niedziela, 30 października 2011

Dziękuję za pamięć i modlitwę. Sama proszę, aby wszystko jakoś  się ułożyło, przyjmę na barki każdą ewentualność. Pokonam  przeszkodę jeżeli trzeba będzie, uwzględniam też  gorsze momenty, one umacniają i pozwalają mi trwać.  Korzystam z pogody, chodzę, rozmyślam, obserwuję. Lubię tak. Pozdrawiam wszystkich.

piątek, 28 października 2011

Za oknem pełne słońce, na parę chwil można założyć na siebie mniej warstw. Fajnie i przyjemnie, gdy twarz owiewa ciepły wiatr, a promienie słońca docierają dosłownie wszędzie. Niech takich chwil będzie, jak najwięcej. 

Byłam dzisiaj u lekarza rodzinnego. Co tu dużo gadać, wizyta u hematologa  pilna. Nie mogę czekać do lutego, nie z takimi wynikami. Żelazo wstrzymane, na obecnym etapie nie jest wymagane. Zdaniem lekarza, winny jest szpik, został przyblokowany. Jakie leczenie, zadecyduje hematolog.  Tymczasem, nie wolno mi przebywać z ludźmi chorymi, bo lekkie przeziębienie może się zakończyć dla mnie źle. Dostałam leki na  katar i jakieś suplementy na podniesienie odporności.  Oby zadziałało.

Oddalam się. Nadal cierpię na nadpobudliwość ruchową ;)


czwartek, 27 października 2011

U lekarza nie byłam. Urządzenie smarkające nadal nie chce współpracować, ale dostrzegam zmniejszenie choróbska, chociaż nie przekłada się to na ból głowy, bo ta nadal daje się we znaki. Badania krwi zrobiłam (chociaż tyle). Spodziewałam się cudownego wyniku, chociaż szłam po niego bardzo niepewnie, dlaczego? Noc wcześniej śniły mi się czarne, zaplombowane zęby, które sobie sama wyrywałam. Do tej pory dwa razy miałam takie sny i za każdym razem skończyły się smutno. Niby nie wierzę w takie zjawiska, ale gdzieś w głowie zostaje. I oto po odebraniu wyniku nastąpił klops całkowity.  Białe krwinki jeszcze spadły w stosunku do ostatniego wyniku. Rozkład czerwonych  zły. Rozmaz automatyczny - zły, jedne wartości za duże, drugie za małe. Z dobrych wieści, wartości które miały się podnieść w wyniku zażywania Tardyferonu(żelazo), się podniosły. Żelaza mam już 80 jest to bardzo dobra norma. Czerwone krwinki, hemoglobina i inne osiągnęły normy, minimalne ale zawsze to prawidłowa wartość. W normalnych okolicznościach byłabym uhahana, ale tak nie jest. Martwi mnie pogłębiająca się leukopenia, nie mam w sobie odporności... Jutro, jak wstanę pójdę do lekarza poszukać pocieszenia. Do hematologa dopiero w lutym. Ale.

Coby nie było smutno, znalazłam pocieszenie. Kolega Leszek zakomunikował, że 12 listopada odbywa się wycieczka z PPTK-u. Beskid Śląski i Przełęcz Salmopolska. Oczywiście, że jadę, nawet już zostałam zapisana.

Oddalam się do lodówki, mrozi się tam mój mus jabłkowo-miętowy. Mniam :)

poniedziałek, 24 października 2011

Doch. Jako, że chorowanie samodzielne mi  nie przejdzie, postanawiam w dniu jutrzejszym udać się do lekarza, coby dostać jakiś magiczny lek na odgruzowanie miejsc, przez które powinno się wciągać powietrze. Ściślej, tych dwóch dziurek, znajdujących się tuż nad aparatem mowy. Jeżeli tego nie uczynię, zbankrutuję na chusteczkach higienicznych. Teoretycznie, nieleczony katar powinien zniknąć po tygodniu, u mnie jednak się nie zanosi. Stwierdzam też, że życie bez zapachu jest do bani, dlatego bez medyka się nie obejdzie. Poza katarem to raczej nic takiego mi nie dolega. No, prócz tego, że wiecznie  mi zimno, zwalam to jednak na panującą aurę, ale gdzieś tam w mózgu pojawia się myślenie, że może to moje wątłe zbudowanie sprawia, że łatwo się wychładzam? Jeżeli tkanka tłuszczowa jest za mała, może być taki efekt. Według pomiarów, mam jej za mało, hym, muszę się zatem przyzwyczaić? Niech będzie. Już dawno wyciągnęłam buty na zimno i grube skarpety, co mi tam - chciałam napisać, że dzięki temu będę zdrowsza, hehehe. Tia, ale bym skłamała ;)

Byłam dzisiaj w MOPS. Jałmużna odebrana, zaświadczenie o ubezpieczeniu również. Jutro powtórka z z rozrywki z tym, że bez zaświadczenia. Tyle mam, co sobie pochodzę. Jak obca. 

Amelka, dostała dyplomik, jesienna łąką udekorowana, się chwalę! Jutro pójdzie do druku, niech będzie pamiątka, a co :)
Odkurzam komputer, wywalam niepotrzebne rzeczy, raz za czas trzeba. Od nie wiem, jak dawna uruchomiłam gg i zapukał ktoś, kto nie wiem, ale rozmawia się bardzo ciekawie. Jednak mając na uwadze doświadczenia, sprawdzam, kombinuję, nie ufam. Mundrzejsza.

..., a w głośnikach Gotye.

czwartek, 20 października 2011

Plucha, ziąb, katar. U kogo jest inaczej? W dniu dzisiejszym na swojej drodze nie spotkałam nikogo, kto by nie był pociągający. Deszcz do tego i chłód = choroba jak się patrzy. Mam nadzieję, że moje przeziębienie minie i nie przerzuci się na oskrzela, albo na coś więcej (tfu tfu). Póki, co nie jest tragicznie i jakoś się trzymam. Gorączki nie odnotowuję, boli mnie tylko czaszka, mam nadzieję że to przez wytrzepanie u dentysty, bo odbudowałam zęba, koszt 280 zł. Jestem zadowolona, teraz będę chuchać i dmuchać, coby nic tam w szczęce się nie rozpadło. Wytrwale zażywam wapń i liczę na jego działanie ( się sama sobie dziwię, bo te suplementy to wiadomo, jakie są), ale Ania (Syrga) poleciła, a ona to się zna. Uch. Ale bym pooddychała nosem ;)

Poza tym to nudno. Nie biegam, nie jeżdżę, a całą moją aktywnością jest chodzenie. A chodzę prawie wszędzie (pomijając). Od listopada  nastąpi  zmiana, bo zapisuję się na step. Nie, nie sama. I Nie wiem, jak to będzie, nie wiem, czy się nie rozmyślę, ale na dzień dzisiejszy jestem na 90% pewna, że chcę chodzić. Dwa razy w tygodniu po godzince, może wystarczy? Znając moje wymagania, to nie, ale lepiej mieć cokolwiek, aniżeli siedzieć na czterech literach i nie robić zupełnie nic. 

Gdzieś tam marzę, że jeszcze uda się pojechać w tym roku na jakiś szlak i zobaczyć jesień w górach...

No, boli mnie głowa, no...

wtorek, 18 października 2011

Zabawa blogowa!

Zim była tak miła i wyróżniła mnie na swoim blogu. Zim, - ja dziękować i kłaniać się nisko ;) W związku z tym, że wywołano mnie do tablicy, zobowiązana jestem:

1. Napisać o sobie 7 rzeczy:
- lubię mieć porządek, nie znoszę kiedy na ziemi leżą paprochy a inni domownicy przechodzą obok i udają, że ich nie widzą.
- cenię sobie szczerość, bo uważam że warto znać najgorszą prawdę, aniżeli żyć ze świadomością, że się kogoś okłamało.
- nie znoszę zaborczości pod każdą postacią.
- lubię samotność, wtedy mam dużo czasu na myślenie;
- nikomu nie ufam na 100%
- panicznie boję się pająków i nijak nie mogę się tego pozbyć;
- gdy byłam mała, chciałam nazywać się Tomek :D
2. Wkleić obrazek  z wyróżnieniem na blogu... Patrzcie wyżej, obrazek jest :D
3. Kto mnie wyróżnił? Oczywiście, odpowiedź na początku.
4. Hm, no i tu jest problem. Kolejną rzeczą, którą miałabym zrobić to wyróżnić 16 blogów... Niestety, ja nie mam tylu w swoich zasobach, a te, co mam zostały już wyróżnione, więc mam nadzieję, że nic się nie wydarzy, nie spadnie na mnie grom z jasnego nieba za to, że nie wypełniłam tego zadania :)

Wracając do życia. Ostatnio prześladuje mnie dziwne wrażenie, że nie pasuję.

Idę dzisiaj do dentysty i nie wiem, jak wysiedzę na tym fotelu. Powód? Potworny katar! Przyszła kryska na Matyska. Amelkowa choroba dopadła i mnie. 

Zjadłam dziś bigos. Kurna był to chyba duży błąd, bo boli mnie żołądek. Jeszcze trochę czasu do wyjścia mam, ale jak tak nie przejdzie, albo co gorsza jelita też zaczną strajkować? OMG :)

niedziela, 16 października 2011

Na dziś troszkę spokojnych brzmień.





 Życzę Wam przyjemnej niedzieli :*

sobota, 15 października 2011

Jejuniu, znowu sobota, a ja coraz rzadziej piszę. Nie to, że nic nie dzieje się w moim życiu, bo się dzieje, ale jakoś czasu na napisanie nie znajduję, bo albo literki nie chcą sklejać się w słowa i zdania, albo wena odchodzi, albo sama  w sumie nie wiem. Nadrabiając, spieszę donieść, że  głowa się zagoiła, w czwartek wyjęli mi szwy. Nie powiem: nie bolało, bo bolało i do dzisiaj czuję miejsca "operowane", ale powolutku wszystko zaniknie. Leczenie chirurgiczne zakończone. Co dalej, MOPS będzie pomagał mi do końca roku. Fajnie, że będę miała kawałek grosza, pozwoli to zaspokoić trochę tych moich potrzeb. A potrzeby są duże. W związku ze zgubieniem ponad 25 kg, szafa stała się praktycznie pusta, wszystko, co miałam poszło dla biednych, o ile letnie ciuchy nie były drogie, o tyle zimowe już tak. Kurtkę  muszę kupić i nie tylko będzie miała mi służyć do chodzenia, ale także na wyjazdy narciarskie. Mam już nawet upatrzoną, tania nie jest, ale droga też nie. Mamusia dołoży :) Buty zimowe w tym roku pominę, kupię grube skarpety i jakoś obchodzę sezon - mam nadzieję. Rękawice zakupione, opaski również, postanowiłam tej zimy nie przemrażać uszu, taka jestem superowa, odpowiedzialna i mądra ;) I w sumie, to tyle. Zdolności do pracy mogę spodziewać się dopiero w styczniu 2012 roku, jeżeli oczywiście wyniki pójdą do góry. Końcem października idę się kłuć i do lekarza. A w listopadzie, dokładnie 22, endokrynolog, który sprawdzi jak się miewa moja tarczyca. Piszę tu, bo już zgubiłam karteczkę z terminem i musiałam kilka razy łazić na drugi koniec miasta, żeby dowiedzieć się, kiedy to mam iść do lekarza. Jakbym zgubiła ponownie (tfu tfu), to tutaj znajdę odpowiedź ;)

Pachnie mi tu kakaowiec gruszkowy... Właśnie piecze się w piekarniku. Naszła nas z mamą ochota na jakieś dobrocie, a najlepsze są domowe wypieki - to chyba nie podlega dyskusji. Wiemy, co dodajemy i na ile jest to zdrowe. Nasz placek w 100 g będzie miał ok. 200 kcal, ale czy to tak naprawdę ważne? Dla mnie tak, bo ja lubię znać wartości odżywcze. Takie zboczenie mi się zrobiło i nie zamierzam z tym walczyć, chociaż czasami bywa uciążliwe. Widząc cyferki, przeliczam, kalkuluję, zamieniam jeżeli trzeba. Takie moje ukochane zwariowanie.  Gdyby ktoś chciał przepis, można sobie wziąć, proszę :
Kakowiec gruszkowy
Składniki: 

- 4 jajka
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 3 łyżki kakao (naturalnego)
- 200 g masła
- 125 ml mleka
- 1,5 szklanki cukru (można użyć słodzika do ciast i wypieków)
- 2 szklanki mąki
- 4-5 średnich gruszek ( ja dałam 3 wielkie)
- 1/2 szklanki rodzynek ( o kurczę, zapomniałam o rodzynkach :D)


Roztapiam masło w rondelku, dodaję cukier, kakao. Doprowadzam do wrzenia i wyłączam palnik. Studzę masę, następnie dodaję powolutku przesianą mąkę, proszek do pieczenia oraz żółtka. Mieszam dokładnie. Białka ubijam osobno, a później dodaję do kakaowej masy, mieszam ponownie aż ciasto będzie miało jednolitą konsystencję, następnie wylewam na blachę (blachę mam wyłożoną papierem). Na wierzch kładę plasterki gruszek. Piekę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok 30 minut. Wychodzi taka oto dobroć, wuala!
Jak smakuje, przekonam się gdy placek ostygnie i zaparzy się kawa.... Mmmm.... już mi ślinka cieknie.

I co tu więcej napisać... Może to, że byłam wczoraj w cyrku z bratanicą... Porażka!

wtorek, 11 października 2011

Jabłka i ich moc! Szwendając się po rozmaitych forach w poszukiwaniu różnych informacji dotyczących, czy to odżywiania, czy też innych wypowiedzi, często spotykam się ze stwierdzeniem, że jabłka są złe, bo tuczą. Faktem jest, że nie każdy owoc można zjadać, jeśli się jest na diecie, ale na pewno nie należą do nich jabłka!!! Śmiać mi się chce, gdy czytam wypociny głodzących się nastolatek zakazujących zjadania tej okrągłej dobroci, bo utyjesz, bo przecież to same cukry, bo, bo, bo... DOH!!! A gdzie najważniejsze, że to witamina C, że to dużo błonnika, że w 85% to nic innego, jak woda. Cukry, ano są, ale lepiej jeść fruktozę, aniżeli zapychać się kolejnym Snickersem. Jest też żelazo, sód i wapń. Nasz organizm bardzo potrzebuje tych składników do życia. Jabłka moi drodzy nie tuczą!!! Wręcz odwrotnie. Pobudzają perystaltykę jelit, neutralizują toksyny, które znajdą się w naszym organizmie, koją błonę śluzową przewodu pokarmowego. Kto ma zbyt wysoki cholesterol niech też zjada jabłka - one mają zdolność obniżania. Tak samo, jak potrafią  znormalizować cukier we krwi i stabilizują poziom insuliny. A, co najważniejsze. Mamy jesień, wraz z nią uaktywniają się wszelakie wirusy, które sprawiają, że prychamy i kichamy. Jedząc jabłka, pogonimy śmieciuchy bakteryjne precz! Ja dziennie pochłaniam ich ponad 500g  pod każdą postacią! Nie patrzę, czy jest ranek, czy wieczór - nie popadam w paranoję. Fruktoza nie przeszkadza mi zasnąć, absolutnie. 

Wczoraj narzekałam, że na nic nie mam czasu. Pomyliłam się, znalazłam 80 minut na wieczorne bieganie po Plantach. Byliśmy tam tylko my - biegacze truchtacze :)
Czeka mnie dzisiaj wizyta u dentysty. Czyszczenie kanałów przed odbudową. Ciekawe ile mnie policzy, ale dosłownie aż się boję tam iść. Mieć zdrowe zęby = bieda materialna.

poniedziałek, 10 października 2011

Zajadam smutki. Prawdziwą gorzką czekoladą, taką lubię najbardziej. Najlepszy antydepresant na świecie, aby na pewno? Żeby hormony szczęścia się uaktywniły potrzebny jest ruch, a ja go nie mam! Na rowerze nie jeżdżę, bo pogoda nie sprzyja, nie biegam, bo mam tę głowę poszytą i muszę czekać na wyjęcie szwów, poza tym doktor nie pozwolił, a w sumie to nawet gdybym mogła biegać,  nie znajduję czasu na sport. Czuję się taka niespełniona, bo był dla mnie uzupełnieniem każdego dnia. Niby cały czas się ruszam, bo chodzę etc, ale to nie jest to samo.  W dalszym ciągu opiekuję się Amelką, bo jest chora... Nie wiem, kiedy wróci jej szanowna babcia, żebym mogła odpocząć psychicznie.  Jej zachowanie potęguje mój smutek. W każdej materii muszę z nią walczyć. Dawanie lekarstw, to jak kopanie się z koniem. Wygrywam, ale cierpliwość moja jest na wykończeniu. Pojąć nie mogę, skąd się biorą takie uparte dzieci. Rozumiem, wkracza w wiek lat 4, zaczyna pokazywać, że jej zdanie też się liczy, ale bez przesady. Odbija się to na mnie, a ja nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam. Nosa nie wysmarka, syropu pić nie będzie, nie ubierze się, nie uczesze... To dzisiaj chodzi rozczochrana i z nosa jej kapie, a ja czekam aż sama przyjdzie, żeby się wysmarkać. Widać, że jej to przeszkadza, ale upartość, z którą się urodziła, nie pozwala jej postępować inaczej. Tak, jakby mieszkał w jej jednym uszku diabołek i kusił, i namawiał żeby zrobić na złość. Najchętniej bym uciekła i nie wracała przez długie miesiące. Jeszcze Sońka tak linieje, że gdzie nie usiądę, czego się nie dotknę, mam na sobie pełno kudłów. Istny dom wariatów, Boże daj mi jeszcze troszkę wytrwałości, bo już naprawdę działam na rezerwach...

sobota, 8 października 2011

Słuchajcie ludzie! Potrzebna jest pomoc! Liczy się każdy grosik! Pomóżmy Ewelinie spełnić jej marzenia. Nie pozostańmy obojętni!

piątek, 7 października 2011

Ciężka noc za mną, praktycznie nieprzespana. Powodem był ból, a ja nie miałam nic przeciwbólowego. Od 5 rano się, że tak powiem męczę. Miałam dzisiaj umyć głowę, ale niestety nie jestem w stanie tego zrobić. Miejsca "operowane" obrzękły, przez co nie mogę schylić głowy, pulsujący ból chce ją rozerwać. Zaopatrzyłam się już w leki przeciwbólowe, ale jakieś lipne działanie mają. Najchętniej to bym tylko leżała, ale niestety muszę zajmować się Amelką od 7:30 do 16:00 Jest mi źle, ale cóż mam zrobić. Gdybym wiedziała, że to tak boleć będzie, nie wiem czy dałabym się zoperować, nie wiadomo co by było lepsze z dwojga złego. Ale, jak napisał Jakub, mam to za sobą i pozostaje mi teraz czekać na dzień, w którym ból zniknie a ja będę mogła zdjąć czepek i umyć głowę. Wiem, dlaczego tak cierpię, bo doktor wyrywał kaszaki na siłę. Długo ze mną przebywały, więc się zdążyły wrosnąć... No nic. Tyle w temacie cierpienia Salanee, jakoś zniesę, pokwilę sobie chwilkę, da to ulgę...

Z Amelką też mam przeboje. Jest chora, trzeba podawać jej syropek. Na kogo spadło? Oczywiście na mnie. Bunt jest, leków brać nie chce. Na szczęście mam na nią swój sposób. Nie jest dobry, bo muszę ją szantażować wiem, że nie wolno, ale działa, muszę tak robić, żeby mała wyzdrowiała. Ostrzegam ją, że jak nie wypije syropku, to wyłączę bajkę. O ile w pierwszym momencie myśli, że tego nie zrobię, to później sama buziak otwiera i żąda syropów, bo bajka znika. Nie ma lekko, ktoś musi być twardy.

Pogoda też nie rozpieszcza, prognozy pokazują deszcz w ogóle mi się to nie podoba.

czwartek, 6 października 2011

Halo, czy mnie widać? Hihi. W takim czepku przyszło mi dzisiaj wracać ze szpitala. Nie pomyślałam, że tak się to może skończyć, więc pozwoliłam tacie jechać do pracy samochodem, chociaż on chciał mi auto zostawić... Jakiż to był z mojej strony błąd. Przez całe życie nie miałam w sobie takiego wstydu, jak dzisiaj. Ze szpitala mam do domu na nogach niecałe 30 minut, ale nie wyobrażałam sobie, że pokonam tę odległość na nogach w takim czymś? Te wpatrzone we mnie ślepia innych same mówiły za siebie, a ja wiedziałam, że do domu w takim stanie na nogach nie pójdę, o nie! Gdybym miała kaptur przy kurtce, to jeszcze mogłabym iść, ale nie - przecież Aga na tak genialny pomysł nie wpadła... Nie było wyjścia, musiałam zadzwonić do taty, że przyjdę po samochód ( tata był w pracy w jednym z urzędów, te 10 minut byłam w stanie do niego przebiec, tak żeby być mało widoczną) Gdy już znalazłam się w aucie, odetchnęłam z ulgą, chociaż stojąc na światłach, wzbudzałam ogólne zainteresowanie pieszych przechodzących przez pasy ;)

Sam zabieg bolał. Już zapomniałam, co to znaczy troszkę pocierpieć. Zastrzyki znieczulające prawie rozsadziły mój mózg. Doktor porządnie się musiał namęczyć, żeby usunąć te nieszczęsne kaszaki. Jeden wyszedł bez problemu, natomiast dwa pozostałe stawiały opory, widać chciały ze mną zostać. Ujojcyłam się z bólu, ale jakoś przeżyłam. Teraz cierpię, bo znieczulenie przestało działać i straszliwie boli mnie głowa. W czepku pochodzę do jutra. Później mogę umyć głowę. Szczerze, wolę nie widzieć tego, co tam doktor zrobił, bo niestety musiał obciąć mi włosy w miejscach, gdzie znajdowały się kaszaki. Nie widziałam, czy wyciął do łysa, czy zostawił troszkę włosów, jak ja będę wyglądać? Dowiem się jutro. Jedyny plus jest taki, że włosy rosną mi szybko. Za tydzień zdjęcie szwów. 

Amelka chora. Nie poszłam z nią do przedszkola. Ma odpocząć do poniedziałku - tak powiedziała pani doktor. Nie dostała antybiotyków, bo to tylko przeziębienie, ale syropki tak one mają jej pomóc. Jutro z racji tego, że jej mama idzie do pracy, muszę się nią zająć dzień cały - do 15 znaczy się. Jakoś sobie poradzę, byle mnie po głowie nie biła. Ludki kasztanowe wysłane, ale miała radochę, kiedy jej powiedziałam, że znajdą się na takiej wirtualnej łące w komputerze. A jak już jestem przy Amelce, ostatnio nauczyłam ją przechodzić przez ulicę. To znaczy, przechodzimy tylko na pasach i za każdym razem jej mówię, że trzeba główkę odwrócić w prawo, żeby sprawdzić, czy nie jedzie auto, potem w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo. Po kilku razach, mała opanowała strony i  teraz sama mówi, czy możemy przejść, czy nie. Ja oczywiście trzymam ją za rękę i czuwam. Kiedy już jesteśmy na pasach, mała idąc ma podniesioną prawą rączkę - też zasługa cioci ma się rozumieć ;) A swojej babci, czyli mojej mamie się chwaliła, że : babciu, ja juz sama będę chodzić do psedskola, bo umiem iść po zeblach, a te zebly nie glyzą... i wiesz babciu, mam podniesioną lączkę, zeby mnie autko zauwazyło... Najśmieszniejsze jest to, że ona teraz tam, gdzie nie ma pasów nie chce przechodzić przez, bo przecież nie wolno :) Taka moja 3 i pół letnia pojętna drobinka. Uwielbiam tę jej mądrość. Pani w przedszkolu mówi, że jest ponad przeciętna, jak na swój wiek, to chyba dobrze, nie?

Idę odpoczywać, jakąś tabletkę wciągnę, żeby nie bolało i może porwie mnie Morfeusz.

środa, 5 października 2011

Hej, cześć i czołem. Ależ nas jesień rozpieszcza, nieprawdaż? Korzystając z jej uroków, kilka dni temu zrobiłyśmy z Amelką kasztanowo - żołędne ludki. Dzisiaj na blogu Kali, dostałam namiar na fajnego bloga, w którym można pobawić się wraz z dziećmi. Jako, że mamy taką, a nie inną porę roku, zabawa będzie dotyczyła właśnie kasztanowych stworków.  Na pewno weźmiemy w niej udział, może małej uda się zdobyć dyplomik, ona teraz potrzebuje pochwał, więc dzięki Kalu :)

A z życia. Byłam wczoraj u dentysty. Odbudowa zęba wyniesie 300 zł. Miałam nadzieję, że na tym się skończy, niestety nie ma tak kolorowo. Zanim zostanie odbudowany, trzeba mu będzie wyczyścić kanały, czyli kolejne 200 zł. Nie ma innego sposobu, a nie chcę stracić zęba. Ech, te geny.
Walczę też z nieprzyjemnymi konsekwencjami, które spowodował preparat żelaza. Z dwóch działań niepożądanych wolę jednak to, które występuje. Mam zakaz spożywania marchewki, ona potęguje objawy. Szkoda, że nikt mi o tym wcześniej nie powiedział. Do lutego - marchewko papa, a witajcie śliwki :)

poniedziałek, 3 października 2011

Troszkę mi się moje postanowienia skomplikowały i to, co założyłam, że wykonam, będę musiała przełożyć na początek przyszłego roku. W sumie mamy już (albo dopiero) październik, ale gdy pomyślę ile czasu jeszcze do stycznia, to troszkę mnie fakt siedzenia w domu przeraża. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że MOPS da mi pieniążki na ten czas, a ja będę mogła za pomocą leków sprawić, że wyniki krwi pójdą w górę i już nic nie stanie na przeszkodzie, żeby móc zarejestrować się PUP i otrzymać pracę. Pieniążki oczywiście nie będą duże, ale lepiej mieć coś, aniżeli nie mieć nic. Tymczasem gonię. Jutro czeka mnie poranna wizyta u rodzinnego, załatwienie skierowania  oraz zaświadczenia, które potrzebuję do ubezpieczenia w MOPS-ie, później odprowadzenie dzieci do przedszkola, o 11 przychodzi pani na wywiad, następnie odbiór Amelki i popołudniu dentysta. OMG! Środa podobna, a w czwartek zabieg u chirurga, nie ukrywam, że mam lekkiego pietra, ale póki co, staram się wypierać z głowy. Dzisiaj wieczorne ponad godzinne bieganie, pomogło. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nawet zadyszki nie miałam i mogłabym biegać o wiele dłużej, ale zastała mnie noc a po Plantach troszkę strach poruszać się w ciemnościach. Strach oczywiście, aby nogi nie skręcić, bo w obecnym stanie, wszystkim bym zwiała ;) Tak na szybko pisane, bo za mną M jak Miłość, a ja maniaczka tego serialu. Uciekam zatem, bo coś słyszę, że Tomek pokłócił się z Małgośką. Dobrej nocy wszystkim :)