sobota, 30 lipca 2011


Pójdę boso. Może w sandałach, a może bez? Tak mnie jakoś wzięło, może dlatego, że wszędzie słyszę tę piosenkę? Odkąd wróciłam, staram się ogarnąć zdjęcia zrobione przeze mnie, czy też Kisioła. Uzbierało się tego trochę, a jakoś nie mam ochoty na długie posiedzenia przy laptopie. Organizuję swój czas w taki sposób, żebym nie mogła się nudzić, a każdą okazję, w której nie pada deszcz wykorzystuję na jazdę bicyklową. Tak, więc wczoraj ostre zacięcie od 10 do 18. MOPS mnie ubezpieczył (co mnie bardzo cieszy), pieniążki dali większe (co mnie bardzo cieszy) - byle do września. Po powrocie do domu, wzięłam się za Amelkę, czyli wyprowadziłam 3 i pół latka na spacerek. Naszym celem był plac zabaw, porysowałyśmy kredą, pograłyśmy w klasy (głównie ciotka skakała), pośmiałyśmy się, zjadłyśmy Cheetos'y (znaczy, Amelka zjadła), a o 16 poszłyśmy do domku. Szybki obiad i rower! Pogoda mi sprzyjała i udało się pokonać 30 km. Wieczór wygonił mnie do łóżka o porze wcześniejszej niż zwykle. Dobrze, bo należał mi się odpoczynek. A, co będę robiła dzisiaj? Na pewno placki z cukinii, po południu może wsiądę na rower, ale to pogoda zweryfikuje. W moim mieście rozpoczyna się od dzisiaj Tydzień Kultury Beskidzkiej, pewnie i tam wpadnę. Co tam jeszcze chciałam..., aaa - już za dni kilka będą zdjęcia - obiecuję, a dzisiaj troszkę Amelki :)

czwartek, 28 lipca 2011

Powrót do codzienności. Wszystko, co dobre musi się skończyć i trzeba zacząć żyć tym, co przynosi każdy kolejny dzień. Dlaczego nie cieszę się, gdy wracam do domu, dlaczego tracę w nim sens, poczucie istnienia? Dlaczego znika uśmiech z mojej twarzy, dlaczego staję się wtedy małomówna? Nie wiem, wiele rzeczy mi nie pasuje, ale nie mogę ich zmienić - póki co. Przez te parę dni pojęłam, jakie jest moje przeznaczenie, co tak naprawdę cieszy moją osobę, gdzie odżywam i przy czym odżywam. Nie mogę doczekać się, kiedy dostanę pozwolenie, żeby wrócić do pracy, żeby móc na siebie zarabiać, żeby zacząć realizować swoje pragnienia. One są bardzo malutkie. Chcę jeździć, chcę chodzić, chcę spędzać wolny czas aktywnie. Pokonywać słabości i zdobywać! Jestem pewna tego, że rower stał się częścią mojego życia... Więcej  już niebawem. Zdam fotorelację  z wypadu (zdjęć jest mnóstwo!), a tymczasem - codzienność wygania mnie do MOPS-u, Marketów i w ogóle...

Powróciłam...!



sobota, 23 lipca 2011

Późno już. Zwykle o tej porze przewracam się na drugi bok i śpię kamiennym snem, przerywanym co jakiś czas przez zapełniony pęcherz. Dzisiaj jest inaczej, dzień był bardzo aktywny, a jutro zapowiada się jeszcze lepiej, gdyż wyjeżdżam!!! Nie będzie mnie całe 4 dni. Po trzech latach chorowania, w których jak już wyjeżdżałam to tylko do szpitala, jadę gdzie indziej! Będę się tam dotleniać, zachwycać, korzystać jak się da. Moje nogi na pewno pokonają mnóstwo kilometrów, a oczy zobaczą to, czego jeszcze nie widziały. Góry Stołowe i Lądek Zdrój  - tam jutro pomkniemy z Kisiołkiem jego kultową Micrą! Mam wakacje od nie pamiętam jak dawna!!! Wiem, same wykrzykniki, ale odzwierciedla to mój stan, miast się wyciszać szaleję... Hm, jakby to napisać, od rana mam jakiś motorek w tyłku. Najpierw trasa 42 km Oświęcim - Malec - Oświęcim, gdzie nie męczyłam się wcale, chociaż wiatr przeszkadzał i było troszkę podjazdów, później wielkie sprzątanie w domu, pakowanie. Przed wieczorem obskoczyłam nóżkami  na szybko Kaufland i odwiedziłam Lalkę, gdzie oczywiście chłopaki były, a po powrocie, zastałam Amelkę, z którą poszłam się bawić do jej domku i dopiero wróciłam - UFFF! Jak tu wydolić? Właściwie to nie jestem zmęczona, w związku z czym zaczynam się poważnie zastanawiać, co to się porobiło z moim organizmem, gdzie jest kres jego wytrzymałości i czy w ogóle takowy jest? Się okaże za 4 dni ;) Mam nadzieję, że pogoda jako tako nam dopisze, że niczego nie zapomnę, i że szczęśliwie zajedziemy do celu.  Prowiant zapakowany ( biorę ze sobą śniadania, czyli mleko, płatki, orzechy, owoce suszone i poduszkowce), nie wyobrażam sobie innych śniadań, nic na to poradzić nie mogę ;)

Więc..., nie będzie mnie czas jakiś - urlopuję! Odezwę się jak wrócę, bywajcie!!!



Będę grzeczna, kulturalna, a każdy dzień przywitam z uśmiechem na twarzy :)

piątek, 22 lipca 2011

Tydzień zleciał. Szkoda, że jak zwykle z pogodą  na bakier - wyjątkowo podłe lato mamy w tym roku, ale cóż, trzeba to jakoś zaakceptować. I mimo, iż nie wierzę w żaden koniec świata, to gdzieś tam przybywają do mnie myśli, że może jednak coś w tych przepowiedniach jest? Jakby nie było, część tego, co zostało napisane się sprawdza... 

Aktywny tydzień (mimo braku pogody), sprawił że czuję się świetnie. Poranne trasy rowerowe umożliwiły mi wyhasanie się przed popołudniowymi deszczami, a wieczory spędzałam u Lali, jakby ktoś nie wiedział przypominam iż jest to miejsce, w którym króluje "sweter irlandzki" - Lalka, towarzysząca osobom spożywającym napój bogów. Szczególnie lubi chipsy, i gdy tylko do piwa ktoś je zakupi, ona już jest, kładzie łeb na kolanach, bądź też łapę i wgapia swoje śliczne ślepia w człowieka. Tym sposobem sprawia, że nikt nie potrafi się jej oprzeć i zawsze coś jej się dostanie - wiedzie poczciwy żywot  psa barowego :) Lubię tam bywać, rodzinna atmosfera sprawia, że czuję się jak w żadnym innym miejscu. Szkoda tylko, że mają mały wybór napojów bezalkoholowych...  A właśnie. Wczoraj po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, napiłam się. Tak! W normalnych okolicznościach bym tego nie zrobiła, dla byle kogo też bym tego nie zrobiła, ale... Kisioł miał urodziny, ja wyzdrowiałam, więc okazji mnóstwo. W skromnym trzyosobowym gronie, w zaciszu garażowym przy pysznych papryczkach zaprawionych zalewą octową (Banderas twórcą), przy kabanoskach i chlebku, urzędowaliśmy. Kulturalnie, wesoło i normalnie. Tak po prostu, jak powinno być, nie ukrywam, że brakowało mi tej  normalności, tego poczucia, że życie jednak może być mało skomplikowane, że na dany moment nie trzeba się zastanawiać nad sensem (jakimkolwiek). Wspomnienia chłopaków pobudziły moją wyobraźnię i sprawiły, że jeszcze mocniej mi się chce. Chwile takie, jak wczoraj nie trwają wiecznie, o chociaż przepraszam - trwają, chłopaki dzisiaj poprawiają dzień wczorajszy, Pan Tadeusz im towarzyszy, ja towarzyszę im już duchem. Chłopaki, ino kulturalnie mi tam "być" ;)

Dzisiaj z samego rana byłam na badaniach. Jak zwykle problemy, jak zwykle nie chciałam oddać swojej krwi, jak zwykle mam wkłucia na obu rękach. Wyniki odebrane. Nie jestem zadowolona, myślałam, że będzie ciut lepiej. I chociaż żelazo troszkę podskoczyło, to cała reszta jest zła. Wyniki, które poprzednio były w normie, teraz już nie są, a te co nie były, zaliczyły dodatkowe spadki lub zwyżki. Póki nie udam się do lekarza, nie będę się martwić, gdyż nie czuję się źle. Jeżeli gdzieś coś się czai, niech się czai dalej, w końcu to dopadnę i zniszczę, no!

Znowu kucharzę. Jak wiadomo jest sezon na cukinię. Mam ich na działce mnóstwo, więc od kilku dniu wiodą one główny prym w moim odżywianiu. Szczególnie upodobałam sobie placuszki z cukinii z cebulką i marchewką. Przepis jest bardzo prosty, trochę czasochłonny, ale warto dla takiej dobroci.  Kto ma dostęp do cukinii niechaj słucha, podaję przepis:

Składniki:
- 1 duża cukinia ( lub 2 średnie);
- 1 duża cebula;
- 2 jajka;
- 1 marchewka;
- 4 łyżki otrąb (ja daję 2 łyżki otrąb pszennych, 2 łyżki otrąb owsianych)
- sól, pieprz i przyprawy, jakie tam chcemy (ja używam oregano i przyprawę do grillowanych warzyw)
Wykonanie:
Obieram cukinie i cebulę. Ścieram ją razem z cebulą na drobnych oczkach, solę i odstawiam  na 10 - 20 minut. Cukinia puści soki, które odsączam. Najlepiej to zrobić, przekładając ją na durszlak i odciskając dłonią. Czynność powtarzam kilkakrotnie, aż masa będzie sprawiała wrażenie suchej. Następnie ścieram marchewkę na drobnych oczkach i mieszam z masą. Dodaję jajka, otręby, przyprawiam i mieszam (trzeba dobrze posolić).
Rozgrzewam patelnię, lekko przesmarowuję olejem z winogrona (można użyć dowolnego) i wykładam masę łyżką na patelni formując małe placuszki. Smażę, przewracam na drugą stronę, dopiero wtedy, kiedy brzegi będą rumiane.  Wykładam placuszki na talerz.
Jem je z serkiem wiejskim i sosem meksykańskim, dodatkowo pomidory, kalafior, czy co tam z warzyw mam pod ręką, ale... same placuszki też są bardzo dobre. W smaku przypominają placki ziemniaczane. Polecam każdemu. Są doskonałym dodatkiem do obiadu, czy też nawet mogą być głównym daniem. Zapychają na długo i są bardzo zdrowe!
Yami!!!
Był też czas i na deser, który okazał się być rewelacyjny. To nic, że spędziłam prawie cały dzień w kuchni. Warto było! Przepis deserowy już wkrótce :) Tymczasem, dobranoc. Gdybym z jakiś przyczyn nie pisała, to znaczy, że wypoczywam, niekoniecznie w domu :)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dokładnie Aldusia, Ach!!! Inaczej opisać tego się nie da. No, można by jeszcze dawać ochy, echy i inne pochodne, ale i tak nie przełożę tego na obraz, który zarejestrowały moje oczy i to, co przeżyłam... Żeby nie było jednak tak smutno, to napiszę - mam zdjęcia, taką namiastkę weekendu. 

Uwaga, zaczynam!


Wraz z Kisiołkiem postanowiliśmy w sobotę wyruszyć w trasę, która miała przebiegać przez Beskid Mały. Góry są usytuowane niedaleko naszego miejsca zamieszkania, więc bez zbędnych ceregieli o godzinie 9tej zameldowałam się pod znanym Kisiołowym garażem. Frekwencja miała być 3 osobowa, ale z braku nie wiem chęci, czy czegoś innego, pomniejszyła się do 2 osób, wiadomo jakich :) Po szybkim przeglądzie, uzupełnieniu smarów łańcuchowych, można było powiedzieć - jedziemy!!! Pogoda, jako nasz sprzymierzeniec, nie pozwoliła  się męczyć i pocić. Było wilgotno, słoneczko skryte za chmurkami, co jakiś czas dawało znać, że jedzie sobie z nami. 40 km zbliżył nas do góreczek, które spowodowały, że zmiękło mi serce, a oczy same od siebie zrobiły się mokre. Uwielbiam to uczucie, kiedy czuję się taka wolna i wiem, że mogę wszystko. Przeszkadzały nam co jakiś czas samochody, które zdecydowanie za szybko brnęły do obranych sobie celów, niestety jest to nieuniknione, kiedy nie ma przystosowanych dróg dla nas - rowerzystów. Jak to jednak mówią, kto nie ryzykuje, ten nie ma... 
Cel pierwszy - Zapora w Czańcu:
Nie było możliwości, aby się przy niej nie zatrzymać. Zdjęcia nie oddadzą klimatu tego miejsca, dlatego pozostawiam Was z waszą wyobraźnią. Kiedyśmy popstrykali troszkę zdjęć, znaleźli zdechłego tudzież zabitego suma, gdzie Kisioł nie omieszkał zepsuć smaku mówiąc, że teraz nie wiadomo, jakie są te ryby sprzedawane na talerzu, wyruszyliśmy dalej... Kozubnik, niegdyś kurort wypoczynkowy nie dla zwykłych zjadaczy chleba, teraz opustoszałe miejsce, które straszy szkieletami budynków. Wierzyć się nie chce w to, co się widzi, jak się tam jest... Szkoda tego, ale cóż, czasami jest za późno na renowację... Podjazd do ruin nie był zły. Właściwie to kipiałam energią i nie odczułam nachylenia.

Zjazd był jeszcze lepszy. Jest to niewątpliwa nagroda, za podjazd, aczkolwiek zmarzliśmy troszkę.
Kolejny, decydujący cel to Wielka Puszcza - miejscowość Beskidu Małego, a raczej mała wioska, która uchodzi do Soły w rejonie Porąbki. Wielka Puszcza znajduje się u podnóża Trzonki, Okrągiełka, Kocierza i Wielkiej Bukowej. Graniczy m.in. z  Przełęczą Beskidu Targanickiego. Tam to właśnie mogliśmy sprawdzić swoje mięśnie, wydolność oddechową i innego tego typu rzeczy. Końcówka okazała się być miażdżąca, zabrakło mi paru metrów, aby pokonać ten morderczy wyjazd bez zejścia z roweru. Nie zeszłabym, ale nie byłam w stanie jechać. Koło podnosiło mi do góry i kiedy zeszłam z jednośladu, nie byłam w stanie ruszyć ponownie. Widać za lekka jestem... Widzę efekty spadku wagi, widzę jak lekko jest mi wyjechać, nie brakuje powietrza, nie mam zadyszki, jestem w pełni wydolna. Zresztą, w tym dniu w ogóle się nie męczyłam. Hym :)

Po osiągnięciu szczytu, miało być najlepsze. Zjazd! Ponieważ człowiek się uczy na błędach, postanowiliśmy założyć z Kisiołem kurtki zanim zjedziemy. I poszło!!! Cel - Andrychów. Zjeżdżaliśmy nie wiem, jak długo. wiem że prędkość wyniosła 52 km/h, wiem że bałam się, wiem że adrenalina we mnie była maksymalna!!! Wszystko, co dobre się kończy. Wypłaszczenie zgasiło adrenalinę, ale nie zgasiło chęci dalszej jazdy. Kręcąc, dotarliśmy do celu, tam w parku daliśmy odpocząć swym członkom. Uzupełniliśmy paliwo, czyli zjedliśmy Snickersa, pooglądaliśmy ptactwo parkowe, ja oczywiście byłam najbardziej wniebowzięta ;)
Ptaszki udawały, że mnie nie widzą ;) Przygoda nasza zakończyła się ubłoconymi rowerami i powrotem do szarej rzeczywistości...
Dzień następny, to skromna trasa ok 42 km i nagłe wypompowanie. Padłam o godzinie 21, a dzisiaj? Szaro buro i bez sensu. Sens stoi w piwnicy i czeka, aż go wyciągnę :)

Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Salanee of koz ;)

niedziela, 17 lipca 2011


Weekend rowerowy! Ponieważ przejechane 143,32 km w dwa dni zrobiły swoje, czyli przybyło do mnie zmęczenie, szerszy opis tego, co się działo nastąpi zapewne w dniu jutrzejszym! Ale, co przeżyłam!!! Ech :)

środa, 13 lipca 2011

32,40 km. Tak, udało mi się pojeździć, właściwie to jedyny sposób, aby uciec z domu i pobyć sama ze sobą. Niekoniecznie chcę być sama, ale jak tak wychodzi, to nic na to poradzić nie mogę. Pogoda upalna, na rowerze jednak nie odczuwam temperatury, a w ogóle mnie tam skwar nie przeszkadza. Jechałam dzisiaj przed siebie, właściwie nie było dla mnie istotne, gdzie zajadę. Dotarłam do Głębowic, a potem już z górki, no może nie całkiem, podjazdów parę było, jak to w naszych małopolskich terenach. Widoki Bieskidu mnie urzekły, spokój i wolność. Przez chwilę czułam się tak, jak gdy byłam na szczycie górskiego szlaku, że jestem ponad wszystkim, że w danym momencie nikt nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, że jest mi dobrze i błogo, mimo zmęczenia, które musi towarzyszyć rowerowej jeździe, właściwie to bez zmęczenia nie byłoby przyjemności z pasji. Jak powiedział kiedyś Zig Ziglar: "Umiejętność może doprowadzić cię na szczyt, ale potrzebujesz charakteru, żeby tam pozostać" Każdy z nas musi ćwiczyć swój charakter. Ja tego dokonuję jeżdżąc i pokonując swoje słabości, a jak jest u Was? 

Myślami jestem gdzieś daleko, nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu tęsknię.
Z codzienności, to chciałam Wam powiedzieć, że wysiedziałam się 3 godziny u dentysty, w końcu musiałam zwrócić uwagę pielęgniarce, bo by mnie nie wezwała jeszcze przez kilka następnych... Z łaską zostałam poproszona na fotel. Ząb uszczelniony, ciekawe kiedy znowu wypadnie z niego lekarstwo. Na marginesie - nie cierpię aroganckich doktorów. Poważnie zastanawiam się nad zmianą dentysty. Przez to wszystko nie zdążyłam do MOPS-u! W domu od rana urzędowała bratanica... 

Jutro chirurg, muszę też zaliczyć w końcu MOPS. Chciałabym pojeździć, ale sama nie wiem co z tego będzie, bo obiecałam Amelce rower. Pewnie będzie padać...

I tak na koniec. Chłopaki, wiecie że Konar ma dzisiaj urodziny? Złóżcie mu życzenia,  bo do tej pory jestem jedyną osobą, która pamiętała i pewnie jest mu przykro :(

wtorek, 12 lipca 2011

Czy komuś z was na blogach poznikały komentarze, bo ja mam wrażenie, że u mnie amba zjadła kilka? Dajcie znać.

No, Kisiołku tłumaczenia przyjęłam. Dam ci czas, w którym to sprawdzisz, czy faktycznie ból kolan jest przez bloki.  Jeżeli nadal będzie tak samo, stanę się upierdliwa, zobaczysz :P

Ech, męczący miałam dzisiaj dzień. Od samego rana na nogach, wszędzie biegiem, południe i popołudnie z Amelką, a wieczór skromna przejażdżka rowerowa. Skromna pod względem kilometrów, za to mordercza dla mięśni. Duże tempo sobie nadałam, żeby pozbyć się emocji, które nagromadziły się przez cały dzień. Borykam się z  wewnętrznym buntem, który nie chce pogodzić się z pewnymi sytuacjami zachodzącymi w domu, sprzeciwia się, a później włącza się wyrzut sumienia. Często też całe zło skupia się na mnie... Chciałabym gdzieś wyjechać na minimum tydzień i odpocząć psychicznie. Póki co - nie da się. Dobrze, że mogę sobie uciec na rowerze, że mogę założyć mp3 grajka (gdy jadę sama) i dać się porwać, nie myśleć o tym złym, zostawić to za sobą, gnać przed siebie i na jakiś czas mieć wewnętrzny spokój. Niewątpliwie rower jest moją odskocznią. Już się martwię, co ja będę robić w zimie, chłopaki nie jeżdżą na nartach, a poza tym, narty codziennie? Nie ma opcji, bankructwo gwarantowane. Pewnie znowu  z braku laku stanę się pracoholiczką, tfu tfu!  A, wiem..., narciarstwo biegowe zacznę uprawiać, zapomniałam, że Kisioł i Konar to robią, znaczy - Kisioł, a ty w ogóle ubrałeś te narty na nogi, czy tworzą element dekoracyjny garażu? Ja się wcale nie śmieję, tylko się pytam, niach, niach, niach.

Zmęczenie robi swoje. Jutro czeka mnie dentysta. Tak, znowu wypadło mi lekarstwo. Mama mnie umówiła i mam być w ośrodku przed godziną ósmą! Nie, żebym nie wstała, bo budzę się już o 7, ale jakoś mi nie w smak jeść tak wcześnie śniadanie, obowiązek to jednak jest - zresztą mój żołądek jest już tak przyzwyczajony, że on bez śniadania żyć by mi nie dał. Po dentyście MOPS, a po południu mam nadzieję uda się pojeździć. Czwartek - chirurg, a co w piątek? Normalnie, nie ogarniam tych dat. Dobranoc.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Dobry wieczór, późną porą. Nie muszę iść jeszcze spać, gdyż jutro nie jedziemy do Częstochowy. Taka już kolej rzeczy, że czasami nie dostaje się wolnego w pracy. Może to i lepiej, bo kolano Kisioła po wczorajszej wyprawie troszkę zaniemogło i odległość jaką mielibyśmy pokonać, mogłaby sprawić, że on sam więcej nie wsiadłby na rower. Hm. Tak na marginesie, to Kisiołku lekceważ sobie ból dalej..., jak nie wyleczysz  na czas tego, co tam się tli, możesz powiedzieć górkom i rowerowi good bye. Nie masz co oglądać wymarzonych rowerów,  no chyba, że będziesz chciał je mieć jako eksponat garażowy. I nie mów mi tu, że na wiek nie ma lekarstwa. Weź przykład z 70 letnich cyklistów tudzież ludzi chodzących po górach :P Nie myśl sobie, że ja wyzdrowiałam, a ty zachorujesz! Więc do lekarza zmiataj po maść, leki, zastrzyki, czy co tam jeszcze będzie trzeba. Pamiętaj, że operacja to ostateczność a nie początek. Jeżeli ten początek przegapisz, ostateczność przyjdzie szybko. Stracisz to, co lubisz robić. Pozostanie ci muzyka, fakt, ale... No! Jako siostra, osoba ważna, mam prawo nakrzyczeć na Cię, bo jak nie dociera słowami mówionymi, to może napisane lepiej trafią? Niedobry Kisioł, ale za to robi fajne zdjęcia. Jedno z nich stało się tłem bloga..., jest z wczorajszej wyprawy. Prócz mnie, widzicie też Leszka, który wśród naszej paczki nazywany jest Leszkiem Śmieszkiem, dlaczego? On zawsze jest uśmiechnięty i śmieje się nie tylko jego twarz, ale oczy również. Wracając do Częstochowy. Wyjazd przełożyliśmy na przyszły tydzień jakoś. Dla mnie to bardzo ważna trasa, chcę coś sobie udowodnić i w ten sposób podziękować komu trzeba, dlatego nie ma opcji, żebym nie pojechała. Jutro przynajmniej pozałatwiam swoje sprawy, a po południu zajmę się bratanicą, może pogram z nią w piłkę, pojeżdżę na rowerze..., kto wie?  

"... Szczęścia nie buduje się na przyjemności, buduje się je na zwycięstwie ..."

Zwyciężyłam!
Pees... 
W galerii Salanee znajdziecie zdjęcia z ostatniej wyprawy. 

niedziela, 10 lipca 2011

Zawsze pokombinują, ci z bloggera ma się rozumieć. Taki pulpit nawigacyjny zrobić, człowiek szuka i nijak znaleźć nie może magicznego przycisku rozpoczynającego nowy wpis. Nie ogarniam póki co, ale się pewnie w niedługim czasie poprawię, potrzeba mi tylko spędzić przy tym trochę czasu, a tego ostatniego póki co nie mam, albo mi się nie chce, zwał jak zwał.

Troszkę minęło od mojej ostatniej wizyty tutaj, właściwie to mamy czas wakacyjny, komu by się chciało siedzieć w domu i dumać nad wpisem, jeżeli nie ma się o czym pisać? To znaczy, gdyby się człowiek skupił, coś by tam z tych zwojów mózgowych wyprodukował, ale po co? Można przecież siąść kilka dni później i napisać dłuższe przemyślenia, banały i tym podobne... Co u mnie? Krótko odpowiem - leci. Pogoda tylko krzyżuje plany. Deszcz, chłód to nie jest to, co lubię i czego chciałabym doświadczyć w porach lipcowych. Generalnie, czuję się dobrze,  lekarstwa, które zażywam, nie powodują u mnie żadnych przykrych dolegliwości, co mnie oczywiście bardzo cieszy. Każdego ranka pakuję do swej paszczy 6 tabletek, i każdego ranka zastanawiam się, czy w ogóle to coś pomaga i jak długo jeszcze wytrzyma moja wątroba? Nie chciałabym z jednej choroby wpadać w drugą. Czy dostrzegam jakąś poprawę? Nie wiem, włosy mi dalej lecą, paznokcie są słabe. Koniec lipca przyniesie wyniki, które wskażą czy leczenie skutkuje. A plecy też są i wiem, że już nic złego im nie grozi. Miejsce pobrania przeszczepu coś strajkuje, ale plasterek załatwia sprawę. W czwartek mam wizytę u mojego chirurga, nie chce mi się, ale muszę tam chodzić. Moim marzeniem jest - nie myśleć i nie łazić po lekarzach, ot co! Wiem, że to coś nierealnego póki, co, ale pogadać sobie mogę, tak dla psychicznego ulżenia memu ciału. 

Dzień wczorajszy był piękny, pod względem pogodowym. Nie omieszkałam tego nie wykorzystać i od godzin porannych urzędowałam na rowerze. W sumie pokonałam 50 km, i to było ostatnie tchnienie licznika. Po południu przy grillu, brat chciał się przejechać. Nie wiem, dlaczego mu dałam rower, zwykle tego nie robiłam, bo zawsze narobił jakiś szkód (poprzedni rower strasznie mi porysował). Wyszłam z założenia, że na prostym odcinku szutrowej drogi nic nie zrobi. Był wypity - fakt, ale.., skąd mogłam wiedzieć, że jemu zachce się przejeżdżać ślimaki. Tylko ktoś, kto ma pstro w głowie takie coś mógłby zrobić. I kiedy zahamował przed ślimakiem, hamulec chwycił mocniej niż zwykle, co spowodowało, że brat przeleciał  przez kierownicę głową w dół, wpadając do rowu. Ja tego nie widziałam, ale od razu się zorientowałam, że coś jest nie tak, gdyż licznik był krzywy, a następnie zobaczyłam rysy na mostku... Zrobiło mi się bardzo przykro i pojechałam. W trakcie jazdy zorientowałam się, że nie mam mocowania przy amortyzatorze, a linka od licznika jest urwana. Tym sposobem pozbyłam się sprzętu... Licznik sam w sobie też ucierpiał, ale pewnie by działał. Cóż, brat odkupuje licznik, a bicykla w życiu nie dostanie. Włożyłam w niego swoje pieniądze, nie byłoby mi szkoda, gdyby to się stało nie wiem, podczas jazdy, czy coś, przez zdarzenie losowe, ale nie przez głupotę! Został ukarany należycie, bo rower go wyrzucił z siedziska jednak wolałabym, żeby tej rysy tam nie było. Możecie się śmiać, że przejmuję się sprzętem, ale ja cenię sobie każdą rzecz, którą posiadam, dbam i szanuję, bo ciężko pracowałam, żeby sobie ją kupić. Ta kwestia się nigdy nie zmieni...

A dzisiaj, niedziela - wiadomo. Miałam pisać wcześniej, ale brakło czasu, bo wraz z Leszkiem i Kisiołkiem wyruszyliśmy przed siebie na naszych jednośladach. Dzisiejsza trasa  przebiegała przez masę wzniesień, które że tak powiem dawały w pióra. Kiedy widziałam podjazd, który  posiadał bardziej strome nachylenie, myślałam sobie, że już nie dam rady, że wyzionę ducha, czułam każdy pracujący mięsień, im bardziej piekło, tym bardziej naciskałam. Taki sadomasochizm, który pozwala mi pokonać większość przeszkód. Wyciskam z siebie to, czego wydaje mi się, że już w sobie nie mam, czyli energii, a tu udaje się. Dla jednych jest to katowanie swojego ciała, a dla mnie to niebywała frajda, bo wiem, że jestem w stanie pokonać słabość, być jakby ponad nią. Mam pełną kontrolę. Pasja trwa i nigdy się nie skończy. Zdjęcia z dzisiejszego wypadu znajdą się za dni kilka w galerii Salanee, Kisiołek musi tylko dać mi pendrive z plikami. 

To jeszcze nie koniec opowieści. Wtorek = Częstochowa, ale szaaaaa, coby nie zapeszyć :)

Jutro mam troszkę spraw do załatwienia, więc grzecznie się wyciszam i udaje się spać. Wzór brać ze mnie, natentychmiast. No. Dobranoc :)

Robert i Jola, a Wam życzę, żebyście na tej ostatniej nocce dali radę :)

poniedziałek, 4 lipca 2011

Znów mi urosła, jak ja to mówię kulka nad górną szóstką. Ja nie wiem! Lekarstwo troszkę się ukruszyło i od razu pojawił się ten nieproszony gość. Dentysta kazał przyjść, kiedy lekarstwo wypadnie, ok i będę tak sobie chodzić do sierpnia, aż przyjdzie moja kolej leczenia? Przecież to jest niepoważne! Nie mógłby mi wyleczyć tego zęba, a potem na spokojnie czekałabym na leczenie pozostałych? Jakbym miała mało na głowie..., chociaż z czym innym mogłabym czekać, ale ząb to dyskomfort dla mnie, każdy inny ból jestem w stanie znieść... Zobaczę, co jutro przyniesie dzień, jeżeli kulka nie zniknie, w środę idę do dentysty. A jutro? Jutro planuję zarejestrować się na czwartek do chirurga. Tak, moi mili zakończyłam leczenie w Siemianowicach Śląskich. Rana jest bardzo ładna, właściwie to niewiele jej zostało. Jest ubytek tkankowy..., nie powiem, żeby mi to nie przeszkadzało, ale  nic nie mogę na to poradzić, muszę zaakceptować, że w części plecowej nie jestem jakby kompletna i nigdy się to już nie zmieni. Na razie cieszę się, że się uporałam ze świństwem. Gdyby coś mnie niepokoiło mam przyjechać natychmiast, gdybym miała potrzebę przyjechania też mam przyjechać, i gdyby wyskoczyło mi coś innego, także mam przyjechać. Miło, aczkolwiek nie skorzystam, taką mam nadzieję :) Wracam do mojego chirurgicznego doktorka, na pewnie miesiąc lub dwa.

W dniu wczorajszym, będąc w kościółku popadłam w zamyślenie. Chciałam w jakiś sposób podziękować Panu Bogu, że pozwolił mi wyzdrowieć... Do głowy przyszła myśl, że najlepiej byłoby odwiedzić Jasną Górę. Jak to zrobić? Pielgrzymka? Hm, byłoby fajnie, ale jakby ja się nie nadaję, biorąc pod uwagę mój stan ogólny. Nie chodzi o dojście na nogach, bo swoich mięśni jestem pewna i wiem, że bym podołała, ale ogólnie o warunki. Nie jestem osobą wybredną, czy coś, ale nie wyobrażam sobie siebie. Często biegam do ubikacji, zażywam leki, muszę utrzymywać wysoki stan higieny. Wiadomo, jak jest na pielgrzymkach, nie zaspokoję  wszystkich swoich potrzeb. I kiedy popadłam w smutek, że pewnie nie uda mi się podziękować za wszystko na Jasnej Górze, Kisiołek kiedyśmy się widzieli, poinformował mnie o planie, jaki przyszedł do głowy  Banderasowi ( Banderas, jak to nie tobie, popraw mnie )... Wyjazd do Częstochowy. W jedną stronę pociągiem, powrót rowerami!!! Normalnie! I powiedzcie mi, że marzenia się nie spełniają! I ukryte pragnienia też! Rowery i Częstochowa to jakby wszystko, co dla mnie najważniejsze. Podziękuję i jeszcze wrócę z Częstochowy kręcąc własnymi nogami... W tym momencie jest to dla mnie ważne. Tak więc, Robert, Jolu, Kisiołku, ja się piszę, ja chcę jechać, ja nie widzę innej opcji. Byle pogoda dopisała :)

A teraz udaję się w stan spoczynku. Należy mi się. No, dobranoc :)

niedziela, 3 lipca 2011

Nie ma to, jak jesień w lecie. Typowa aura, która powoduje ogólną niechęć do życia - czytać, że nic się człowiekowi nie chce. Pewnie nie jestem sama. Co robić w taką pogodę, jak zagospodarować swój wolny czas? Hm. Można wyłożyć się na łóżku i oglądać telewizję, w której notabene nic nie ma, można spać, można czytać książkę, można poćwiczyć lub pójść w poszukiwaniu nowej kurtki. Ja wybieram ostatnie dwie opcje. Ćwiczenie sprawia mi wielką frajdę, a zmiana kurtki na deszcz jest niestety czymś bez czego także się nie obejdę, zwłaszcza w taką pogodę. W starej kurtce, nie jestem w stanie już chodzić, bo wyglądam w niej jak strach na wróble. Szkoda, bo lubiłam ją. Na zimową porę będzie w sam raz, zwłaszcza na narty, dlatego się jej nie pozbywam. Ciekawe, czy cena nowej nie spowoduje u mnie zawału serca. 

Wczoraj byłam u hematologa. Wyszłam po 10, wróciłam ok 16 lub troszkę po. Calusieńki dzień zmarnowany. pani doktor złapała gumę, nie była w stanie sama zmienić opony i musiała czekać na pomoc drogową, dlatego dojechała dopiero na godzinę 12. Miała być od rana. Pacjentów 11, ja 10 w kolejce, każdy pacjent po 30 minut w gabinecie. Długie chorowanie nauczyło mnie cierpliwości, dlatego grzecznie siedziałam. Generalnie, pani doktor świetna, podejście do pacjenta na ocenę celującą! Od razu po wejściu można to było dostrzec. I tak. Moje wyniki są słabe, ale  nie tragiczne. Mam niedokrwistość, mało żelaza, ale wartości, które miałyby świadczyć o tym, że organizm nie potrafi sobie bez niego radzić (MCV, MCHC, MCH) są w normie, co oznacza, że białe krwinki i reszta nie powinna być z tego powodu taka niska, jak jest u mnie. Leukocyty  i białko w moczu znalazło przyczynę. Pamiętacie, jak nie mogłam się po operacji załatwić? Jak ledwo co uniknęłam cewnika? No właśnie. 10 godzin zastoju moczu zrobiło swoje. Zapalenie pęcherza moczowego. Dostałam antybiotyki. Ja sama jakoś nie czuję tego zapalenia, ale wyniki jednak pokazują, że to zapalenie tam jest. Żelazo, które zażywam daje takie skutki uboczne, jakie posiadałam, dlatego pani doktor mi zmieniła na inne, lepiej tolerowane przez organizm. Potrzeba czasu, żeby coś się zaczęło dziać, dlatego mam do niej przyjść za 6-8 tygodni. Jeżeli wyniki się poprawią, fajnie, jeżeli nie, to będziemy szukać innej przyczyny lub dopatrywać się niewchłaniania żelaza przez organizm. Ja sama czuję się dobrze. Paznokcie mam nadal łamliwe i miękkie, włosy lecą, ale cierpliwie czekam na lepsze jutro. Co do jutra. Siemianowice. Jadę tam z uśmiechem na całą paszczę. Rana jest ładna!!! Jupi!!
I to tyle. Uciekam. Brzuch mnie coś boli. Buziaki!!!




 
 
 

Update:
Więc (wiem, że się tak nie zaczyna zdania), Kisiołek dobry duch, który wie, kiedy uderzyć zaproponował wspólny wyjazd do Bielska na Sarni Stok, celem po pierwsze spożytkowania wolnego czasu, po drugie obejrzeniu rowerów, a po trzecie zakupie kurtki..., wiadomo, że w większych marketach, będzie większy wybór, a do tego przystępne ceny! Udało mi się znaleźć taką okazję, że szok!
Kurtka Lady Winner z HI-TEC przeceniona z 399 zł na 149,99 zł. Wiatroszczelna, wodoodporna 15000 mm H2O, oddychalność 15000 g/m2, laminowane zamki... Czego pragnąć więcej? Kolor także świetny, bo zielony!  Teraz mogę uderzać w góry i nie bać się pogody! Kisiołku, jak zwykle masz zasługi :* A, i dzięki za herbatkę, pyszna jest - właśnie sobie siorbię i jem kolacyjkę - serek wiejski z ziemniaczkiem gotowanym i kalarepką - mniam!

Aaaa..., i kurtka wygląda tak (jakże bym mogła Wam jej nie pokazać, jak jestem taka zadowolona ) - zdjęcie  z internetu :)