środa, 30 grudnia 2009

Jak ten czas szybko leci, nie uważacie? Wczoraj robiłam bilans roku, a dzisiaj zobaczyłam na swoje magiczne archiwum.  Trzy miesiące prowadzę już tego bloga. Trzy miesiące wylewania żalów, i smutków. Dziękuję, że mam grono "swoich" czytelników, którzy tutaj zaglądają, i czasami pozostawią po sobie ślad, to znak, że ktoś mnie czyta, a dlaczego czyta? Nie mnie oceniać, mam jednak nadzieję, że nie przynudzam zbytnio. Dla mnie to inny wymiar, uzupełniam się tu w jakiś sposób. Prowadzenie bloga jest fajne, zżywam sie z tym coraz bardziej, nie traktuję powierzchownie, to taka pisana część mnie samej. A dzięki Wam - drodzy czytelnicy  Anonimowy W, Kalu, Ivo, Pani Lidio i Karolu, Syrgo..., wiem, że ta pisana część mnie, jest warta, tego, żeby robić to dalej.  Jesteście takim małym dowodem, że warto inwestować w życie. Dziękuję, że się mi przydarzyliście... Kłaniam się Wam nisko...
Bezimiennym - też dziękuję i tym, co pozostają w cieniu...

Pewnie za niedługo zaczniecie się szykować do wyjścia  na bal lub spędzicie ten wieczór w gronie najbliższych. Będzie  zapewne dużo śmiechu, będą życzenia, poleje się szampan, wkroczycie w 2010 mniej lub bardziej szczęśliwi. Ja będę Wam kibicować zza szpitalnego okna, pewnie przed telewizorem, albo laptopem. Pewnie nie będę jedyną osobą, która tak przywita Nowy Rok, szkoda tylko, że spędzę go w samotności, wśród chorych. Trochę mi smutno z tego powodu, każdy będzie szczęśliwy na ten czas, a ja? Ech. Do domu przepustki nie dostanę, bo po świętach lekarze się przerazili wyglądem ran. Muszę być tutaj. Nie chcę już przyzwyczajać się do swojego łóżka, jak potem i tak muszę wracać na czwarte piętro chirurgii ogólnej. Poza tym, w niedzielę czeka mnie  zabieg, więc muszę być pod kontrolą...

Jutro znowu zaczną napływać życzenia, tym razem noworoczne, a ja jak zwykle będę rozprawiać, czy ten ktoś napisał, bo o mnie pamięta, i życzy mi  czegoś z serca, czy po prostu zaplątałam się gdzieś na czyjejś liście, i przez to dostałam wiadomość. Ja, nie wyślę życzeń, tutaj zostawię swoje przesłanie dla Was - drodzy czytelnicy... Nie wymagam też, aby ktoś do mnie wysyłał jakieś wierszyki, bo wypada. Nie, jeżeli to ma być  tylko: kopiuj, wklej, zapomnij, że wysłałeś...

Dzisiaj ostatnia kartka w  kalendarzu, wyrywamy - koniec! Postarajcie się zapomnieć o wszystkich nieudanych momentach życia, jakie mieliście przez te 365 nocy i dni. Te chwile, które są niewarte zapamiętania - wyrzućcie z pamięci - nie warto do nich wracać. Cieszcie się tym, co macie, i nie oczekujcie na siłę więcej, niż samo życie może Wam dać.  Dobro jest w życiu najważniejsze, a więc dawajcie go tyle, ile możecie, róbcie to bezinteresownie, bo to najpiękniejsza cecha człowieka jest. Każdy z Was otrzyma tego dobra także, ja w to wierzę wystarczy, że rozglądniecie się dookoła, wyciągniecie rękę, i nie będziecie się bali  go przyjąć. Bądźcie szczęśliwi, jutro i zawsze potem... Szczęśliwego Nowego Roku!

Update:
Wczoraj byłam na konsultacji w Klinice Dermatologii, w Katowicach. Dowiedziałam się paru rzeczy, niemniej jednak nic konkretnego. Znowu czekają mnie badania, są podejrzenia, nawet tego najgorszego. Martwię się, boję się też, nawet bardzo...
Przydałoby się zrobić podsumowanie roku. Takie aktywa i pasywa - jak w bilansie. Czego będzie więcej? Się okaże. Końcówka  2009 zobligowała mnie do poruszenia szarych komórek, i przypomnienia sobie, jaki był ten rok, przecież mam teraz na to dużo czasu. Te dni przemijały bardzo szybko, kolejna data, kolejna radość, czy rozczarowanie. 365 dni, 12 miesięcy, ile z tego było złego i dobrego? Podzielę po równo, mimo wszystko,chociaż tak z drugiej strony, po co dzielić? Nie lepiej jest stanąć na chwilę, powiedzieć sobie było tak, i tak, zamknąć rozdział, i nie wracać do tego, tylko iść dalej z podniesioną głową? Pomieszały mi się aktywa z pasywami, i jakbym chciała je rozdzielić, to musiałabym szukać, i szukać, tak jak szuka się igły w stogu siana. Czasami to, co teraz wydaje nam się złe, może przeobrazić się w dobre, i odwrotnie, a więc nie ma co roztrząsać. Po równo i już. Czy spełniły się moje marzenia? Hmm, tylko o jakich marzeniach jest mowa? Nie, nie spełniły się, ponieważ nie mam jako takich marzeń. Czasami lubię przenieść się w nieistniejący świat, ale on sam w sobie nie ma prawa się ziścić, bo to taki nierealny azyl, do którego udaję się, żeby uciec od codzienności, kiedy już sobie nie radzę.
 Wydarzeń, które bym mogła przedstawić było mnóstwo, jednak ja skupiłam się na ludziach, dzięki którym mogę teraz rozliczyć ten rok. I pojawia się to, co napisałam wcześniej. Ci dobrzy, zamienili się w złych, a wydawałoby się, że nigdy takowymi się nie okażą. Byli też i źli, którzy zmienili swój sposób myślenia, i sprawili, że zaszufladkowałam ich w przedziale - "rokująca dobroć". Są jednak też ludzie, którzy zyskali u mnie miano "niezwykłych". Tych ludzi podziwiam za wytrwałość, za radzenie sobie w  krytycznych sytuacjach, za chęć niesienia bezinteresownej pomocy, i trwania, kiedy inni zapomnieli. Za naturalność, za prawdę, za to, że potrafią napisać coś złego, kiedy trzeba. Za to, że potrafią sprawić, że nawet największy uparciuch może się w jakiś sposób zmienić, że przemawia się do uparciucha nawet na odległość, że uparciuch mimo tego, iż nie musi się zastosować, się stosuje. Za to, że swoimi słowami sprawiają, że człowiek zaczyna myśleć pozytywniej... Takich ludzi powinno być więcej, tacy ludzie pomimo tego, że są daleko, są też blisko. Odległość nie ma znaczenia. Tego się nie mierzy w żadnej jednostce miary.Takim ludziom będę zawsze wdzięczna, bez względu na to, co się wydarzy - to sobie przemyślałam bardzo dokładnie, i tego jestem pewna!

Tak więc, jaki był ten 2009? Po prostu był, tak samo, jak był 2008, 2007, 2006, etc. Coś się kończy, coś zaczyna. Tak sobie myślę, że ważne jest to, co będzie - jednak..., postaram się w ten 2010 wkroczyć z uśmiechem na twarzy, z nowymi pokładami energii,  i pozytywnym nastawieniem do życia.

wtorek, 29 grudnia 2009

Zadałam sobie pytanie: jakim jestem człowiekiem? Na pewno takim, który lubi wracać do tych dobrych wspomnień. Ostatni czas to pasma choroby, a więc gorsze momenty same przychodzą, i sprawiają, że czasami ponosi mnie gniew, dopada bezsilność, czuję się malutka, nic nieznacząca, z rozrywkowością równającą się zero! Czasami. Są też dni, w których znów mogę być tą samą dziewczyną, co kiedyś, wyrzucam z pamięci to, co złe, i fajnie się czuję, albo staram czuć. I chciałabym, żeby tych lepszych chwil było zdecydowanie więcej, żeby ta moja psychika w końcu zaczęła się zbierać, żebym nie myślała tylko o chorobie, żebym potrafiła to zmienić. Kładę się spać - co ze mną będzie? Wstaję - co ze mną będzie? I tak w kółko...Chyba każdemu by się znudziło. Podobno jestem dzielna. Dziękuję za te słowa, podnosi mnie to na duchu, i co najważniejsze ta dzielność zawsze do mnie napływa, kiedy ja mam ten krytyczny moment, i wydaje mi się, że już nie podołam. Więc dziękuję, wiadomo komu.
P.s...., a barszczyku tośmy się nie napili ;)

Powróciłam na stare śmiecie, na salę 427, na łóżko pod ścianą. Na sali pusto, ja i 4 łóżka, ja i jeden stojak do kroplówki, ja i dwa okna..., a i łazienka jeszcze też jest. Plan lekarski póki co, żaden. Założono mi sączki, żeby te brudy mogły swobodnie wydobywać się na zewnątrz, a poza tym - nic. No, może jeszcze to, że za dużo palę! Cholercia! I gdzie się podziała pani Lidia - łóżko puste, jakby wymiętolone, jakby zaraz miała się na nim położyć... A oddział prawie pusty, poza kilkoma osobami. To już kurczę 4 tygodnie? Czy ja straciłam rachubę czasu?

Terapia Fagowa, poprzez procedury administracyjne może wydłużyć się w czasie. Nie jest dobrze, bo im dłużej czekam, tym gorzej dla mnie, i dla mojego organizmu. Boję się, że mi jej nie zrobią, i co wtedy...?

niedziela, 27 grudnia 2009

Zima, śnieg, narty... - szczęście. Coś, czego nie osiągnę. Ech. Jakie to wszystko jest podłe. Kuzynostwo wybyło w Alpy, i przysłało mi zdjęcia, po których chce się beczeć. Są tam tacy szczęśliwi, delektują się stokami, widokami, szybką jazdą , a mnie...? Mnie pozostały tylko zdjęcia..., z tamtego roku, kiedy to wraz z grupą znajomych, zaszczycaliśmy swoją obecnością Szczyrk...Były to moje najpiękniejsze dwa dni. Wtedy chorowałam na pracoholizm, a więc coś podobnego do mojej aktualnej choroby, bo nie mogłam odpuścić, za bardzo się poświęcałam, z tym, że mój pracoholizm trwał 3 lata..., tu leci 6 miesiąc, i tym razem to bakterie nie odpuszczają. Na tamten czas, gdyby mi ktoś powiedział, że tak zachoruję, to zaśmiałabym mu się w twarz, i powiedziała Never !!! Nie dam się!!! Co ty za głupoty wygadujesz!!! Ja już za dużo w życiu przeszłam z ręką..., a jednak, nikt tak nie powiedział, i zachorowałam, nie zdając sobie sprawy, że skończy mi się praca, że skończy mi się wszystko, co tak uwielbiałam. Jeszcze w międzyczasie przekonałam się, jacy są niektórzy ludzie, ech  to życie..., a może moja "dziwnowatość" osobowa to sprawia? Być może, bo jakoś tak to czuję...

W każdym razie, zapis zdjęciowy pobytu ze Szczyrku wygląda tak:

Wyjeżdżająca Salanee...
Tego pana obok nie znałam, ale poznałam...
Gadatliwość ma wrodzona jest - wszakże tego...

Wypoczywająca Salanee...
Dementując, gdyby ktoś chciał coś przysolić, od razu mówię...
Zdjęcie pozowane, jak już mi się zdarzy wywalić, to uwierzcie, nie wiadomo gdzie zad mój, a gdzie głowa, o nartach nie wspomnę, żadna nie ma prawa być wpięta po upadku :)

Zamaskowana Salanee..., - pierońsko wiało..
A ja, przykładna narciarka, kominiarkę zawsze noszę!
Wtedy jestem Incognito, i mogą po mnie krzyczeć, że za szybko jeżdżę... ;)

A wieczorem:

Leżąca Salanee...

Groźna Salanee...?
Wtedy na pewno nie...
Wtedy był Peace and Love - jak widać...
Upijam się na wesoło, i na bardzo sympatycznie :D

Szczęśliwa Salanee...
Wtedy szczęśliwa..., ale drobne problemy z trafieniem w sanki były ;)


Za drugim razem: Eureka, bo  mi już sankami nie odjechali...:)

"Polegnięta"  Salanee
Nieprawidłowa próba telemarku, za duże zaspy, nie wskoczyło się idealnie przed choinkę, to się poległo..., wiecie,  jak się czuje człowiek, któremu na chwilę odbierze dech w piersiach, bo za mocno się uderzył?
Nie? To czuje się strasznie źle - wam powiem...
Pomińmy fakt, wypitych paru piw, i jakiegoś mocnego trunku, co miał rozgrzać zmarzniętych narciarzy.
Towarzysze wycieczkowi, popłakali się wtedy ze śmiechu, szydercy :)

Niewyraźna, aczkolwiek uśmiechnięta Salanee...
Wtedy już uśmiechnięta...
Druga próba zaliczona...
Ale,co miałam potem siniaka :)

Na dzień drugi:

 
To widziały oczy Salanee...
To był świat Salanee...
W tym widzi(ała) sens...
"...im piękniejszy świat wokół mnie, tym podlej się czuje..."


Syrga, życzę Ci udanego wyjazdu, i super wrażeń na Europejskim Spotkaniu Młodych. Baw się kochana,  śmiej do bólu trzewi..., i dziękuję za to, że się za mnie będziesz modlić.  Bywaj!

sobota, 26 grudnia 2009

Pech trwa. Zaczął się, odkąd wyszłam na przepustkę ze szpitala. Przez okres dwóch tygodni, wymieniali nam programator w windzie, i całą elektrykę. Idąc z duchem czasu, zamienili też stare tablice wzywające windę, na "nowoczesne"  - tia. Tylko windy nie wymienili, i ona sama ma z 26 lat. Oddali ją do dyspozycji naszej - 23 grudnia - nie sprawdzając, czy aby na pewno,winda będzie działała sprawnie. No i oczywiście, pech chciał, że byliśmy z tatą pierwszymi zaciętymi w  tejże windzie. Że też musimy mieszkać na takim wadliwym piętrze. To nie tak prosto wydostać się z tego pudła, kiedy zatnie się między pietrami, a człowiek uwięziony ma 160 cm, i zdezelowane plecy... Prócz nas, zacięło się jeszcze paru sąsiadów. Mój brat dostał etat uwalniania ich... 24 grudnia, zacięliśmy się też. Od tego czasu powiedziałam, że do windy nie wsiądę!  25 grudnia - wsiadłam znów, o ja głupia, niesłowna. Żeby uruchomić taką windę, trzeba wyłączyć główne jej zasilanie. Jeżeli się to zrobi, to wtedy błąd, który ona sobie zapisuje się kasuje, i serwisant nie wie, czego szukać. Kto ten błąd kasował? Oczywiście, że mój brat, no któż by inny, nikt na nogach chodził w święta nie będzie!  Ta winda nie zacina się za każdym razem. - więc, albo masz szczęście, albo go nie masz, albo mieszkasz na 5 piętrze, i masz przerąbane!
W poniedziałek mają to zrobić na dobre, ale mnie to już nie obchodzi, bo znowu powracam do miejsca, gdzie tak bardzo nie chcę być..., chlip!

Przez trzy dni walczyłam też z trojanami, które w święta szczególnie chciały u mnie zagościć. Było ciężko, ale obyło się bez reinstalacji systemu. Musiałam zmienić program antywirusowy, bo Eset mnie zawiódł. Testuję teraz Dr. Web 5.0 - usunął trojany, i teraz dzielnie pilnuje mojego Acerka.

Od dwóch dni mam też wyłączony telefon. Nie wiem, co mi się stało. Niemniej jednak, fajnie tak mieć. Nie potrzebuję go do szczęścia. Spokojnie mogłabym bez niego wytrzymać. Zobaczymy, jak długo jeszcze. Kiedyś się żyło bez telefonów, to dlaczego teraz, miałoby się nie żyć? Nie potrzebuję kontaktu ze światem, chcę odpocząć, od tej sztuczności,  od zapytań jak się czujesz... Jak ja się mogę czuć... Jak się może czuć człowiek, który się nie czuje od 6 miesięcy?  I co najdziwniejsze,  ludzie przypominają sobie o mnie, jak mnie na ulicy zobaczą, a to ty byłaś w szpitalu - się pytają? A miałam do Ciebie napisać, ale wiesz, jakoś czasu nie było, tu zakupy, tu impreza... A od kiedy leżałaś, chyba niedawno poszłaś?  Tak, niedawno, jakieś 3 tygodnie temu... - odpowiadam...
Ktoś mi powie, martwią się, czemu się ich czepiasz? Nie, nie czepiam się, absolutnie. Sztucznego zainteresowania tylko nie lubię... Wszyscy, "mieli", a nie "zrobili"- taki truizm...
Już nie wspomnę, o lekarzach chałupnikach, którzy teraz się pojawili, i znają same cudne metody na wyzdrowienie..., tylko, że niekoniecznie są one mądre. Na tym etapie chorowania, eksperymentować nie zamierzam, więc proszę, darujcie sobie rady, aby zalewać rany czosnkiem, alkoholem, trzeć cebulą..., Powariowaliście? Z takim czymś paszoł won!

I jeszcze zęby mnie bolą, znowu nic nie mogę jeść. Fuck!

I jeszcze sobie  z tego wszystkiego wrzuciłam papierosa  do kawy, bo mi się z popielniczką pomyliło, i bym się nie zorientowała, gdyby nie charakterystyczne tssss - to jest tak, jak się urzęduje po ciemku... Moja kawa! A buu...!

I głowa mnie boli też...

Samopoczucie Salanee: 0

Salanee się chyba kończy...



Update:
Na opatrunku było tragicznie. Wszystko się powtarza, znowu sprawiają mi taki ból, znowu leje się dużo łez :(
Czas zacząć się pakować :(
Chociaż, chcieli mnie już dzisiaj zostawić, ze względu na me samopoczucie i wygląd ran... Podobno,  jestem też prześwitująco - trupio - blada, z wielkimi podkowami. Nie wiem, czy to komplement, czy co to jest...Najkorzystniej to ja może nie wyglądam, ale tego się w życiu nie da wybrać.

piątek, 25 grudnia 2009

Jak dobrze jest być na przepustce. Jak dobrze jest budzić się we własnym łóżku. Jak dobrze jest zasiąść do komputera, który znajduje się we właściwym miejscu, czyli na biurku... Jaka szkoda, że za niedługo się to skończy. Żal wracać w szpitalne mury, tam wszystko przypomina mi o chorobie. Święta mijają, rodzinne posiedzenia zrobiły się uciążliwe. Połowa filmów, które miałam obejrzeć, nie obejrzałam...

Plecy dają się we znaki. Mam wrażenie, że znowu wszystko uderza we mnie ze zdwojoną siłą. Procedura załatwiania terapii fagowej, będzie trwała, a co ze mną do tego czasu? I nie chodzi mi o leżenie w szpitalu, tylko mam pewne obawy o stan mojego organizmu, a co za tym idzie, jego wytrzymałość. Żeby ta terapia była skuteczna, muszę mieć tylko jedną bakterię, a mam dwie... Jeżeli będę taka osłabiona, a oni mi wdrożą bardzo mocny antybiotyk, to czy ja to wytrzymam? I czy pozbędą się tej bakterii? A jak się nie pozbędą, to co wtedy? Wiem, że marudzę, ale ostatnio Salanee nie umie inaczej, i nawet sama na siebie krzyczy z tego powodu, bo nie chce tak mieć... a ma. I każdy może do Salanee mówić, a ona i tak swoje...Jak ciężko jest pozytywnie myśleć, to sobie nawet nie wyobrażacie. Zamiast cieszyć się z tego, co się ma, to człowiek się pogrąża, ale z czego się tu cieszyć, jak wszyscy dookoła uświadamiają Salanee, że nie jest wesoło. Coraz trudniej jest wmawiać sobie, że wszystko jest ok. I najgorsze, że gdzieś tam w podświadomości czuję, że wobec niektórych osób, a szczególnie jednej, jestem nie fair, bo ona poświęca mi czas, a ja swoje. To nie tak, bo ja się staram, tylko jest mi bardzo ciężko, szczególnie w ostatnim czasie. Niczym damska odmiana Syzyfa, już ma być lepiej, a tu wszystko buch. Ech, nie chce tak mieć! Weźcie to ode mnie :(




czwartek, 24 grudnia 2009

 "[...] pewien człowiek, skazany na śmierć, na godzinę przed straceniem mówi czy też myśli, że gdyby mu wypadło żyć gdzieś na wyżynie, na skale, na takim wąziutkim upłazie, że tylko dwie stopy się zmieszczą - a dokoła będą przepaści, ocean, wieczny mrok, wieczna samotność i wieczna burza - i że ma tak pozostawać, stojąc na kwadratowym łokciu przestrzeni, całe życie, tysiąc lat, wieczność - to lepiej tak żyć niźli zaraz umrzeć! Byle żyć, żyć i żyć! Jakkolwiek - byle żyć!... Jakież to prawdziwe! Boże, jakie prawdziwe! Człowiek jest podły! I podły jest ten, kto go za to zwie podłym."

Boże Narodzenie. Kolejne. Bez kogoś, kto był, a już go nie ma. Życie..., mamy je tylko jedno, a jakże często nie potrafimy tego docenić, i marnujemy je na przyziemne sprawy, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia.  Ktoś jest, a potem go już nie ma. Odchodzi - pozostawiając po sobie wspomnienia, smutek i żal. Czy coś w życiu dzieje się z przypadku? Nie, od samego początku mamy swój początek, i koniec. Każdy moment, który nas w życiu spotyka jest następstwem czegoś,  co sami kształtujemy. Można żałować, że się nie jest kimś innym, ale to i tak nie zmieni tego, co gdzieś jest zapisane. I nagle staje się koniec..., nie ma nas. Czy ktoś będzie za nami płakał? Czy pozostaniemy czyimś wspomnieniem? Jeżeli tego nie wiesz, albo nie jesteś pewien, to przeżyj to życie tak, aby po twoim odejściu ludziom zrobiło się pusto, i źle... Fajnie by było, gdyby życie było niekończącą się opowieścią...
W, dzięki za inspirację :)




środa, 23 grudnia 2009

"In those days Caesar Augustus issued the decree that a census should be taken of the entire Roman world. And everyone went to his own town to register. So, Joseph also went up from the town of Nazareth in Galilee to Judea, to Bethlehem to the town of David, because he belonged to a house and a line of David. He went there to register with Mary, who was pledged to be married to him and was expecting a child..."



"Istnieją pewne granice przeżyć ludzkich i bezkarnie nie można ich przekraczać; jeśli się to stanie, gdy wyjdzie się „poza”, wówczas już nie ma powrotu do dawnego. Zmienia się coś w zasadniczej strukturze; człowiek już nie jest ten sam, co kiedyś".

Przychodzą takie chwile w życiu człowieka, że nawet przekaz blogowy nie pomaga. Nie o wszystkim da się, i można napisać, nie zawsze łatwo jest kliknąć "Publikuj". Czy blog jest lekarstwem na zło? Chyba nie.  Bo przecież jeżeli trudno jest  o czymś myśleć, to jak można o tym pisać? Jednak, czasami człowiekowi wydaje się,  że pisząc daje upust swoim emocjom, a pozytywne komentarze, pomagają mu przetrwać ten cięższy okres. Pozwalają mu spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy, poszukać plusów, w tym jednym wielkim minusie.

Niestety, są też chwile, kiedy to wszystko przestaje działać. Taka chwila przyszła, i jakby na nią nie spojrzeć, wszystko wygląda tak samo - czyli źle. Człowiek nie potrafi zrozumieć  słów, które stworzyły  beznadziejną sytuację. Chce to przekazać, ale nawet palce jakby przeciw człowiekowi, piszą coś, a nie widzą w tym żadnego sensu. Człowiek stara się  przezwyciężyć, bo przecież wielokrotnie mu to pomagało, i prosi te palce - pomóżcie, tak jak do tej pory to robiłyście... Niestety..., nie udaje się, i dlatego, za pomocą cytatu, który rozpoczyna mój dzisiejszy wpis, chcę przekazać swój stan, i zapatrywania na to, co sprawiło, że sprawiło...





Update:
Przepustka dla mnie, przybyła dzień wcześniej. Radość ma, nie do opisania. Pani Lidia - kobieta, z którą przez 3 tygodnie dzieliłam salę, została wypisana już na zawsze. Było bardzo dużo łez :( Tak bardzo się z nią zżyłam. Przez ten cały czas, była ze mną na dobre, i na złe. Pomagałyśmy sobie, byłyśmy VIP-ami, nie do ruszenia. Od samego początku była przy mnie, pocieszała, płakała razem ze mną, śmiała się nawet z tego samego... Kobieta po amputacji piersi - z nowotworem złośliwym, powiedziała mi dzisiaj, że mam walczyć o siebie, bo jestem dobrym człowiekiem, i nie zasługuje na to całe zło,  które mnie spotyka... Chlip! Podobno przyciągam ludzi uśmiechem, i pozytywnym przekazem... emanuje ze mnie siła, która innym daje wolę życia - jej dała. Są też i złe strony. Powiedziała mi, że pewnie często mnie w życiu wykorzystano, i bawiono się mną... Skąd ona to wiedziała... Miło jest wiedzieć, że ktoś dzięki mnie będzie walczył dalej, że nie są to puste słowa, że komuś pomogłam ... Ech, tylko czemu mi tak smutno... Szpital  nie będzie taki sam, jak z nią, nie chcę być  już VIP-em  - bez pani Lidii ta funkcja jest nieopłacalna. Różowy misio, który od niej dostałam sprawi, że nigdy nie zapomnę... Chlip..., Syrga, dziękuję CI za przesłanie wspaniałych kartek. Dużo to dla mnie znaczy...

wtorek, 22 grudnia 2009

22 dzień.

Godzina 4:45
Mierzenie temperatury, przynoszenie basenów, misek, etc. Niektórzy, czyli ja, nawet nie pamiętają, że ktoś im coś do głowy przystawiał...

Godzina 7:00
Kolejne przebudzenie,na korytarzu zaczynają krzątać się ludzie, salowe, pielęgniarki, lekarze, dietetycy. Przykrywam się kołdrą... Jeszcze 5 minut.

Godzina 7:30
Cholera! Nie wyrobię się. Wstaję - ledwo co, niczym kaleczna 90latka. Udaję się do WC - po drodze, dzień dobry, dzień dobry...Cześć Papinku, a ty widziałaś się dzisiaj w lustrze? - pyta z szyderczym uśmiechem doktor K. Ale chodzi doktorowi o moje włosy? Rzuciłam tylko okiem wychodząc z sali, a że jedno mam astygmatyczne, to niekoniecznie muszę dobrze widzieć, ale przyjmijmy, że jest to świąteczny nieład artystyczny, muszę się tu jakoś prezentować z samego rana ;) - odpowiedziałam, i oddaliłam się  opróżnić pęcherz w damskim WC...

Godzina 7:45
Wpadam na szybko do łazienki, poranna toaleta, wypadam zahaczając o swoje miejsce do spania..., prawie się zabijam, no kto te kółka tak ustawia w tych łóżkach!

Godzina 8:00
Wizyta lekarska. 9 lekarzy, 4 pielęgniarki, sekretarka, dietetyk... Zatrzymują się przy moim łóżku, pada hasło - Terapia Fagowa. Jeżeli dyrektor szpitala jej nie sfinansuje , będę musiała płacić. Wolę o tym nie myśleć - póki co.

Godzina 9:00
Śniadanie. Kawę zbożową zamieniłam na zwykłą, ponieważ raz mi dali z kożuchem, i już więcej się nie napiję. Bułka + jakaś nieznana mi kiełbasa. Zjadam połowę, bo więcej brzuch nie mieści. Zupy mlecznej mi nawet nie dają, bo wiedzą, że nie lubię.

Godzina 11:00
Kąpanie związane z późniejszą zmianą opatrunku.

Godzina 11:30
Opatrunek. Przychodzi mój doktor, ordynator, a także ordynator oddziału chirurgii dziecięcej., który jest zastępcą dyrektora szpitala.  Mówią, że rany są brzydkie, organizm nie walczy z bakteriami, terapia - jedynym dla mnie ratunkiem. Ordynator życzy mi powodzenia. Zaczynają załatwiać sprawy związane z moją terapią. Będę pierwszą osobą, u której będą próbowali ją zastosować. Fajnie, nie, a jak się nie uda?...Ciężko myśleć pozytywnie.

Godzina 13:00
Obiad. Jakie obiady są w szpitalu - każdy wie, a jak nie wie, to niech spróbuje sobie wyobrazić, co może zjeść za 6 zł -  tyle przydzielone jest na jednego pacjenta. Zupa - dobra, zjedzona w całości. Drugie - no comments.

Godzina 13:30
W ramach pomocy szpitalnej, dostałam zadanie bojowe. Nalepianie literek na butelki, w których znajdą się dwie wody utlenione, i kwas borny. Do literek dostarczono mi skalpel, miałam uważać. Uważałam, ale i tak jakimś dziwnym trafem, mam pocięte palce, że też te skalpele robią takie ostre.

Godzina 14:00
Jupi! Lekarze poszli, został tylko dyżurujący, ordynator o dziwo też gdzieś zniknął. Można udać się dotlenić płuco. Jedyna przyjemność, jaka mnie spotyka w ostatnim czasie.

Godzina 16:00
Mierzenie temperatury. Czuję, że mój organizm nie będzie miał 36,6... Mierzę, wynik - 37,8. Kurde! Powoli robi się to nudne.

Godzina17:45
Kolacja. Nie ma na nią smaków. Wszystko takie jałowe.

Godzina 19:00
Wizyta lekarska. Lekarz cieszy z mojego centrum dowodzenia. Te stany podgorączkowe są przez bakterie, które we mnie siedzą. Każe myśleć pozytywnie.Wychodzi.

Godzina 19:45
Kąpiel.

Godzina 21:00
W końcu mogę się położyć, i zasnąć. Układam się na prawym boku, szukam najwygodniejszej pozycji, zasypiam... by się znowu obudzić..  

W czasie nieopisanym, robiłam także pozytywne rzeczy, wszak ja innych nie robię. Załatwiałam zasiłek rehabilitacyjny, pomagałam innym - w miarę możliwości oczywiście...
Co do zasiłku, doktor K musiał wypełnić wniosek, który zostanie zaniesiony do ZUS-u, była tam rubryczka o ocenie wyników leczenia. Moim oczom ukazał się wpis: Rokowania niepomyślne, dotychczasowa terapia, nie przynosi rezultatów, wymagana terapia fagowa... Doktor K, kazał nie buczeć  - się zastosowałam...
Był też czas, na chwilę refleksji, nad przemijającym życiem, a to dlatego, że umarła dzisiaj pani, która leżała z nami na sali. O tym podłym życiu na pewno powstanie osobny wpis, nie czas dzisiaj na przemyślenia...

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Święta coraz bliżej, a ja tak zastanawiam się, co one mi dobrego przyniosą? Wyjdę na przepustkę ze szpitala w Wigilię, po opatrunku, jak oczywiście mój brat po mnie przyjedzie,bo jeżeli coś mu wypadnie,to wtedy: witaj autobusie, chociaż nie wydaje mi się, żebym była w stanie do niego wsiąść. Niemniej jednak, łaknę normalności, więc może jakoś dałabym radę. Chciałabym tak chociaż na jeden dzień, zapomnieć o tym, co mam na plecach, i rzucić się w wir szaleństw, odwiedzić stare kąty, pośmiać się, nawet popłakać się ze śmiechu... Ech, jakbym chciała.  Wyjść, pójść przed siebie, i niczym się nie przejmować, ustawić się na jakiś koncert, zaplanować Sylwestra - najlepiej wśród ludzi, dzięki którym mogę się śmiać. Upić się z nimi do nieprzytomności, tańczyć, tańczyć, tańczyć... Tymczasem, będę gościem we własnym domu, co ja tam będę robić? Po co mam się przyzwyczajać, jak i tak nic dobrego mnie tam nie spotka. Rodzina będzie szczęśliwa, nie będą musieli myśleć o problemach, a ja znowu zadumam się w sobie nad tym, co będzie, jak będzie, i czy w ogóle będzie. Nie będę cieszyć się świętami. Wszystko dla mnie takie sztuczne, na pokaz, nieprawdziwe. Chciałabym tak zniknąć, i się już nie pojawić, być gdzieś, gdzie będę szczęśliwa bez trosk, i całego zgiełku tego świata. Ostatnio, coraz częściej wpadają mi do głowy słowa: "Po co mnie wrzucono w istnienie?" - jaki ja mam tutaj cel? Czy w ogóle mam jakiś cel? Co jest w życiu najważniejsze? Żyć z dnia na dzień, i czekać, co przyniesie jutro? Akceptować wszelakie zło tego świata? Być kiedy jestem potrzebną, nie być, kiedy nie jestem?  Ech...

... a tu jeszcze taka piękna zima, wyciągi narciarskie ruszyły, ludzie cieszą się, mogą pojeździć, powywracać się na śniegu, zmęczyć się, a ja? Ja nie mogę, nic nie mogę, wszystkie dobra mnie ominą, nie zasmakuję niczego ... A może? A może uda mi się pojeździć, jak już rany trochę się zmniejszą, a co najważniejsze przestaną boleć, i będę mogła się wyprostować? Przecież, niektórzy jeżdżą z jakimiś ubytkami, i dają rady, może ja też bym mogła?  Zobaczymy, jak to wszystko będzie wyglądać w styczniu, i później...Może, może, może... !

niedziela, 20 grudnia 2009

Na oddziale zagościły święta. Wczoraj nawet pomogłam ubierać choinkę. Nie udało mi się podprowadzić łańcucha, cobym mogła udekorować salę, na której leżę, ale nic tam, i tak już mam swoją choinkę, dwa aniołki i miśka. Takie superowe centrum dowodzenia z niezbędnymi akcesoriami. Coraz mniej ludzi, jak my to mówimy - pozostały same VIP-y, które powoli zaczynają dowodzić oddziałem. Mój stan niewiele się zmienia, wiem już, że kolejny posiew wykonany w poniedziałek nadal wykazuje gronkowca złocistego, i jeszcze jedną bakterię, której nazwy nie potrafię wymienić. Ten cwaniak jest odporny na Gentamecynę, którą dostaję, mało tego, jest odporny prawie na wszystkie antybiotyki. Problem jest duży. Lekarz waha się, co robić, chce wdrożyć jeszcze jeden antybiotyk, ale nie jest pewien, czy on zadziała, gronkowiec udpornił się na wszystkie leki, i coraz to nowe, umacniają jego odporność. Straszna ta bakteria jest. ktoś go chce? Oddam za darmo ;)
Pani Lidio - bardzo dziękuję za dobre słowo. Jest mi naprawdę przyjemniej, a ten aniołek będzie mnie strzegł przed całym złem tego świata :)

piątek, 18 grudnia 2009

Jako, że słynę z przesadnego myślenia o wszystkim i niczym, toteż dzisiejszy wpis nie będzie zbytnio odbiegał od poprzednich. To moje myślenie strasznie mnie męczy, ale kimże bym była, gdybym nie myślała? Czy byłabym sobą? Wczoraj powiedziano mi, że jaka rodzina by nie była, to zawsze jest to rodzina, i trzeba ją szanować, i na pewno w sytuacji krytycznej, byłaby dla mnie oparciem. Rodzina, ale jaka jest jej prawidłowa definicja? Co to jest rodzina? Kto to jest rodzina? Składa się z rodziców i dzieci, cechuje ich więź formalna, wspólnota materialna, mieszkaniowa, oraz określony zespół funkcji...Ok. Przyjmuję do wiadomości. Szanuję swoją rodzinę, doceniam, że tata przyjeżdża do mnie prawie codziennie, i przywozi niezbędne rzeczy, których potrzebuję w miejscu, gdzie się obecnie znajduję. Jeden mały szkopuł pojawia się  tylko w tym wszystkim. Tata przyjeżdża do mnie nie dlatego, że chce tylko, że musi - tak mi się wydaje. Każda jego wizyta związana jest z wymianą brudnych rzeczy, posiedzeniu paru minutek, i uciekaniu,  bo się spieszy, bo ważne jest to, że brat czegoś chce, i musi mu pomóc. Ja wiem, że to jest jego syn, że ma budowę, ale kurczę..., ja nie jestem w stanie wyjść stąd, zabrać co potrzebne z domu, i wrócić. Przecież bym się nie prosiła, kiedy mogłabym sobie sama poradzić. Ja bym chciała, aby chociaż raz powiedział mi, że wszystko będzie dobrze, a nie, że w momencie kiedy mówię, co mnie trapi, on tylko kiwa głową, a jego mina mówi jedno - co Ci na to poradzę, żeby chociaż raz przyjechał ot tak, bez żadnego powodu... Może nikt go nie nauczył takich zachowań? To skąd one się u mnie wzięły, przecież jestem krew z krwi... Mama, wiadomo ma swoje obowiązki, ale też nawet sms mi nie napisze, co tam słychać..., brat jak dzwoni to często mnie denerwuje zachowaniami. Wiem, że robi to dla mojego dobra, ale co ja na to poradzę, że nie mam dobrych wiadomości... Poza tym, bardzo często mam wrażenie, że jego interesuje tylko, kiedy wrócę do pracy...Dlaczego jestem tak inna od nich? Przecież oddałabym za nich życie, gdyby któreś z nich znalazło się w szpitalu, byłabym codziennie bez pytania, czy mam przyjechać, to nie byłby obowiązek, tylko sprawa oczywista nie podlegająca żadnej dyskusji. Nie liczyłoby się dla mnie wtedy życie codzienne...Może jestem niesprawiedliwa, ale tak to widzę... Więc co to jest rodzina? Jaka powinna być wg. mnie, i co mnie z nimi powinno łączyć, bo nazwisko to jeszcze nie wszystko...Rodzina powinna być mi przyjacielem, a ja sama powinnam czuć, że mogę na nich liczyć w każdym momencie. To własnie ona powinna wyciągać mnie z sytuacji o zwiększonym kryzysie psychicznym. Być rodziną, to znaczy też rozmawiać, o wszystkim, to wspólne posiłki, to radość z  tych wspólnych posiłków. Rodzina to uczucie bliskości, to poklepanie po plecach, to przytulenie, to powiedzenie dobrego słowa... To wzajemne zaufanie, i ciepło w życiu codziennym. To po prostu dawanie siebie innym... Taka ona powinna być... Tak to widzę... Tego nie mam.

Czy na dworze faktycznie jest tak zimno, jak opowiadają ludzie? 18 dni w szpitalu daje się we znaki, zatracam się w codzienności, i -12 stopni nie robi na mnie żadnego wrażenia. Gdybym była zdrowa, zapewne skakałabym po tym śniegu, ciesząc się jak dziecko, że tak fajnie skrzeczy mi pod nogami, wyciągnęłabym też swoje narty z szafy, i odświeżyłabym im ślizgi, żeby mogły mi godnie służyć na stokach, i nie mogłabym się doczekać pierwszego wyjazdu do Szczyrku np... Tymczasem, wszystko jest inaczej. Siedzę na szpitalnym łóżku, i nie mogę zasmakować śniegu, nie mogę poczuć tego zimna, tego wiatru, który owiewałby mnie, i powodował szczypanie uszu, policzków, i palców. Nie mogę zaciągnąć się tym zimnem... jestem uwięziona. Mój oddział staje się powoli pusty. Coraz mniej ludzi, większość wyszła do domu , i już nie będzie musiała tutaj wracać, a ja? Ja będę, o ile w ogóle puszczą mnie na przepustkę,  na dzień dzisiejszy nie wiadomo, jak to będzie, gdyż są ze mną pewne problemy, i nie wiedzą, czy nie za dużym ryzykiem jest puszczanie mnie do ludzi. Chlip. Nie mogę narzekać na personel pracujący tutaj,  wszyscy są dla mnie dobrzy, pocieszają mnie, a ja zakładam maskę, i udaję, że wszystko jest ok, że sobie radzę, że mam siłę... Wszystko do czasu.  Znowu było dużo łez, znowu mam gorszy dzień, znowu rzuciłabym wszystko w cholerę...!

czwartek, 17 grudnia 2009

17 dni cierpienia,17 dni ciągłego myślenia, 17 dni wśród 6 szpitalnych łóżek, zapełnionych przez ludzi lub nie, 17 dni na czwartym piętrze Chirurgii, 17 dni w pokoju numer 427... Przez te 17 dni mogłam  poznać ludzi, i w mniejszym lub większym stopniu się rozczarować. 17 dni, które pokazały mi, że nie zawsze znajomi znaczą "znajomi" - tacy prawdziwi, którzy są w momencie, kiedy się ich naprawdę potrzebuje, którzy nie pytają " czy mogą", tylko "są" - bez względu na wszystko. Nikogo takiego namacalnego nie było...Hmm, czego ja się spodziewałam, czego chciałam? Niczego w sumie, bo przecież zawsze było tak samo, niemniej jednak wiele mi to dało do myślenia. Po raz kolejny przekonuję się, że wcale nie trzeba się znać osobiście, aby móc być przy drugiej osobie, w jej najgorszych chwilach, wcale nie trzeba mieszkać blisko - wystarczy, że się jest. Dziękuję Ci W, gdyby nie Ty, byłoby ciężko. Dziękuję też Adze, Syrdze, i Gabrysiowi za umilenie mi niedzielnego popołudnia...

17 dni za mną, a ile jeszcze przede mną? Nie wiem. Szpital, powoli staje się moim domem, a mnie samej, brak wiary w to, że wyzdrowieję - niestety. Do głowy przychodzą różne myśli, te najgorsze również. Ciężko jest walczyć, jak coś nie jest tak, jak być powinno. Rany się nie goją, wyglądam strasznie. Nie chcę tak, nie mogę tego znieść, zupełnie nie rozumiem - dlaczego? Chyba muszę zaakceptować tę swoją życiową porażkę, i co się stanie, to się stanie, bo i tak się stać musi? Jeszcze tylko jedna osoba sprawia,  że nie do końca się poddaję, że staram się ostatkiem sił zmienić się, że nie mogę sprawić, aby tej osobie z mojego powodu było przykro, dlatego jeszcze jakoś walczę, bo przecież nie mogę ot tak się poddać...Ech...

W każdym razie, centrum mojego dowodzenia przeniosło się do szpitala. Nie było wyjścia, skoro dopiero na święta puszczą mnie na przepustkę..., a co potem? Chlip...



sobota, 28 listopada 2009

 Ostatni dzień przede mną.  Dlaczego nie można wkraść się tam gdzie powstają myśli, i wyrzucić, co niepotrzebne, a zostawić tyko te właściwe, optymistyczne, poukładać je na półeczkach, i brać, kiedy będzie chciał przyjść ten gorszy moment?  Dlaczego za każdym razem przyjdzie coś, co skrupulatnie będzie chciało mi rozwalić nastrój, i będzie się tym napawać bezgranicznie, będzie czekać zaszyte gdzieś w pokoju, aby uderzyć, a potem się ze mnie śmiać, że słaba jestem, bo znowu nie podołałam? Dlaczego to przyjdzie, co to jest, i dlaczego przychodzi do mnie? Dlaczego nie zapisał mi się wcześniejszy wpis, i muszę pisać na nowo? Dlaczego tak strasznie się boję jutra? Strach jest chyba normalnym odczuciem każdego z nas, posiadamy emocje, a co za tym idzie, posiadamy też strach. On czasami jest silniejszy od nas samych, i pozytywne myśli, które staramy się z siebie wykrzesać czasami nie mogą z nim zwyciężyć,  pokazać  mu, że nie ma prawa zajmować niektórych głów, mojej głowy - ona nie potrzebuje dodatkowych myśli, ona i tak za dużo musi się w tym życiu napracować. Więc straszku, uciekaj ode mnie, pójdź sobie do kogoś innego... Nie uciekł, skubany, się mnie za mocno trzyma...

Jestem wdzięczna, za to, że ktoś potrafi przy mnie trwać, kiedy innych już nie ma, kiedy inni tak naprawdę wpadają tylko na chwilę, aby  zamienić parę słów, wypytać o to, i o owo, zaspokoić swoją ciekawość, a potem sobie pójść, tak najzwyczajniej w świecie odejść do swoich obowiązków. Nie, nie mam nic przeciwko temu, wszak na tym polega życie... chyba. Niemniej jednak, nie każdy taki jest, i dlatego zastanawiam się, jak mam spłacić ten dług wdzięczności, którego nijak nie mogę przeliczyć na żadne dobro? Dlaczego w człowieku istnieje coś takiego, takie przeświadczenie, że zawsze musi być "coś za coś", dlaczego nie może zrozumieć, że czasami ludzie nie oczekują nic w zamian, że to co robią, nie jest sztucznym zachowaniem, tylko wynika  z tego, jakimi są ludźmi, jak bardzo utożsamiają się z daną osobą, jak bardzo chcą jej pomóc? Przecież człowiek sam nie oczekuje nic w zamian, jest mu miło, że może sprawić komuś radość, i robi to zupełnie bezinteresownie, dlaczego nie ma to działać w obie strony ? Kto w człowieku wypracował takie przeświadczenie o ludziach? Co wypracowało...? Życie..., i teraz człowiek na nowo musi uczyć się, że nie każdy taki jest.

Zacznę powoli się żegnać...Nie wiem, jak długo mnie nie będzie... chlip..., ale na pewno tutaj wrócę. Bywajcie...






Update:
Wiem, że nie odświeża mi się lista blogów ( znaczy, działa tylko dla niektórych), ale teraz jest to  i tak nieistotne, bo mnie nie będzie. Zajmę się tym po powrocie, teraz nie mam głowy.

Sobota - Ameryki tym słowem nie odkryłam - wiem. Wczorajszy dzień zaliczam do straszliwie leniwych, chyba udzieliło mi się samopoczucie cierpiących. Dodatkowo, mieszanka wybuchowa, którą sobie zaaplikowałam, sponiewierała mój żołądek, a ja, jak zwykle, nie miałam żadnych tabletek, które mogłyby mi pomóc. Apteczka w moim domu ma stany zerowe. Może to i lepiej, przynajmniej nikt sobie chorób nie szuka - no, może prócz mamy,  jej dolega już wszystko - tak mówi... Wracając do realności. Coraz gorzej jest mi chodzić, nie jestem w stanie ustać 10-ciu minut, wyjście po schodach jest nierealne, wejście do samochodu wymaga ode mnie niesamowitej gibkości, przy czym nie mogę napinać mięśni, bo wtedy pojawia się ból nie do zniesienia, a  jazda powyżej 40 km/h nie wchodzi w grę, i nie mówię tu o prowadzeniu pojazdu, absolutnie. Jestem w szoku, że to tak szybko się posuwa, że z dnia na dzień, jest coraz gorzej., jeszcze te stany gorączkowe mnie dobijają. Walka o odnowienie leukocytów trwa - staram się, aczkolwiek  podobno nie jest tak prosto. Wczoraj sobie nie pomogłam, i dzisiaj nie za bardzo coś mi chce wejść do żołądka. Zęby znowu dały o sobie znać, podniebienie nadal pokaleczone, dzisiaj popękały mi jeszcze kąciki ust - sypię się...., brakuje tylko świńskiej grypy... No, za co to wszystko, aż taka jędza ze mnie jest? ... Proszę nie odpowiadać, to było pytanie retoryczne ;)

 Znowu musiałam udać się z tatą na zakupy, było ciężko, nawet bardzo, jednak nie miałam wyjścia, bo potrzebowałam jeszcze paru rzeczy, a o prezencie dla Misia na Mikołaja nie wspomnę. Szkoda, że nie będę jej go mogła wręczyć  ;( Musiałam też ogarnąć mieszkanie, a ściślej  - mój pokój, bo przez to, że Amelka bywa tu codziennie, nie mogę się w nim odnaleźć. Wszystko jest nie tam, gdzie  być powinno.  Dzisiaj np. w lampce, którą mam koło łóżka, znalazłam elementy mandarynki. Ciekawe, kto to tam wrzucił, na pewno nie byłam to ja... Jak tylko mały bąk wróci z Wrocławia, to ja się jej zapytam,  kto mi to zrobił. Już widzę ten szyderczy uśmiech, i to szybkie przebieranie nóżkami, kiedy będę chciała ją złapać celem gilgotania za karę. Cioci pokój, to nie śmietnik, nie wolno wyrzucać  byle gdzie tego, co nie zmieścił brzuszek... Będę musiała z nią o tym poważnie porozmawiać, i już widzę to kiwanie główką: Tak Aga, tak, masz rację, ale swoje będę robić... Kurcze, skąd ja to znam? Już nie wspomnę o zalanych herbatą częściach pokoju..., ale w sumie to mogę wybaczyć,   nauczyłam ją stukania się na zdrowie szklankami,więc mam teraz za swoje...

Kurczę...wszyscy dzisiaj będą imprezować, a ja nawet nie mogę się ruszyć. Smutno, bo też bym chciała gdzieś sobie wyjść, aby nie myśleć o tym wszystkim, co mnie czeka w poniedziałek, i nie daje mi to spokoju... Później, ludzie będą przygotowywać się do świąt, będą się cieszyć, a ja...  w szpitalnych murach pośród chorych ludzi, a za oknem będę widzieć tylko trochę drzew, i oddział psychiatryczny..., i codziennie będą mi robić krzywdę... Ech, znowu się rozklejam...

 

piątek, 27 listopada 2009

Wczorajszy dzień dał mi wiele dobrego, i pomimo tego, że wiem, co mnie czeka za kilka dni, i że one upłyną tak szybko, to jakoś się nie martwię. Na pewno największe uderzenie stresu będę miała w niedzielę, bo chyba dziwne by było, gdyby człowiek się nie bał, jednak czuję,  że mam swojego dobrego ducha, który nie da mi się stresować, i umili  ten ostatni dzień mojego pobytu w domu. Z takim dobrym duchem można też sobie bardzo sympatycznie porozmawiać, i ma się wrażenie, że się zna od zawsze... milczy, gdy mówię, mówi, gdy milczę...,  wiecie, jak to dobrze jest pośmiać się tak szczerze, tak prawdziwie, i na dodatek robić to o 2 w nocy? Takie dobre duchy istnieją, i stają się elementem naszego życia,  w momencie, kiedy my sami myślimy, że nic nas już dobrego nie spotka, Takie duchy czasami mieszkają blisko, czasami daleko, ale to właśnie z daleka spotyka się najwięcej życzliwości i dobroci. i to dalekie, powinno być blisko.  Amen.

Dla dobrego ducha..., niech posłucha, jak go już głowa nie będzie bolała ... ;)

s

Update:
Pomieszałam dzisiaj mandarynki, z kawą, z wędzonym serem, i popiłam to wszystko wodą mineralną... Później,....umarłam...O masakro, nigdy więcej!

czwartek, 26 listopada 2009

Godzina: 7:00
O cieniu! Jak ja nienawidzę rano wstawać. Ostatnio w ogóle nie chcą mi się  otworzyć oczy, odkąd zasmakowałam spania, to jest mi tak dobrze, że nie chcę wracać do realnego świata. Nie słyszę budzików, mówię sobie jeszcze 5 minut, lub nieświadomie wyłączam dzwonienie i smacznie śpię dalej. Konsekwencje oczywiście są, bo potem nigdzie nie mogę zdążyć. Ech, przydałby się taki budzik, coby uniemożliwił zamknięcie oczu, tylko nękał co chwile, wtedy z braku wyboru by się wstało. W każdym razie, po takich porannych problemach,  łazienka jest dla mnie wybawieniem. To w niej dochodzę do siebie, to ona pozwala mi zasnąć na 5 minut ze szczoteczką w buzi, nad umywalką,  to jej część, czyli prysznic polewa mnie wrzątkiem, i krzyczy na mnie: "No obudź się babo wreszcie".  Potem kłaniają się wody utlenione, kompresy, plastry,  i plecy dostają nowe opakowanie. Kiedy poranny rytuał dobiegnie końca - wychodzę, można powiedzieć prawie obudzona, powłóczę nogami, bo oczywiście nie chce mi się ich podnosić, i podążam do swojego królestwa, gdzie czeka na mnie mój wcześniej włączony komputer . Jak nie muszę nigdzie się wybierać, to czasami pomijam rytuał łazienkowy, na rzecz porannego dojścia do siebie przy komputerze i kawie. Łazienka jest na drugim planie - oczywiście poza umyciem zębów, i zmianą opatrunku. Jak wtedy wyglądam? Po prostu nieład artystyczny na głowie, a resztę można sobie wyobrazić wg. własnych upodobań, tylko nie robić ze mnie żadnego monstrum ;)

Dzisiaj np. było tragicznie z obudzeniem się. Łazienka jak zwykle mnie nie zawiodła. Miałam zadanie bojowe obudzenia  mamy, bo wybierała się do lekarza.  Co też ludzie czasami mają w tych swoich głowach...
Ja: Mamo...Mamooooo?, No mamo!!!
Mama: Cocococo?
Ja: No, kazałaś się obudzić!
Mama: A...już, już.... - zasnęła znów. Problemy z wstaniem mam po mamie, więc nie dałam za wygraną!
Ja: Mamo, wstawaj! - i ściągnęłam z niej  kołdrę. Mama naciągnęła ją z powrotem.
Mama:... jeszcze 5 minut... zieeewww - ( ha!)
Ja: Mamo, nie... Wstawaj, kazałaś się obudzić. Potem będziesz na mnie krzyczeć, że Cię na pewno nie budziłam! Mamoooo, no mówię do Ciebie, wstawaj!
Mama: Agnieszka!... No idź że  włożyć ten chleb do pieca, a nie zawracaj mi tu głowy!
Ja: Yyy, co?...  Mamo...  To Ty sobie lepiej śpij, a do lekarza pójdziesz jutro...

I co było, jak wstała? Oczywiście, "na pewno mnie nie budziłaś"... ale podobno była piekarzem, i robiła pyszny chlebek... Tak, tylko kto w tym śnie musiał go do pieca wkładać,... Ech, całe życie poniewierka ;)

Na dzień dobry...Nasze  przebudzenie...i rewelacyjny Buzu Squat...


Godzina 11:00
Zbieram się do lekarza. Boję się panicznie, bo wiem, że może paść słowo "szpital" - podświadomie wyrzucam to ze swojej głowy, ale świadomość bierze górę. Caly czas, mam stany podgorączkowe, wiem też, jak wyglądają moje plecy, dlatego nie mogę łudzić się, że nie padnie to słowo, którego nie chcę usłyszeć. Wiem, że to słowo, byłoby najlepszym wybawieniem z sytuacji, bo wycięliby przetoki, i zrobiliby to w znieczuleniu ogólnym, nie musiałabym cierpieć, dopiero później, ale... no właśnie... zawsze muszę mieć jakieś ale... Jestem człowiekiem, który za bardzo sobie przybiera do głowy, i tym razem sobie przybrał, że głupio mu tak udać się do szpitala, że znowu nie jest zagojony, i będzie im zawracać głowę... Wstyd mu, że jego organizm nie chce się goić,  a on sam nie ma na to żadnego wpływu, i że oni znowu staną nad człowiekiem mówiąc, że wszystko jest wbrew prawu grawitacji..., i że znowu będą człowieka męczyć, sprawiając ból, którego człowiek nie będzie mógł znieść,  i że znowu człowiek będzie z tym wszystkim zupełnie sam...No, to idę!

Godzina 13:00
Idę do szpitala... Niestety... Miało to być już dzisiaj, ale  lekarz na tyle wyrozumiały, widział moje przerażenie,  że pozwolił mi zaczekać do poniedziałku. Poniedziałek mam być na czczo, od razu położą mnie na stół, ponacinają wszystko, czego nie powinno być na plecach, i zdrenują... Tak bardzo się tego boję. Wiem, że to jedyne wyjście z sytuacji,  mój organizm jest w kiepskim stanie, wyniki złe, praktycznie nie posiadam leukocytów w sobie, a to dzięki nim organizm ma odporność, i walczy. U mnie nic nie walczy, wszystko wyniszczone, tylko gorączka  przypomina mi, że dzieje się coś niedobrego. Ech. Gdybym tak mogła cofnąć czas, i słuchałabym, co się do mnie mówi, to może tego wszystkiego by nie było. Jak zwykle wiem lepiej, a potem mam za swoje. To moja straszna wada jest, najstraszniejsza ze wszystkich, które posiadam.  Najgorsze też, że trochę w tym szpitalu poleżę, bo tym razem oni chcą być pewni, że już nie wrócę... Chlip... I nie przyjdzie do mnie Mikołaj...Chlip...,a jak przyjdzie, to pewnie dostanę rózgę... Chlip..., za mądrowanie... Chlip...

Godzina 14:00
Wybraliśmy się z tatą na zakupy. Mamę też zabraliśmy, bo jechała do pracy. Wszystko ładnie, pięknie. Odezwałam się po jakiś 5 minutach, bo już nie wytrzymałam:
Ja: Tato, ale w tym aucie śmierdzi!
Tata: Czym?
Ja: Nie wiem, jakby się coś rozkładało, mamo, czujesz?
Mama: Czuję właśnie, już tacie to wcześniej mówiłam.
Ja: Tato, przyznaj się - pierdzisz w fotel!
Mama: Na pewno pierdzi, i nie wietrzy, to wszystko prześmierdnięte!
Tata: Wyście są niepoważne! Ja nic nie czuję.
Ja: hihihiih :D
Mama: No tak, tata nie słyszy, bo nie ma czuja!
Ja: ?!
Tata: ?!
Mama: No, co :)
Ja:... ale, że o co Ci chodzi?
Mama: No, że nie ma czuja.
Ja: No wiem, że czuj to węch, ale co to ma wspólnego z tym, że nie słyszy?
Mama:... ,a bo ty tego nie rozumiesz...
Tata: Ja też tego nie rozumiem...
Mama:... a, bo twoja córka musiała się na kogoś podać!
Ja: Mamo, ja w fotel nie pierdzę !
Po 5 minutach...
Mama: Kurde chciałam powiedzieć, że nie ma węchu, to nie czuje....
Ja: Buahahahaha...., mamo nie przejmuj się, grunt, że szare komóreczki zadziałały, to nic, że po czasie, masz już swoje lata, masz wybaczone...
Mama: Nie odzywaj się do mnie... :)
... a tata z wrażenia przejechał skręt. Powiedzieli, że już nigdzie ze mną nie pojadą, ale ja  przecież nie wiem, o co im chodzi, nic takiego nie powiedziałam :)
A co do smrodu... powodem było zgnite jabłko w bagażniku!


Dalsza część dnia, to było podtrzymanie mnie na duchu, dziękuję,dziękuję, dziękuję! Dużo to dla mnie znaczy. Dziękuję...
Była też moja Amelusia, mój Skarbek kochany. Grałam z nią w karty, w wojnę. Ja wiem, że ona jest za malutka, i nie wolno dziecka na złą drogę sprowadzać, ale...
Ja: Amelusia, zagrasz z ciocią w karty?
Amelia: Njo :)
Ja:.. a umiesz?
Amelia: Njo - wcale nie umiała, ale ona też jak ciocia wszystko wie - przynajmniej jej się wydaje .
Ja: To ciocia Ci powie, to jest Dama, Król, Walet, a największą kartą jest As. Weź sobie połowę kart, i będziemy rzucać...- rzuciłam ja.
Ja: Dziesiątka
Amelia: Aś...
Ja: Dama...
Amelia: Aś...
Ja: 9
Amelia: Aś...
Ja: Walet
Amelia: Aś...
Ja: Amelia,ile masz tych Asów...?
Amelia: tśi :D

To nic, że to wcale nie były asy... Mały skubaniec zapamiętał, że co najwyższe,  wygrywa, i miał same Asy, było ich chyba z 10 - u Amelki oczywiście, bo tak naprawdę, były to zupełnie inne karty... Ech, uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam...ją. Tak bardzo się rozwinęła. Wszystko teraz powtórzy, jak wrócę ze szpitala, pewnie już mówić będzie, a ja to przeoczę... Chlip...
We wszystkim chce mnie naśladować, i nawet takie same skarpetki nosimy na stópkach...
Nieład kolorów jest najlepszy na świecie :D




wtorek, 24 listopada 2009

Chyba zostanę filozofką,  znowu mnie bierze na mądrowanie,  ale chyba mogę, co? Sama nie wiem, co sprawiło, że sprawiło, ale dobrze mi  z tym, i bardzo się cieszę. Bez ładu i składu, ale takie są mądrości Agnieszki... Wystarczyła jedna noc, aby tak się przeobrazić, i znowu spojrzeć na świat w tych lepszych, kolorowych barwach. Nawet nie przyjmuję do wiadomości, że może to być chwilowe. Doświadczam tego wszystkiego na sobie, a więc nie może być inaczej, jak tylko lepiej. I jak mi ktoś normlanie sprawi, że ja znów się zatracę, i popadnę w dołek, to pociągnę z mawashi geri..., bez żadnej taryfy ulgowej. Jestem poddatna na wszelakie zło tego świata, wszystkie emocje mi się udzielają, a więc proszę, aby w rozmowach ze mną , nie pisać o niczym złym, najlepiej, aby wszystko, co złe zostawić u progu, kiedy się tutaj zagląda, bo ja walczę, i nie chcę polec w boju  ;) I proszę mi nie wmawiać, że ból ryje mi psychikę, bo już nie ryje, wygoniłam parszywca, nie dałam się zdominować, i efektem jest calusieńska przespana noc - grunt to chcieć, i móc! Zęby też przestały boleć, i chociaż na plecach jest bez zmian, to czuję, że żyję.  Spokojnie mogłabym  teraz wsiąść na rower, i pojechać sobie siną w dal, wyjść na górski szczyt lub pozjeżdżać na nartach... i kurcze, wiem, że dałabym radę, po prostu to czuję, i wiem też, że byłoby to zupełnie nieodpowiedzialne... No! Wiem, że czwartek może mnie sprowadzić na ziemię, i pewnie to zrobi, bo nie mogę się oszukiwać, ale  mam jeszcze całą środę aby nie myśleć, aby wyobrazić sobie, że już jestem zdrowa, i nikt mnie nie musi oglądać. Z opatrunkami da się żyć  - gorzej z tym, co pod nimi, ale to nie będziemy tym sobie teraz głowy zawracać. Mądrowanie ma to do siebie, że człowiek się wymądrza, a wymądrza się, bo chce pokazać, że coś wie, a wie to, bo uczy się na błędach... Pozytywne myślenie trwa :) Jupi!

Tak, więc... Nie smuć się...Gdyby przypadkiem brakowało Ci uśmiechu, wal do mnie... Dam Ci swój... Mam go dużo, wystarczy dla Ciebie...:)
 
Pozostańmy w świecie malowania piaskiem...



Update:
U endokrynologa... 13 lat leczenia tarczycy było zupełnie niepotrzebne! Moja tarczyca jest chora, mam autoimmunologiczne jej zapalenie, ale na tym etapie nie wymaga leczenia! Leki mogły mi tylko zaszkodzić! Lekarz oficialnie przyznał, że zostałam naciągnięta na kasę... Grrr... Wy sobie to wyobrażacie?!

poniedziałek, 23 listopada 2009

"Zapytałam dziecko niosące świeczkę:
- Skąd pochodzi to światło?
Chłopczyk natychmiast ją zdmuchnął.
- Powiedz mi, dokąd teraz odeszło - odparł. - Wtedy ja powiem ci, skąd pochodzi."


Nie podoba mi się dorosłość,  myślę o  rzeczach, które normalnie nie przyszłyby mi do głowy. Mam wrażenie, że wszystko to, co kiedyś opowiadano, było jednym wielkim kłamstwem. Dziecięce marzenia... coś wymyślonego przez ludzi, a szczęście? Co to jest szczęście, czy ktoś to też wymyślił, dla potrzeb, żeby innym żyło się lepiej, żeby dążyli do tego przez całe swoje życie? Dorosłość, cóż to takiego jest? To jest czas, kiedy uzmysławiasz sobie, że wszystkie dziecięce marzenia stają się nierealne, Poznajesz życie,  ból, cierpienie,  i wieczne wystawianie  na próbę, zaczynasz  sobie  zdawać sprawę, jakim bezsensem jest czasami istnienie człowieka.
Kiedy patrzę na moją bratanicę, to tak sobie myślę, jakie ona będzie miała marzenia, i jak bardzo się potem rozczaruje? Póki co, uwielbiam na nią patrzeć, kiedy mała rzecz sprawia jej wielką radość, kiedy cieszy się, i jest to najprawdziwsze na świecie. Łezka się w oku wtedy kręci, bo człowiek z miłą chęcią wróciłby się do takich chwil, aby znów bawić się beztrosko, i nie myśleć o niczym szczególnym... Staram się, jak mogę, aby tak było, abym nie zatraciła się już całkowicie w tym dorosłym świecie...i walczę, aby wrócić do normy, i w końcu powiedzieć dość, Agnieszka, co ty robisz! Przecież ty nie jesteś taka, jesteś pogodna, zawsze uśmiechnięta, ludzie Cię lubią...i na pewno im przykro, że ty się tak zachowujesz - wiadomo, że nikt nie lubi wiecznie narzekających malkontentów, ja sama też nie, ale teraz już wiem, jak taki człowiek potrafi się czuć, i jak czasami bardzo chce, myśleć inaczej, a mu to nie wychodzi.Wiem, kiedy coś jest nie tak, czuję to, i strasznie tego nie lubię. Wtedy zawsze czuję się winna, i błędne koło się zamyka. Zbyt wrażliwa? Chyba tak, czy to dobra cecha? Nie wiem... już tego nie wiem.
Właściwie, to sama nie wierzę, że to piszę, że potrafię wykrzesać z siebie takie myśli, i przelewam je w świat, że "ględzę", dając upust swoim emocjom, a ktoś musi to czytać. Na to niestety nie ma lekarstwa, bo ja od zawsze byłam gadułą, wiem, że rozmawiam sobie sama z sobą, ale ja tak czasami też mam... Czy to ma w ogóle sens? Hmm, to jest bardzo dobre pytanie, bo skoro o tym piszę, to chyba jednak ma. Może jakiś ukryty, który wyjdzie po czasie? Wiele razy prowadziłam bloga, ale do tej pory, ten jest jakby najbardziej prawdziwy, taki, w którym przedstawiam siebie, swoje myśli. Nie każdy by się otworzył w sieci, ale ja tak muszę, bo nie potrafię dusić w sobie tego, co na dany moment we mnie siedzi, a co nie daje mi normalnie funkcjonować. W każdym razie, muszę to przetrwać,  nie dam sobie jeszcze bardziej zniszczyć psychiki! Pokażę tej parszywej torbieli, że na moich plecach jest niemile widziana, i najwyższy czas, aby sobie już poszła! Muszę się tylko nauczyć bycia cierpliwą. Słowo wielokrotnie słyszane  w ostatnim czasie... Wszystkich, którzy przeze mnie poczuli się gorzej - przepraszam, których uraziłam tak samo. Nie było to moim zamiarem. Noszę przydomki wredna, szydercza,  i zołzowata, ale tak naprawdę nie jestem taka...



Zadania do wykonania:
Wizyta u endokrynologa!
Zabiłam ptaka - niechcący... Fatalnie się z tym czuję....  Nie da się jeździć normalnie o tej porze roku.  Przed 7 wyłączają światła pod blokiem, robi się zupełnie ciemno, i weź tu człowieku cofaj, jak jeszcze wszędzie pełno samochodów!  Podczas jazdy,  co drugi kierowca chwali się swoimi, a'la ksenonami i tak oślepia, że człowiek nic nie widzi, a już w połączeniu z deszczem droga  staje się zupełnie niewidoczna... Nie wspomnę już o kierowcach, którzy zapominają włączyć świateł mijania, i zauważa się ich, kiedy wcisną hamulec w ostatnim momencie oczywiście...Tak rozpoczął się mój dzień... I znowu narzekam. Po ciężkiej nocy, przychodzi tak sam dzień, więc w sumie, co ja się dziwię. Dzisiaj 4 dzień z bólem zębów po prawej stronie, włącznie z uchem i węzłami chłonnymi, które wypuchły, i pierwszy raz w życiu widzę, że mam węzły. Wczorajsze zalecenia złagodzenia bólu, w postaci zalania buzi spirytusem zakończyły się co najmniej tragicznie, spalone pół ust, dziąseł, i języka a zęby jak bolały, tak bolą. Sic! Już nikogo więcej słuchać nie będę, sami genialni doradcy, a cierpię potem tylko ja. Nie wiem, co to się dzieje, wczoraj się nie dało ze mną wytrzymać, dzisiaj pewnie też nie... Niech mnie ktoś palnie, a może mi przejdzie?! Przemęczenie daje mi  w cztery litery, marzę aby jedną noc przespać całą, na spokojnie, na plecach, na bokach, na brzuchu, bez wstawania, bez bólu. Zaczynam być wredna na poważnie, i aż się tego boję. Dzisiaj nakrzyczałam na niewinną panią, która tylko próbowała mi wmówić, że ona do badania krwi na 100% była przede mną!  " Jaka ty  jesteś niegrzeczna" - mi powie, oczywiście nie pozostałam jej dłużna i odpowiedziałam : "... a od kiedy ja z Panią  jestem na ty, bo sobie nie przypominam?" Wszystko będę tolerować, ale kłamstwa nie zniosę, ja rozumiem, że czasami są takie sytuacje, w których się nie da powiedzieć prawdy, ale nie w momencie, kiedy przychodzę na badania,  do których jestem 3, i wiem kto był przede mną, a kobieta sobie nagle wpada, i mówi, że ona na 100% była wcześniej, gdzie wszyscy inni twierdzą, że nie była! I może bym ją nawet przepuściła, ale z takim tupetem, została skreślona. "Wy młodzi możecie sobie poczekać", to nic, że wyglądam jak 7 nieszczęść, pokrzywiona, obolała, ledwo chodząca, ja mogę czekać, bo przecież nie mam 60 lat... to nic, że mnie też boli... A na badaniach znowu nie mogły się wkłuć, znowu psioczyły na mnie, że mam  żyły, jak u niemowlęcia, że jak już coś jest, to jest to zrost, i nie da się pobrać krwi i znowu wyszłam z samymi siniakami... Jeszcze nie chciały zrobić jednego badania, bo przecież jak nie mam cukrzycy, to ono jest niepotrzebne. No, kurczę, lekarz zaznacza, a te wiedzą lepiej. Sprzeciwiłam się temu oczywiście, bo skoro coś jest zaznaczone, to ma być, a nie! Mnie się rany nie goją 5 miesięcy. Przez takie właśnie niedociągnięcia, do dzisiaj nie jestem wyleczona, bo każdemu wydaje się, że młody organizm się sam regeneruje. Nie w moim przypadku. Najbardziej ubolewam nad faktem, że wyników nie dostanę do ręki, tylko będą u lekarza. Jaką mam pewność, że on mnie nie oszuka, i powie, że są dobre, jak np. nie będą? Już mnie w tym szpitalu nie zobaczą. Do chirurga zarejestrowałam się na czwartek. Miałam iść dzisiaj się pokazać, skoro byłam, to niech mnie zobaczy siostra, ale jak zobaczyłam ilu ludzi tam siedzi, to zwątpiłam. To samo z lekarzem rodzinnym. Ja nie wiem, ci ludzie chyba nie mają co robić w tych domach, tylko sobie chorób szukają... Wiem,że moje poprzednie wyniki były dobre, więc zostawiłam je w rejestracji, aby dołączyły rodzinnemu do kartoteki, a ja sama nie czekałam, żeby się nie zarazić jakimś paskudztwem, tym bardziej, że teraz jakby wszystkie choroby przyciągam. Pozostał dentysta... Udałam się na górę, celem... hmm, no własnie, jakim celem? Chciałam się zarejestrować, naprawdę, bo ból zębów jest najgorszy na świecie, i jak coś boli 4 dni,  a do tego jest gorączka, to chyba nie jest dobrze, ale ja tak strasznie się ich boję, że uciekłam spod tych drzwi... Wystarczy, że słyszę borowanie, a robi mi się słabo. Przykre doświadczenia sprawiają, że nie mogę się przemóc, a jeszcze ci ludzie czekający tam, jakby na skazanie, potęguje u mnie strach... a może mi to samo przejdzie? smaruję dziąsła maścią... Nie jestem spuchnięta, ani nic, więc trochę dziwne, żeby to było od zęba... Teraz nie ma opcji, abym  usiadła na fotelu dentystycznym z takimi plecami... Ostatni tydzień chorowania przede mną. Co ja później zrobię? Jak ja sobie poradzę w pracy, kiedy zniżyć się nie mogę, ani szybko poruszyć,  jak ja przejadę 145 km, a potem jeszcze muszę wrócić , jak ja zadbam o sterylność ran? Przeraża mnie to trochę...

A na dzień dzisiejszy Corrida...







Update:

Moja mama w ramach akcji, kochamy wszystko co żyje,  postanowiła u nas w domu dokarmiać biedronki... chlebem, w ramach porzekadła : Biedroneczko leć do nieba, przynieś nam kawałek chleba... rotfl!

sobota, 21 listopada 2009

Dla dobra ludzkości tworzę ten wpis, dla dobra swojego, i twojego również! Nie rozumiem ludzi. Naprawdę. Nie mogę pojąć ich sposobu myślenia, nie mogę pojąć, jakimi wartościami się kierują w życiu, i co jest dla nich tak naprawdę ważne. No, nie mogę, ja chyba zbyt prosta dziewczyna jestem, nie zwykłam krzywdzić innych - może to dlatego. Lubię wszystko tak, jak ma być, lubię być... normalną, szczerą, pogodną...lubię słuchać, i być wysłuchana, ale to tak prawdziwie, a nie  bo wypada...  Nie lubię pójścia w życiu na łatwiznę, chociaż sama często na nią idę - ale to tylko z bezsilności, braku motywacji,  i braku wytrwałości... No nic... Jest  po północy, kontempluję sobie o tym, i o tamtym, z głośników wydobywa się wspaniały głos Lisy Gerrard... Nie potrzebuję nic innego, no może poza ciekawymi rozmowami... Za oknem mgła, tak bardzo paskudna, że aż strach się tam patrzeć. Wszystko jakieś takie dziwne jest. Nie wiem. Czyżby znowu przychodziło coś, co nie lubię, a może ja zbieram od ludzi tę negatywną energię, i ona uderza we mnie ze zdwojoną siłą powodując, że czuję się tak jakoś podle? Hmm, zachciało mi się myśleć, o 00:37! Znowu cisza w domu, wszędzie ciemno... Sonia, moja kompanka życiowa, i pościelowa śpi na łóżku do góry brzuchem, w pozycji przypominającej rogalika  - i nawet koloryt ma podobny, w sieci króluje poza mną Syrga, która też zasłuchuje się w muzyce bez opamiętania. Syrguś, Ty wiesz, że Cię uwielbiam, za całokształt..., i właśnie spać poszedł pewien  sympatyczny człek potajemnie zwany "W" - który zapewne skończył oglądać film, i ja też zaraz pójdę spać... tylko się zbiorę w sobie...... Plecy dają w tyłek, tyłek daje w plecy? Zwał, jak zwał... I znowu będę przybierała różne pozycje, żeby tylko zasnąć bez bólu, i znowu mi to nie wyjdzie, i znowu poleje się dużo łez,  i znowu będę snuć się po domu, i znowu...  Chociaż wy dobrze śpijcie  robaczki, przypadkowi wędrowcy, i wszyscy inni...



piątek, 20 listopada 2009

Pewnego, słonecznego, sierpniowego dnia, wybraliśmy się do Ustronia. Cel - Równica. Był to okres grzybobrania, więc mogliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Ja, nie znałam się zupełnie, ale miałam nauczyciela, który pokazał mi, jak wyglądają podgrzybki - od tego czasu moje oczy  wytrzeszczyły się, a źrenice zasłoniły całą zieleń oka ;)  Wszędzie widziałam podgrzybki, nie było dla mnie rzeczy niemożliwych, zaglądnęłam w każdy kąt, tylko raz nie zdałam sobie sprawy, że wyjść jest łatwo - gorzej z zejściem, szczególnie wtedy, kiedy ma się tylko jedną rękę sprawną  w 100%. Niemniej jednak,  mój cel był jeden, i już nic mnie nie mogło powstrzymać. Zostało to uwiecznione na zdjęciach, ku przestrodze, że Zuskę, czyli mua - nie wszędzie można puścić  ;)

Nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić poniżej...



 Widzę tam podgrzybka, idę po niego!


Eureka!


O, jaki fajny konar, a co mi tam, wejdę :)


O, cholera! Nie zejdę!



Kisioł, no pomóż!!!



@%&*&;#%^ !!!


Jeszcze troszkę..., i  Zuska, skacz!!!


Skok na wagę życia, nie zaznaczyłam telemarku , ale ręce w odpowiedniej pozycji ;)
Już więcej nie łażę po żadnych konarach!



.

Morał...
... ale ja nie dam rady, no ja?

czwartek, 19 listopada 2009

Późna noc, wszędzie głucho i ciemno. Zza ścian, wydobywają się naprzemienne oddechy, połączone z mlaskaniem, co jakiś czas - to moi rodzice w głębokich fazach snu. Obok drzwi, nocuje Sonia, właśnie jej się śni, że gdzieś biegnie, bo macha łapami i szczeka przez sen - ten szczek jest niewyraźny, ale jest.  Zza okna ,co jakiś czas słychać miauczenie włóczącego się kota, pewnie biedakowi zimno...W kaloryferze gra woda, tykają zegary,  tylko jedna osoba nie może sobie znaleźć sposobu, aby jakoś zasnąć. Gdyby ktoś w tym czasie z domowników wstał, umarłby na zawał widząc mnie, a raczej to, jak wyglądałam - przykryta kocem, zgięta w pół, posuwająca jedną nogę za sobą, bo  nie jestem nią w stanie ruszyć, i snująca się po mieszkaniu, jak cień wszystkich nieszczęść, tylko wtedy mniej bolało... To jest straszne. To jest ból, którego nie da się opisać, wbija się wewnątrz ciała, wiercąc przy tym niemiłosiernie, paraliżując wszystkie części ciała. Próbowałam zasnąć, udało się do 1  -  co niektórzy mają rację,  film usypia, i czasami zamiast do komputera warto usiąść przed telewizorem. Od 1, 4 tabletki przeciwbólowe nic nie dały - to nie ten ból. Aż strach pomyśleć, do czego człowiek może być zdolny. Taki ból czasami doprowadza do ostateczności, przez głowę przechodzą różne myśli, większość tych złych. Ile człowiek może znieść? Nie wiem, wiem tylko, że ja - odporna na ból, potrafiąca dużo znieść - nie daję rady. Skala bólu 9 ( zakres 1-10). Przyczynę tak wielkiego bólu chyba powoli poznaję... Ujście, które zostało wytworzone, żeby brudy ściekały - zatkało się... znowu wróciłam do punktu wyjścia...


"Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej, czy więcej posiadał. Ważne jest, czy będzie mniej, czy bardziej człowiekiem."

Staram się żyć w zgodzie z samą sobą, z moimi przekonaniami. Szukam, i czasami znajduję. Nie chcę od życia więcej, niż ono samo  może mi dać. Nie oczekuję wiele. Od zawsze największą wartością dla mnie, były relacje z ludźmi. Dzięki nim jestem w stanie jakoś  funkcjonować, być na dany moment potrzebną, cieszyć się tym, że mogę sprawić radość , nie martwić się na zapas tym, co będzie, czerpać z życia, i śmiać się...  Nie zamykam się, ale unikam tego, co działa na moją szkodę,co nie pozwala mi być normalną, co powoduje, że przestaję się uśmiechać, a zaczynam zastanawiać... Przede wszystkim - nie zastępuję ludzi innymi ludźmi -  akceptuję to, co przynosi mi dzień. Coś się kończy, coś zaczyna. Koniec jest początkiem czegoś nowego. Tylko kiedy był koniec, i co to jest koniec. Koniec czego, a kiedy był początek?  Co to znaczy zastąpić kogoś kimś?

Znowu mam kryzys. Naprawdę, nie mam siły już walczyć o to zdrowie. Bezsilność moja, bezsilność lekarzy, bezsilność wszystkich. Dlaczego ten organizm, nie chce dać się leczyć, dlaczego nie mogę jak inni ludzie, zachorować i wyzdrowieć, no dlaczego? Znowu mam jeździć w poszukiwaniu lekarzy, którzy podejmą się próby wyleczenia? Tylko wyleczenia czego? I znowu pół pleców mi wytną, albo jeszcze bardziej oleją? Zdążyłam ich już na tyle poznać, iż wiem, że w tych większych klinikach w nosie mają pacjenta - tak zniszczyli mi ścięgna w ręce, i przez to nie prostują mi się palce... mogłabym walczyć, aby operacyjnie je naprawić, ale...nie chcę, boję się... już 3 razy próbowali... bezskutecznie...Nie ufam im - nie znam ich. Boję się ich.  Czemu zawsze, co najgorsze musi przytrafić się mnie. No, czemu :(
W przychodzi nie dowiedziałam się niczego konkretnego... Lekarz sam siebie oszukuje mówi, byle mówić. Organizm nie posiada odporności - tak, tylko ciekawe, że lekarz rodzinny mówi co innego. Nie zauważył górnego nacieku! Jak można nie zauważyć wielkiej kulki - do tego czerwonej, i tak bardzo bolesnej, że po nocach spać nie mogę. Po pokazaniu jej, się zszokował, i załamał ręce, bo tak może  robić  się w nieskończoność... aż w końcu dostanę jakiegoś groźnego powikłania, i się skończy, bo ile ten organizm wytrzyma.
Krzywa cukrowa wyszła bardzo dobrze - nie mam cukrzycy.
TSH  - prawidłowe.
Niemniej jednak, dał mi skierowanie na badania krwi, do zrobienia mam : morfologię  ( 8 parametrów), rozmaz automatyczny, kreatyninę, mocznik, CRP, HbA1C. Wszystko ładnie, pięknie, ale  nie wiem skąd mi ją tym razem pobiorą...

środa, 18 listopada 2009

Rzecz dzieje się w domu, dokładniej w przedpokoju, przy lusterku, obok drzwi wyjściowych prowadzących na klatkę schodową, potem do windy, następnie na parter,dalej są schody, wychodzi się z klatki, i.... stoi tam Opel Corsa, do którego trzeba wsiąść i dostać się do miejsca wykonywania swojego zawodu, czyli jakieś 15 minut drogi.   W przedpokoju stoi tata, który musi pokonać to wszystko, o czym wcześniej napisałam. W drugim pokoju urzęduje Amelia, ja siedzę przy swoim komputerze ( bo w sumie, gdzie indziej mogę siedzieć). Z pozoru wszystko wygląda normalnie, spokojna rodzina, jedni idą do pracy, dla drugich najważniejszą rzeczą jest narysowanie swojej rączki, i robią to namiętnie z wywieszonym języczkiem,  nie zważając, że rysują elementu podłogi - to jest w tym momencie zupełnie nieważne, dla trzecich normą jest słuchanie muzyki, i jest jeszcze pies, który wpada w drugą fazę snu ukryty za fotelem, żeby  czasem mały 22 miesięczniak jej nie zauważył... Po prostu  idealnie. Nic nie zapowiadało tego, co się za chwilę wydarzy...

Tata: Młoda, a gdzie są kluczyki od auta?
Ja: A skąd ja mogę wiedzieć?
Tata: Agnieszka, spóźnię się do pracy, daj mi te kluczyki.
Ja: Tato, ale przecież ja Ci je oddałam, bo potrzebowałeś coś wziąć z samochodu...
Tata: I ja Ci je oddałem, bo miałaś mamę zawieźć do pracy...
Ja: Ale dobrze wiedziałeś, że mama nie pojedzie, i ja na pewno nie brałam tych kluczyków!
Tata: Agnieszka! To nie jest śmieszne!
(Ja oczywiście, cały czas słuchałam muzyki, i rozmawiając z tatą nie odwracałam głowy w jego kierunku...) Po chwili namysłu:

Ja: Tato, ale jaki masz problem, weź kluczyki zapasowe, a tamte jutro znajdziemy?!
Tata: A gdzie są dokumenty od samochodu?
Ja: A co?
Tata: Bo w saszetce, były zapasowe kluczyki...
Ja: ???!!! Nie żartuj... Przecież sam mi mówiłeś, zostaw saszetkę w samochodzie... to ją zostawiłam...
Tata: Agnieszka!
Ja: No przecież ją zostawiłam, bo mi sam kazałeś!
Tata: Ale przecież TY nigdy nie robiłaś tego, co ja mówię, czemu dzisiaj musiało być odwrotnie?
Ja: Bo się zmieniłam!
Chwila konsternacji... Co robić?

Tata: Ja na bank te kluczyki kładłem Ci na biurku!
Ja: Tak, i akurat teraz o tym doskonale pamiętasz, a jak cię o coś zawsze proszę, to masz wielką sklerozę  - odgryzłam się!
Wstałam poszukać tych kluczyków, bo zostałam wyprowadzona z równowagi. Wiedziałam, że na pewno nie leżały u mnie na biurku, przecież nie jestem ślepa.
Przychodzi Amelka... Coś mnie tknęło...

Ja: Amelka nie widziałaś kluczyków od samochodu dziadka? - mała jest na etapie kiwania głową, jak z czymś jest na tak, więc kiwnęła z takim zamachem, że myślałam, iż odpadnie jej ta główka z karku.
Ja: Amelka, zabierałaś kluczyki? - upewniłam się...
Amelka: Njo...
Ja: Amelka, gdzie są kluczyki?
Amelka: "Nje" ma...  - rozłożyła rączki w geście, że nie ma... ( czułam się niczym turysta w skeczu Chińska restauracja kabaretu Ani mru mru ). Wszyscy się zlecieli, i akcja, wyciągnięcia od Amelki, gdzie dała kluczyki została rozpoczęta, było to o tyle trudne, że mała nie za wiele mówi ...
Ja: Misiu, powiedz, gdzie dałaś kluczyki...
Amelka: Tiam...
Ja: Ale gdzie to jest tam?
Amelka: Kiu...
Ja: Amelusia, powiedz cioci, gdzie dałaś kluczyki od auta. Dziadziuś się spieszy do pracy, popatrz nie zdąży...
Amelka: Njo tiam... - Skąd ja miałam wiedzeć, co znaczy njo tiam... To moglo być milion miejsc w całym mieszkaniu.
Ja: Amelka,ale to u mnie w pokoju? - Amelka kiwnęła głową z akceptacją, znowu by jej spadła z karku .
Ja: A pokażesz mi paluszkiem, gdzie dałaś kluczyki? - Amelka pokazała na szafę...Wszyscy zdziwieni, bo przecież ona by nie mogła tej szafy sama otworzyć, no ale jednak postanowiliśmy to sprawdzić...
W mojej szafie poza ciuchami znajduje się wiele rzeczy. Trzymam tam wszystko to, co nie ma swojego miejsca w pokoju. Są to akcesoria muzyczne, rowerowe, zimowe. Szafa została otworzona...

Ja: Amelusia, gdzie są kluczyki?
Amelka: Njoo Kiiiiuuuu!!! - Powiedziała to z taką oczywistością, i pretensją, że normalnie wstyd mi się zrobiło, że ja - najlepsza ciotka na świecie nie wiem, że ona te kluczyki schowała do buta narciarskiego!!!


Epilog:
Te kluczyki leżały jednak u mnie na biurku... Misio wykorzystał sytuację, kiedy mnie nie było w pokoju, i zrobił nas wszystkich na szaro... Skąd to wszystko wiem? Bo jak już wszyscy poszli, zapytałam jej, skąd wzięła te kluczyki. Jej paluszek wyraźnie wskazał miejsce, ale to pozostanie już naszą słodką tajemnicą, a szafy nie domknęłam... I jak jej nie kochać ? :D

wtorek, 17 listopada 2009

Gram  z życiem każdego dnia....

Miało być dzisiaj rodzinnie, ale nie będzie. Myśli za dużo w głowie siedzi. Najgorsze, kiedy ranią Cię bliscy, kiedy wiesz, że tak naprawdę  w każdej gorszej chwili życia jesteś sam, kiedy nie masz wsparcia, zrozumienia. To boli, bo przecież nie tak mają wyglądać więzi rodzinne. Od zawsze czułam się nierozumiana, od zawsze byłam zamknięta  - otaczałam się własnym światem, który stworzyłam sobie sama, który był dla mnie dobry, w którym próbowałam czuć się normalnie.  Świat bezpretensjonalny...Tak bardzo tego potrzebowałam. Tylko, czy to wszystko miało sens? Czy nie była to ucieczka ,bo wystąpił brak sił na zmierzenie się z problemami? Czy życie jest sztuką pozytywnego myślenia? Czy po upadkach przychodzą takie dni, w których wszystko znowu jest w porządku, że chce się żyć, krzyczeć, i mieć w nosie wszystkie kłopoty tego świata? Czemu nie mogę zmienić myślenia, że ten kryzys nie będzie trwał wiecznie, że ja potrafię, chcę, umiem, że mogę podnieść się z dna, i znowu osiągać swoje małe sukcesy, i że mogę nawet zbudować swój świat od nowa - i że to musi się udać? Czemu ja nie mogę wziąć się w garść? Wiem, że najgorsze to załamać ręce. Rozpłakać się...To znaczy płakać można, i nawet jest do wskazane, ale dlaczego po tym płaczu człowiek nie może zacząć pozytywnie myśleć. Czemu nie może powiedzieć: Jest źle - dlaczego, co można zrobić, żeby to zmienić? Jest źle - ile w tym mojej winy, ile cudzej? Jest źle - dlaczego... I tak dalej. Ech... pęknie mi ta moja głowa od tego wszystkiego. Brak poczucia własnej wartości jest chyba najgorszy. Gdy się tego nie ma, nic się nie wskóra.

Wczorajszy wieczór dał mi wiele... Po raz kolejny, zdałam sobie sprawę, że są na tym świecie dobrzy ludzie,  którzy  odpowiednimi słowami, podniosą mnie chociaż troszeczkę z dna, sprawią, że pomimo kryzysu się uśmiechnę, tak szczerze...Nie każdy tak potrafi ze mną uczynić... I tak sobie pomyślałam,  że fajnie byłoby mieć takiego kogoś, kto byłby jak diament - z daleka przyciągał gamą barw, a z bliska fascynował wielkością płaszczyzn. I jeszcze, żeby milczał, gdy mówię, a mówił, gdy milczę. I, żeby mówił i milczał, gdy ja milczę i mówię...