Ruszyłam z kopyta! Mimo, że było ciężko, zwlekłam się z samego rana z łóżka, i powędrowałam do lekarza rodzinnego celem pokazania mu tych moich powiększonych węzłów chłonnych pachwinowych. Byłam przygotowana na długie oczekiwanie w kolejce, bo do niego zawsze masa emerytów, ale doświadczyłam bardzo miłego zaskoczenia, gdy się okazało, że przede mną jest tylko troje ludzi i ja! Weszłam po jakiś 20 minutach do gabinetu. Doktor mnie zbadał i orzekł, że węzły są duże w pachwinach, z lewej więcej niż z prawej. Nie powinno tak być. Pomacał brzuch, obejrzał moje nogi pod względem tych tworzących się siniaków i kazał się ubrać. Dostałam skierowanie na cito - USG brzucha, morfologię, badanie moczu, itd. Nie ukrywał zmartwienia i powiedział, że ja to mam w życiu prawdziwego pecha. Póki co, mam się nie zamartwiać na zapas, chociaż takich węzłów nie powinno tam być :/ Zapytał od kiedy mam powiększone te węzły, gdy odpowiedziałam, że od maja, zdziwił się, że nie pokazałam tego wcześniej. Tylko, że kto by się tam węzłem przejmował, jak miał pokaźną ranę na plecach? I w sumie, ja myślałam, że to jest jakaś żyła czy coś... Kolejną rzeczą jest ta utrata wagi, 24 kg w 9 miesięcy, i cały czas chudnę. Jestem już na pograniczu niedowagi... Węzły szyjne nie są powiększone. Piorunem pobiegłam się zarejestrować na USG i mam badanie 31 sierpnia. Cieszy mnie to bardzo, że chociaż na jedną rzecz nie muszę czekać. Badania krwi + mocz zrobię jutro. Wynik odbiorę w tym samym dniu. Jeżeli dobrze pójdzie, do weekendu zdążę się do niego wybrać z wynikami. Staram się nie myśleć o niczym złym, chociaż mama postawiła mi już diagnozę. Ja wyłączam się na to jej gadanie, bo nie chcę tego słuchać. Robię wszystko, żeby nie myśleć, chociaż jakby nie było myśli same przychodzą, ciężko jest się nie martwić. Dlatego uciekam zaraz do Lalki, towarzystwo jest dla mnie najlepszym lekarstwem, byle do środy.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
niedziela, 28 sierpnia 2011
Od nie wiem jak dawna napiszę te dwa słowa - jestem zmęczona. Od piątku nie dosypiam.
Zaczęło się od piątkowej wizyty bratanicy - poszłam spać po 1 w nocy, a o 3:45 pobudka, bo wycieczka. Na wycieczce prócz 3,5 godziny jazdy, było jeszcze 5 godzin zwiedzania, no i powrót. Nie wspomnę o 32 stopniach ciepła. W domu byłam po 22, a tu znowu dziecko, brat, jego pani i alkohol... Poszłam spać po 1 w nocy, głowa mi pękała, tak samo bolały oczy. Dzisiaj wstałam o 8, niestety nie dali dłużej pospać. Po 13 wyszłam na rowery z chłopakami i to była najprzyjemniejsza część dnia.Wróciłam po 20, musiałam jeszcze podskoczyć do jednej pani, która robi mi pyszne soczki z bzu i aronii - mają pomóc, więc piję. Dosłownie przed chwilą się wykąpałam i zasiadłam do komputera. Miałam nadzieję, że troszkę uda mi się tu pobyć, bo Krzysiu dał mi zdjęcia z Sandomierza, ale niestety...,znowu nic nie widzę na oczy, boli mnie głowa i w ogóle czuję się źle, a jeszcze jutro chcę iść do rodzinnego z tymi węzłami. Nie wiem, czy uda mi się wstać przed 6, szczerze to nawet w to wątpię... Ech. A mój pies ma jeszcze kontuzję tylnej łapy, bo wymęczyło ją dziecko wczoraj na działce u brata, i teraz bidok ledwo się rusza. Gdybym nigdzie nie pojechała, nie pozwoliłabym, aby targali Sonię na działkę. Ona ma już 10 lat, nie ma siły na zabawy ani długie chodzenie. Jeżeli jej nie przejdzie, czeka mnie wizyta u weterynarza, a to wszystko przez głupotę dorosłych...
Gdybym mogła, wyprowadziłabym się w cholerę!
Dobranoc.
piątek, 26 sierpnia 2011
Wędrowania nadszedł czas. Przełęcz Zakocierska, Beskid Mały Pasmo Łamanej Skały - Góry Zasolskie. To właśnie tam w niedzielę postanowiliśmy z chłopakami spędzić dzień, z dala od hałasów, wśród przyrody, którą tak lubimy. Przełęcze mają to do tego, że bardzo fajnie się po nich spaceruje - przynajmniej mnie :D
Wyjechaliśmy po godzinie 9 rano, prowadził Jarek vel Konar.
Wyjechaliśmy po godzinie 9 rano, prowadził Jarek vel Konar.
Już po 20 - 30 minutach jazdy mogliśmy cieszyć się wspaniałymi widokami. Dobrze jest mieszkać blisko Beskidu Małego. Zdjęcia oczywiście robił Kisioł, a ja delektowałam się widokami, bo nic innego nie miałam do roboty...
Po czasie zobaczyliśmy znak, który informował nas o zamknięciu drogi na pewnym odcinku. Odcinek ten był dla nas kluczowy, bo tam znajdował się cel, do którego zmierzaliśmy, dlatego mimo zakazu, pojechaliśmy. Wyszliśmy z założenia, że na pewno policja w niedzielę stała nie będzie. Nie myliliśmy się, jednak po czasie droga zaczęła się zmieniać...
..., aż w końcu zatrzymał nas miejscowy, który powiedział, że dalej droga się kończy całkowicie. Możemy spróbować przejechać boczną, ale ona jest dosyć stroma, jednak powinniśmy dać radę. Posłuchaliśmy się, wszak Lanos, którym jechaliśmy to nie byle jaki wóz :) Było stromo, było wąsko, ale daliśmy radę. Później miał być ostry zjazd. I był.
A po zjeździe nastąpił koniec. Gdyby towarzyszył nam Hołowczyc, powiedziałby, że dotarliśmy do celu.
Pozbieraliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy przed siebie. Tobołkami były plecaki i wiaderka, chcieliśmy przecież znaleźć jakieś grzyby i ostrężnice, których miało być aż nadto. W trakcie wyszło, że jednak były deszcze i z tych ostrężnic mogą być nici. To samo z grzybami, chociaż ludzie, którzy tam już byli, mieli z tyłu samochodu trochę sztuk... Postanowiliśmy mieć oczy szeroko otwarte, coby nie przeoczyć żadnego grzybka. Zanim weszliśmy w las, brnęliśmy asfaltem. (zdjęcie z tymi wiaderkami rozbraja mnie, co na nie patrzę ;))
Nasze oczy dostrzegały najrozmaitsze rzeczy, np. "wodospadzik", obok którego nie mogliśmy przejść obojętnie. Najpierw poleciałam ja, wiecie motorek w czterech i te sprawy.
Dołączył do mnie Konar...,
A po zjeździe nastąpił koniec. Gdyby towarzyszył nam Hołowczyc, powiedziałby, że dotarliśmy do celu.
Pozbieraliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy przed siebie. Tobołkami były plecaki i wiaderka, chcieliśmy przecież znaleźć jakieś grzyby i ostrężnice, których miało być aż nadto. W trakcie wyszło, że jednak były deszcze i z tych ostrężnic mogą być nici. To samo z grzybami, chociaż ludzie, którzy tam już byli, mieli z tyłu samochodu trochę sztuk... Postanowiliśmy mieć oczy szeroko otwarte, coby nie przeoczyć żadnego grzybka. Zanim weszliśmy w las, brnęliśmy asfaltem. (zdjęcie z tymi wiaderkami rozbraja mnie, co na nie patrzę ;))
Nasze oczy dostrzegały najrozmaitsze rzeczy, np. "wodospadzik", obok którego nie mogliśmy przejść obojętnie. Najpierw poleciałam ja, wiecie motorek w czterech i te sprawy.
Dołączył do mnie Konar...,
..., który wbrew pozorom wcale nie był załamany, i wcale nie chciał skoczyć. Gdyby jednak tak się stało, o wiaderko miał się kto zatroszczyć... Martwiłam się o Konara, nawet bardzo, wiaderko było nieważne, serio, serio... :D
Kiedyśmy ustalili, że jednak nie będzie skakał, zrobiliśmy sobie zdjęcie, znaczy Kisioł nam zrobił ;) Wodospad był świetny...
..., a wiaderka nie oddałam :D
Lasów było dużo, jak to na przełęczach bywa ;)
A droga długa jest......, nie wiadomo, czy ma kres...
Miała. Po czasie, asfalt zamienił się nam w szuter i weszliśmy w las!
Miała. Po czasie, asfalt zamienił się nam w szuter i weszliśmy w las!
Polowania na grzyby czas był zacząć, poszłam pierwsza, chociaż nie miałam o nich zielonego pojęcia. Co namierzałam jakiegoś grzybka, pytałam Kisioła, czy jadalny. O tego czerwonego nie musiałam pytać, każdy wie, co to za "cfaniak"...
Kiedy chłopaki obfotografowały piegusa, ruszyliśmy dalej. Naszym pierwszym celem miała być Chatka Studencka pod Potrójną. Szło się przyjemnie. Rzucaliśmy jeszcze okiem, coby jakiego grzyba wypatrzyć, ale przyroda ubogą okazała się być i w wiaderku Konara wylądowały tylko dwa - jadalne :) Ja cały czas oczekiwałam na ostrężnice, które miałam nadzieję znaleźć :) Tak, więc znów szliśmy...
..., i szliśmy...
Widoki były coraz piękniejsze...
Kiedy chłopaki obfotografowały piegusa, ruszyliśmy dalej. Naszym pierwszym celem miała być Chatka Studencka pod Potrójną. Szło się przyjemnie. Rzucaliśmy jeszcze okiem, coby jakiego grzyba wypatrzyć, ale przyroda ubogą okazała się być i w wiaderku Konara wylądowały tylko dwa - jadalne :) Ja cały czas oczekiwałam na ostrężnice, które miałam nadzieję znaleźć :) Tak, więc znów szliśmy...
..., i szliśmy...
Widoki były coraz piękniejsze...
..., aż w końcu EUREKA!!! Ostrężnice! Co prawda nie było ich na tyle, żeby wrzucić do mojego wiadereczka zaczepionego na plecaku, ale dla brzuszka była to maksymalna rozkosz, dlatego to on miał pierwszeństwo :)
Mając nadzieję, na dalszy wysyp ostrężnic dałam odsapnąć krzaczkom, cel pierwszy był coraz bliżej...
..., aż w końcu oczom naszym ukazała się tabliczka informacyjna :)
Tak oto przywitała nas Chatka "Pod Potrójną". Tak w przybliżeniu, jest to Studenckie Schronisko, zaadoptowane ze stuletniej, drewnianej chałupy góralskiej. Schronisko leży na południowym stoku, otoczone jest lasami (co widać było na zdjęciu), a najbliższy sąsiad oddalony jest o 1000 metrów. Spodobało mi się tam bardzo :)
Konar pomagał turystom, a ja nadal w pozie ;) Bo jakbyście chcieli wiedzieć, Jarek jest Przewodnikiem Górskim Beskidów Wschodnich - ma pełne uprawnienia :)
..., aż w końcu oczom naszym ukazała się tabliczka informacyjna :)
Tak oto przywitała nas Chatka "Pod Potrójną". Tak w przybliżeniu, jest to Studenckie Schronisko, zaadoptowane ze stuletniej, drewnianej chałupy góralskiej. Schronisko leży na południowym stoku, otoczone jest lasami (co widać było na zdjęciu), a najbliższy sąsiad oddalony jest o 1000 metrów. Spodobało mi się tam bardzo :)
Konar pomagał turystom, a ja nadal w pozie ;) Bo jakbyście chcieli wiedzieć, Jarek jest Przewodnikiem Górskim Beskidów Wschodnich - ma pełne uprawnienia :)
Miejsce bardzo fajnie zagospodarowane. Dużo tablic informacyjnych, figurek. Jedna szczególnie mnie urzekła:
Podobno jest to zbłąkany turysta, któremu tak się w tym miejscu spodobało, że zastygł w poziomie podziwu... Na dzień dzisiejszy ma kierownicze stanowisko :) Do strefy zagrożonej wybuchem nie odważyłam się podjeść...
..., a kiedy już obeznaliśmy teren, mogliśmy coś zjeść :)
Kisioł wybrał niebanalne połączenie bułki z dodatkami + marchewka... U mnie zawsze w plecaku marchewkę znaleźć można, bo ja nie wyobrażam sobie bez niej dnia. I dzielę się :)
..., a wszystkiemu przyglądał się pies..., suczka..., "sweter irlandzki"... W marchewkach nie gustowała, ale bułkę zjadła :)
Po posiłku, papieros. Niestety, bywa i tak. Nie palę jednak sama, Konar mi wtóruje, tylko że tego na zdjęciu nie widać...
Najedzeni, dotlenieni, musieliśmy pożegnać się ze schroniskiem i jego urokami. Przed nami było jeszcze dojście do Zbójeckiego Okna. Nie było ono wcale daleko od chatki...
Najedzeni, dotlenieni, musieliśmy pożegnać się ze schroniskiem i jego urokami. Przed nami było jeszcze dojście do Zbójeckiego Okna. Nie było ono wcale daleko od chatki...
Piaskowcowa skała przyciąga! "...W Zakocierzu zwraca na siebie uwagę oryginalna skała piaskowcowa, przez swoją rzeźbę raczej do formacji wapiennych podobna. W zagłębieniach jej ściany spękanej wytworzyło się spore "okno", podparte od zewnątrz okrągłym słupem, kształt nogi przypominającym. Wobec zazwyczaj ciężkich i masywnych bloków piaskowcowych jest ta skała zjawiskiem zgoła wyjątkowym..."
Trza było się ze skałą zapoznać, poszłam pierwsza...
Kolejnym śmiałkiem był Kisioł, zabrał się do skały od drugiej strony :)
..., postanowiłam do niego dołączyć:
I od drugiej strony skały..., Konar też ma motorek w czterech :)
Nie mogliśmy od tej skały odejść, tak było fajnie. Ja odkryłam w sobie, że podoba mi się łażenie po skałach, nie wiem tylko, co na to moja lewa ręka, ile będzie w stanie wytrzymać obciążenia. Kiedyś się to sprawdzi, na hali sportowej :) Dobra. Po Zbójeckim Oknie przyszedł czas na ostatni szczyt. Potrójna 884 m. n.p.m. Zanim jednak tam dotarliśmy, musiałam dopaść jeszcze troszkę ostrężnic....z tego miejsca jest filmik :)
Zdobywamy szczyt!!!
W chatce pod szczytem:
Trudy zejścia...
Zdecydowanie wolę wychodzić. Nierówna nawierzchnia zmęczyła nogi. Uwieńczenie znaleźliśmy w strumyku, w którym niestety spotkało mnie nieszczęście. Coś mnie ugryzło w palec. Do dzisiaj jest spuchnięty. Ale generalnie to byłam dzielna i nie płakałam ;)
Powrót do domu nie był przyjemny. W sensie korków. Niestety, po drodze musieliśmy minąć Międzybrodzie a tam spęd ludzi zawsze... Trochę nam zeszło...
Wycieczka dobiegła końca, chociaż my musieliśmy dojechać do Oświęcimia. Dzień spędzony super. Zdjęcia nie oddadzą tego klimatu, ale może chociaż po części poruszy wyobraźnie, jak fajnie może być w górach :)
A jutro wycieczka do Sandomierza, jupi!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)