środa, 25 lipca 2012

Nie chcąc zaśmiecać tego miejsca jedzeniem, postanowiłam założyć drugiego bloga, w którym będę prezentować moje ukochane owsianki (i nie tylko). Tutaj, ze względu na ograniczony dostęp, nie każdy może wejść, więc drugi blog jest najlepszą alternatywą. Nie będę się tam dzielić osobistymi przeżyciami, więc może trolle mnie nie dopadną. Link do bloga ----> KLIK 
Też jest czarny, bo lubię :)

piątek, 20 lipca 2012

 "Nieprawda, że nie lubię domowników. Ja także potrafię kochać jak każde inne żywe stworzenie, ale nie bezkrytycznie. Kocham tylko tego, kto na to zasługuje. Uczuć swoich nie wyrażam w sposób głośny i teatralny. Kto nie rozumie cichego mruczenia, ten nie jest godny, by inteligentne, rozumne i obdarzone dobrym smakiem zwierzęta przywiązywały się do niego. Kto nie potrafi w milczeniu siedzieć długo w jednym miejscu, ten nie jest wart mojego towarzystwa. Kto zawsze potrzebuje brawurowych pokazów, kto nie zadowala się prostym pięknem naturalnych ruchów, ten nigdy nie może zdobyć sympatii kota. Kto żąda ciągle czegoś nowego, kto ugania się za zmiennością, za emocją, kto nie lubi spokoju, równowagi, stałości, komu wydaje się, że prawo egzystencji trzeba zawsze udokumentować czynami, kto nie widzi piękna w zadumie, ten nigdy nie będzie miał wiernego kota. Kto goni za pozornymi radościami życia do tego kot odwróci się plecami. Człowiek, którego kochają koty, nie może być człowiekiem bezwartościowym."
 Po tygodniu bycia kocią opiekunką stwierdzam, że była to sama przyjemność po mojej stronie, domniemam, że po kota również. Wyprowadziłam się z domu na te dni i powiem szczerze, że odzyskałam jako taki spokój wewnętrzny. Dzisiaj wszystko się skończy i będę musiała wrócić do szarej rzeczywistości, do blokowiska, w którym hałas jest na porządku dziennym. Mieszkanie w domu prywatnym ma swoje dobre strony, brak hałasu, jeżdżących samochodów i spokój. Można ukołysać się do snu wraz ze śpiewem ptaków, budzić się tak samo, można obserwować sarny, bażanty... Najbardziej będzie mi brakowało Rudiego, bo przez ten tydzień zżyłam się z nim, wspólne wieczory, spowite szaleństwem zabawy,  spanie w jednym łóżku, nocne budzenie i zaczepianie. Posiłki i wyjadanie mi z talerza, polowanie na muchy, komary i wszystko latające, zaglądanie do sedesu, wchodzenie do torby, ugniatanie mi nóg... I te jego oczy, w które mogłabym wpatrywać się non stop, ten puchaty ogon, ta ciekawość do świata i otaczających go przedmiotów, to picie wody z kranu i cała reszta, dla której żyłam przez ten czas. Kiedyś na pewno będę miała kota, ale chciałabym Rudiego..., żal mi go. Gdy brat z rodziną byli w domu, kot praktycznie nie jadł, bo podobno za konserwą mięsną nie przepadał, ani za suchą karmą. Prawda jest taka, że on nie miał kiedy w spokoju zjeść. Pamiętam, gdy tam przychodziłam, mokra karma leżała od paru godzin, zdążyła wyschnąć, stracić witaminy..., a dodatkowo miał ją podawaną z lodówki... Amelka go męczyła, rodzice nie reagowali, kot się chował i nie jadł. Brak słów po prostu. Ze mną kot dostawał wczesny, podgrzany posiłek - zjadł od razu. Sucha karma także zaczęła mu smakować... Karmiłam go 3 razy dziennie, nigdy nie dostał jedzenia bezpośrednio z lodówki i nigdy nie zostawił mokrej karmy... Coś w tym jest, prawda? Czyżby poczuł się w końcu bezpieczny? Nie wspomnę już o tym, że mokry pokarm może najdłużej leżeć godzinę, a w lecie to jeszcze krócej, bo muchy atakują od razu. Nie wiem, jak będzie po ich powrocie, ale nie pozwolę go męczyć Amelce, skończyło się. Kot nie jest zabawką! Tak samo powiem "bratowej", żeby dawała mu ciepły pokarm. Poznałam kocie upodobania i nie pozwolę, żeby Rudek teraz na nowo cierpiał i chował się przed dzieckiem. Rodziców obowiązkiem jest ganić córkę za niegrzeczne zachowanie, wystarczy już tego krzywdzenia zwierząt. Będę jeszcze wracać do Rudiego we wpisach, ale dzisiaj mam jeszcze dla niego cały dzień i dlatego chcę to wykorzystać...

Sonia też ma się świetnie. Cukrzycę unormowałam, zmniejszyłam nawet dzienną dawkę o 1 jednostkę. Cukry pozostają w normie, dlatego za tydzień, o ile nie będzie skoków, zmniejszę o jeszcze 1 jednostkę.

A ja? Ja to jestem najmniej ważna. Miałam zrobić badania krwi, żeby zobaczyć, jak mają się moje białe krwinki i wszystko inne, ale nie mam na to czasu i nie chcę się więcej kłuć. Chcę spokoju od lekarzy! Mam parę dziwnych dolegliwości, ale olewam. Może to nieodpowiedzialność, ale całe życie odpowiedzialna być nie mogę.

piątek, 13 lipca 2012

Ale bym pojechała w góry, wyszła na szlak, żeby wprowadzić w płuca trochę górskiego powietrza. Niestety, nie ma z kim. Konar się wykruszył, a Kisioł to już chyba  zapomniał, jak góry wyglądają :P No trudno, może kiedyś uda mi się samej gdzieś wybyć. Wystarczyłaby Hrobacza Łąka, ale znając moją dostępność czasową i zmotoryzowanie nie będzie lekko. Auto wiecznie zajęte, a rowerem ciężka sprawa, chociaż z drugiej strony, szlak nie jest trudny, gdzie bym nie wjechała, to bym rower wprowadziła. Z drugiej strony na taką wycieczkę  lepiej jechać w kupie, zawsze to więcej mądrych głów, gdyby przyszło walczyć z jakąś usterką w rowerze.

W tamtym tygodniu odbywał się u nas XIV Rodzinny Rajd Rowerowy. Pogoda dopisała, można powiedzieć że nawet za bardzo. Upał wykańczał ludzi, parę kroplówek było w ruchu, gdy starszym osobom zdarzało się zasłabnąć z odwodnienia. Ogólnie rajd był zbyt wolny, męczący z tego powodu. Ludzie nie patrzyli, jak jadą, trzeba było uważać, żeby ktoś w koło nie wjechał, bo wywrotka murowana. Jakoś przeżyłam :)

Poza małymi rozrywkami, nadal w moim życiu panuje monotonia. Ostatnio zajęłam się odławianiem małych kotków, które matka przyprowadziła pod nasz blok. Były 4, niestety chore, bo dopadł je koci katar. Zawiadomiliśmy Animals i przyjechali, żeby zabrać je do leczenia, a matkę do sterylizacji. Niestety, nie było prosto, udało się odłowić tylko 2 - te najbardziej chore. Jeden z tego, co wiem będzie ślepy na jedno oczko, choroba była dalece posunięta. Pozostała matka i 2 kociaki, najśliczniejsze tak na marginesie. Jeden czarny z niebieskimi oczami, a druga tricolorka z wielkimi oczyskami i żbikowatymi uszami. Mówię wam, można się w nich zakochać. Animalsi przyjeżdżali dzień w dzień je złapać, niestety bezskutecznie, wywoływało to u nich łzy, bo wiedzieli, że kotki małe kotki tutaj czeka marna przyszłość. Rosły, a tym samym zaczęły brykać, za dni kilka mogły wpaść pod auto, co więcej były chore, chociaż wcale się tak nie zachowywały :) Postanowiłam im pomóc. W dniu wczorajszym dali mi siatkę (taką jak na motyle, ale przerobioną na większy model), żebym mogła kociaki wyłapać. Miałam swój sposób, bo wiedziałam, że wieczorami matka z nimi przychodzi do budki. W tym widziałam szansę - jedyną. Obserwowałam przez okno, kiedy przyjdą. Po 18 się zjawiły, grzecznie weszły do budki. Niewiele myśląc, poszłam z całym ekwipunkiem do sąsiadki, która dokarmia koty i generalnie zajmuje się nimi, żeby mi pomogła. Zeszłyśmy na dół, powolutku podeszłyśmy z boku budy i w jednym momencie ja zasłoniłam siatką jeden otwór, a sąsiadka ręcznikiem przysłoniła drugi, coby kotki nie zwiały. Po chwili do siatki wskoczyła matka, niestety miała tyle siły, że nie zdołałam jej utrzymać ( brak kości w ręce dał popalić), przyłożyłam siatkę ponownie do budy, ale nie wiedziałam, czy są tam małe... Zaglądnęłam do środka i moim oczom ukazała się niebieska para ślepków, przerażonych na dodatek... Potem ukazały się wielkie oczy - tricolorka też była JUPI!!! Zadzwoniłyśmy po dziewczyny z Animals, przyjechały prywatnym samochodem, bo niestety służbowy był na interwencji i kotki zostały zabrane do lecznicy, potem pójdą do domu tymczasowego, a później czeka je adopcja. Dziewczyny mi dziękowały, mówiły że przez te kotki nie mogły spać, bo tak się martwiły o ich dalszy los. Już nie muszą, dzięki mnie. Matki niestety nie udało się wczoraj złapać, nie miałyśmy sprzętu, ale dziewczyny powiedziały, że z nią nie będzie problemu, bo zastawią klatkę pułapkę i ona tam wejdzie. Trzeba ją wysterylizować, bo za chwilę będzie chodzić z kolejnym brzuchem. Cieszyłam się, że złapałam małe, ale miałam niedosyt, bo mogliśmy mieć całą trójkę. Byście widzieli, jak ta matka na mnie patrzyła, jaki miała żal... Sąsiadka płakała, bo bardzo wrażliwa kobieta jest, mówiła, że kocia matka oszaleje z tęsknoty za kotkami, tłumaczyłam jej, że przecież w końcu musiał nadejść taki dzień, że ona sama by je prędzej, czy później zmuszała do samodzielności, one były małe, ale nie aż tak bardzo. Niestety czułam się winna, było mi kotki żal i na wieczór w ramach przeprosin wykradłam z lodówki pokaźny kawał szynki, dając kotce. Przeprosiłam ją, chociaż wiedziałam, że mnie pewnie nie zrozumie i obiecałam, że jej dzieciom nie stanie się krzywda. Dzisiejsza noc była pierwszą, którą przespałam spokojnie bez czuwania, czy czasem jakieś wandale nie spalą budek... A dzisiaj z rana? Kotka w najlepsze adoruje innego kota, ja jej dam! Niech się nacieszy wolnością, dość się namatkowała ;) Za kilka dni podejmę próbę jej złapania, jeżeli tylko zacznie nocować w budce.

No nic. Napisałam swoje i zmywam się. Za chwilkę przyjedzie do mnie Amelka i trzeba zorganizować jej czas. Jutro wyjeżdżają na wakacje, więc troszkę odpocznę. Będę zajmowała się ich kotem, ale to już czysta przyjemność :D

środa, 4 lipca 2012

Codzienna dola cukrzycowego psa. Glukometr, nakłuwacz, lancety, paski. Dysząca Sonia w tle, to dlatego że przed chwilą wróciłyśmy ze spaceru. Po niecałym miesiącu leczenia jej cukrzycy śmiem stwierdzić, że to nie ten pies. Powróciła do niej radość życia, łobuzowania i wskakiwania na łóżka tudzież swój ulubiony fotel, który musiała porzucić, kiedy dupsko było zbyt ciężkie, żeby się tam mogło wygramolić. Kilogramy lecą w dół, tylko jej apetyt ciągle pozostaje ten sam. Niestety ze stołu nie ma prawa nic dostać, mama w końcu to pojęła. Wiadomo, szkoda żebrzącego stworzenia, ale tłumaczę, że ona nie jest głodna! Jakoś to funkcjonuje, chociaż kiedyś mama coś jej dała nadprogramowo i się nie przyznała, myślała że się nie zorientuję, a przecież glukometr jest wyrocznią! Wahania cukru  były straszne, powrót do 300-400-500 mg/dl. To nie są żarty. Mama się teraz boi :) Pamiętam początki męczenia się z pobraniem krwi z łapy, a teraz? Wołam z rana Sonię ze swojego pokoju, która i tak od 6:00 czuwa, bo wie, że za niedługo będzie jedzenie, tylko... Sonia chodź, musimy zmierzyć cukier, zanim dam ci jeść..., Sonia przychodzi. Sonia, połóż się..., Sonia się kładzie, łapką nie rusza tak, jak to było wcześniej. Szybko nakłuwam jej poduszkę, krew pokazuje się natychmiast, pobieram na pasek i już PO BÓLU. Masuję jej łapkę i idziemy do kuchni. Tam ranna porcja karmy, zjada oczywiście z wielkim apetytem. Pół godziny później przybywam z insuliną. I po sprawie :) Ta sama procedura odbywa się od 18:30. Przed dokonywaniem wpisu pobierałam jej krew, cukier po spacerku lekko poniżej normy, bo 56mg/dl (norma od 60mg/dl), ale dostała już jedzonko i za chwilę dostanie insulinę. Tak się bałam tej choroby, ale moja Sonia daje mi wiarę, że wcale nie jest tak źle, ona sobie radzi, to dlaczego ja mam sobie nie dać rady? Dopóki są strzykawki, paski, igły, insulina i jedzenie, to nie ma strachu...
 A to jest Rudi. Znaczy jego głowa i mrugające oczko :) Zakochana jestem w nim do granic możliwości. Większego pieszczocha nie widziałam, lubi takowy być, ale też sam lubi gładzić łapką ludzkie policzki, np. moje. Wczoraj był taki dzień. Leżał sobie na mnie i w pewnym momencie dotknął łapką mojego policzka, powolutku zsuwając ją w dół i tak przez 20 minut. Jak mi było błogo, chciałoby się rzec, chwilo trwaj! Ale przyszła Amelka i czar prysł ;) Wybaczam Rudiemu wszystkie podrapania, jakimi mnie wczoraj obdarzył! Warto przecierpieć :D

poniedziałek, 2 lipca 2012

Wakacyjny nastał czas. Obserwuję biegające dzieciaki i bardzo tęsknię za chwilami, kiedy ja mogłam tak biegać, wstawać skoro świt i wracać do domu wieczorem, nie przejmując się niczym, odliczając dni do wyjazdu na kolonię, która zazwyczaj odbywała się nad morzem, błogie 3 tygodnie lenistwa z rówieśnikami, bez rodziców. Pamiętam te pisane listy do rodziny na koloniach, że tęsknię, że jest tu fajnie, że jedzenie smaczne, że płynęłam statkiem i skakałam przez fale. Niby tak dawno, ale gdy tylko zamykam oczy widzę Dźwirzyno, plac apelowy, nawet pokój, w którym spałam. Pamiętam, jak wylądowałam na dywaniku u kierownika wraz z innymi dziewczynami, bo podobno w nocy zakłócałyśmy spokój i przez nas chcieli wyjeżdżać wczasowicze... Pamiętam, jak chciałyśmy uciec przez ogrodzenie na plażę podczas dyskoteki, ale w ostatniej chwili zgarnął nas wychowawca i znowu dywanik, i szlaban na wyjścia. Pamiętam, jak zatrułam się jabłkiem i prawie wyzionęłam ducha, jak spiekłam się do granic możliwości i przez 2 dni leżałam w łóżku z gorączką i niemożnością poruszania... Wtedy przynosili mi jedzenie do łóżka, co chwilę zaglądała do mnie pielęgniarka, czy aby żyję... Pamiętam poranne gimnastyki, bieganie na wyścigi po plaży... To znaczy, nikt by z nas się nie ścigał, ale na samym końcu biegł wuefista z wielkim patykiem w ręce i lał po dupskach tych, co próbowali zwalniać. Cenne wspomnienia, które pozostaną ze mną do końca życia, wraz z ukończeniem osiemnastu lat, skończyło się dzieciństwo, a tym samym prysł czar kolonii. Pełnoletni nie jeżdżą, pełnoletni muszą sami się zatroszczyć o wakacje. I tak mijały lata, a ja nie miałam już prawdziwych wakacji. Smutno. Żeby jeździć, trzeba mieć za co. Jak wiadomo w dzisiejszych czasach jest ciężko...

W ubiegłym tygodniu (poniedziałek) dostałam skierowanie do pracy z PUP. Zgłosiłam się z niezbędnymi dokumentami do placówki, w której potrzebowali pracownika. W piątek o godzinie 14:30 zadzwonili do mnie, że zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się w dniu dzisiejszym (poniedziałek) o godzinie 17:30. Ucieszyłam się ogromnie. Cały weekend poświęciłam na przygotowanie się do rozmowy rekrutacyjnej. Szlifowałam to, co powiem, żeby wypaść jak najlepiej, żeby otrzymać tę pracę. Gdy obudziłam się dzisiaj nie przypuszczałam, że lada moment wszystko się zmieni. O godzinie 9:00 zadzwoniła do mnie pani mówiąc, że rozmowa została przeniesiona na dzień jutrzejszy (wtorek) na godzinę 10:00. Wiadomo, zawsze coś może komuś wypaść, więc nie martwiłam się specjalnie, otrzymałam jeszcze jeden dzień na wyszlifowanie tego, co powiem na rozmowie. Niestety o godzinie 10 znowu zadzwoniła pani mówiąc, że rozmowy już się jednak odbyły i mi dziękują... Tsssst i iskierka zgasła... Nie pytajcie, jak się poczułam, bo tego się nie da opisać. Przez parę minut siedziałam w pokoju bez ruchu a oczy zalały mi się łzami, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Oszukano mnie. Takich rzeczy się nie robi, jeżeli kogoś się zaprasza na rozmowę nie odwołuje się tego ot tak, tłumacząc, że rozmowy się odbyły. Odbyły? Jak to, a ja? Przecież do mnie też dzwoniliście i zapraszaliście na spotkanie, dlaczego nagle wszystko się zakończyło? I kiedy miały się te rozmowy odbyć, jak w sobotę i niedzielę firma, do której aplikowałam nie posiada nikogo z administracji? Nie wiem, czy kiedykolwiek dostanę odpowiedzi na te pytania, pewnie nie. Dają ludziom nadzieję, ci bardziej ambitni, którzy chcą wypaść jak najlepiej ślęczą dnie całe nad tym, aby dobrze  sprzedać swoje umiejętności i co dostają w zamian? Wielkie G. Tak się nie robi, nie w przypadku zaproszenia na rozmowę, co innego, gdyby się w ogóle nie odezwali, nie byłoby mi tak bardzo przykro, jak jest teraz. Czuję się, jak śmieć, dosłownie. Pewnie nim jestem, skoro pasożytuję.  Tracę wiarę w cokolwiek,  jak mam nie zniechęcać się niepowodzeniami, jak mam żyć, skoro nie mam  do tego środków? A chory pies? Mam ją ot tak po prostu zabić, bo mnie nie stać na jej leczenie? Nie wystarczająco dużo przeszłam przez całą chorobę? Ten ból, to cierpienie, te wylane łzy? To stoczenie się na samo dno? Czym sobie zasłużyłam? Nie ogarniam tematu, nie chcę mi się oddychać, jak długo jeszcze mam robić dobrą minę do złej gry? Jestem tym zmęczona, mam dość.