wtorek, 31 sierpnia 2010

Ależ dzisiaj było zimno! Pada nieprzerwanie od wczoraj, co to się znowu działo będzie... Nie lubię takich dni, nie mam wtedy co ze sobą zrobić, i to nie chodzi o to, że nie mogę wyjść - nie, po prostu inaczej człowiek się czuje kiedy jest słoneczko, tak bardziej pozytywnie. Wczoraj wzięło mnie na porządkowanie komputera, lubię sobie raz za czas coś zmienić, posprzątać niepotrzebne pliki, wyczyścić wszystko, co może spowalniać komputer. Mimo drobnych trudności, mój pulpit nabrał nowych, mrocznych barw. Zawsze pociągały mnie ciemne kolory dziwne jest, że blog nie jest czarny, chociaż z drugiej strony, kiedyś takowy był, jak miał jeszcze inny adres i pisałam go inna "ja". Kto wie, może i tutaj się przyciemni? W uszach brzmi mi dzisiaj Lesiem, na chwile samotności sieciowej w dniu dzisiejszym, jest to najlepsza muzyka dla mojej głowy, bo trzeba zmienną być i mieć poszerzone gusta.

Dzisiaj pierwszy dzień niepalenia całkowitego. Szczerze? Chyba łapie mnie jakiś dołek w związku z tym, i chociaż jestem motywowana, to ciężko będzie, ale już kończę, bo nie będę się sama nakręcać. Dodam tylko, że jeżeli całe życie będę musiała żyć z chęcią zapalenia, to takie rzucanie jest bez sensu. Bo to tak, jakbym odbierała sobie przyjemność, wbrew sobie oczywiście. Dziwna jestem - wiem, może jutro będzie lepiej.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Koniec sierpnia, kto by pomyślał, że to tak szybko zleci, że ogólnie te dwa miesiące, przeminą, jakby ktoś pstryknął paluszkiem. Pamiętam, jak jechałam do Krakowa, celem pobrania materiału do autoszczepionki, jak później oczekiwałam, aż mi ją przyślą, jak pierwszy raz poszłam z nią do lekarza, i zastanawiałam się, ile razy będę musiała pójść do poradni, zanim ją skończę, jak wyobrażałam sobie, że za niedługo będę zdrowa myślałam, że autoszczepionka zadziała od razu, jak miewałam chwile wzlotów i upadków, kiedy to działały skutki uboczne. W końcu, jak liczyłam na te efekty, o których zapewniali mnie, że będą. Przede mną wrzesień, dzisiaj wzięłam ostatnią dawkę ( albo wezmę w czwartek), lekarz niezbyt zadowolony z wyglądu ran. Ostatnio, niby było lepiej, teraz okazało się, że jednak nie, że wysięk nadal jest, że rany są brzydkie, głębokie..., zasiłek rehabilitacyjny mi się kończy, a ja nie wiem, co mam robić, przyjdzie mi składać pewnie papiery aby przyznali go jeszcze na kolejne dwa miesiące, a później będę żyć nadzieją, że tym razem uda się wyzdrowieć. Problem tylko w tym, że nie wiadomo, czy i jak zamierzają ze mną postąpić lekarze. Skoro przez rok nic samo się nie stało, to jak może stać się teraz? Tracę wiarę, że uda się pokonać parszywca, wydaje mi się, że będzie tak już zawsze... Pozytywny nastrój przeminął również, kiedy dowiedziałam się o pewnym starszym panu, z którym leżałam najdłużej na oddziale. On był bardzo chory. Piszę w czasie przeszłym, bo wczoraj umarł. Na co? Na odleżynę na stopie. Człowiek przeżył takie skomplikowane operacje, a zmarł, na Sepsę, bo organizm był zbyt słaby, a wg. lekarza, który prowadził go na oddziale, rana nie wyglądała aż tak tragicznie, i wszystko niby było w porządku. Jedna doba wystarczyła, żeby poszedł na "tamten" świat. Gdyby zrobili posiewy, wiedzieliby co jest przyczyną, dlaczego tak się dzieje, przecież Sepsa wykryta we wczesnym stadium jest wyleczalna. Ech, straszne to jest.

Zmęczona jestem, nie odespałam jeszcze pobytu Amelki, wczoraj prawie do 22:30 u mnie była, a noc z soboty na niedzielę spowodowała, że o godzinie czwartej rano, mała była na nogach, a tym samym ciocia musiała wstać, bo przecież nikt inny nie mógłby się do niej zbliżyć. I dałabym radę czuć się normalnie, gdyby nie to, że do tej godziny czwartej, ona budziła się od pierwszej w nocy, co godzinkę prawie faktem jest, że było to popłakiwanie, ale przytulić trzeba, żeby zasnęła. Efekt? Praktycznie nie spałam, a teraz jeszcze kiedy choruję, dodatkowo jest mi sen potrzebny, a zresztą odzwyczaiłam się od siedzenia po nocach, bo z wolfem już tego nie praktykujemy, i prawie zawsze przesypiam 10 - 11 godzin. Najgorsze było to, że ten mały przylepek za mną krok w krok, ja do ubikacji - ja idę z tobą, ja zmienić opatrunek - to ja idę z tobą... O godzinie piątej rano, Amelka wybierała się na "polko" lub "dwór", wybór jak kto woli, u mnie mówi się "pole". Ledwo jej przetłumaczyłam, że to jeszcze za wcześnie, że przecież wszyscy śpią, nawet słoneczko. Czas pożytkowałyśmy wspólnie, chociaż moje oczy nie widziały prawie nic, a głowa upominała się o sen. Przez cały dzień wypiłam trzy kawy, żeby mnie postawiły na nogi, ale jakoś nic nie pomogło...,a dzisiaj musiałam wstać o godzinie szóstej, wyobraźcie sobie, jak się potwornie czułam, jeszcze było tak zimno, że spod tej kołdry nie chciało się wychodzić, a oczy moje same prosiły o dalszy sen. Dziękuję wolfikowi, że posiada jeszcze cierpliwość w budzeniu mnie, pewnie kiedyś dobiegnie ona końca, chociaż do tej pory jak obiecuję, że wstanę to wstaję jakoś, wiąże się to ze strasznym dyskomfortem ciałowym, szczególnie wtedy, kiedy występuje u mnie przemęczenie, ale jak trzeba, to nie ma innego wyjścia, więc może tej cierpliwości aż nadto nie wykorzystuję, a przynajmniej nie jest to moim zamiarem. Za każdym razem mam jednak wyrzuty sumienia, że przeze mnie tak wcześnie wstaje, nie lubię tak mieć, źle się z tym czuję.

Rzucanie nałogu: Dzień drugi i trzeci.
Wczoraj wypaliłam zaledwie półtorej papierosa, dzisiaj jeszcze nie. Sama jestem w szoku, wychodzi na to, że te tabletki naprawdę działają, a może to efekt placebo? Nieważne, ważne że działają. Pomimo tego, że mam dostęp do fajek, nie ciągnie mnie wcale, nie wiem, czy to komfort psychiczny, bo jak zechcę to dostanę, czy po prostu mój organizm nie wymaga? Brakuje tylko czasami samego potrzymania odpalonego papierosa jednak, kiedy tylko wyobrażę sobie, że miałabym się nim zaciągnąć, od razu robi mi się niedobrze. Kiedy palę, również nie ma rewelacji, drapie w gardle, przyczynia się do powstania suchości w ustach, i dyskomfortu brzuszno-płucnego. Mam dodatkowe utrudnienie, bo moja rodzicielka pali w domu, bałam się, że przez to mi będzie ciężej, jednak NIE, dzisiaj zaczął mi przeszkadzać dym, kiedy zapaliła w ubikacji, i wcale, ale to wcale nie przyczynił się on do tego, żeby skusiło mnie na zapalenie. W dniu dzisiejszym mogę wypalić tylko jednego papierosa. Może się uda wytrzymać bez niego, jak do tej pory nie zapaliłam. Jestem z siebie dumna - naprawdę, kiedy ludzie przestawiali wierzyć, albo byli sceptyczni wobec rzucania mojego nałogu, a szczególnie jeden, niejaki Kisioł, udzielało się też mnie, wydawało się, że poniekąd ma rację myśląc tak, bo przecież ja nie posiadam silnej woli, ja lubię palić, jak może mi się udać, niby papierosy niszczą życie, ale jednak dodają też przyjemności nałogowej są uspokojeniem na skołatane nerwy..., teraz wiem, że na nagłe zdenerwowanie nie jest potrzebny papieros, wczoraj wytrzymałam pomimo tego, że nie raz zostałam mocno wyprowadzona z równowagi. Mam dzisiaj swoje małe święto, i płakać mi się chce, i nadal będę sobie kibicować, Uda się, uda!!! Kisiole, widzisz, mocna jestem chociaż w tym postanowieniu, i trzeba we mnie wierzyć :)

Aura negatywna na dworze, samopoczucie me różne, czasami myślące, czasami przeczuwające rzeczy,które mogą się wydarzyć, bo oczy widzą. Na takie chwile mam tylko jeden zespół, który pozwala mi przetrwać PENDRAGON!!!


sobota, 28 sierpnia 2010

Późno już – wiem, obiecałam, że położę się spać – wiem,...

Dzień minął, sałatka została zrobiona, Amelka pomagała, ale zjeść musiała ciocia, polityka! Kałuże też zaliczyłyśmy, kalosze niestety nie pomogły, woda zalała skarpety, i spodnie. Zapobiegając chorobie, która przez ciocię, mogłaby przyjść, po powrocie wypiłyśmy herbatkę z cytrynką, chociaż głównym winowajcą zalania stópek, była Amelka, ja jej wyraźnie powtarzałam, że po kałużach się nie skacze, tylko chodzi. Głupia, nie wiedziałam, że frajda największa kiedy się skacze, bo tylko wtedy największy rozprysk występuje, głowa mi podpowiada – nie byłaś nigdy dzieckiem? Durna! Gdzie ta radość z lat dziecinnych, gdzie ta wyobraźnia, gdzie ta beztroska? Ile bym dała, żebym chociaż przez jeden dzień nie musiała się niczym przejmować, i bym tak sobie żyła, i bawiła się, i spała. Ech.

Nerwów też było dużo, co w moim aktualnym stanie nie jest wskazane, bo nie pomaga mi to wcale w rzucaniu nałogu. Praktycznie calusieńki dzień byłam z małą, babcia miała swoje zajęcia, umówiłyśmy się, że później chciałabym sobie porozmawiać na Skypie. Kiedy przyszło co do czego, babcia nagle dodatkowe zajęcia sobie wynalazła, zapominając o mnie, i nie chodzi o to, że ja bym z małą nie posiedziała, bo wiadome jest, że zajęłabym ją w pokoju, a ja mogłabym rozmawiać z Wolfikiem, praktykowaliśmy to nie raz, tylko mnie po całym dniu z małą bolały plecy, nie zmieniałam też opatrunków, chciałam sobie odpocząć... Jak zwykle nikt się tym nie przejął, nie pomyślał w kategoriach, co to znaczy, kiedy coś boli, kiedy każdy ruch powoduje przeszywające kłucie... Nie liczę się wcale, przecież jestem automatem, mnie nie ma prawa nic boleć. Postanowiłam być twarda, chociaż łzy same napływały do oczu, a serce ogarniał potworny żal... Wielokrotnie tego doświadczałam, dlaczego teraz miałoby być inaczej. Po czasie, babcia przyszła i zajęła małą, więc chwilę dla siebie miałam, później znowu się zaczęło, i w efekcie dziecko śpi u mnie w łóżku ( a miała w innym pokoju), dodam jednoosobowym ja się nie zmieszczę, poza tym z moimi plecami nie jestem w stanie spać z kimś, potrzebuję miejsca, żeby móc się przewracać, bo w nocy wielokrotnie cierpnie mi prawe biodro ( od roku na nim tylko śpię), i muszę się przewracać na brzuch, żeby trochę odpoczęło. Na brzuchu znowuż długo nie pośpię, bo po czasie zaczynają boleć plecy, i budzi mnie ból.

Pierwsza próba przeniesienia małej – nieudana, za chwil kilka spróbuję ponownie, a ja sama położę się, o niczym innym nie marzę jestem tak zmęczona, że oczy mi same opadają, a tu jeszcze jutrzejszy dzień, i poniedziałkowe wczesne wstawanie. Nie zdzierżę chyba.

Dzisiejszy dzień jest nijaki, do tego dochodzi deszcz, i ogólnie panuje jesienna aura. Od pewnego czasu posiadam straszne wahania nastrojów, nie wiem czym one są spowodowane, ale nie są dla mnie dobre, bo nie nastrajają optymistycznie do działania, - jakiegokolwiek, i chociaż miewam przebłyski normalności, to jednak zatracają się gdzieś w drodze ku lepszemu? Strasznie się ze sobą męczę, brakuje mi tak wielu rzeczy, nie potrafię nawet ogarnąć, czego chcę, czego wymagam. Niby człowiek prosty ma być, a tu jednak wcale nie jest łatwo. Ubierać słowa w zdania, żeby sam piszący mógł zrozumieć, co pisze..., dziwne to jakieś takie. Tłumaczę się chyba sama przed sobą, nakręcam się? Nie, ja po prostu już taka jestem i jakbym się starała, nie potrafię być inna. Na dłuższą metę jest to strasznie uciążliwe, bo ja chciałabym nie przejmować się, olewać wszystko, i żyć każdym dniem bez rozmyślań, zamartwiania, i tego typu podobnych rzeczy, jednak jak się ma za dużo czasu dla siebie, to jakby się człowiek nie starał, nie wyjdzie mu bycie kim innym niż jest, albo chce być. Ulgę sprawia mi napisanie tych paru słów, wyrzucenie z siebie, ubolewam tylko nad tym, że nie posiadam tej siły zapomnienia, którą tak bardzo chciałabym mieć. Cóż, bywa i tak, człowiek zbyt wrażliwy = wieczne problemy. I tak się właśnie ze sobą czuję, jakby we mnie siedział jeszcze szkodnik, który powolutku mnie unicestwia... I proszę się o mnie nie martwić, pewnie mi przejdzie, jak wszystko, baby, ach te baby...

Weekend, a wraz z nim przybywa do mnie Amelka, mały łobuz, z którym spędzę całe dwa dni, nie wiem jak to będzie, czy nie wysadzimy domu w powietrze, albo jeszcze czego innego,ciekawszego nie wymyślimy, myślę, że będzie fajnie, że umili mi trochę ten deszczowy czas swoimi tekstami, po których buzia sama złoży się w podkówkę, ale nie tę smutną, a oczy nabiorą szklistości, ale nie ze smutku. Może wybierzemy się poskakać po kałużach? Nie ma chyba większej przyjemności dla dziecka. Może też zrobimy sobie sałatkę owocową, którą potem spałaszujemy, aż się nam będą uszy trzęsły, może pobawimy się w chowanego, albo w patrzy – nie patrzy, może porysujemy, albo porozmawiamy z Jacusiem. Byle do jutra wytrzymać, ech.



„Ta piosenka jest zrobiona z tego miasta odpadków. Ze śmieci, gruzów, kawałków pozostałych po wypadku, a ta piosenka jest zrobiona z tego, co już niepotrzebne z opuszczonego, wyrzuconego, zapomnianego bezwiednie...”



Dziekuję Wam, że dajecie o sobie znać, że trzymacie kciuki za pozbycie się nałogu.
Dzisiaj drugi dzień, trzymam się :)

piątek, 27 sierpnia 2010

I stało się. To, o czym od tak dawna trąbiłam nabrało realnych kształtów, chociaż wolf mógłby wam powiedzieć, jaki sceptycyzm ze mnie wypływał, bo im było bliżej rzucania, tym gorzej działo się w moim środku. Dlaczego postanowiłam rzucić? W głównej mierze przemówiły do mnie pieniądze. Nie jest mnie stać na wydawanie pieniędzy na paczkę papierosów, i to chyba tyle, o swoim zdrowiu właściwie nie myślałam, jakoś w tym przypadku nie przekładam go na ważny priorytet, no i ja..., lubiłam palić, przyjemnie było, kiedy mogłam zaciągnąć się papierosem, nabrać do płuc, i z przedłużeniem wypuszczać dym,organizm doskonale sobie radził, pewnie gdyby nie moja choroba, nawet nie wpadłoby mi do głowy, że mogłabym rzucić, wtedy na brak pieniądza na pewno bym nie narzekała, a więc nie musiałabym podejmować takich radykalnych kroków. No, ale los tak chciał, więc zaczynamy...

Dzień pierwszy:
Tabex-y - zakupione.
Liczba wypalonych papierosów do tej pory, a więc do godziny 16:00 - 3 sztuki.
Pierwsza dawka tabletki, połknięta..., następne co dwie godziny, ma wyjść 6 tabletek na dzień.
Mówicie pewnie w myślach:, "a więc nadal palisz, a miałaś rzucić". Rzucam, ale zanim całkowicie odstąpię od tej przyjemności, stopniowo odzwyczajam organizm. Do piątego dnia kuracji, muszę całkowicie odrzucić papierosy. Czuję się, jakbym traciła część siebie, zdaję sobie sprawę z tego, że już nigdy nie będę mogła wziąć papierosa do ust, bo będzie się to wiązało ze zniszczeniem wszystkiego, co próbowałam osiągnąć rzucając palenie. Wierzę jednak, że mi się uda i pokonam nałóg. Nie jestem sama w tym wszystkim, a to jest dla mnie najważniejsze, nie mogę zawieść osób, które we mnie wierzą, chociaż wiem, że będą miały ze mną przeprawę niesamowitą, one pewnie też o tym wiedzą. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale tylko od nas samych zależy, jak zakończy się to, co sobie zaplanowaliśmy. Więc ode mnie zależy prawie wszystko..., a innych proszę, żeby przez najbliższe 25 dni mnie nie denerwowali, byli dla mnie mili, nie kazali mi jeść aż tyle, bo ja teraz biedna będę, i trza mi ulegać ;) wolfik - do Ciebie mówię :D
Dam radę? Dam? DAM!!!



Nie pal, nie pal, nie pal papierosów!!!

środa, 25 sierpnia 2010

Lubię spędzać czas na balkonie, zazwyczaj tam oddaję się swojemu nałogowi, często też rozmyślam wiem, żadna to nowość. Wysokość pozwala mi zobaczyć więcej, aniżeli inni mogą widzieć, chociaż wcale nie mieszkam tak wysoko. Bliska odległość gór pozwala porwać się marzeniom, wyobrazić sobie, że właśnie w tym momencie jestem gdzieś tam na jednym ze szlaków, podążam do celu, a na skroni pojawiają się strużki zmęczenia, a ja idę, bo lubię, bo kocham, bo uwielbiam, bo nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie iść, a kiedy już docieram do celu, siadam, i zatracam się w swoich wyobrażeniach o życiu, o danej chwili, o tym, jak blisko nieba przebywam... Najlepiej, żeby ta przyjemna chwila nigdy się nie kończyła, żeby trwała nieprzerwanie, żebym nie musiała wracać do szarej rzeczywistości, która sprawia, że część marzeń zatraca się, i przestaje istnieć, bo realność jest silniejsza, a ja nie potrafię żyć marzeniami. Niemniej jednak, mój balkon, pozwala mi czasami nacieszyć się tym, czego nie mogę dotknąć...




Piątek przyniesie prawdopodobny koniec nałogu, mam nadzieję, że tabletki pomogą mi rzucić palenie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Dla wszystkich leniuszków, tych mniejszych i większych, tych co nie chcą, i nie muszą - Akuraci, i Okciuk



Deszczyk za oknem STOP...Słonka brak STOP..., nie lubię takiej pogody STOP..., Idę stąd STOP...! ;)

niedziela, 22 sierpnia 2010

Weekend okazał się bardzo aktywny. Korzystam z pogody i jeżdżę, dzisiaj kolejne 30km. Od wtorku niby deszcz ma przyjść, więc trzeba się wyjeździć na zapas, bo kto wie, kiedy znów przyjdzie pogoda, z nią to różnie bywa.

Ostatnio dużo się zastanawiam, nad moim powrotem do pracy nie wiem, co mam robić nie wiem, czy znajdę jakąś pracę w moim mieście, a perspektywa niepracowania jest dla mnie nierealna, no bo jak żyć? Zamartwiam się na zapas - wiem, ale muszę tak, bo za niedługo wyzdrowieję, i co wtedy zrobię? Byłoby mi łatwiej podjąć decyzję, gdyby z tą pracą nie łączyły mnie specjalne więzi - rodzinne. Ciężko odejść, bo na mnie polegają, bo nie wyobrażają sobie, że mogłoby mnie nie być, bo przecież nie mogę ich zostawić w potrzebie, bo przecież muszę tam być, bo jak nie, to pewnie foch na całej linii. Co mnie najbardziej przeraża po powrocie? Nawał pracy, znowu wszystko zostanie zrzucone na mnie, dostanę dużo obowiązków, a ja, jako że jestem osobą, która wszystko, co robi stara się robić dobrze, poświęcę się temu bezgranicznie, nie bacząc czasami na konsekwencje. Praca ta jest także bardzo stresująca, na mnie nigdy nie działało to korzystnie. W pracy - myślałam o pracy, jadąc do domu - myślałam o pracy, zasypiałam, i myślałam o pracy, wstawałam - to samo, i tak do weekendu. Sam weekend, był dla mnie krótki, bo już w niedzielę miałam doły, i kiepski nastrój, gdyż wiedziałam, że poniedziałek znowu rozpocznie masakryczny tydzień, w którym będę myślała o pracy. Nie wiem, tak chyba nie powinno to wyglądać. Do pracy człowiek powinien iść zadowolony, z chęcią, ja może i tę chęć bym miała, bo ludzie pracujący ze mną są w porządku, ale niestety jednego nigdy nie mogłam zaakceptować - odległości. Od poniedziałku do czwartku byłam wycięta z życia. Wyjeżdżaliśmy o 8, czasami wcześniej i wracaliśmy o 23, czasami później. Do przejechania w sumie było ok 260km, i tak dzień w dzień. Nie miałam nic z życia, brakowało mi odpoczynku, snu, i przyjemności, w których mogłabym nie myśleć o problemach w pracy...Nie powiem już o tym, że zaniedbywałam ludzi, po prostu nie miałam czasu, i czasami sił na spotkania. Boję się, że gdy wrócę, wszystko będzie tak, jak przed moją chorobą. Rodzina mi w tym też nie pomaga, oni nie rozumieją, jak to jest, kiedy nie można żyć swoją pełnią życia, dla nich liczą się te więzi, i tłumaczą to zdaniem, "co zrobisz, jak kiedyś zostaniesz sama, jak nas już nie będzie, nie możesz tak zrobić, rodzina jest ważna, tylko na nich możesz liczyć w sytuacji kryzysowej..." Dobrze, ale co ze mną, co z moją psychiką, co z moim życiem? Jakie życie będę mieć jeżdżąc o 7 do pracy i wracając po 23? Jakie będzie moje życie, kiedy mnie wcale w nim nie będzie, bo wypracuję tylko automatyzm, na dojazdy i powroty, a sił na nic innego nie starczy, no i czas też będzie za krótki, żeby móc zrobić coś jeszcze? Jak sobie mam ułożyć to życie, żeby móc pogodzić wszystko to, co bym chciała? Jak mam się cieszyć takim życiem, no jak? Ech. Był czas, kiedy cieszył mnie każdy nowy dzień, teraz zaczynam dzień od zamartwiania, mam za dużo czasu na myślenie, w którym jak to mówi wolf, uprawiam czarnowidztwo... Staram się odrzucać to, co złe i czarne, ale kiedy realność próbuje mnie dopaść, nie mogę sobie z tym poradzić i ciężko mi strasznie, bo nie wiem, co mam robić, bo jestem zbyt skomplikowana, bo chyba za mocno mi poodkręcano śrubki, i sama dla siebie jestem ciężarem, i nienawidzę tego swojego realizmu, bo zwykle wszystko, co sobie myślę się sprawdza. Takie moje problemy się dzisiaj tu pojawiły, ale musiałam, żeby mi się lepiej na serduszku zrobiło. Taka myślodsiewnia, wyciągasz, i zapominasz..., albo przynajmniej starasz się zapomnieć..., na czas jakiś...


"...Zostawiając rodzinę
Bez pojęcia, co mnie czeka
Machając na pożegnanie załzawionym oczom
Pamiętając, wszystko, co mi powiedzieli

Wzniosłem oczu ku niebu
Poprosiłem Go o siły i wskazanie drogi
Prosta wiara prostego człowieka
Złożona została w moich rękach i na jego głowie

Dałem wszystko, to co chcieli
Ale oni byli niezaspokojeni
Dawaliśmy z siebie wszystko
Dobrzy ludzi tracili życie
Chyba nie wiedząc po co

Sprzedałem im serce
Sprzedałem im duszę
Dałem wszystko co miałem
Ale nie złamali mojego ducha
Moja godność była tarczą
Słyszysz mnie?
Widzisz mnie..."

piątek, 20 sierpnia 2010

Khm, khm, no bo jakby mnie tu mogło nie być, skoro to mój drugi dom, w którym czuję się bezpiecznie, mogę wylać swoje żale, mogę porozmawiać sobie sama ze sobą, wygadać się, bo przecież tak lubię dużo mówić. "Dzień goni dzień, nic tu nie trwa wiecznie", jakież to prawdziwe. Umyka ten czas, a my zmieniamy się wraz z nim, coś zdobywamy, coś tracimy, jednak przyzwyczajamy się do tego, bo skoro tak się dzieje, to tak musi zapewne być. Dobrze, że pasje, które tak uwielbiamy, możemy pielęgnować (w miarę możliwości), o ile czas, i zdrowie pozwala.

Dzisiaj 30 km zostało przejechane, i chociaż trochę mnie po plecach potraktowało, to dałam radę, prawda Kisiole? To 30 km, nie było łatwym celem, gdyż dzisiejsza trasa, zaprowadziła nas na Smutną Górę, która znajduje się na 235-251 m n.p.m., góra ta, inaczej nazywana chełmską, w 1831 roku przyjęła do swej ziemi 218 ofiar, które były chore na cholerę. Mieszkańcy chcieli chronić wodę w studniach,dlatego nie grzebano ich na cmentarzu, tylko grzebano w trumnach z otwieranym dnem w piaskach wschodniego zbocza wzgórza Chełm. Znajduje się tam teraz krzyż..., ale dość o górze..., żeby do niej dotrzeć, trzeba się było namachać, wzniesienie dosyć spore, zaparłam się, że wyjadę, i wyjechałam, chociaż czułam, jak parzy mnie mięsień czworogłowy uda, i to tylko w prawej nodze. Bardziej się od lewej napracuje - biedna, ale nie ma lekko, nie moja wina, że jestem prawonożna ;) Kiedy już odpoczęliśmy troszkę, przyszedł czas na dalsze etapy przyjemności, bo skoro się wyjechało, to trzeba zjechać. Ech, prędkości - jak ja was kocham! Kolejny cel, to - no właśnie, gdzieśmy to byli? Na pewno Chełmek, na pewno dojechaliśmy do cmentarza, i na pewno był duży podjazd, i pomnik :) Tyle wiem, i w sumie wystarczy :D Co tam podjazd, zjazd, to była masakra, i wynagrodziła mi trud wjazdu. Prędkość 42,2 km/h, asfalt, próg zwalniający też, na szczęście rowerem można go ominąć, pod górę szła para, która wprowadzała rowery..., ruszyłam pierwsza, tej pary prawie nie zauważyłam, tak szybko mi mignęli, usłyszałam tylko, jak jeszcze Kisioł się darł "hamuj tyyyyłłłeeeemmm" - ale przecież, mnie takich rzeczy nie trzeba mówić :) Zjadłam muchę w trakcie, nie dało się buzi zamknąć, jakoś tak, poza tym - lubię muchy ;) Kiedy już dotarliśmy na wypłaszczenie, Kisioł zdał mi relację, jak kobieta do mężczyzny mówiła, kiedy im mignęłam... "To była dziewczyna...!!!" Zdziwiona? Ja się prędkości nie boję, ja to kocham, i w ogóle ja to kocham ;)
Uwieńczeniem tego dnia, była jednak wywrotka Kisioła, przy prędkości równej zero,... a było to tak :D Jechaliśmy sobie dróżką, jak zwykle w nieznane, bo my często jeździmy tam, gdzie jeszcze nikt nie był. Kisioł wpięty w SPD, tak że nie miał możliwości oderwać nóg od bloków, ja za nim. Pierwszą kałużę jakoś ominęliśmy, ale naszym oczom ukazała się druga. Wszędzie były zarośla, brudne jeszcze po deszczu, mówię do K : "hamuj, zawracamy, nie jedziemy tędy", i Kisioł posłuchał Salanee, tylko zapomniał, że jest wpięty, i kiedy chciał schodzić z roweru, żeby zawrócić, okazało się, że się wypięło nie tę nogę, którą trzeba było..., i teraz z mojej perspektywy wyglądało i brzmiało to tak: Kisioł się zatrzymuje, kombinuje jakby zejść, wie, że czasu już nie ma, bo stoi, i słyszę tylko z jego ust: Kuuurrrrwwwwaaaaaaa, które było przeciągane w miarę, jak Kisioł leciał z tym rowerem w krzaki!!! Kiedy już poległ, widziałam tylko rower, z wpiętymi nogami Kisioła, i zamiast mu pomóc, to tak lałam, że nie mogłam złapać oddechu :D Kisioł, ale upadałeś z klasą, wiesz? muahahahhahahaa :)
Teraz się poważnie zastanawiam, czy i ja będę się wpinać, jak Kisioł poległ, to ja się pewnie zabiję - znając moje możliwości :)

Tak więc, dzień zaliczony, 30 km zrobione, chociaż biorąc pod uwagę to, jakie mieliśmy podjazdy, śmiało mogę powiedzieć, że przejechałam dzisiaj z 45 km. Amen!



Trochę zdjęć też musi być, a co ;)

Lans na Smutnej Górze ;)
Wymuszony uśmiech, czy nie?
Chełmek i pomnik, i ja, a za pomnikiem dziewczyna, czytająca gazetę - Kisioł dojrzał, Salanee dawała odpocząć pleckom, poza tym, mnie dziewczyny nie interesują ;)

czwartek, 19 sierpnia 2010

Nie wiem, jak określić dzisiejszy dzień, ale za szczęśliwy to on dla mnie nie jest. Od rana chaos wszędzie, skleroza zaawansowana uniemożliwiła mi zabranie telefonu do szpitala, aczkolwiek winę też mogłabym zrzucić na innego domownika, który podniósł mi ciśnienie no, ale nie ważne. Drugiego chyba zapomniałam naładować, to znaczy wiem, że wpięłam ładowarkę do telefonu, ale teraz nie jestem pewna, czy ładowarkę podpięłam do kontaktu, wychodzi na to, że jednak na pewno nie, bo ładuje się i ładuje, ale włączyć się nie chce, a buu!!! Doświadczenie serwisowe mówi mi, że jeżeli się nie włączy to, albo padło oprogramowanie, ale to hard reset pomoże, musi się tylko uruchomić, a ja go odpowiednim kodem potraktuję, albo nie łączy mi złącze ładowania, i tu pies pogrzebany, bo na lutowaniu się nie znam, no i złącza nie mam, albo szwankuje taśma LCD, która łączy dwie części telefonu ze sobą, i może mu nie działać klawiatura, więc go nie uruchomię, albo przyszedł na niego koniec, i już nic z nim nie zrobię... Niech mnie lepiej nie denerwuje, i nie wystawia na tak wielką próbę cierpliwości. W szpitalu, masakra jeszcze większa, siedzenie od 9:00 do 13:00, i żeby tam jeszcze był spokój, ale nie, wiercenie na całego, i to jeszcze obok gabinetu, w którym przyjmował doktor. Głowa mi jednym słowem pęka! Ludzie też jacyś tacy kłótliwi, bardzo łatwo ich urazić, a nie daj człowieku jeszcze poprosić ich o ustąpienie miejsca na ławce, w kolejce do lekarza..., w sumie, tam nie siedzą zdrowi ludzi, i też nie pacjentów wina, że ławek mniej niż chorych. W efekcie tego wszystkiego stałam, bo dobre serce mam, i chociaż nie mnie prosili, abym wstała, to ustąpiłam, chociaż plecy bolały, no ale nogi zdrowe, więc jakoś wytrzymałam. Od siebie dodam, że dziewczyna, która była proszona o ustąpienie, miała chory palec..., w ręce! Ona nie wstała, bo też czeka do lekarza, a stać nie zamierza... Dla mnie to był szok, gdyby nie głowa, to bym jej powiedziała parę słów...
..., a co u doktora? Hmm, dawka 0,3 ml przyjęta (znowu zapomniałam poczekać), wykład od lekarza dostałam, i wszystko w tym temacie. Rana nadal jest, ropa leci, ale nie jest gorzej - to dla mnie ważne, chociaż mama, jak mnie dzisiaj zobaczyła to powiedziała, że się w ogóle nie goję..., więc już sama nie wiem, każdy mi mówi co innego. Jeszcze burza przyszła..., o masakro, czy nie może być normalnej pogody?

Chciałam sobie poprawić humor, żeby się tak nie smutać, weszłam na Facebooka, i otworzyłam aplikację "W co wdepniesz dzisiaj w lesie", czemu mnie nie dziwi odpowiedź?



..., a ja miałam nadzieję na miłe wdepnięcie, tak jak inni mieli, ale nie, mnie ustawiło w odpowiednim szeregu, gównianym.

środa, 18 sierpnia 2010

Dostałam ten dowcip, i od razu na mym licu, pojawił się uśmiech, a zmarszczki mimiczne uwydatniły się jeszcze bardziej. Ania, ROTFL!!!



Pewnego dnia do Bank of Canada przyszła starsza pani, z wielką torbą pieniędzy. Upierała się, że chce mówić z prezesem dlatego, że chce otworzyć rachunek, a ma na to rzeczywiście dużo pieniędzy.
Po długiej debacie, pracownik zaprowadził ją do biura prezesa.
Prezes banku zapytał:
- ile pieniędzy chce pani wpłacić?
Powiedziała, że 165 000 dolarów.
- No! - odparł prezes i zapytał się, jak mogła zaoszczędzić tyle pieniędzy.
Starsza pani odpowiedziała, że z zakładów.
Prezes bardzo zdziwiony, zapytał:
- z jakich zakładów?
Starsza pani:
- Na przykład - załóżmy się o 25 000 dolarów, że ma pan kanciaste jądra.
Prezes zaczął się śmiać:
- takiego zakładu, nie da się przecież wygrać!!!
Starsza pani odpowiedziała:
- chce się pan założyć?
- oczywiście - odpowiedział prezes.
- Mogę panią zapewnić, że moje jądra naprawdę nie są kanciaste.
Starsza pani odpowiedziała:
- Dobrze, zawarliśmy zakład. Jeśli się pan zgodzi, przyjdę jutro o 10:00 rano z moim prawnikiem, jako świadkiem.
- Nie ma problemu - odparł prezes.
Tego wieczoru, prezes był z powodu zakładu bardzo nerwowy, i strawił sporo czasu przed lustrem na oglądaniu swych jąder. Obracał je tam i z powrotem, we wszystkich kierunkach, aby się upewnić, że nie są kanciaste, i że zakład ma wygrany.

Na drugi dzień, dokładnie o 10:00 starsza pani przyszła z prawnikiem, do biura prezesa. Prezes spuścił spodnie, aby ona i jej prawnik zobaczyli naprawdę wszystko. Starsza pani podeszła bliżej, i poprosiła, czy może dotknąć.
- Oczywiście, proszę - odparł prezes. - Musi pani być pewna na 100%.
Starsza pani z uśmiechem to zrobiła...
Prezes popatrzył się na jej prawnika i widzi, jak ten bije głową o ścianę.
- Dlaczego on to robi? - zapytał się starszej pani.
- Prawdopodobnie dlatego, że założyłam się z nim o 100 tysięcy dolarów, że dzisiaj ok 10:00, będę trzymać w dłoni jądra prezesa Bank of Canada.

Update:

Rozmawiam z Amelką, jako Jacuś ( podkładam głos, pod lalę, i Amelka zawzięcie ze mną dyskutuje)
Jacuś: A, jak Ty się nazywasz?
Amelka: Amelka...
Jacuś A, ile masz latek?
Amelka: 5 i pół...
Jacuś: Tak? A ja słyszałem, że 2 i pół...
Amelka:Ja tak tylko zartowałam, mam 2 i pół...
Jacuś: A jak masz na nazwisko?
Amelka: Pap... ( i wypowiedziała swoje nazwisko, zamieniając literki)
Jacuś: Amelko, a gdzie Ty mieszkasz?
Amelka: Ja?... No, w polskiej ziemii psecies!!!

Buahaha, no tego już, jako Jacuś nie wytrzymałam, i buchnęłam śmiechem. To dziecko mnie już nie zadziwia, ono mnie szokuje!!!



Amelka ugryzła też dzisiaj babcię, i znowu uderzyłam, jako Jacuś, zauważam, że jest to najlepszy jej motywator i zwracacz uwagi w ostatnim czasie, którego słucha, a do tego jej przyjaciel, i nawet go kocha - powiedziała...


Jacuś: Amelko, a wiesz, że nie wolno gryźć ludzi, a babć szczególnie?
Amelka: Jak to nie, babcie Asie wolno, ja sobie na niej tylko "ostsę" ząbki :D
ROTFL!!!

wtorek, 17 sierpnia 2010

Wbrew ostatnim doniesieniom wpisowym, nie jest ze mną wcale tak źle, jakby się mogło wydawać. Każdy z nas, ma czasami taki dzień, w którym opadają mu siły, nie ma na nic ochoty, i najlepiej, aby przestał istnieć. Jeżeli do tego dołączymy jeszcze to, że się jest kobietą, i w dniu wpisu brało się szczepionkę, to efekt dołów się potęguje, i uderza ze zdwojoną siłą, więc niech się Kisioły nie martwią, będę żyć - jeszcze ;), następne uderzenie nieprzyjemności, będzie w czwartek, po kolejnej dawce.

Z tego wszystkiego, zapomniałam dodać, że wczorajszy dzień, to także spotkanie z kadrą oddziałową. Mimo wszystko, przyjemnie się człowiekowi robi na serduchu, kiedy wszyscy witają mnie z serdecznością, kiedy uważają za "swojego" człowieka, maskotkę oddziałową, jesteś nasza - wiesz? Wiem, i dziękuję, chociaż wolałabym w innych okolicznościach się z ludźmi spotykać. Na oddziale remont, pielęgniarek ubywa, pracy przybywa, wszędzie cięcia, a co za tym idzie, problemy ludzi zarządzających pracą. Nikt się nie martwi, że brakuje rąk do pracy, ma być zrobione, i nikogo nie obchodzi, że mocy przerobowych zabraknie. Żółwik z doktorem K, został przybity, jakież było zdziwienie ludzi czekających do doktora, Ty go znasz? Hymmm., kogo ja nie znam - powinno brzmieć zapytanie :) Jak już wyzdrowieję, szykuje się ogólna biba na moją część - takie mnie doszły słuchy, ciekawe, czy mnie uwzględnią, czy tylko uczczą to, że nie będą się mną musieli już martwić, czas pokaże, a ja się dostosuję ;) Jakby jeszcze wypadło to na 26 września, byłoby fajnie, jest to dla mnie szczególny dzień, i najlepszym prezentem byłoby moje wyzdrowienie :)

Pogadałam sobie, idę teraz zebrać plony na farmie..., ech Farmville, co "jo z Tobą mom"

Pozostawiam Was z Całą Górą Barwinków...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Mówią, jaki poniedziałek, taki cały tydzień, oby się nie sprawdziło, bo znów pada, i burzy, i pada, i burzy. Miałam plan, aby pojeździć na rowerze, i jak zwykle, wszystko się rypło. Może jutro się uda :) Mam cięższy okres, spowodowany wieloma rzeczami, i jakoś sobie nie mogę z tym poradzić. Siedzi to w głowie, i nie chce się z nikim podzielić, taka już jestem skąpa Salanee. Jednak, coś mojego musi być, każdy z nas ma jakieś swoje sprawy... Takim stwierdzeniem, Hameryki to ja nie odkryłam ;)

Igła ze strzykawką nadal rani moje ramię, chociaż teraz drugie, bo pierwsze ugryzł jakiś owad, i pojawił się wielki, czerwony placek, który trzeba wyleczyć, tia. Nie zostało mi już dużo dawek autoszczepionki, powoli zaczynam finiszować, szkoda tylko, że tego cudu, na który tak wszyscy liczyli - nie ma. Co będzie dalej? Lekarze mają plan, po zakończonych szczepieniach, wytną mi wszystko, co złe, i ranę zaszyją. Negować nie będę, chociaż perspektywa szpitala na razie nie jest w moim zasięgu umysłowym. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że nawet rzucić tego w cholerę się nie da, bo mam zamkniętą drogę do powrotu do pracy, i w ogóle jak tu pracować z takim czymś, a jak żyć?

Poza tym, zbiera mnie jakieś choróbsko, kicham, pokasłuję i opryszczka na ustach się pojawiła, brakuje mi jeszcze jakiejś grypy, przecież tak dawno nie chorowałam...



"Co jakiś czas siekły nas po twarzy zabłąkane krople deszczu. Nie ścierałam ich. Dzięki nim świat wydawał się pełen życia. Zazdrościłam burzy, że wszyscy tak się nią przejmują."



KAP..., KAP..., KAP...

sobota, 14 sierpnia 2010

Szpital na razie mnie nie wzywa, uff, chociaż z drugiej strony, dobrze by było, na chwilę uciec z domu, i odpocząć, nie pomyślałam, że kiedykolwiek napiszę takie zdanie, że wolałabym pójść do szpitala, żeby tylko nie być w domu. Dlaczego tak się dzieje? Meczę się, męczy mnie mój brak prywatności, brak poczucia, że w domu mogę poczuć się bezpiecznie, że mogę robić, co mi się podoba lub nie robić nic. Za niedługo stanie się tak, że będę uciekać z domu, byle dalej od tego wszystkiego, co mnie tu spotyka. Najgorsze, że nie mogę nic zrobić, że jestem w sytuacji bez wyjścia, że muszę nadal się męczyć. Ta męczarnia nie odbija się na mnie korzystnie, cierpię ja, i nie tylko, odbija się to na wszystkich, i jest mi z tego powodu źle. Nie wiem, jak to mam zwalczyć, jak znaleźć w tym wszystkim pozytywy. Jestem zmęczona.

środa, 11 sierpnia 2010

Gdyby moje wpisy miały tytuł, dzisiejszy brzmiałby następująco: NIE MAM CZASU..., na komputer...!!! Wyobrażacie to sobie? Ja, taki maniak komputerowy, który jak mógł bronił się, że wcale uzależniony nie jest, gdzie prawda jedyna, i słuszna głosiła inaczej, i ten maniak to wiedział? No..., tak się narobiło..., i to nie chodzi o to, że mi się nie chce przy nim siedzieć, ja autentycznie nie znajduję czasu, żeby go włączyć. Co mi tak pokiełbasiło mój rytm życia? Pierwsza na liście jest Amelka, która spędza u mnie dużo czasu, lato też ma swoje prawa, i to ono tkwi na drugiej pozycji. Trzeci, to mój przyjaciel - rower, który wywołuje mnie z piwnicy: "No przejedź się na mnie, nie bądź rura", życie barowe na czwartym dzielnie tkwi, soczki są najlepsze na świecie ;) Piąte miejsce zajmują książki, pochłaniam je z uzależnieniem, podoba mi się forma ebookowa, chociaż niektórzy się śmieją, że to nie to samo, jednak ja sobie cenię, nawet bardzo. Każdy by cenił, kiedy nie miałby wstępu do biblioteki, za przewinienia młodości ;) Szóste miejsce, ma dzień, no bo czemu on jest taki krótki?! Ranki też nie lepsze, więc będą na siódmym, gdybym wcześniej wstawała, miałabym więcej czasu, chociaż i tak wpadłaby Amelka, i sprawa z miejsca się rypie ;) Za to, że mnie nie ma, i zaniedbuję Wolfika, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina :/ Dobrze, że są jeszcze telefony, można chociaż pokonwersować. Dzięki ci operatorze sieci, za darmowe minuty, za niewielką kasę :D

Z drugiej strony, powiem Wam, że wcale nie jestem na te punkty zła, zawsze wiodłam aktywny tryb życia, nie mogłam usiedzieć na miejscu, lubiłam "coś" robić, a potem wracać do domu zmęczona. Czułam się wtedy w jakiś sposób spełniona, i wiedziałam, że następny dzień też przyniesie mi korzyści, i będzie fajnie. Wydolność mojego organizmu jest dobra, i przekonałam się o tym w dniu dzisiejszym. Brakuje mi jeszcze tylko moich górecek, które pochłaniałam jak mogłam, no ale, żeby i je dopaść, muszę wyzdrowieć, podczas wchodzenia pracują plecy, teraz się nie nadaję na wyjścia..., chociaż gdybym się uparła, to kto wie?:D Cieszę się, że do tego wracam, że mogę "coś" robić, i żyć :)

Choroba trwa, jutro się okaże, czy położą mnie w szpitalu, czy zmasakrują ambulatoryjnie, wolałabym tę drugą opcje, szpital dla mnie zło konieczne, z którym będę się licytować do samego końca. Staram się nie myśleć, i żyć, więc dzisiaj 48 km na rowerku zostało wchłonięte przez płuca, mięśnie nóg, i skórę..., tak, troszkę mnie potraktowało słonko, i cierpię na nadpalone plecy..., sobie poradzę, jakem Zuska( tak mnie zwą w świecie realnym).

Dzień się skończył, a więc jak na mnie przystało, ładuję kolejną książkę do telefonu, i zaczytam się... Miałam oglądnąć House'a, ale jak zwykle, nie mam czasu, albo inaczej..., wolę poczytać :D Dobranoc robaczki kolorowe, śpijcie dobrze, zaśpijcie nawet do pracy, możecie, pozwalam WAM!!! Morfeusz, nie budź ich wcześnie ;)

Wiem, wiem..., normalna to ja nie jestem :D
..., a jak Wam się spać nie będzie chciało, to udajcie się ze mną na księżyc..., Akuraci też tam będą!!!




Peesik mały...
Kisioł..., rower to jest świat!!! ;)

Peesik mniejszy...
Kurczę, ten wpis miał być krótki... :)

Peesik ciut ciut...
Już sobie idę ;)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Przyszedł czas na psychotesty, wypełniłam, pierwszy raz z zainteresowaniem. Pytanie brzmiało: Czy umiesz cieszyć się życiem? Oto, co mi wylazło"

"Ależ jesteś wesołą osobą! Wiesz przy tym, że na szczęście trzeba zapracować i zasłużyć. Niektórzy twierdzą, że lekceważąc niepowodzenia sprawiasz, że są one w twoim życiu coraz rzadsze. Jesteś osobą, która jest młoda duchem, jesteś czasami uroczą kokietką, ale czasem stajesz się bezwzględna. Przy tym lubisz zawdzięczać swoje przyjemności sobie samej. W ogóle jesteś osobą silną psychicznie i dobrym taktykiem. Na tyle dobrym, że drobne niepowodzenia zamieniasz w sukces. Wystrzegasz się skrupulatnie wszelkich dwuznacznych sytuacji. Gdybyś zechciała niekiedy zaryzykować, może byłabyś bardziej doskonałym typem, ale i tak jest wszystkim z tobą miło, a to jest przecież ogromnie ważne.Jesteś wspaniałym materiałem na przyjaciela."

... mhihihi, jak mi się kiedyś zapomni, jaka jestem, to przylezę tutaj, i przeczytam, przecież psychotesty nie kłamią, nie? Się podbuduję, sama, a co! Howgh! :D

sobota, 7 sierpnia 2010

Manu Chao! Pozytywny człowiek, a jego energia zawsze stawia mnie na nogi, poprawia nastrój kiedy mam gorszy dzień. Nogi same zaczynają się poruszać w rytm muzyki, a buzia śpiewa, oj śpiewa!!!


Welocme to tijuana
tekila, sexo y marihuana
welcome to tijuana
con el coyote no hay aduana


PoSKAczcie i Wy!!!

piątek, 6 sierpnia 2010

Sochaczew, Warszawa, Rawa Mazowiecka, Dąbrowa Górnicza, Sosnowiec, Katowice, Tychy, Cieszyn, Jastrzębie Zdrój, Ustroń, Oświęcim, Terma Bukowina Tatrzańska, Nowy Targ, Kraków... To właśnie przez te miasta, choć jeszcze nie wszystkie, przemknął 67 Tour de Pologne 2010. Dzisiaj w moim mieście rozpoczynał się VI etap Tour de Pologne, kolarze mieli do przebycia 228,5 km. Dużo górskich odcinków, a tym samym podjazdów, które nie ułatwiły uczestnikom zadania. Zanim jednak, wyruszyli walczyć o wysokie miejsca, rozpoczął się start honorowy, gdzie zawodnicy przejechali do Państwowego Muzeum Auschwitz II - Birkenau, złożyć kwiaty..., później powrócili do centrum, i rozpoczął się agresywny start...
Mnie, a raczej "nas", nie mogło tam nie być, zameldowaliśmy się o 10:30, i czekaliśmy na kolarzy, i ich teamy... Nie da się opisać tych wrażeń, obiektyw nie uchwyci tej magii, tego kolorytu, tych przeżyć, jakie towarzyszyły mi podczas dzisiejszego dnia. Sprzęt, który przewoziły samochody na dachach, powodował przysłowiowe opadanie szczęki. Rowery z włókien węglowych, niesamowita lekkość, osprzęt najwyższych klas..., ech..., można sobie tylko pomarzyć... Mimo, że telefon, trochę chciał zaszwankować, udało nam się jednak uchwycić to, co po części widziały nasze oczy...


Baskijski Team Euskaltel - Euskadi


Vacansoleil Pro Cycling Team, przygotowanie do wyścigu, na zdjęciu Matteo CARRARA, oznaczony numerem 192

Tuż po starcie honorowym



Zdjęcia tego nie oddadzą, ale oni przemknęli, jak burza...

czwartek, 5 sierpnia 2010

Jak już pisałam wczoraj, Amelka nie daje mi ostatnio żyć. Mała jest na etapie uczenia się sikania do nocniczka, toteż w dniu wczorajszym udałam się z nią do jednego ze znanych marketów, aby dokonać zakupu jej własnego, wymarzonego nocniczka, który miał zamieszkać u mnie w domu. Dlaczego z nią? Więcej czasu spędza u mnie aniżeli w domku, ciotka jej autorytet największy, dobrze, że ktoś się ze mną liczy, i czerpie wzorce, byle brał te dobre tylko ;) W każdym razie. Miałam w planach zakupić tylko nocniczek. Wpadamy do marketu, kierujemy się do działu, gdzie powinny znajdować się rzeczy dla dzieci, i trafiamy do działu zabawek, o masakro!!! Źle trafiłam, mała od razu w pisk, bo to dla niej najlepszy dział. Już nie wspomnę, że ona wszędzie biega, nie chodzi, a hamuje, rzucając się na kolanka... Na cały sklep rozległo się głośne:

Amelka: AGAAAAA!!!!!!
Ja: Co się stało?
Amelka: Popać, jakie tu są zabawki...
Ja: No, dużo zabawek jest... ( i już sobie myślę, że zaraz będzie chciała mnie na coś naciągnąć)
Amelka: Widziś?
Ja: Tak, ładne, chodź po nocniczek...
Amelka:..., ale ciekaj, ja sobie tylko na nie popatsię :) ( i szpera po zabawkach)
Ja:..., dobrze :) A powiedz mi, która zabawka Ci się podoba?
Amelka: Ta jeśt ładna ( i pokazuje mi na lalkę, którą można ubierać, przedział cenowy 5 zł...)
Ja: Chciałabyś taką?
Amelka: Tak, pśydałaby mi się ( i wlepia te piękne ślepia we mnie)
Ja: No dobrze, możesz wrzucić do koszyczka..., i idziemy...
Amelka: Agaaaaaa!!! Ale zobać, tu jest taki ładny piesek z misiećką...
Ja: Amelko, ale już jedną zabawkę sobie wybrałaś...
Amelka: Ale ciałabym jeście pieska, taki ładny jeśt...
Ja: Hmm ( zobaczyłam na tę zabawkę, i tak samo 5 zł kosztowała)..., no dobrze, możesz sobie wrzucić do koszyczka, ale już idziemy po nocniczek, dobrze?
Amelka: Dobrze :) To oćmy :)
Idziemy, mała biegnie z przodu, ja za nią z wózkiem i koszykiem, i nagle hamowanie na kolanach, oho?!
Amelka: Agaaaaaa!!!
Ja: Misiu, nie, idziemy, już sobie kupiłaś to, co chciałaś, wystarczy...
Amelka: Aga, ale ziobać, jaki piękny ten domek, tak by mi się psidał... ( i patrzą te oczy w ten domek dla lalek, z taką tęsknotą, i żalem...)
Ja: No dobrze, weź do koszyczka, (co miałam zrobić, jak mam miękkie serce ;))
Następnie, udałyśmy się po nocniczek..., po drodze mała dorzuciła mi jeszcze paluszki, reklamując je w sposób ( Ty wieś, jakie one są pyśne?), i wodę... ( tak bajdzo ją lubię... ) Miałam wydać 20 zł, wydałam 50 zł..., weź tu dziecko na zakupy :)
Ale było miło, i uśmiałam się sama do siebie, dobrze, że ją mam, chociaż czasami się na nią złoszczę...
Dzisiaj np., przyszła do nas, a mnie nie było, bo jak zwykle u lekarza w czwartki przebywam. Weszła i na przywitaniu ugryzła moją mamę.
- Czemu mnie gryziesz? - pyta mama
-..., bo nie ma AGI! - odpowiada Amelka :)
I wszystko jasne, wszystkiemu winna jest AGA ;)

środa, 4 sierpnia 2010

Radość z jazdy na rowerze chwilowo została przykryta pasmem bólu - niestety. Zaczęło się zupełnie niewinnie, lekki ból w plecach przy prostowaniu się podczas jazdy, następnie przeszywający ból, który trwa ciągle przy założonych spodniach na pas. Nie pomaga obniżanie, ból promieniuje aż do lewej nogi. Wiem, co jest powodem, i muszę czekać aż mi to wytną, bez tego nie będzie lepiej. Ubolewam, bo tak się cieszyłam, że mogę jeździć, ech, szkoda mi słów, bo od razu łzy napływają do oczu :(

Od dwóch dni, króluje u mnie bratanica. Nie mam czasu na nic,a kiedy już oddali się do domu, pozostawia mnie z masakrycznym zmęczeniem, i nie tylko.

Jutro kolejna dawka autoszczepionki, i lekarz na zastępstwie, boję się, bo wiem, co mnie spotkało ostatnim razem, kiedy na niego trafiłam.

I właściwie, to nie mam o czym pisać, pójdę sobie.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Wczorajszy dzień wzbudził zadumę, która przykryta była płaszczykiem wysiłku, i przyjemności. Znalazło się dużo czasu na przemyślenie wielu rzeczy, na uporządkowanie swoich myśli, na zaplanowanie, co mogłoby się zmienić lub, jak się do tego zabrać, żeby się zmieniło. Powiew wiatru, i śpiew ptaków, doskonale pomagał w rozmyślaniu, a przyjemne widoczki, nagradzały wysiłek... Cykliści wyruszyli. Mętków, i okolice. 52 km zaliczone. Kilka podjazdów wystąpiło, ale wydolność organizmu, którą z każdym dniem mam lepszą sprawiła, że podołałam... Dodatkowym utrudnieniem były rozregulowane przerzutki, które uniemożliwiły mi zmianę przełożenia na odpowiednie, które być powinno przy podjeździe. Nie zabrakło też błota, które występowało w miejscach, gdzie nie dociera słońce. Rowery nasze przystosowane do takich warunków, opony szerokie, dobrze trzymały się powierzchni, jednak brak błotników odczuliśmy na plecach, i z przodu, niczym rasowi cykliści. Dobrze, że mogę jeździć na rowerze, że oddano mi jedną z kilu przyjemności, których tak pożądałam w ostatnim czasie. Pomimo odczuwania drobnych dolegliwości bólowych, mogę jeździć, a to jest dla mnie najważniejsze jestem wytrzymała, i wiem, że pokonam niejedną słabość, bo jak się zaprę, to nie ma mocnych! Zaakceptuję też to, co przyniesie mi nowy dzień, jeżeli nie mam na coś wpływu, przestaję się tym przejmować :) Dzięki Konarowi, oko obiektywu było z nami, i uwieczniło te fajne chwile...


Zuska&Kisioł, witają pięknie :)

Friends forever...

Reklama Coca-Coli, z pospolitym lansem Zuskowym, dziąsła i te sprawy ;)

Chwila zadumy, o godzinie W...


..., dosłownie zjadły nas komary

Trudy zmęczenia, zostały na chusteczce...

niedziela, 1 sierpnia 2010

1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00, oznaczonej kryptonimem "W", rozpoczęło się w Warszawie powstanie...



...Tramwajem jadę na wojnę, tramwajem z przedziałem: 'nur fuer Deutsche',
Z pierwszo-sierpniowym potem na skroni, z zimnem lufy Visa w nogawce spodni...

...
Żołnierze podziemi!
...
Batalion "Zośka" Oi!
Batalion "Pięść" Oi!
Batalion "Miotła" Oi!
"Czata 49", "Parasol"!
...
'I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc,
I poczułeś jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką,
Czy to była kula synku, czy to serce pękło?'



Innego zespołu, jak Lao Che sobie w dniu dzisiejszym nie wyobrażam, płyta ich zatytułowana "Powstanie Warszawskie", doskonale obrazuje to, co działo się na tamten czas. Idealnie ubrali w muzykę twórczość Baczyńskiego. Sprawiają, że to wszystko ożywa, że cofamy się, i znajdujemy, jakby w środku tych wydarzeń. Warto posłuchać, nawet jeżeli ktoś ma w nosie powstanie. Ta muzyka wpływa na ludzi, czasami docenia się ją po czasie, ale się docenia. Posłuchajcie i Wy, przenieście się wraz z nią w tamten czas, chociaż na chwilkę...



Update:

Sabaton, tutaj można posłuchać o bitwie pod Wizną, o której w komentarzach pisał Wolf.



, a tutaj o powstaniu w Warszawie:



Warto poświęcić im czas!!!