poniedziałek, 17 września 2012

Nie ma cię to już, radości kochana,
Która tak wiernie służyłaś mi długo,
Wróć się, wróć jeszcze do swego pana,
Darmo cię wołam, ulubiona sługo!

Już idzie smutek. Z nim jego dworzany;
Żal, tęskność, moją obstąpili duszę
Ci to moimi teraz będą pany,
Ja, com panował, teraz służyć muszę.

Od pewnego czasu dziwnie się czuję, bywały lepsze momenty, ale na dzień dzisiejszy jest coraz gorzej. Wstaję rano i wiem, że dzisiaj nie będzie dobrego dnia, w głowie kotłują się myśli o poczuciu swojej beznadziejności. Potrafię usiąść i siedzieć, gapiąc się bez celu w jeden punkt. Nie potrafię się cieszyć, a wszystko co robię, wykonuję jakbym była do tego zaprogramowana, nie dlatego że chcę to zrobić. Jestem zmęczona. Nie mogę na siebie patrzeć w lustrze,  to potęguje tylko poczucie winy, że jestem, że żyję niczym wyrzutek. Przyjemności, które zawsze mnie cieszyły, teraz wywołują u mnie odruch wymiotny. Rower przestał być czymś, co pozwala mi się odprężyć, nie mogę na niego patrzeć, a co dopiero na nim jeździć - nie chce mi się. Dlaczego? To nie rozwiąże moich problemów, to nie pomoże mi w niczym.  Siedzę całymi dniami w domu i najlepiej, żeby nikt do mnie nie mówił, nie chcę tego. Spotkania, czy też pilnowanie bratanicy nie zmieniają mojego nastawienia. Nie potrafię się z nią bawić, chociaż bardzo bym chciała. Kolejny cios dla mojej duszy,  znowu jestem beznadziejna. Ona, jakby widzi, że coś jest nie tak, dlatego zajmuje się głównie rysowaniem lub kolorowaniem. Maluje dla mnie obrazki, żebym była szczęśliwa, jednak gdzieś w mojej głowie zablokowała się ta opcja i nie można jej przywrócić. Pozostali domownicy nie widzą niczego, zarzucają mi ciągle, że jestem smutna i nic mnie nie cieszy, że nie da się ze mną rozmawiać, bo odpowiadam półsłówkami. Dobijają na każdym kroku, przypominają w jak beznadziejnej sytuacji się znajduję. Nic o mnie nie wiedzą, w ogóle mnie nie znają. Ja zamknięta w sobie nie potrafię rozmawiać, nie z nimi, nie o swoich lękach. Brak poczucia sensu jest czymś, czego nie jestem w stanie ogarnąć. Wróciły myśli, przypominające mi o bólu, który musiałam znosić tyle lat, o chorobie, która zrujnowała moje życie, moją psychikę. Niby byłam silna, bo znosiłam wszystko, wydawało mi się, że wyzdrowieję i zapomnę, ale nie to siedzi we mnie, powoduje ból psychiczny i potęguje żal do najbliższych, że w tak trudnych dla mnie momentach życia  byłam sama.  Po czasie wszystko wychodzi, ból psychiczny po stokroć jest gorszy od tego fizycznego, który miałam. Zachęcanie mnie do lepszego patrzenia na świat nic nie da, bo ja nie potrafię zmienić swojego nastawienia, nie w obecnej sytuacji. Motywowanie, mówienie spróbuj to zrobić, spowodowałoby dodatkowe poczucie beznadziejności mojego istnienia. To tak, jakby powiedzieć osobie, która ma złamaną nogę, żeby się przebiegła...Ciężko to zrozumieć osobie, która w życiu nie musiała mieć takich problemów, która nie wie, co to jest depresja... Mam chorą duszę i nie mam na to lekarstwa, chociaż się staram go znaleźć, jednak ciężko jest, gdy każdy dzień przynosi kolejne rozczarowania, kolejne smutne  chwile.  Dodatkowo choroba mojego psa, sprawia ogromny ból, który przyczynia się do dodatkowego obciążenia psychicznego. Wszystko obija się o pieniądze, których ja nie posiadam, a tata wiecznie narzeka, że ich nie ma. Gdy kończą się zapasy insuliny jestem w stresie, że znowu będę musiała się prosić, gdy kończą się paski insulinowe to samo o strzykawkach i karmie już nie wspomnę. Ojciec wychowany na wsi, chodził swoje zwierzęta zabijać do lasu,  w nim nigdy nie było miłości do zwierząt i zabiegania o to by żyły, gdy istnieje na to szansa, gdyby nie mama Sonia przestałaby istnieć... Ja, nie wiem, ile CV już wysłałam, zaniosłam, strony z ofertami pracy znam  na pamięć, codziennie szukam... bez odzewu. Nie wiem, co mam jeszcze zrobić, jak zmienić to z czym przyszło mi teraz walczyć...

Tęsknię, bardzo tęsknię..., 

Jeszcze dopadło mnie ostre przeziębienie... Cóż się dziwić, jak wiecznie mi zimno.


niedziela, 9 września 2012

Wywołana do zabawy - nagrody oznajmiam, że jestem. Oczywiście nie uważam, że mi się ona należy, bo zaniedbuję i Was i bloga, ale może to będzie taki kop i powrócę tu na dobre? Kto to wie.  Właściwie to w  moim życiu nie ma niczego takiego, co warto by zapisać, a że nie jestem dobra w płodzeniu czegoś z niczego, to milczę. Chciałabym bywać tu jak kiedyś, mieć swoją oazę Salanee i nie przejmować się niczym, ale to nie ma prawa bytu, nie u mnie. No, ale już już, dość biadolenia, czas odpowiedzieć na pytania zadane przez Ivę, która nominowała mnie do nagrody:

1. Co lubię robić?
Prościej by mi było napisać, czego nie lubię robić,  na pewno byłoby mniej pisania ;) A tak serio. Lubię robić wiele rzeczy, które pozwalają mi się spełniać, osiągać satysfakcję i być dumną z tego, że dałam sobie z nimi radę. Lubię pokonywać własne słabości, mimo towarzyszących przeszkód. Lubię się uśmiechać na przekór wszystkiemu i wszystkim. No i lubię grzebać przy rowerze, jeździć na nim, czuć ból w mięśniach. Lubię przebywać w kuchni, płodzić jedzenie i jeść - kocham jeść, tak. Lubię przeczytać dobrą książkę do poduszki. Lubię góry i lubię być na szlaku!!! Lubię czuć się wolną!

2. Wymarzony dom?
Mój wymarzony dom wcale nie musi mieć żadnych udogodnień. Przede wszystkim chcę, aby był dla mnie miejscem, w którym będę czuła się bezpiecznie, do którego zawsze z miłą chęcią będę wracać. Niech będzie postawiony gdzieś blisko gór, niech będzie mały i pachnący drewnem. Niech ma kominek, niech jest tylko mój. W takim wymarzonym domu musi być jeszcze kot i pies, żeby wszystko mogło się dopełnić. 

3. Co chcę kupić?
O jej. Mam taką długą listę, a funduszy brak.
Przede wszystkim, najpilniejszą rzeczą jest rowerek stacjonarny, bo to na nim będę pokonywać kilometry, gdy na prawdziwym jednośladzie nie będzie dało się już jeździć. Brakuje mi także butów trekkingowych i ciuchów jesienno zimowych... 

4. Czego nie lubię?
Obłudy chamstwa, braku empatii. 

5. Ulubiony drink?
Nie piję alkoholu.

6. Ulubiony napój bezalkoholowy?
Zielona herbata.

7. Moje marzenia?
Dawno temu przestałam marzyć...Nie wierzę w marzenia.

8. Co mam zamiar mieć w swoim ogrodzie lub domu?
Gdybym miała swój dom z ogrodem, to na pewno w ogrodzie znalazłaby się hamak i miejsce do palenia ogniska. A w domu? Jak już wspominałam na pewno kominek i zwierzęta...

Nie wiem, czy dziewczyny były już nominowane, jak były to najwyżej nie napiszą,  nominuję:

Zasady są proste,  nagrodzone dziewczyny muszą wkleić logo nagrody we wpisie, odpowiedzieć na pytania i wytypować kolejne osoby, które według nich zasługują na nagrody. Powodzenia.

Miłej niedzieli dla wszystkich, lecę z moim kochanym ślepkiem na spacerek. 

piątek, 31 sierpnia 2012

Tyle dni już minęło od mojego ostatniego wpisu, właściwie to nie przyszłabym tu, ale poczułam nagłą  potrzebę podzielenia się tym, co przynoszą kolejne dni... Nie jest to nic pozytywnego - niestety. Nadal pozostaję w tej samej sytuacji, czyli zero perspektyw. O ile jakoś mogłabym to zaakceptować, bo dotyczy to mnie, o tyle to, co dzieje się z moim psem nie jestem w stanie przyjąć, chociaż wiedziałam o takiej możliwości. Sonia straciła wzrok. Jedno oko zaszło białą mgłą - zaćma. Cukrzyca i jej powikłania. Drugie jeszcze trochę widzi, ale naprawdę niewiele. Sonia dobija do drzew, drzwi, spada ze schodów. Nie mogę się pogodzić z jej kalectwem, z tym że już nigdy nie będzie mogła mnie zobaczyć, że nie przyniesie zabaweczki, że nie pogoni kota... Widzę, że jest zagubiona, że nie wie, co się dzieje. Leży w kąciku, po cichutku, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać. A my? My robimy wszystko, żeby jak najmniej odczuła brak widzenia, chociaż nie jest łatwo. Najbardziej boli, gdy tak bardzo wybałuszy oczy, żeby zgarnąć troszkę obrazu i nic... Mnie pęka serce, mama płacze. Wiem, że psy doskonale poradzą sobie bez wzroku, ale gdy ma się psa tyle lat i przez pierwsze 9 nie było z nim poważniejszych problemów, to teraz zaćma jest przerażająca, bo pies traci zdolność normalnego funkcjonowania... Ech. Robiłam wszystko, żeby Sonia miała normalną psią starość, mimo choroby. Cukrzycę jej unormowałam, potrzebowałam w tym wypadku dużo samozaparcia i obojętności, gdy prosiła pod stołem o kawałek tego, co ja jem, a ja nie mogłam jej dać, dla jej dobra... Leczenie cukrzycy opanowałam do perfekcji... Myślałam, że wzroku nie straci, że gdy cukry są w normie, to nic jej nie grozi. Ładnie schudła, powoli zaakceptowała codzienne zastrzyki, cieszyłam się jak dziecko i co? I kolejny cios - Sonia nie widzi. Na to już lekarstwa nie mam,  zabieg nie wchodzi w grę, bo 2000 zł, to dla mnie kolosalna cena.

Po prostu żyć nie umierać.

sobota, 18 sierpnia 2012

Właściwie piszę tu tylko dlatego, że odezwała się do mnie Iva z zapytaniem, co u mnie? Dziękuję za pamięć Iwonko, to bardzo miłe. Wielokrotnie powtarzałam, że brakuje mi czasu, chociaż nadal nie pracuję. Gdzieś tam we mnie jednak jeszcze jakaś nadzieja jest, że może za niedługo coś uda mi się znaleźć, bo inaczej  nie mogłabym funkcjonować w świecie. Gdy dociera do mnie fakt, że bez pracy nie mam prawa bytu, nie powiem, że chce mi się wyć, bo to i tak by niczego nie zmieniło, ale czuję taki wewnętrzny lęk, że zaczyna boleć mnie serce i pracuje tak, jakby chciało wyskoczyć. Nie chcę nabawić się żadnych nerwic dlatego na ile potrafię, wypieram z głowy, że kiedyś mogę zostać bez środków do życia. I nie martwię się w tym wszystkim tak bardzo o siebie, jak o swojego psa, taka już jestem. Ciężko jest w tym świecie znaleźć pracę, nie pamiętam nawet ile CV wysłałam - bez odzewu. Niech te wakacje się już skończą, może wtedy się do mnie szczęście uśmiechnie.

A tymczasem. Dzisiaj zrobiliśmy z Kisiołem i p. Jackiem fajną trasę rowerową, wśród lasów i przyrody, ze śpiewem ptaków i uśmiechem na twarzach. Przejechaliśmy 50 km, jednak w ogóle tego nie odczuwam. Gdybym mogła zarabiać na życie jeżdżeniem na rowerze, to ja bardzo chętnie. Nie dość, że daje mi to przyjemność, to jeszcze mogłabym to robić 24 godziny. Odpoczęłam. Psychicznie, fizycznie. Szkoda, że takie dni nie mogą być codziennie, sezon rowerowy kończy się nieubłaganie, ja nie chcę :(

sobota, 4 sierpnia 2012

Chciałabym nic nie robić, chociaż przez kilka godzin. Siąść i siedzieć bez zapalającej się żarówki w głowie, że jeszcze tyle rzeczy przede mną, szybko, szybko. Z drugiej strony, szkoda by mi było tego, że siedzę i nic nie robię. Ktoś powie, że bezrobotni się nie przepracowują, że cały czas mają wakacje, jak oni mogą jeszcze narzekać? Być może, ale nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka. Cały czas poszukuję pracy, jednak nie byczę się wcale. Gdyby tak podsumować moje godziny siedzenia na czterech, to wychodzi, że przez cały dzień siądę w sumie na 3 godziny...
6:30 - wstaję, mierzę psu cukier, idę się myć;
7:00 - przygotowuję psu jedzenie, podaję insulinę;
7:30 - odprowadzam dziecko do przedszkola - czasami ją niosę, czasami prowadzę na  rowerze...;
7:45 - poranne zakupy;
8:00 - przygotowuję śniadanie,  kawę;
9:00 - siedzę przy komputerze, przeglądam oferty pracy;
10:00 - wychodzę z domu. Zazwyczaj robię zakupy na drugim końcu miasta lub załatwiam sprawy mamie, lub inne, podobne. Wszędzie niosą mnie nogi;
12:00 - wracam do domu, przygotowuję II śniadanie;
12:30 - karmię psa, wychodzę - wyjeżdżam jednośladem do domu brata, po rowerek dla dziecka;
13:30 - powrót, przygotowanie obiadu;
14:30 - wychodzę po dziecko do przedszkola;
15:00 - wracamy do domu (nie do mojego, tylko Amelkowego), zabiera nam to godzinę, bo wiadomo - Amelka;
16:00 - zabawa z kotem, zbieranie śliwek, ogarnianie domu;
17:00 - wraca "bratowa", wracam do domu...;
17:30 - wychodzę z psem;
18:00 - kawa (chwila, żeby usiąść);
18:30 - karmię zwierzę;
19:00 - podaję  insulinę;
19:30 - 20 minut ćwiczeń wieczornych;
20:00 - wychodzę z psem;
21:00 - kąpiel;
22:00 - krzątam się po domu, zazwyczaj mama coś potrzebuje;
22:30 - czas na książkę;
23:00 - idę spać!
Tak wygląda mój tydzień, każdy dzień jest taki sam. Nie mam czasu na rower, na spotkania, na nic. Obowiązki gonią, dziecko zabiera  dużo czasu. W przedszkolu, na placu zabaw myślą, że jestem mamą Amelki. Jakby na to nie patrzeć, to tak właśnie sprawy wyglądają, spędzam z dzieckiem więcej czasu niż rodzice. Gdyby weekend był inny, ale nie. Ubiegła sobota, opieka od 18:00 do 1:00 w nocy na dzieckiem.
Ta sobota, to samo z tym, że opieka od 16:00 do niedzieli, pewnie do godzin popołudniowych. Powód? Parapetówa. Mało tego, nie dość, że będę miała u siebie małą, to jeszcze kota. Nie wiem, czy Rudek z Sonią się nie pozabijają. Nie mam nikogo do pomocy, bo moja mama miga się, jak może, żeby nie być z Amelką... Druga babcia wyjechała sobie 2 tygodnie temu do rodziny i ani myśli wracać... Nie przejmuje się tym, że ja już powoli nie wydalam, że potrzebuję pomocy, żeby móc troszkę pożyć własnym życiem... Gdy ona musiała do dziecka przychodzić, po 5 godzinach potrzebowała zmiany, żeby odpocząć i wtedy trzeba było jechać, bo inaczej wielka obraza, ale gdy wyjechała nic ją nie obchodzi, przecież ja nie muszę odpoczywać... A dziadek Amelki, mój tata? On nie będzie wieczór siedział z dzieckiem, bo musi iść spać... Ja nie muszę spać przecież... Wstyd mi za swoją rodzinę, za brata i jego partnerkę, za to że nie potrafią być rodzicami dla dziecka, że alkohol i spotkania ze znajomymi są ważniejsze, każdemu weekendowi towarzyszy alkohol. Wstyd mi za to, że Amelka nie ma dziadka, prawdziwy dziadek, nigdy by nie powiedział, że  wieczorem nie będzie siedział z dzieckiem, bo idzie spać. Wstyd mi za to, że nigdy nie dał jej na loda, tak sam od siebie, że nie zabrał na spacer, że nigdy nie ma dla niej czasu. A moja mama? Ona denerwuje małą ciągłymi pytaniami, jest do tego stopnia męcząca, że gdy tylko Amelka ją widzi mówi - idź sobie stąd, nie lubię cię. Denerwuje się przy tym straszliwie. Ile razy tłumaczyłam mamie, żeby zmieniła podejście, żeby nie pytała o tyle rzeczy, ale oczywiście za każdym razem wszystko wracało do punktu wyjścia, bo mama nie liczy się ze zdaniem innych. Gdyby tak to wszystko zebrać do kupy, wychodzi na to, że to jestem dla Amelki czymś najlepszym, co mogło jej się przytrafić. To ja mam u niej autorytet, to mnie się słucha, to do mojej nogi się przyczepia i nie chce się odczepić, to za mną płacze, gdy idę. Staram się jej zapewnić rozrywkę, włóczę się z nią, żeby chociaż trochę poznała świat, żeby miała miłe wspomnienia. Ze mną jest wyciszona, nie denerwuje się - inne dziecko.  Chciałabym zmienić jej rodziców, dziadków, ale niestety nie mam wpływu na ich poczynania. Co by mogło ich zmienić? Nie wiem.

Brakuje mi odpoczynku, wyjazdu z domu na parę dni...

czwartek, 2 sierpnia 2012

Trochę kota...

Po co kupować, jak można zrobić legowisko :)

Rośnie potężny kocur Rudek. Lada miesiąc czeka go kastracja. Weterynarz, badając jego narządy płciowe była w szoku, że natura obdarzyła go pokaźnymi jąderkami ;) Jeszcze nie zaznaczył swojego terenu, ale gdyby miał styczność z innymi zwierzętami, zrobi to natychmiast. Podobno poczujemy. Póki co, kot bawi się w najlepsze i nie odczuwa tego, co czeka go w przyszłości. Nie sposób nie kochać tego kota, naprawdę.
Nuda...
Złodziej!
A, co to, woda?
..., i że niby tu ta woda spływa?
Pyszota! 
Błogo mi!!!
A teraz proszę mi dać spokój!

I mogłabym tak cały dzień robić mu zdjęcia bez znudzenia. Każda jego mina, każde zachowanie jest warte upamiętnienia.

środa, 25 lipca 2012

Nie chcąc zaśmiecać tego miejsca jedzeniem, postanowiłam założyć drugiego bloga, w którym będę prezentować moje ukochane owsianki (i nie tylko). Tutaj, ze względu na ograniczony dostęp, nie każdy może wejść, więc drugi blog jest najlepszą alternatywą. Nie będę się tam dzielić osobistymi przeżyciami, więc może trolle mnie nie dopadną. Link do bloga ----> KLIK 
Też jest czarny, bo lubię :)

piątek, 20 lipca 2012

 "Nieprawda, że nie lubię domowników. Ja także potrafię kochać jak każde inne żywe stworzenie, ale nie bezkrytycznie. Kocham tylko tego, kto na to zasługuje. Uczuć swoich nie wyrażam w sposób głośny i teatralny. Kto nie rozumie cichego mruczenia, ten nie jest godny, by inteligentne, rozumne i obdarzone dobrym smakiem zwierzęta przywiązywały się do niego. Kto nie potrafi w milczeniu siedzieć długo w jednym miejscu, ten nie jest wart mojego towarzystwa. Kto zawsze potrzebuje brawurowych pokazów, kto nie zadowala się prostym pięknem naturalnych ruchów, ten nigdy nie może zdobyć sympatii kota. Kto żąda ciągle czegoś nowego, kto ugania się za zmiennością, za emocją, kto nie lubi spokoju, równowagi, stałości, komu wydaje się, że prawo egzystencji trzeba zawsze udokumentować czynami, kto nie widzi piękna w zadumie, ten nigdy nie będzie miał wiernego kota. Kto goni za pozornymi radościami życia do tego kot odwróci się plecami. Człowiek, którego kochają koty, nie może być człowiekiem bezwartościowym."
 Po tygodniu bycia kocią opiekunką stwierdzam, że była to sama przyjemność po mojej stronie, domniemam, że po kota również. Wyprowadziłam się z domu na te dni i powiem szczerze, że odzyskałam jako taki spokój wewnętrzny. Dzisiaj wszystko się skończy i będę musiała wrócić do szarej rzeczywistości, do blokowiska, w którym hałas jest na porządku dziennym. Mieszkanie w domu prywatnym ma swoje dobre strony, brak hałasu, jeżdżących samochodów i spokój. Można ukołysać się do snu wraz ze śpiewem ptaków, budzić się tak samo, można obserwować sarny, bażanty... Najbardziej będzie mi brakowało Rudiego, bo przez ten tydzień zżyłam się z nim, wspólne wieczory, spowite szaleństwem zabawy,  spanie w jednym łóżku, nocne budzenie i zaczepianie. Posiłki i wyjadanie mi z talerza, polowanie na muchy, komary i wszystko latające, zaglądanie do sedesu, wchodzenie do torby, ugniatanie mi nóg... I te jego oczy, w które mogłabym wpatrywać się non stop, ten puchaty ogon, ta ciekawość do świata i otaczających go przedmiotów, to picie wody z kranu i cała reszta, dla której żyłam przez ten czas. Kiedyś na pewno będę miała kota, ale chciałabym Rudiego..., żal mi go. Gdy brat z rodziną byli w domu, kot praktycznie nie jadł, bo podobno za konserwą mięsną nie przepadał, ani za suchą karmą. Prawda jest taka, że on nie miał kiedy w spokoju zjeść. Pamiętam, gdy tam przychodziłam, mokra karma leżała od paru godzin, zdążyła wyschnąć, stracić witaminy..., a dodatkowo miał ją podawaną z lodówki... Amelka go męczyła, rodzice nie reagowali, kot się chował i nie jadł. Brak słów po prostu. Ze mną kot dostawał wczesny, podgrzany posiłek - zjadł od razu. Sucha karma także zaczęła mu smakować... Karmiłam go 3 razy dziennie, nigdy nie dostał jedzenia bezpośrednio z lodówki i nigdy nie zostawił mokrej karmy... Coś w tym jest, prawda? Czyżby poczuł się w końcu bezpieczny? Nie wspomnę już o tym, że mokry pokarm może najdłużej leżeć godzinę, a w lecie to jeszcze krócej, bo muchy atakują od razu. Nie wiem, jak będzie po ich powrocie, ale nie pozwolę go męczyć Amelce, skończyło się. Kot nie jest zabawką! Tak samo powiem "bratowej", żeby dawała mu ciepły pokarm. Poznałam kocie upodobania i nie pozwolę, żeby Rudek teraz na nowo cierpiał i chował się przed dzieckiem. Rodziców obowiązkiem jest ganić córkę za niegrzeczne zachowanie, wystarczy już tego krzywdzenia zwierząt. Będę jeszcze wracać do Rudiego we wpisach, ale dzisiaj mam jeszcze dla niego cały dzień i dlatego chcę to wykorzystać...

Sonia też ma się świetnie. Cukrzycę unormowałam, zmniejszyłam nawet dzienną dawkę o 1 jednostkę. Cukry pozostają w normie, dlatego za tydzień, o ile nie będzie skoków, zmniejszę o jeszcze 1 jednostkę.

A ja? Ja to jestem najmniej ważna. Miałam zrobić badania krwi, żeby zobaczyć, jak mają się moje białe krwinki i wszystko inne, ale nie mam na to czasu i nie chcę się więcej kłuć. Chcę spokoju od lekarzy! Mam parę dziwnych dolegliwości, ale olewam. Może to nieodpowiedzialność, ale całe życie odpowiedzialna być nie mogę.

piątek, 13 lipca 2012

Ale bym pojechała w góry, wyszła na szlak, żeby wprowadzić w płuca trochę górskiego powietrza. Niestety, nie ma z kim. Konar się wykruszył, a Kisioł to już chyba  zapomniał, jak góry wyglądają :P No trudno, może kiedyś uda mi się samej gdzieś wybyć. Wystarczyłaby Hrobacza Łąka, ale znając moją dostępność czasową i zmotoryzowanie nie będzie lekko. Auto wiecznie zajęte, a rowerem ciężka sprawa, chociaż z drugiej strony, szlak nie jest trudny, gdzie bym nie wjechała, to bym rower wprowadziła. Z drugiej strony na taką wycieczkę  lepiej jechać w kupie, zawsze to więcej mądrych głów, gdyby przyszło walczyć z jakąś usterką w rowerze.

W tamtym tygodniu odbywał się u nas XIV Rodzinny Rajd Rowerowy. Pogoda dopisała, można powiedzieć że nawet za bardzo. Upał wykańczał ludzi, parę kroplówek było w ruchu, gdy starszym osobom zdarzało się zasłabnąć z odwodnienia. Ogólnie rajd był zbyt wolny, męczący z tego powodu. Ludzie nie patrzyli, jak jadą, trzeba było uważać, żeby ktoś w koło nie wjechał, bo wywrotka murowana. Jakoś przeżyłam :)

Poza małymi rozrywkami, nadal w moim życiu panuje monotonia. Ostatnio zajęłam się odławianiem małych kotków, które matka przyprowadziła pod nasz blok. Były 4, niestety chore, bo dopadł je koci katar. Zawiadomiliśmy Animals i przyjechali, żeby zabrać je do leczenia, a matkę do sterylizacji. Niestety, nie było prosto, udało się odłowić tylko 2 - te najbardziej chore. Jeden z tego, co wiem będzie ślepy na jedno oczko, choroba była dalece posunięta. Pozostała matka i 2 kociaki, najśliczniejsze tak na marginesie. Jeden czarny z niebieskimi oczami, a druga tricolorka z wielkimi oczyskami i żbikowatymi uszami. Mówię wam, można się w nich zakochać. Animalsi przyjeżdżali dzień w dzień je złapać, niestety bezskutecznie, wywoływało to u nich łzy, bo wiedzieli, że kotki małe kotki tutaj czeka marna przyszłość. Rosły, a tym samym zaczęły brykać, za dni kilka mogły wpaść pod auto, co więcej były chore, chociaż wcale się tak nie zachowywały :) Postanowiłam im pomóc. W dniu wczorajszym dali mi siatkę (taką jak na motyle, ale przerobioną na większy model), żebym mogła kociaki wyłapać. Miałam swój sposób, bo wiedziałam, że wieczorami matka z nimi przychodzi do budki. W tym widziałam szansę - jedyną. Obserwowałam przez okno, kiedy przyjdą. Po 18 się zjawiły, grzecznie weszły do budki. Niewiele myśląc, poszłam z całym ekwipunkiem do sąsiadki, która dokarmia koty i generalnie zajmuje się nimi, żeby mi pomogła. Zeszłyśmy na dół, powolutku podeszłyśmy z boku budy i w jednym momencie ja zasłoniłam siatką jeden otwór, a sąsiadka ręcznikiem przysłoniła drugi, coby kotki nie zwiały. Po chwili do siatki wskoczyła matka, niestety miała tyle siły, że nie zdołałam jej utrzymać ( brak kości w ręce dał popalić), przyłożyłam siatkę ponownie do budy, ale nie wiedziałam, czy są tam małe... Zaglądnęłam do środka i moim oczom ukazała się niebieska para ślepków, przerażonych na dodatek... Potem ukazały się wielkie oczy - tricolorka też była JUPI!!! Zadzwoniłyśmy po dziewczyny z Animals, przyjechały prywatnym samochodem, bo niestety służbowy był na interwencji i kotki zostały zabrane do lecznicy, potem pójdą do domu tymczasowego, a później czeka je adopcja. Dziewczyny mi dziękowały, mówiły że przez te kotki nie mogły spać, bo tak się martwiły o ich dalszy los. Już nie muszą, dzięki mnie. Matki niestety nie udało się wczoraj złapać, nie miałyśmy sprzętu, ale dziewczyny powiedziały, że z nią nie będzie problemu, bo zastawią klatkę pułapkę i ona tam wejdzie. Trzeba ją wysterylizować, bo za chwilę będzie chodzić z kolejnym brzuchem. Cieszyłam się, że złapałam małe, ale miałam niedosyt, bo mogliśmy mieć całą trójkę. Byście widzieli, jak ta matka na mnie patrzyła, jaki miała żal... Sąsiadka płakała, bo bardzo wrażliwa kobieta jest, mówiła, że kocia matka oszaleje z tęsknoty za kotkami, tłumaczyłam jej, że przecież w końcu musiał nadejść taki dzień, że ona sama by je prędzej, czy później zmuszała do samodzielności, one były małe, ale nie aż tak bardzo. Niestety czułam się winna, było mi kotki żal i na wieczór w ramach przeprosin wykradłam z lodówki pokaźny kawał szynki, dając kotce. Przeprosiłam ją, chociaż wiedziałam, że mnie pewnie nie zrozumie i obiecałam, że jej dzieciom nie stanie się krzywda. Dzisiejsza noc była pierwszą, którą przespałam spokojnie bez czuwania, czy czasem jakieś wandale nie spalą budek... A dzisiaj z rana? Kotka w najlepsze adoruje innego kota, ja jej dam! Niech się nacieszy wolnością, dość się namatkowała ;) Za kilka dni podejmę próbę jej złapania, jeżeli tylko zacznie nocować w budce.

No nic. Napisałam swoje i zmywam się. Za chwilkę przyjedzie do mnie Amelka i trzeba zorganizować jej czas. Jutro wyjeżdżają na wakacje, więc troszkę odpocznę. Będę zajmowała się ich kotem, ale to już czysta przyjemność :D

środa, 4 lipca 2012

Codzienna dola cukrzycowego psa. Glukometr, nakłuwacz, lancety, paski. Dysząca Sonia w tle, to dlatego że przed chwilą wróciłyśmy ze spaceru. Po niecałym miesiącu leczenia jej cukrzycy śmiem stwierdzić, że to nie ten pies. Powróciła do niej radość życia, łobuzowania i wskakiwania na łóżka tudzież swój ulubiony fotel, który musiała porzucić, kiedy dupsko było zbyt ciężkie, żeby się tam mogło wygramolić. Kilogramy lecą w dół, tylko jej apetyt ciągle pozostaje ten sam. Niestety ze stołu nie ma prawa nic dostać, mama w końcu to pojęła. Wiadomo, szkoda żebrzącego stworzenia, ale tłumaczę, że ona nie jest głodna! Jakoś to funkcjonuje, chociaż kiedyś mama coś jej dała nadprogramowo i się nie przyznała, myślała że się nie zorientuję, a przecież glukometr jest wyrocznią! Wahania cukru  były straszne, powrót do 300-400-500 mg/dl. To nie są żarty. Mama się teraz boi :) Pamiętam początki męczenia się z pobraniem krwi z łapy, a teraz? Wołam z rana Sonię ze swojego pokoju, która i tak od 6:00 czuwa, bo wie, że za niedługo będzie jedzenie, tylko... Sonia chodź, musimy zmierzyć cukier, zanim dam ci jeść..., Sonia przychodzi. Sonia, połóż się..., Sonia się kładzie, łapką nie rusza tak, jak to było wcześniej. Szybko nakłuwam jej poduszkę, krew pokazuje się natychmiast, pobieram na pasek i już PO BÓLU. Masuję jej łapkę i idziemy do kuchni. Tam ranna porcja karmy, zjada oczywiście z wielkim apetytem. Pół godziny później przybywam z insuliną. I po sprawie :) Ta sama procedura odbywa się od 18:30. Przed dokonywaniem wpisu pobierałam jej krew, cukier po spacerku lekko poniżej normy, bo 56mg/dl (norma od 60mg/dl), ale dostała już jedzonko i za chwilę dostanie insulinę. Tak się bałam tej choroby, ale moja Sonia daje mi wiarę, że wcale nie jest tak źle, ona sobie radzi, to dlaczego ja mam sobie nie dać rady? Dopóki są strzykawki, paski, igły, insulina i jedzenie, to nie ma strachu...
 A to jest Rudi. Znaczy jego głowa i mrugające oczko :) Zakochana jestem w nim do granic możliwości. Większego pieszczocha nie widziałam, lubi takowy być, ale też sam lubi gładzić łapką ludzkie policzki, np. moje. Wczoraj był taki dzień. Leżał sobie na mnie i w pewnym momencie dotknął łapką mojego policzka, powolutku zsuwając ją w dół i tak przez 20 minut. Jak mi było błogo, chciałoby się rzec, chwilo trwaj! Ale przyszła Amelka i czar prysł ;) Wybaczam Rudiemu wszystkie podrapania, jakimi mnie wczoraj obdarzył! Warto przecierpieć :D

poniedziałek, 2 lipca 2012

Wakacyjny nastał czas. Obserwuję biegające dzieciaki i bardzo tęsknię za chwilami, kiedy ja mogłam tak biegać, wstawać skoro świt i wracać do domu wieczorem, nie przejmując się niczym, odliczając dni do wyjazdu na kolonię, która zazwyczaj odbywała się nad morzem, błogie 3 tygodnie lenistwa z rówieśnikami, bez rodziców. Pamiętam te pisane listy do rodziny na koloniach, że tęsknię, że jest tu fajnie, że jedzenie smaczne, że płynęłam statkiem i skakałam przez fale. Niby tak dawno, ale gdy tylko zamykam oczy widzę Dźwirzyno, plac apelowy, nawet pokój, w którym spałam. Pamiętam, jak wylądowałam na dywaniku u kierownika wraz z innymi dziewczynami, bo podobno w nocy zakłócałyśmy spokój i przez nas chcieli wyjeżdżać wczasowicze... Pamiętam, jak chciałyśmy uciec przez ogrodzenie na plażę podczas dyskoteki, ale w ostatniej chwili zgarnął nas wychowawca i znowu dywanik, i szlaban na wyjścia. Pamiętam, jak zatrułam się jabłkiem i prawie wyzionęłam ducha, jak spiekłam się do granic możliwości i przez 2 dni leżałam w łóżku z gorączką i niemożnością poruszania... Wtedy przynosili mi jedzenie do łóżka, co chwilę zaglądała do mnie pielęgniarka, czy aby żyję... Pamiętam poranne gimnastyki, bieganie na wyścigi po plaży... To znaczy, nikt by z nas się nie ścigał, ale na samym końcu biegł wuefista z wielkim patykiem w ręce i lał po dupskach tych, co próbowali zwalniać. Cenne wspomnienia, które pozostaną ze mną do końca życia, wraz z ukończeniem osiemnastu lat, skończyło się dzieciństwo, a tym samym prysł czar kolonii. Pełnoletni nie jeżdżą, pełnoletni muszą sami się zatroszczyć o wakacje. I tak mijały lata, a ja nie miałam już prawdziwych wakacji. Smutno. Żeby jeździć, trzeba mieć za co. Jak wiadomo w dzisiejszych czasach jest ciężko...

W ubiegłym tygodniu (poniedziałek) dostałam skierowanie do pracy z PUP. Zgłosiłam się z niezbędnymi dokumentami do placówki, w której potrzebowali pracownika. W piątek o godzinie 14:30 zadzwonili do mnie, że zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się w dniu dzisiejszym (poniedziałek) o godzinie 17:30. Ucieszyłam się ogromnie. Cały weekend poświęciłam na przygotowanie się do rozmowy rekrutacyjnej. Szlifowałam to, co powiem, żeby wypaść jak najlepiej, żeby otrzymać tę pracę. Gdy obudziłam się dzisiaj nie przypuszczałam, że lada moment wszystko się zmieni. O godzinie 9:00 zadzwoniła do mnie pani mówiąc, że rozmowa została przeniesiona na dzień jutrzejszy (wtorek) na godzinę 10:00. Wiadomo, zawsze coś może komuś wypaść, więc nie martwiłam się specjalnie, otrzymałam jeszcze jeden dzień na wyszlifowanie tego, co powiem na rozmowie. Niestety o godzinie 10 znowu zadzwoniła pani mówiąc, że rozmowy już się jednak odbyły i mi dziękują... Tsssst i iskierka zgasła... Nie pytajcie, jak się poczułam, bo tego się nie da opisać. Przez parę minut siedziałam w pokoju bez ruchu a oczy zalały mi się łzami, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Oszukano mnie. Takich rzeczy się nie robi, jeżeli kogoś się zaprasza na rozmowę nie odwołuje się tego ot tak, tłumacząc, że rozmowy się odbyły. Odbyły? Jak to, a ja? Przecież do mnie też dzwoniliście i zapraszaliście na spotkanie, dlaczego nagle wszystko się zakończyło? I kiedy miały się te rozmowy odbyć, jak w sobotę i niedzielę firma, do której aplikowałam nie posiada nikogo z administracji? Nie wiem, czy kiedykolwiek dostanę odpowiedzi na te pytania, pewnie nie. Dają ludziom nadzieję, ci bardziej ambitni, którzy chcą wypaść jak najlepiej ślęczą dnie całe nad tym, aby dobrze  sprzedać swoje umiejętności i co dostają w zamian? Wielkie G. Tak się nie robi, nie w przypadku zaproszenia na rozmowę, co innego, gdyby się w ogóle nie odezwali, nie byłoby mi tak bardzo przykro, jak jest teraz. Czuję się, jak śmieć, dosłownie. Pewnie nim jestem, skoro pasożytuję.  Tracę wiarę w cokolwiek,  jak mam nie zniechęcać się niepowodzeniami, jak mam żyć, skoro nie mam  do tego środków? A chory pies? Mam ją ot tak po prostu zabić, bo mnie nie stać na jej leczenie? Nie wystarczająco dużo przeszłam przez całą chorobę? Ten ból, to cierpienie, te wylane łzy? To stoczenie się na samo dno? Czym sobie zasłużyłam? Nie ogarniam tematu, nie chcę mi się oddychać, jak długo jeszcze mam robić dobrą minę do złej gry? Jestem tym zmęczona, mam dość.

wtorek, 19 czerwca 2012

Jeszcze na truskawkowo! Smakowite śniadanie, które musi zrekompensować mi ostatni czas...

Niech mnie ktoś zabierze, przytuli, czy cokolwiek. Po prostu nie wydalam.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Myślałam, że będzie łatwiej, że psia cukrzyca jest do opanowania, jednak im dłużej mam w domu chorą, tym bardziej zaczynam sobie zdawać sprawę, że żartów z tym paskudztwem nie ma. Leczymy się już szósty dzień z mniejszym lub większym skutkiem... Sonia według weterynarz miała dostawać 14j.m. Caninsulin, jednak zmniejszyłam jej dawkę o 1 j.m., gdyż wydawało mi się, że 14j.m. będzie zbyt dużą wartością, poza tym przeszła dwa bardzo niskie poziomy cukru, w czasie podawania w/w jednostki, które objawiły się hipoglikemią (zbyt niski poziom cukru we krwi). Bałam się, że nie poznam symptomów, ale nie dało się nie zauważyć innego zachowania psa. Najpierw plątała się po domu z kąta w kąt, później doszły niekontrolowane odruchy pyska, łapy nie chciały z nią współgrać, wiedziałam, że coś jest nie tak. Badanie glukometrem pokazało cukier na poziomie 45 mg/dl. Norma od 60-120 md/dl. Szybko rozpuściłam glukozę i dałam Sonii, wypiła dwie łyżeczki. Po kilku minutach jej stan zaczął się poprawiać. Zmierzyłam cukier, który wzrósł do 92 mg/dl. Dostała troszkę jedzenia i tak przetrwała do godziny 13:00, później miała obiad. Po 6-8 godzinach, kiedy  insulina znajduje się w szczycie działania, cukier kształtował się na poziomie 200 mg/dl. U psów cukrzycowych taki wynik jest dobry, niestety na wieczór skoki są większe, do 500 mg/dl. Od dwóch dni cukier z rana jest wysoki, powyżej 400 mg/dl... Mam wrażenie, że lepiej byłoby dawać jej dawki po połowie, czyli rozdzieliłabym insulinę na rano 6j.m., i po 12 godzinach kolejne 6j.m., tym sposobem z rana cukier powinien być niższy. Problemem jest tylko fakt, że wieczorny szczyt działania przypadłby na godzinę 1 - 3 w nocy, mogłabym przegapić nocną hipoglikemię, która niezauważona prowadzi do szybkiej śmierci zwierzęcia. Sonia kolację je, więc pewnie nie miałaby powikłania, ale tak naprawdę ta choroba jest nieobliczalna i nie mogę tego wiedzieć na 100%, że nic złego by się nie wydarzyło.Poza tym, nie jestem też w stanie wstawać codziennie w nocy, żeby mierzyć jej poziom cukru, nie mam siły po całym dniu spędzonym w pogotowiu. Boję się gdziekolwiek wyjść w obawie, że gdy mnie nie będzie Sonii coś się stanie. Jej leczeniem zajmuję się tylko ja, nie wiem, czy mama by sobie poradziła. Wiele razy tłumaczyłam jej, co należy zrobić, kiedy cukier jest zbyt niski, ale ona i tak po 10 minutach zapomina. Poza tym, ona psu cukru nie zmierzy, bo nie potrafi obsługiwać się glukometrem, zresztą kłucie Sonii też do łatwych nie należy. Nakłuwacz nie powinien jej sprawiać bólu (próbowałam na swoich palcach), ale mój pies jest z natury strasznie niepokorny i nie da sobie robić krzywdy. Wiele razy na mnie kłapała, zaliczyłam parę wbitych zębów w rękę, ale cóż mam zrobić, muszę jej cukier sprawdzać. Ile razy się popłakałam przy pobieraniu, to tylko ja wiem. Tak bym chciała, żeby wszystko było po staremu, żeby tej choroby nigdy nie było, żebym mogła bez obawy wyjść z domu i nie myśleć o mojej biednej czworonożce. Teraz sobie smacznie śpi o 7 zjadła śniadanie, dostała insulinę. Powinnam jej zmierzyć cukier po śniadaniu, ale jeszcze czekam, nie chcę żeby miała mnie za tę złą, niedobrą pańcię, która robi jej krzywdę. Żeby tego było mało,  jeszcze wczoraj brat tak mnie zdenerwował, że głowa mała. Jego córka zachorowała, angina ropna czy coś, nie chce mi się w to wierzyć, bo widziałam dziecko, miała gorączkę, ale mówiła, że nic ją nie boli. Wiem, jak objawia się angina ropna, wiele razy przechodziłam. Gardło jest jak ostry oset, nie da się przełykać, nie da się funkcjonować, no ale dobra - ma anginę ropną. Dostała od lekarza syropki, których oczywiście nie chce pić! W każdym razie, dostałam wczoraj od niego telefon, żebym dzisiaj wpadła do bratanicy, bo jej babcia (Amelki mamy mama), nie wytrzyma z nią 8 godzin. Pytam się go, o której to ma być, bo nie dam rady siedzieć długo z małą, gdyż mam w domu chorego psa, którego nie mogę zostawić na ileś tam godzin, tym bardziej że moja mama wychodzi o 13 do pracy... Wystarczyło, że powiedział dwa zdania i mu rzuciłam słuchawką. Najpierw tekst, "pierdol psa", a potem "pies jest ważniejszy od mojego dziecka?" Tego już było dla mnie zbyt wiele. Pies jest ze mną od 10 lat jest  członkiem rodziny jest kimś ważnym nie tylko czworonożną zabawką... Amelka? Jest tak samo ważna, jak Sonia, ciosem poniżej pasa były wysunięte przez niego zarzuty. Nie stawia się na szali dwóch miłości mojego życia, o nie! Podziękowałam mu za te słowa i odłożyłam słuchawkę. Oddzwonił z jeszcze większymi pretensjami. Próby moich tłumaczeń, że mogę przyjść w czasie, kiedy mama jeszcze nie pójdzie do pracy spełzły na niczym, bo rzucił mi słuchawką kończąc, że wynajmie sobie nianię...  I jak tu żyć, powiedzcie mi? Gdzie mam uciec, żeby móc funkcjonować? Dlaczego są równi i równiejsi? Amelki babcia nie może się przemęczać i nie wytrzyma z dzieckiem 8 godzin tylko będzie siedzieć w kuchni i jeść lub nie wiem, co tam jeszcze, a ja będę zabawiać dziecko? Tak to powinno wyglądać? To ciocie, czy babcie powinny poświęcać najwięcej czasu wnukom? A tfu - to rodzice w pierwszej kolejności powinni poświęcać czas swoim dzieciom! Amelki mama jeszcze nigdy nie wzięła sobie zwolnienia, gdy dziecko zachorowało, to teraz by nie mogła? Chociaż 2 dni?  A gdzie w tym wszystkim moja osoba? Gdzie jakaś wdzięczność za codzienne wczesne wstawanie i odprowadzanie dziecka do przedszkola, gdzie głupie słowo "dziękuję" za wielokrotne przyprowadzanie, spędzanie czasu gdy ją podrzucali na dobre kilka godzin? Oni mają czas na wyjście, picie i wszystko inne, co pozwala  im być  bez dziecka, a ja? Ja jestem ta od przynieś, wynieś, pozamiataj, a jak się stawiam to wielka obraza majestatu, bo przecież ja nie powinnam mieć własnego życia, powinnam tańczyć, jak zagra mi wielmożny brat... Zupełnie go nie znam, to nie jest brat, którego miałam dawno temu, tamten skoczyłby za mną w ogień, ten tylko próbuje mnie wykorzystać, pozbawiając swojego życia i sprawiając, że każdy nowy dzień budzi w mojej głowie jedno zdanie - CHCĘ STĄD UCIEC!!!  Gdyby jeszcze to życie układało się w jakimś pozytywnym kierunku, to może jakoś bym to znosiła, ale nie. Wszystko jest nie tak, brak perspektyw, brak pracy, brak wszystkiego. Nawet nie liczę, ile aplikacji wysyłałam do pracodawców, zero odzewu. Coraz częściej wydaje mi się, że w tym kraju zatrudnienia nie znajdę, praca jest - owszem, ale musiałabym zmienić sobie płeć! Nie takie chciałam mieć życie, chciałam być szczęśliwa, nie jestem i raczej nie widzę szansy, że kiedykolwiek się to zmieni. 

Dobrze, że w jakimś tam stopniu mogę jeszcze odpocząć na rowerze, ostatni weekend pozwolił  na chwilę nie myśleć o tym wszystkim. Wybawcą  Kisioł - dzięki wielkie.

wtorek, 12 czerwca 2012

I znowu pada deszcz, który przytrzymuje człowieka w domu. Właściwie to i tak nigdzie praktycznie nie wychodzę, coby się spotkać z ludźmi, więc nie powinna taka aura mi przeszkadzać, a jednak. Chciałabym w końcu normalne słoneczne dni, w których każdy dzień witany byłby z radością taką, jak zawsze. Chciałabym znów mieć plany na poszczególne godziny, wiele rzeczy bym chciała, ale wiem, że części z nich już nigdy nie doświadczę. 

Po wielu kombinacjach mam glukometr dla Sonii. Lekarz przepisał tacie receptę na paski. 44 zł. Później będę zamawiała paski na allegro, wyjdzie połowę taniej. Ponieważ strzykawki insulinowe jeszcze do mnie nie dotarły, nie mogę podawać Sonii insuliny, dlatego glukometr będzie idealnym monitorem dla jej glukozy. Zanim go użyłam miałam nadzieję, że wynik będzie w normie, że te badania krwi, które miała robione u weterynarza podniosły wartości w warunkach stresowych... Niestety. Cukier u Sonii przed jedzeniem wyniósł 445, gdzie norma od 120-245 (dla tych pasków). Dobrze, że mam karmę, która jej go troszkę obniży, ale to i tak jest niedobrze. Widzę, że Sonia nie ma ochoty na nic, chociaż nie pije dużo. Sama już nie wiem, co to z nią będzie, czy sobie poradzę  z jej leczeniem? Może bym i sobie poradziła, gdybym nie miała mamy, która wiecznie bagatelizuje każdy problem. Co z tego, że ja ją karmię odpowiednim jedzeniem, jak ona non stop jej coś podtyka mówiąc, że to jej nie zaszkodzi! Dzisiaj się wystraszyła, gdy jej przeczytałam wynik, może to ją czegoś nauczyło. Jeżeli chodzi o badanie glukometrem, to wcale nie było prosto, bo jak mam ukłuć własnego psa igłą w ucho tak, żeby nie sprawić jej bólu? Płakałam normalnie przy tym. Sonia była w jeszcze większym stresie, co oczywiście mogło zafałszować wynik. Koniec końców nakłułam jej poduszkę i krew poleciała na pasek... Uff! Czuję się taka zła i niedobra...

piątek, 8 czerwca 2012

A jednak cukrzyca. Sama nie wiem, dlaczego miałam złudzenia, że to może wcale nie ona jest przyczyną polidypsji  i poliurii, która od pewnego czasu występowała u Sonii. Badania wyszły źle.  O ile z morfologią jest wszystko w porządku, o tyle z biochemią już nie. Mocznik 55 (20-45), Aspat 79 (1-45), Alat 115 (30-60), Glukoza 297 (70-120), Fosfataza alkaliczna 186 (20-155). Jak widać wątroba Sonii nie pracuje prawidłowo. Została zniszczona przez niewłaściwe odżywianie, które przyczyniło się do rozwoju cukrzycy. Oczywiście jest to po części naszą winą, dlaczego po części? Otóż, gdy Sonia była młoda, usunęliśmy jej macicę, żeby nie miała cieczki a tym samym nie przechodziła na starość katorgi związanej z powstawaniem guzów. Chcieliśmy ustrzec ją przed nowotworami wiedzieliśmy, że suki, które nie miały młodych bardzo często zapadają na różne poważne choroby układu rozrodczego. Operacja przebiegła pomyślnie, Sonia szybko wróciła do normy, ale weterynarze nie powiedzieli nam, że po sterylizacji trzeba psa karmić specjalną karmą, które zapobiegnie nadwadze i problemom hormonalnym, które zaczną występować po usunięciu macicy. Z roku na rok Sonia zaczęła przybierać na wadze. Kontrole weterynaryjne przy szczepieniu nie wnosiły nic nowego. Weterynarz informował nas, że pies jest za gruby, na pytanie czym mamy ją karmić, odpowiadał że wszystkim, tylko trzeba zmniejszać jej ilości... Sonia szybko dobiła do 16 kg, gdzie norma dla niej wynosi 10kg. Nie było rady na nią, faktem jest, że lubiła sobie zjeść, że dla ciacha, czy czekolady dałaby się pokroić żywcem, że jej oczy gdy widziały piwo, przesłaniały się łzami  radości... Pewnego razu ukróciliśmy jej dostęp do słodkości i napojów alkoholowych. Zamiast tego dostawała przekąski dla zwierzaków. Jakoś funkcjonowała, wszystko do czasu, kiedy zaczął się problem z nadmiernym spożywaniem wody. Weterynarze w lecznicy, w której leczyliśmy psa nigdy nie wpadli na to, żeby zrobić badania krwi, żeby sprawdzić, co może być przyczyną jej nadwagi, że tak naprawdę to może powiększona wątroba powodowała  nadmierną grubość, tym bardziej że Sonia w ostatnim czasie nie jadła dużo. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęła spożywać dużo wody i nocne utrzymywanie moczu graniczyło z cudem. Badania krwi pokazały w jakim stanie są jej narządy wewnętrzne. Weterynarza oczywiście zmieniliśmy. Odkąd się dowiedziałam, że mój pupil ma cukrzycę, spędziłam wiele czasu przy komputerze, zgłębiłam tajniki leczenia zwierząt z cukrzycą, stałam się biegła w tym temacie. To ode mnie zależeć będzie, jak długo Sonia pożyje. To ja będę badać jej cukier, to ja wykonam zastrzyk z insuliną, to ja zacznę ją karmić. Boję się tego, bo wiem, jakie powikłania mogą wystąpić... Specjalistyczna karma dla psów z cukrzycą zakupiona. Cena duża. 65 zł za 1,5 kg karmy. Do tego karma puszkowa 410g za 11 zł. 100 strzykawek insulinówek U40 - 35,50 zł - jeszcze zamawiane przez internet, bo niestety w aptekach już nie ma, gdyż od dawna ludzie wstrzykują sobie lek za pomocą penów. Niestety u psów się taka opcja nie sprawdza. Insulina wieprzowa  Caninisnulin w dawce 0,2 ml. Sonia będzie miała robiony zastrzyk jeden raz dziennie - koszt 30 zł i nie wiem na jak długo to wystarczy. Insulinę dostanie w przyszłym tygodniu, bo strzykawki jeszcze nie przyszły.  Najgorszy problem mamy z glukometrem, bo w aptece owszem jest, ale nie można go kupić. Cukrzycy otrzymują go za darmo, trzeba mieć tylko receptę na paski. No dobra, a jak się ma to do psów? Nijak. Dlatego tata z misją bojową udaje się we wtorek do rodzinnego lekarza, coby mu przepisał receptę na paski i tym sposobem dostanie glukometr. Mam nadzieję, że nie będzie problemu, tata ma podwyższony cukier, więc jakby nie było glukometr jest potrzebny. Rodzinny jest w porządku, mam nadzieję, że nam pomoże. Do tego wszystkiego Sonia bierze lek na wątrobę, witaminy etc. Wstaję o 6:00, wychodzę z nią, o 7:00 daję jej pierwszy posiłek, następny po 8 godzinach i na wieczór trochę, jako że Sonia nie wytrzyma wieczorem bez karmy. Tak jest nauczona, nie mogę tego zmieniać. Mam nadzieję, że do przyszłego tygodnia przyzwyczai się do takiego żywienia, nie będzie miała wyjścia, bo zanim wstrzyknę jej insulinę, musi zjeść. Oczywiście nie będzie jechać na samej karmie, bo byśmy nie wydolili finansowo, urozmaicę jej posiłki, ale będą one już zdrowe! Mama nie będzie miała dostępu do żywienia Sonii. 

Się rozpisałam. Boję się tego co będzie, ale mam nadzieję, że Sonia pomoże mi powalczyć o swoje życie. Trzymajcie kciuki.

Zmykam na Kokoko Euro Spoko ;)

wtorek, 5 czerwca 2012

A jednak cukrzyca :(
Od piątku zaczynamy walkę o godne, bezbolesne życie mojej czworonożki. Insulina i robienie zastrzyków stanie się dla nas (mnie i Sonii) codziennością. Do tego odpowiednia dieta, która będzie troszkę kosztować, jako że przejdziemy na specjalną karmę przeznaczoną tylko dla psów z cukrzycą. Żegnajcie zupy i przekąski, które występowały u Sonii na porządku dziennym.
Podobno pies upodabnia się do właściciela, a może jednak to właściciel upodabnia się do swojego czworonoga? Kto to wie, wiem jedno, że ja i Sonia wcale się od siebie nie różnimy. Mamy tyle cech wspólnych, że głowa mała. Kiedy się o tym dowiedziałam? Wczoraj. Poszłam z nią do weterynarza, zrobić badania krwi ponieważ nadal bardzo dużo pije i sporo schudła. Dawno temu była sterylizowana, więc na pewno macica nie jest temu winna i boję się, że może mieć cukrzycę. W każdym razie, wszystko było w porządku do momentu, gdy próbowali jej pobrać krew. Dostawali się do żyły, ale czerwona substancja nijak nie chciała lecieć. W tylnej łapie to samo. Męczyli się ponad 20 minut, zanim odpowiednia ilość krwi znalazła się w probówkach. Sonia swoje wycierpiała, bo takie pobieranie krwi boli, do tego ogolili jej łapy, coby mogła się od innych psów odróżniać. Kto śledził moje wpisy wie, gdzie tkwi analogia pomiędzy mną a nią, a kto nie wie, o co chodzi, to trudno. Zapłaciłam 60 zł, zaniosłam próbki do laboratorium  i dzisiaj będzie wynik. Nie wiem, czego się spodziewać. Jej pragnienie nie jest normalne, psy nie powinny tyle pić, nawet przy wzmożonych upałach. Nie przesypiam przez nią nocy, bo muszę wstawać na siku inaczej by nie wytrzymała. Jestem przemęczona, ale czego się nie robi dla swojego najlepszego przyjaciela. Właściwie tylko ona mi została, nie wyobrażam sobie bez niej dalszego życia. Pustka byłaby nie do zniesienia, jeszcze nie teraz. 

Poza tym wszystkim, to jakoś przędę. Przyzwyczaiłam się do tego, co przynosi mi każdy dzień, chociaż czasami bywa bardzo trudno. Zakończył się  pewien etap i wiem, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Ciężko się z tym pogodzić, ale czasami nic na to nie można poradzić. Najgorsze to wpychać się tam, gdzie już nie ma miejsca, dlatego nie zamierzam tego robić. Schowam się pod swoją miotłą gdzieś w zakurzonym kącie i cichutko, nie przeszkadzając nikomu będę sobie żyła.

wtorek, 29 maja 2012

Nie potrafię już tutaj pisać. Wiele razy chciałam coś skrobnąć, ale mi nie wychodziło. Straciłam jakby zdolność prowadzenia bloga. Wypalenie całkowite. Szkoda, bo nie chciałam tego, chciałam mieć to swoje miejsce, w którym mogłabym pisać, wyżalać się i planować, ale nie umiem już tego robić. Nie wiem, czy to zmęczenie materiału, czy monotonia życia, czy co innego. Gdy tak patrzę na archiwum i czytam sobie starsze wpisy, kręci się łezka w oku. Mogę śmiało napisać, że w przeszłości były dobre czasy, bo coś w tym moim życiu się działo, a teraz nie ma nic, zupełna pustka, wegetacja. Jak coś zmienić, nie wiem, brakuje pomysłów.

wtorek, 15 maja 2012

Od wczoraj jestem osobą bezrobotną. Jupi! Może dziwi was to, że się cieszę, ale po tylu latach chorowania, fajnie jest żyć w poczuciu, że już za niedługo wszystko wróci do normy, rejestracja w PUP była tylko pierwszym krokiem. Oczywiście nie obyło się bez drobnych problemów, ale koniec końców - udało się. Pozostaje tylko znaleźć ciekawą pracę i do boju! Nie jest też tak do końca kolorowo, bo zarejestrowałam się w urzędzie nie wiedząc, co mi powie hematolog. Wizyta wypada dopiero na 26 maja, niestety wcześniejsze terminy przepadały ze względu na nieobecność pani doktor. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli.


LFO 2012! Tak naprawdę słowa nie oddadzą tego, co było mi dane zobaczyć na stadionie MOSIRu. Nie ważne, że było zimno, wcale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Stałam zahipnotyzowana, oddawałam się muzyce. Łzy w oczach, ciarki na całym ciele... Byłam dumna, że mogę uczestniczyć w tak pięknym wydarzeniu. Peter Gabriel po raz kolejny pokazał mi jak świetny jest w tym, co robi. Nie zapomnę jego koncertu do końca życia. Piękna, inna muzyka, bo w wykonaniu orkiestry do tego słowa utworów trafiające w serce, prawdziwe, napisane przez życie. Wspomnienia pozostaną na zawsze i to, że mogłam go widzieć na żywo. Niczego więcej mi nie potrzeba...

Mała namiastka tego, co działo się w sobotę. Przy tym kawałku z nieba zaczął padać deszcz, a my oczami wyobraźni widzieliśmy, że ten deszcz był... czerwony!

sobota, 12 maja 2012

Co by tu. 

Pogoda się psuje, wiadomo weekend, nie powinno mnie to dziwić. Life Festiwal zbliża się wielkimi krokami, szkoda troszkę, że nie będzie słonecznie. Mam nadzieję, że w dniu jutrzejszym, kiedy wystąpi Peter Gabriel deszcz nie spadnie, może artysta swoją muzyką rozgoni całe zło, gromadzące się na niebie. Deszcz (gdyby jednak padał) nie będzie mi przeszkadzał w niczym, bo być na koncercie Petera Gabriela było moim marzeniem i to marzenie się spełnia - chociaż jedno. 

Poza tym, to jak zwykle borykam się z wieloma problemami, które w mniejszym lub większym stopniu nie pozwalają mi normalnie funkcjonować. Pisanie nie pomaga w pozbyciu się ich, więc nie ma co zaśmiecać tego świata, smutnymi literkami układającymi się w zdania.  

I tak już dzień za dniem...
 


niedziela, 6 maja 2012

Milczenie -  rzeczywistość. Zamknięta w świecie, własnym świecie, nigdzie indziej nie pasuje - tak jej się wydaje. Niby wśród ludzi, ale osobno. Czasami się odezwie, ale jakby nikt jej nie słyszał. Ona słucha,  ale to słuchanie nie  ma pozytywnych stron, bo czuje, że większość tego, co zostało powiedziane jej nie dotyczy. Wyciąga wnioski, widzi koniec. Dlatego czyta książki, dużo książek. Pochłania każde napisane słowo. Lubi czytać, lubi tak spędzać czas, wyciszona pokonuje z bohaterem kilometry. Pływa, wspina się, jeździ. Uwielbia pobudzać swoją wyobraźnię jest to jedyna rzecz, na którą ma wpływ. Wtedy nie potrzebuje namacalności... niczyjej. Takie chwile jednak nie trwają wiecznie, zawsze przychodzi  moment, w którym z jej oczu płyną łzy. Nadwrażliwość? Nie. To smutek, który wychodzi z każdej części jej ciała, to tęsknota za odrobiną szczęścia, za uśmiechem, za dobrymi chwilami i beztroską. Potrzeba jej stabilności, świętego spokoju, poczucia bezpieczeństwa w świecie, w którym aktualnie przebywa. Kiedyś dawał jej to jednoślad, teraz i on nie wystarcza. Może na nim uciec, ale tylko na chwilę, poza tym każdy przejechany kilometr, wywołuje tęsknotę i łzy. Spod okularów jednak tego nie widać, zresztą jest sama i może płakać. Tylko, że ona tego nie lubi, bo wie, że dzieje się z nią coś niedobrego,  takim sposobem nigdy nie dojdzie do równowagi, której tak bardzo potrzebuje... Ech, życie. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ona to wie, ale dlaczego czasami musi być tak ciężko?  Czy kiedyś znowu będzie mogła cieszyć się każdym, nowym dniem? Czy zobaczy sens? Powiedziała mi, że ma taką nadzieję, że jest w niej iskierka, która nie chce zgasnąć.


niedziela, 29 kwietnia 2012

Ktoś, kiedyś mi tutaj napisał, ta osoba chciała za wszelką cenę zniszczyć mój świat, że jestem pasożytem i żeruję, że mam się wziąć do roboty, a nie ściemniać... Te słowa padły dawno, ale do dzisiaj mam w sobie poczucie niesprawiedliwości w ocenie mojej osoby. Gdy sypie się życie, to na całego, nikt nie lubi tracić gruntu pod nogami, prawda? Ja czuję, że nie mam jak ugryźć moich problemów, że nie jestem w stanie zrobić coś z niczego, no bo niby jak? Wiara, którą posiadam nie sięga tak daleko, zaufanie? Nie wiem, co to jest, dawno temu przestałam używać tego słowa. Budzę się rano i nie mam tej radości, którą miałam wcześniej. Dzień leci, ja w nim funkcjonuję, wykonuję wszystko niczym zaprogramowany automat. Dzień się kończy, zasypiam i mam nadzieję, że jutro będzie lepsze nastawienie, tymczasem nowy dzień jest taki, jak poprzedni. Mało w nim uśmiechu, a jeżeli nawet się pojawia to jest sztuczny. Można założyć maskę, że wszystko jest niby ok, ale na dłuższą metę tak się nie da funkcjonować. 

Moja choroba się przedłuża. Krtań puszcza, aczkolwiek nie jest tak, jak być powinno. Antybiotyki nie pokonały choroby. Najgorsze, że skończyło mi się ubezpieczenie i nie mogę udać się do rodzinnego po nowe leki. Muszę się zarejestrować w urzędzie pracy, żeby mieć papierek, który pozwoli mi leczyć się na koszt NFZ. Jednak nie jest lekko. Pisałam o moich wynikach, o płytkach krwi, które były zbyt niskie. Musiałam badanie powtórzyć. To, co zobaczyłam po odebraniu badania, zdołowało mnie maksymalnie. Sama już nie wiem, co bardziej bym wolała, czy mieć niskie PLT, czy inne WBC, RBC i rozmazy. Jedno i drugie zwiastuje nieprawidłową pracę szpiku kostnego. W ostatnich wynikach PLT są w normie - generalnie poprzednie badanie było nieprawidłowe z tego względu, że krew w probówce zbyt długo była przetrzymywana, było jej mało i w ogóle pani pobierając krew nie wykonała tego profesjonalnie. Jak pisałam PLT mam w normie, ale białe krwinki, czerwone krwinki poniżej norm. To samo rozmazy i inne. RBC niewiele poniżej, ale WBC mam 2800, gdzie norma jest od 4000. Jak tłumaczyła mi hematolog w momencie wystąpienia choroby, szpik kostny jeżeli działa prawidłowo powinien zacząć wyrzucać więcej WBC, to oznacza, że działa prawidłowo. U mnie w trakcie choroby nastąpił spadek, oznacza to, że organizm nie broni się tak, jak powinien. Mam już umówioną wizytę u hematologa, jednak dopiero 10 maja. Niech w końcu zacznie mnie pani doktor leczyć, a nie czekać aż organizm się sam zmobilizuje, bo w przypadku leukopenii nie ma takiej możliwości. Robiłam wszystko, żeby podnieść parametry, ale nic to nie dało, zdrowe odżywianie nie ma nic wspólnego z wyleczeniem się z leukopenii. Potrzebuję leków. Nie wiem, co mnie czeka, ale ostatnio nie mam siły na nic, na rowerze nie pamiętam, kiedy jeździłam, kiedyś mogłam chodzić cały dzień po mieście, teraz na samą myśl zaczynają boleć mnie nogi. Cały dzień mogłabym przespać, moje stany emocjonalne mnie zabijają. Strasznie to  męczące. Walczę też z aftami w buzi, których mam ze 3 i bolą straszliwie, jedzenie sprawia ból, walczę też z jakimś badziewiem na plecach, swędzące ropne wypryski, których nijak nie mogę wyleczyć.  Normalnie szlag!

Wracając do możliwości rejestracji w PUP.  Boję się, że nie będą chcieli mnie zarejestrować z takimi wynikami, ale póki co odrzucam tę myśl i czekam do 10 maja, wtedy myślę będę wiedzieć więcej i może troszkę niepokoju ze mnie zejdzie. 

Idzie długi weekend. Właściwie to nic mi z niego. Trzymajcie się.

środa, 25 kwietnia 2012

Niedziela - poniedziałek - środa.

Zero poprawy, wczorajsza kulminacja samopoczucia zmusiła mnie, aby w dniu dzisiejszym zameldować się u lekarza rodzinnego. Od niedzieli towarzyszyła mi wysoka temperatura ciała, która owszem znikała przy braniu leków, ale nie całkowicie, a potem znowu następował jej wzrost. Męczyło mnie to potwornie, zaległam w łóżku na 24 godziny. Non stop spałam i nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Łudziłam się jeszcze, że może leki, które tata zakupił dla mnie bez recepty zaczną w końcu działać, ale niestety... Dzień wczorajszy i noc, kiedy to prawie udusiłam się z powodu  zatkanego nosa, wysłał mnie w trybie natychmiastowym do rodzinnego. Mam zapalenie krtani i oskrzeli. Dostałam silny antybiotyk, syropy, lek osłonowy i przeciwgrzybiczny. Dodatkowo mam zalecone ścisłe łóżko, zakaz mówienia. Biorąc pod uwagę, że prawie nie posiadam głosu, wcale mi to nie przeszkadza. Nienawidzę chrypek! Ludzie się śmieją, że musiałam nieźle popić. Szkoda, że każdemu brak głosu kojarzy się tylko z jednym. Pamiętam, że od zawsze pierwsze, co mi chorowało to była krtań, taki już mój urok. Oskrzela wyszły przez przypadek. No nic, mam nadzieję, że powolutku zacznę zdrowieć. Szkoda byłoby przeleżeć długi weekend. Co więcej? W sobotę mam wizytę u hematologa. Musiałam dzisiaj zrobić morfologię. Jak zwykle były problemy. Pani pobierająca krew nie mogła dostać się do żyły. Po wkłuciu pękała, a jak nie pękała to nie chciała dawać krwi. Tym sposobem mam na sobie 4 pokaźne krwiaki, obrzęk i ból. Pani skwitowała taki stan rzeczy tym, że mam twarde żyły przez ćwiczenia, dodatkowo zrosty robią swoje. Dlatego każde wkłucie sprawia mi ogromny ból, podobno osoby, które nie ćwiczą tego nie mają. Dobrze wiedzieć. Na dodatek, pobranej krwi było tak mało, że do badania musiała pójść w malutkiej probówce dla noworodków i tak samo musieli ją badać, dlaczego? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Wynik mam już w ręce. Białe, czerwone krwinki w normie. hemoglobina, HCT również, za to rozmazy tragiczne i płytki krwi. Te ostatnie grubo poniżej normy. Nie stresuję się, bo hematolog na pewno wytłumaczy mi taki stan rzeczy w jakiś pozytywny sposób i nie każe się martwić. No, to tyle, zmęczyłam się nieco. Bywajcie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Ogarnął mnie brak chęci do życia, bez sensu, brak jakiegokolwiek spełnienia się. Wydaje się, że wszystko, co mogłam osiągnęłam i nie widzę perspektyw na dalszy swój żywot. Jestem chora, czuję się fatalnie, boli mnie każde miejsce na ciele. Mam wysoką gorączkę i generalnie nie chce mi się tu być.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Nie było mnie troszkę, to teraz nadrabiam ;)

Wczoraj na blogu Zim, czytałam o jej udającym psie, dzisiaj sama doświadczyłam wielkiego ściemniania mojej czworonożki. Sonia ma troszkę nadbagażu, ma też 12 lat, wyciętą macicę i bardzo pogodny pysk. Oczy jej są tak maślane, szczególnie, kiedy czegoś chcą, że nie sposób jej nie dać. Nie stosujemy dla niej diety, ponieważ szkoda zabierać jej tego, co tak bardzo kocha - JEDZENIA! Będzie żyła krócej, ale za to godnie. Gdybym wiedziała, że po zabiegu sterylizacji trzeba psa odpowiednio odżywiać, nigdy nie przybrałaby na wadze, a tak? Już za późno na zmiany. Do czego zmierzam. W ostatnim czasie Sonia cierpi na nadmierne oddawanie moczu, spowodowane to jest wzmożonym pragnieniem. Fizycznie nic jej nie dolega, ma apetyt i jest pogodna, dlatego aż tak bardzo mnie jej stan nie martwi, poza zwiększoną liczbą spacerów w ramach sikania. Jakoś to znoszę, gorzej Sonia. Dzisiaj za oknem zrobiło się dosyć ciepło, jak zwykle wzięłam smycz i powlekłam staruszkę na lekki spacerek... Nie zaszłam daleko, gdy Sonia nagle się zaparła w sobie i nie pójdzie dalej... Proszę ją: "no chodź", a ona takie maślane oczy mi przedstawia, że gęba się sama śmieje. Niestety na nic jej maślane oczy, musiała pójść, czy chciała, czy nie. Pociągnęłam ją lekko, ruszyła! Po kilku krokach Sonia zaczęła utykać, że niby ją łapa boli. Uśmiechnęłam się i od raz do głowy przyszła mi ściemniająca Berta Zim :D Zniżyłam się, popatrzyłam Sonii na łapy, nic tam nie było, pogłaskałam ją i oznajmiłam, że ma nie ściemniać, bo i tak pójdziemy dalej. Sonia na mnie popatrzyła i ruszyła, jakby nigdy nic przed siebie z podniesionym ogonem. Załatwiła potrzeby (obie) i po  urazach nie było śladu, rzuciła się nawet za kotem. Uwielbiam tę moją psinę :)

środa, 18 kwietnia 2012

Tatry Zachodnie, Dolina Chochołowska, Krokusy.


Tak w skrócie wyglądał sobotni wyjazd. Było warto, mimo niesprzyjającej pogody, krokusy były wszędzie..., co prawda brakowało im słoneczka, ale dla mnie i tak wrażenie piorunujące. Odpoczęłam psychicznie i to najważniejsze.

Powoli wrócę do pisania.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Noszę się z zamiarem zaprzestania pisania tutaj. Po początku, zawsze musi nadejść koniec. Mimo, iż nie każdy ma do bloga dostęp, nie czuję się tutaj tak, jak kiedyś, kiedy mogłam wylać, co mi leży na sercu. Prysła magia miejsca i już nic nie będzie takie samo.  Nie będę usuwała adresu, nie będę kasowała wpisów, bo jest w nich wiele wspomnień, ale na pewno wyciszę się. Czy na zawsze, tego nie wiem, bo być może przyjdzie taka chwila, w której będę musiała wyrzucić z siebie coś, co mi doskwiera... Blog pozostanie miejscem, w którym czasami udostępnię zdjęcia z wycieczek lub innych miejsc, w których miałam przyjemność być. Trzymajcie się kochani, dzięki że byliście ze mną tyle czasu, a tym najwytrwalszym dziękuję po stokroć. Za dobre słowo, za namacalny dowód, że byliście, że zostawialiście po sobie ślad, to było ważne, dawało sens. Czas na zmiany.

środa, 28 marca 2012

Zapalenie oskrzeli. Nie, nie moje,  Amelki. Po raz kolejny, poprzednie było miesiąc temu. Co jest powodem jej zachorowań? Po pierwsze - przedszkole, po drugie - niedoleczenie poprzednich chorób, po trzecie - nieodpowiednie ubieranie w stosunku do panujących warunków atmosferycznych, więcej chyba nie muszę pisać. Kogo za to winić? Oczywiście brak odporności... Tydzień przedszkola ma z głowy. Tam teraz panuje ospa, więc nie wiadomo, czy jeszcze jej się coś nie wykluje między czasie. Jestem w lekkiej obawie, bo nigdy ospy nie przechodziłam i wolałabym nie zachorować, a wiadomo że z małą mam kontakt codzienny, teraz będzie ze zdwojoną siłą. Pogoda też ma się zmienić, więc nie będzie tak żal, że Amelka musi siedzieć w domu, miast bawić się, skakać i śmiać do woli na powietrzu. Na wszystko przyjdzie pora, miejmy nadzieję, że w okresie typowo wiosennym, te choroby przeminą, bo jak tak ma być już przez cały czas, to ja dziękuję.

2 miesiące.Tyle czasu będę mieć brata z rodziną nad sobą. Po tym okresie wprowadzają się do nowo wybudowanego domu. Swoje mieszkanie sprzedają, mają kupców, zaliczkę już otrzymali super, że im się tak udało, teraz ciężko cokolwiek sprzedać, ludzie nie mają pieniędzy na jedzenie, a co dopiero na skromne m ileś tam.

Chaotyczny wpis wiem, ale to dlatego, że jestem zmęczona dniem.

wtorek, 27 marca 2012

Bilet na Petera Gabriela kupiony!

Sobota spędzona w Beskidzie Wyspowym wraz z PTTK-iem. Piesza wędrówka, zwiedzanie Muzeum Klasztornego OO. Cystersów w Szczyrzycu. Dzień spożytkowany aktywnie z uśmiechem na twarzy. Czego pragnąć więcej? Więcej takich wycieczek :)

14 kwietnia kolejny wyjazd, tym razem Tatry - Dolina Chochołowska.

Tyle na szybko. Jak tylko dostanę zdjęcia do łapki, pokażę Wam, co działo się w sobotę. Konar, jako przewodnik sprawdził się, jego poczucie humoru rozbawiało całą 40 osobową drużynę :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Wielkie to szczęście mieszkać w Oświęcimiu, dla takiego wydarzenia muzycznego, jakie ma się odbyć  w maju - naprawdę! Na tegorocznym festiwalu dla pokoju wystąpi Peter Gabriel, człowiek którego muzyka działa na mnie paraliżująco. Nigdy nie widziałam na żywo jego show, ale to, co zobaczyłam na YT wystarczyło, żeby poczuć się jakby się było w samym epicentrum. Przyjedzie do nas z całą swoją magiczną mocą, nie tylko muzyczną, ale i wizualną, kilkudziesięcioosobowa orkiestra to musi być coś! Będzie promował swój nowy album New Blood.  Bilety pewnie będą kosztować, ale dla mnie Gabriel jest wart każdą sumę. Tak, jak musiałam być na Pendragonie, tak muszę być na Peterze. Odliczam zatem czas...


Weekend był iście wiosenny. Wykorzystany należycie, na rowerach ma się rozumieć :)

piątek, 16 marca 2012

"Najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas."

Dzień był piękny. Wykorzystałam go oczywiście rowerowo. 27 km za mną. Miałam postanowienie, że ze względu, iż dopiero się rozkręcam, nie będę się forsować tylko wybiorę trasę lekką z minimalnymi podjazdami lub w ogóle ich brakiem. Zaczęłam dosyć niewinnie, pierwszy podjazd był na obwodnicy, skręciłam w prawo w kierunku Zaborza. Kolejny podjazd to dojazd do Grojca. Tam się zwahałam, lewo czy prawo? Wybrałam lewo. Następnie były Łazy... I tam się zaczęła katorga podjazdowa, bo przy wyjeździe z Łazów pojechałam na Osiek, gdzie nachyleń mnóstwo. Dałam jednak radę, ale musiałam parę razy popstrykać manetkami. Właściwa kondycja jeszcze przede mną. Cały przejazd zajął mi 1:28. Myślę, że jak na drugi raz jest to dobry wynik.

Dlaczego taki początek wpisu? Po prostu wydarzyło się coś, co być może zaważyło na dalszej znajomości z osobą mi bardzo bliską. Nie chcę wdawać się w szczegóły, niemniej jednak troszkę zabolało, że wobec prawdy nastąpiła obojętność i spojrzenie z perspektywy własnego "ja". Wiem, że pewne rzeczy bolą, szczególnie wtedy, gdy nie idą po naszej myśli, ale nie wszystko w życiu można mieć. Nie tędy droga, tak się po prostu nie da. Nie wobec uczuć. Mam poczucie, że szczerość i przyjaźń, przestała dla tej osoby mieć  znaczenie. W sercu czuję ból z tego powodu, zawsze chciałam dla wszystkich jak najlepiej, ceniłam sobie to, co mam i nigdy nie chciałam stracić. Co przyniesie jutrzejszy dzień? Nie wiem, wiem na pewno, że pójdę na rower, który pozwoli mi nie myśleć.

środa, 14 marca 2012

"Nad wszystkim czuwa, gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu..."
Od wczoraj siedzi mi w głowie, a to za sprawą Anioła z ulicy Alternatywy 4. Mogłabym ten serial oglądać bez ograniczeń. Brakuje takiego gospodarza w moim bloku. Wczoraj na klatce schodowej wdepnęłam w taką kupę, że bym się zabiła, tak podjechałam. Obstawiam, że któryś z sąsiadów wlazł w odchody i część zostawił na klatce, pewnie nieświadomy, ale niesmak jest. Powinniśmy dbać o nasz dom, a jakby nie było klatka schodowa jest jego częścią. Niestety, coraz mniej sąsiadów, którym przeszkadza syf, ba oni sami śmiecą, i potrafią tylko skarżyć na sprzątaczkę... Jedna osoba nie ogarnie takiego terenu, nie ma opcji. 

Byłam w Bielsku. Przywiozłam zdrowe produkty żywnościowe. Nie ma u nas takich sklepów, a bardzo by się przydały. Mimo, iż ceny są większe to warto wydać kasę, dla zdrowia wszystko. Zakupiłam otręby prażone i  Amarantus ekspandowany . Ten drugi był bardzo przeze mnie pożądany, bo posiada więcej wapnia niż mleko, bo ma więcej żelaza niż szpinak, bo zawiera błonnik, którego jest o wiele więcej aniżeli w owsie. Ma więcej magnezu od czekolady , bardziej wartościowe białko niż soja i bardziej lekkostrawną  skrobię niż kukurydza. A to wszystko oplątane mikroelementami  w postaci cynku, potasu, fosforu. Szykując się na przyjście wiosny, trzeba zadbać także o swoją gospodarkę w organizmie. Czy będą tego efekty? Okaże się za niedługi czas, po wykonaniu morfologi i wizycie u hematologa. Zresztą, czuję się świetnie, nie wliczam zgrabiałych palców, które nadal posiadają bliżej nieokreślony stan chorobowy i lekkich zasmarkań. Kto by w tym miesiącu kataru nie posiadał? Niech podniesie paluszek ;) Poza tym jakoś sobie leci. Z utęsknieniem oczekuję ciepła, które  wygna mnie na rower, myślę że już za niedługo. 

poniedziałek, 12 marca 2012

Przywitana przez wschód słońca, myślała, że pogoda będzie korzystna, niestety. Zaraz po wschodzie nastąpiło całkowite zachmurzenie i nawet nie zdążyła zobaczyć słoneczka w całej okazałości. Taki już urok marcowy, byłoby grzechem psioczyć na brak korzystnej aury. Cieszy się zatem tym, co ma.


piątek, 9 marca 2012

I tak już dzień za dniem.

Późno już. Siedzę sobie w moim azylu i popijam herbatę. Taki codzienny rytuał, zwykle występujący o wcześniejszych porach. Dzisiaj jest inaczej, bo pilnowałam bratanicę. Podmieniona przez mamę, mogę spokojnie oddać się chwili, którą tak bardzo cenię. Jest to samotność, bycie tylko i wyłącznie ze sobą, skupianie się na niezbyt skomplikowanych rzeczach, brak kalkulacji dotyczących tych, czy innych spraw siedzących w głowie. Tok myślenia jest bardzo prosty, żyć i pozwolić żyć innym. Tak czynię, jednak, czy inni pozwalają mi żyć tak, jakbym chciała? Nie do końca, ale na pewne rzeczy nie mam wpływu, więc znoszę to, co ofiaruje mi los, bo rodzina jest najważniejsza, nawet jeżeli jestem wykorzystywana. Ktoś musi być. 

czwartek, 8 marca 2012

Dzień Kobiet! W tym dniu my, kobietki mamy swoje małe święto. Miło jest gdy się o nas pamięta, każdy najmniejszy gest, chociażby kilka słów napisanych sms-em daje bardzo dużo. Jednak czasami w taki dzień, jak dzisiejszy można dostać najstraszniejszy cios, który powodując spustoszenie może doprowadzić do śmierci, nie tylko psychicznej, ale także fizycznej...

... Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, otrzymałam mms-a z życzeniami od kumpla, o godzinie przed 5 rano. Mimo, iż praktycznie się nie widujemy, zawsze o mnie pamięta. Przeczytałam go, uśmiechnęłam się i zasnęłam spokojnym snem, nie na długo jednak. Kilka minut po 5 obudził mnie hałas. Usłyszałam jakby głuche uderzenie, potem dobiegł do mnie podniesiony niezrozumiały głos kobiety, a na końcu jakby ratunku... Przez chwilę pomyślałam, że dzieje się coś niedobrego, a potem doszło do mnie, że to może sąsiadce z dołu się coś śni i woła przez sen? Posłuchałam chwilę, jednak dźwięk się nie powtórzył. Nie chciało mi się wstawać z łóżka, żeby zobaczyć na korytarzu, zamknęłam oczy i obudziłam się po 6:00. Wstał też tata i od razu zakomunikował mi, że przed blokiem stoi straż miejska. Od razu doskoczyłam do okna, bo myślałam, że to może chodzi o koty, jednak było tylko auto, strażaków nie namierzyłam. Postanowiłam zaglądać co jakiś czas do okna, tak na wszelki wypadek. Tata szedł nas zarejestrować do lekarza, i kiedy był przed blokiem zadzwonił do mnie, że do naszej klatki przyjechała policja kryminalna, i żebym wyszła na korytarz zobaczyć, na które piętro pojadą. Tak zrobiłam. Winda z policjantami zajechała na III piętro pod 10. Mieszka tam rodzina, która jest bardzo zamknięta w sobie. Mąż, żona i syn. Syn jest do pogadania fajny, aczkolwiek miał drobne problemy z prawem, dlatego pomyślałam, że to o niego chodzi. Po godzinie 7:00 zadzwonił dzwonek do drzwi. Był to policjant z kryminalnej... Wiedziałam już wtedy, że te hałasy to było coś poważnego. Od razu zadałam mu pytanie, żeby mi nawet nie mówił, że komuś coś się stało... Potwierdził. Żona tej rodziny, o której pisałam, wylądowała w szpitalu w ciężkim stanie, mąż dźgnął ją nożem w klatkę piersiową. W momencie zabolało mnie serce, a głowa podpowiedziała, że nie zareagowałam, chociaż słyszałam, że coś się dzieje. Pan policjant wypytał mnie o kilka rzeczy, wziął numer telefonu i zapowiedział, że zostanę wezwana do komendy, żeby złożyć zeznania. Nikt więcej hałasów nie słyszał, wszyscy sąsiedzi spali z reguły tak bywa, kiedy występuje tragedia. Jaka to była rodzina? Jak już pisałam wcześniej, zamknięta w sobie, dziwna, małomówna. Ojciec stracił pracę przez alkohol. Kiedy odprowadzałam bratanicę do przedszkola, on szedł do sklepu po piwa. I tak kilka razy za dnia. Był strasznie flegmatyczny, widać załamany. Żonę widziałam kilka razy w życiu, chociaż mieszkają tu już bardzo długo. Cały czas w głowie siedzi mi myśl, że mogłam jej jakoś pomóc. Mogłam obudzić tatę, mogliśmy wyjść na korytarz, zejść dwa piętra niżej, zacząć dobijać się do ich drzwi, może wtedy uchronilibyśmy ją od ciosu? Wiem, że teraz za późno, ale poczucie winy mnie dobija, jednym się pocieszam, że sąsiadka przeszła operację i jej stan jest stabilny. Nie czuję nienawiści do jej męża, żal mi go strasznie, bo na pewno nie chciał tego zrobić, jednak nie mogę tego wiedzieć na 100%.

Z codzienności. Pan doktor nie wie, co to mam z tymi wałami paznokciowymi. Mówi, że to jakieś zapalenie, bo są obrzęknięte. Wysłał mnie do dermatologa. Póki, co będę czekać, może samo przejdzie? Nie chcę kolejnych lekarzy. 

środa, 7 marca 2012

Not Of This World!
Tak mnie dzisiaj nastroiło. Pendragon, to najlepsze ukojenie, rozluźnienie i spokój wewnętrzny, sama nie wiem dlaczego tak na mnie działa. Czasami potrzeba odskoczyć i w ten sposób czynię to najlepiej. Zamykam oczy i przenoszę się w głębię brzmień wydobywających się z głośników. Osiągam niebyt, przestaję przejmować się problemami. Potrzebuję takich chwil, żeby żyć, to taka  namiastka endorfinowego tlenu... Gdybym była wiatrem...




CIARY!


Wczoraj byliśmy z Konarem w PTTK, który niestety musiał zmienić siedzibę na bardziej ciasną :/ Szkoda, ale ważne, że nadal istnieje. Zapisaliśmy się na kolejne wycieczki jednoczące ludzi. Pierwsza już 24.03. Tym razem będzie to Beskid Wyspowy - Pasmo Cienia. Wycieczkę tę, poprowadzi oczywiście Konar, jako wykwalifikowany Przewodnik Beskidzki :D W programie wpisane jest także zwiedzanie Muzeum Browaru w Szczyrzycu. Fajnie, bo nigdy nie miałam okazji być w takim muzeum. Wiara jadąca na wycieczkę podobna, do tej, co była na Chrobaczej Łące. Będzie fajnie.

Poza tym, to mamy problem z bezdomnymi kotami, które mieszkają przed naszym blokiem. Administracja zrobiła im budki, żeby mogły przetrwać zimę, są regularnie dokarmiane - jest im dobrze. To znaczy było, dopóki pewien człowiek, przy którego ogrodzeniu koty się znajdują, wezwał straż miejską, żeby zrobić ze zwierzętami porządek, bo według niego, przez to koty są szczury, koty robią kupy, koty to zarazki, które mogą załapać jego dzieci... WTF? Po pierwsze, budki dla kotów znajdują się nie na jego terenie, po drugie administracja pozwoliła koty ulokować w tym miejscu, po trzecie prócz kotów, kupy robią także inne zwierzęta, po których ludzie nie sprzątają, po czwarte szczury? Czy ktoś widział, jak zachowuje się szczur, który poczuje kota? Zwiewa! Gdy miałam szczurka i przyniosłam do domu kota, to Madzia (tak nazywała się moja szczurzyca) przez 3 dni nie wychodziła z klatki. Szczury są, bo widziałam, ale nie przez blokowe koty, tylko przez syf, który znajduje się na jego posesji! Stos rur, jakiś części samochodowych, poza tym wielkie niezadbane krzaki przyciągają szczury, bo mają się gdzie schronić, ot co. Po piąte i chyba najważniejsze, gościu wcale nie mieszka w tym domu, dzieci małych nie ma! Dawno temu przeprowadził się do innego miasta. Do tego domu przyjeżdża tylko on, i to jeszcze raz za czas. Nigdy nie widziałam tam żadnego dziecka! Serce boli, jak się ma do czynienia z takimi ludźmi. Mało tego, jeden ze strażaków był po stronie tego człowieka. Nie miałam okazji uczestniczyć w sporze, bo mnie akurat nie było w domu, ale moja mama i owszem. Strażak chyba nie rozumiał, że to są bezdomne koty, że jak nie my im pomożemy, to kto? Schronisko o całej sprawie już dawno temu było poinformowane, ale nie ma miejsc, żeby można było te biedne futrzaki zabrać i ulokować. Poza tym, one są dzikie. Dlaczego ludzie tak bardzo nienawidzą zwierząt? Co one im zrobiły, dlaczego przeszkadzają? Przecież nic nie robią, siedzą tylko. Ludzie z własnych pieniędzy je utrzymują, sąsiadka traci na nie 600 zł miesięcznie, wyobrażacie sobie? Serce płakało, gdy widziało koty przy -15 stopniach na mrozie, przytulone do siebie, trzeba było dać im trochę ciepła w postaci budek... Dlaczego ten świat jest tak bardzo podły? Przecież jest ustawa ochraniająca zwierzęta, wszędzie trąbią, żeby pomóc bezdomnym stworzeniom przetrwać zimę, dlaczego na niektórych to wcale nie działa? Nie rozumiem jest mi przykro i przestaję wierzyć, że świat kiedykolwiek będzie lepszy. Będę walczyć o te koty, nie pozwolę, aby stała im się krzywda. To człowiek spowodował, że stały się bezdomne. Miasto niech się zatroszczy, żeby się nie rozmnażały, to problem będzie mniejszy. Póki są, trzeba sprawić, aby cierpiały mniej niż do tej pory! Póki, co budki stoją, strażak zrobił tylko zdjęcia. Trzeba pilnować, żeby ten podły gościu nie potruł lub nie zniszczył budek. Pilnujemy, a jemu biada, gdy skrzywdzi chociaż jednego kota. Nie daruję. Jeżeli będzie trzeba, powiadomi się nawet i telewizję, chociaż mam nadzieję, że nie dojdzie do takiej sytuacji.

Dzisiaj od rana bieganie. Głównie zakupy, po południu bratanica. Byle do końca tygodnia dotrwać. Muszę w końcu pójść do rodzinnego, raz że z wynikami, a dwa coś mam nie tak z wałami paznokciowymi, od miesiąca są strasznie czerwone i lekko napuchnięte. Nie swędzą, nie bolą, ale brzydko wyglądają. Myślałam, że to przez mrozy, ale nie, bo występują tylko na jednej ręce i to jeszcze tej zdrowej, dlatego obstawiam jakieś zapalenie, albo coś? Praktycznie cały czas mam do tego zimne palce, więc też może chodzić o sprawy krążeniowe? Nie wiem, bylebym znowu nie musiała latać po lekarzach. A może ktoś z was, nielicznych wchodzących tutaj miał podobny problem i wie, jak temu zaradzić? Nadmienię, że stosowałam już maści, kremy, włączając nawet te sterydowe, które zostały mi po leczeniu pleców i nic, zero efektu. Nie działają. Nie wspominam o cytrynach i tego typu rzeczach, bo również miałam je na tapecie bez efektów. Poniżej wstawiam zdjęcie mojej łapki, nie oddaje ono faktycznego stanu, ale czerwone mam nadzieję widać, środkowy palec, który wygląda, jakby był podgięty w rzeczywistości nie jest, to opuchlizna wału. W ogóle, moje ręce przypominają wyglądem skórę słonia, taka pomarszczona, teraz widzę :)
 Jakby ktoś miał dla mnie jakąś radę, to chętnie przyjmę i spróbuję poczynić ją na moich wałach ;)

Tymczasem uciekam i pozdrawiam mocno Kisiołka :D




niedziela, 4 marca 2012

Późno. W tle rozbrzmiewa Tomasz Budzyński, w kubku, obok komputera dymi zielona herbata, brzuszek zapełniony pysznym serniczkiem na ciepło z bitą śmietaną i czekoladą, czegoż pragnąć więcej? Na tę chwilę niczego. Dzień udany, wieczór również. Bardzo potrzebowałam takiego powrotu do normalności, poczucia że można porozmawiać o wszystkim i niczym, że można się uśmiechać i uśmiechać, i uśmiechać. Dawno nie praktykowałam. Czasami ciężko jest wyrazić słowami to, co chce się przekazać, może dlatego, że nie ma słów, które mogłyby opisać takie chwile? Myślę, że tak właśnie jest. To, co się przeżywa na swój sposób, czasami musi pozostać w nas. I dlatego nic więcej nie napiszę :) 

Dzisiaj, w godzinach przedpołudniowych, wybraliśmy się na rowery. Wczoraj wypucowałam swojego bicykla, a dzisiaj po przejażdżce zastanawiałam się, po co to zrobiłam? :D Trasa typowo off road'owa, błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Uchlapana byłam cała, ale jaka frajda to się nie da opisać :) Sezon rowerowy 2012 uważam za otwarty!!!