziej śmiesznie. Warto zatrzymać się na chwilę i obejrzeć.







Więcej odcinków znajdziecie TU