czwartek, 30 czerwca 2011

Fe - be!

Dzisiaj będzie krótko, a to dlatego, że jestem padnięta. Opuściły mnie siły witalne. Żelazo miast stawiać na nogi, pociągnęło mi z ushiro! i leżę. Posmaku w ustach, który towarzyszy od wczoraj nie jestem w stanie się pozbyć. Konsekwencją jest zmniejszone łaknienie. Zęby myję co chwilę, wtedy smak wraca, ale wszystko na czas jakiś. Paczki miętowych gum wyżuwam w tempie ekspresowym... O matko! A tu jeszcze tyle tabletek przede mną...

środa, 29 czerwca 2011

Zmęczona i senna. Taki dzisiaj mam dzień. 2 godziny podróżowałam na własnych, krótkich nogach. Musiałam zarejestrować się do hematologa i mamie załatwić parę spraw (oczywiście nie udało się pomóc rodzicielce, bo środa to dzień wewnętrzny), trudno. Jutro się uda. Czeka mnie jeszcze wyjazd o 16 do księgowej w celu rozwiązania umowy o pracę.W końcu, bo pozwoli mi to przejść pod ubezpieczenie zdrowotne MOPS-u na ten pozostały czas choroby, a później to już urząd pracy i powrót do życia. Nic mi się nie chce. Robiąc wpis, zamykają mi się oczy, to jest jakaś masakra. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mogłabym przeleżeć cały dzień w łóżku i nie miałabym z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Jeszcze ten metaliczny posmak w ustach, który zaczął trwać od rana. Przez to nie mam apetytu na nic. Jem, bo muszę, a smak podły. Czyżby to przez preparat żelaza tak się działo? Oby nie, bo straszny ten smak jest i jeszcze to pieczenie w gardle, ble. Raz na wozie, raz pod wozem, ech. Dobrze, że mam się też z czego cieszyć. Goi się rana, praktycznie wszystko pokryło się już blizną. Są małe niedociągnięcia, ale powolutku i to zniknie. Niech się ten organizm zregeneruje i da mi odpocząć. Nawet doktor sugerował, żebym pomyślała po wszystkim nad jakimś sanatorium. Tyle lat, to nie jest tak, że wyjdzie się z tego bez szwanku. Fakt, teraz to zauważyłam, ale niestety na sanatorium mnie nie stać, będę musiała na własny sposób się zregenerować, jakoś. 

Uciekam, położę się na chwilę.
Bywajcie.

wtorek, 28 czerwca 2011

Dlaczego takie zdjęcie rozpoczyna dzisiejszy wpis? Bo już po prostu nie mam siły tłumaczyć się ludziom, że ja to faktycznie ja, że sporo mnie ubyło, że wiodę teraz inny tryb życia i w ogóle, że wyglądam troszkę inaczej, ale czy jest aż taka różnica? No dobra, zgadzam się, jest mnie mniej, nie neguję, bo widać, ale znowu niech nie robią ze mnie anorektyczki, bo nią nie jestem. Czasami mam wrażenie, że przez niektórych przemawia, jakby to delikatnie powiedzieć - zazdrość w rozmowie ze mną, bo udało mi się schudnąć, bo w niektórych mniemaniu jestem anorektyczką. Za moimi plecami plotkują do moich rodziców, mówiąc im, że chyba jestem za chuda, żeby coś z tym zrobili, a kiedy widzę się z nimi powtarzają, jak super wyglądam, jak to mi zazdroszczą, jak to by bardzo chcieli  schudnąć, jak ja to zrobiłam..., a potem wyjmują kolejną bułkę, przegryzają kiełbasą, nie zapominają także o chipsach, ciastkach i cukierkach. Czy z zazdrości aż tak bardzo można życzyć komuś powrotu do dawnej wagi? No i jeżeli ja mam anoreksję, to ciekawe, gdzie jest granica prawidłowej wagi, i jak musieliby mnie nazwać na zdjęciu, na którym ważyłam 75 kg? Ciele? Wieprz? Ważę tyle i świetnie się z tym czuję. Jestem szczęśliwa, samoocena podniosła się. Ważę tyle, bo mogę. Dlaczego nikt nie pomyśli, że ja przez 11 lat miałam podawane hormony i to one w głównej mierze pomogły mi przytyć, że nie jadłam regularnych posiłków, czyli zapominałam o śniadaniu i tym sposobem powodowałam, że mój metabolizm magazynował wszystko, co dostawał. Wszystko miało być na gorsze czasy. Teraz wie, że gorszych czasów nie będzie, bo właścicielka zmądrzała. I wiecie, co? Ci zazdrośnicy i fałszywcy mają ponad 50 lat. To chyba jest najbardziej żałosne. No, ale nic. Moje życie jest przede mną, a ja sama chcę być siebie dumna i jestem, że udało mi się zmienić siebie, ale tylko zewnętrznie, bo wewnątrz jestem ciągle tą samą osobą, taką Zuską, której uśmiech nie schodzi z twarzy. A jeżeli komuś się nie podoba to, że czuję się w swoim ciele super, niech się nie patrzy, niech nie udaje sztucznej troski, i niech się zastanowi nad swoją dwulicowością. Nienawidzę tej cechy. Tfu! Właściwie, to nie wiem po co to piszę, ta osoba i tak tego nie przeczyta, chciałam dać upust swoim emocjom, w końcu to mój pokój jest. Over.

A, co tam dzisiaj załatwiłam?
Dostałam żelazo Sorbifer Durules i kwas foliowy. Dodatkowo skierowanie do hematologa. Idę do niego w sobotę, odpłatnie. Lekarza rodzinnego zmartwiły białe krwinki, monocyty, białko i leukocyty w moczu. Wszystko pogorszyło się po wyjściu ze szpitala, pomimo prawidłowego odżywiania. Powiedział, że organizm wyniszczyła choroba i on teraz ma problem z przyswajaniem żelaza, które znajduje się w pokarmach. Odporność u mnie zerowa, dlatego mam zakaz gromadzenia się w skupiskach osób chorych, podobno złapię wszystko. A na anemię z niedoboru żelaza, mam przez miesiąc brać leki, a później do kontroli. Zobaczymy, co też powie hematolog, jakoś spokojna jestem i się nie martwię, bo wiem, że i tę przeszkodę pokonam. Mam duży zapas sił, przecież ciągle mnie roznosi :)

Zaliczyłam też dentystę, ponieważ obrzęk nad górną szóstką powiększał się. Hm, dziwną rzeczą jest to, że nic tam nie było, żadnej ropy - nic. Według dentysty, bakterie się tam dostają i powodują takie dziwne coś. Hym. Założył mi felczer i jeżeli wypadnie, znowu mam przyjść. Byle do 30 sierpnia, wtedy zaczynam leczenie.

Kiedy ja odpocznę od tego wszystkiego, no kiedy?

poniedziałek, 27 czerwca 2011

XIII Rodzinny Rajd Rowerowy

Ponieważ Kisioł mi napisał, że pojedzie ze mną na rowerze, jak zrobię ładny wpis,  więc muszę się sprężyć, zatem - jestem. Tak na marginesie wredota z niego, ale o tym wiedzą wszyscy, co go znają ;) Pamiętacie, jak biadoliłam w piątek, że nie szykuję się na rajd, bo na pewno nie będzie pogody, bo zawsze tak jest, etc. Przyszła sobota, wraz z nią brak słońca. Załamanie trwało, jednak Kisioł napisał w sms-ie, że o godzinie 11 będzie słońce. Ja, niczym niewierny Tomasz, nie wzięłam na poważnie jego zapewnień, przecież wszelakie portale głosiły, że pogody nie budiet! Po godzinie 8 zaczęło kropić i dobiło mnie to straszliwie. Zjadłam śniadanie, nie spieszyłam się wcale, między czasie niebo, jakby się przejaśniło. Wiedziałam, że pojadę pod garaż Kisiołka, na marginesie w tym garażu człowiek czuje się, jak w domu, brakuje tylko czajniczka, ale Krzysiu obiecał, że nadrobi brak, prawda? Po 9tej wyruszyłam. Ciepło nie było, bo jak może być, kiedy nie ma słońca, jednak rozgrzewka rowerowa, czyli szybka jazda sprawiła, że zagrzałam swe ciało. Przy garażu było mi wręcz gorąco, a do tego wyszły pierwsze promienie słoneczne. Nawet nie wiecie, jaką miałam ucieszoną paszczę. Zresztą, Emil dobrze zauważył, ja się zawsze śmieję, więc czegóż innego można się po mnie spodziewać? O godzinie 10 zameldowaliśmy się na Bulwarach, gdzie znajdował się START. Ludzi od groma! 1300 uczestników brało udział, nie liczę tych, co jechali na własne ryzyko (koszulek brakło). Były też i czworonogi, m.in., Mimi - pies pogromca :) Córka dodatkowa Tomka i Renaty, bo syna już mają (na marginesie bardzo fajni i sympatyczni ludzie - pozdrawiam :)) Przygotowania potrwały chwilkę i wyruszyliśmy przed siebie. Postanowiliśmy jechać na końcu, coby uniknąć ścisku i ewentualnych wypadków. Wiadomo, jechało dużo dzieci, a one niestety nie zwracały uwagi na innych uczestników. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy, a ten kto ich nie miał, uległ wypadkowi, albo miał pecha i nawet jak miał oczy dookoła głowy, to i tak brał udział w kraksie ;) Dla mnie, jako osoby, która czuła moc w nogach, tempo było zbyt wolne, dlatego wraz z Kisiołkiem postanowiliśmy przebić się do przodu, za nami podążał pan Jacek, co team, to team ;) Lekko nie było, bo przeszkód mnóstwo w postaci kobiet tudzież dzieci, jeżdżących po całej jezdni, OMG! Półmetek znajdował się w Porębie Wielkiej. Tam otrzymaliśmy poczęstunek: ciastko w czekoladzie, herbatniki i woda mineralna niegazowana, wszystko z Biedronki. Jeżeli ktoś chciał, mógł zakupić kiełbaskę, ciacho, kawę, herbatę... Niestety, nikogo nie oświeciło, że dla 1300 osób jeden czajnik bezprzewodowy to za mało, i wypadałoby zaopatrzyć się w drugi i trzeci... Efektem braku, była kolejka, jak za czasów komuny, wypieków również brakło :) Faktycznie, tak jak Kisioł prawił, słoneczko nam towarzyszyło, raz na jakiś czas chowało się za chmurami, a wtedy robiło się chłodno. Gęsia skórka na nóżkach towarzyszyła i powodowała szybsze odrastanie ogolonych przed wyjazdem włosków, hihihi ;) Kiedy minęła wyznaczona godzina, czytać po występach dzieci, zjedzeniu, etc, Rodzinny Rajd Rowerowy wyruszył do mety. Tym razem mieliśmy zamiar jechać z przodu. Wyszliśmy z założenia, że im szybciej dotrzemy, tym lepiej, nie będziemy brali udziału w tym spędzie ludzi, którzy będą chcieli się zabić, żeby tylko przyjechać pierwszymi na stadion Mosiru. Plan został zatwierdzony, a my, jako wykonawcy naszego planu, przeszliśmy do jego realizowania. Niestety, nie było prosto dojechać do pilota. W życiu nie widziałam tylu ludzi. W pewnym momencie z nieba zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się z Kisiołkiem pod drzewkiem, żeby przeczekać, według niego miało przestać padać - uwierzyłam ;) Kurtka rowerowa, którą Kisioł miał, ochroniła nas przed ulewą a nawet gradem. Niestety, większość ludzi jechała dalej, przykry to był widok, widzieć ich takich mokrych, ale cóż..., jechali na własne ryzyko. Kiedy niebo przestało się złościć i skromne promyczki słoneczne zaczęły nieśmiało pokazywać, że nie zapomniały o cyklistach, wyruszyliśmy do mety. Końcówka odbyła się ekspresowo, odłączyliśmy się, żeby jeszcze przed uczestnikami dojechać na stadion, zjeść na spokojnie i czekać na losowanie nagród... Ech, było super. Tempo takie, jak lubię! O tyle ryzykowaliśmy, bo jakby nie daj Bóg, coś się nam stało, nie obejmowało nas ubezpieczenie. Ale my ostrożni jesteśmy ;) Na mecie czekał na nas p. Jacek. Zjedliśmy gulasz z bułką i rozgościliśmy się na trawce. Peleton dojechał po jakiś 10 minutach od naszego rozgoszczenia. Jeżeli chodzi o nagrody, to nic nie wygraliśmy - bywa ;) Rajd Rowerowy uważam jednak za udany! Mnie samą rozbroiła Mimi, która rozpoczyna dzisiejszy wpis, zakochałam się w tej małej koszykowej cyklistce, byście widzieli, jak ona dumnie siedziała, a zresztą - są zdjęcia, można zobaczyć, wystarczy kliknąć w aparat, który znajduje się po lewej stronie bloga - tam wszystko jest udokumentowane.

Gazeta Krakowska też mnie uchwyciła: Kto znajdzie Salanee? KLIK

Po południu także nie próżnowaliśmy. Odbywały się dni Gminy i po godzinie 19 pojechaliśmy z Konarem, Kisiołkiem, Mariuszem i Asią, pogibać swe ciała. Wystąpiła  Krzywa Alternatywa i Strachy na Lachy! Jako, że lubuję się w tym gatunku, byłam szczęśliwa :) Grabaż mniej, ale może przechodzi menopauzę? ;) Hihi, no dobra, żartuję. Grabaż dał czadu..., zresztą, ja kocham Strachy na Lachy bez względu na humory muzyków :) Więcej zdjęć - zapraszam do Galerii Salanee
Gdyby nie Kisioł i jego zacięcie fotograficzno - rejestrujące wszystko, co się rusza, nie mielibyśmy tylu pamiątek.  Na niektórych zdjęciach, głównie z moim udziałem, nie wiadomo, o co chodzi, ale przynajmniej można się pośmiać. Miny to ja robię gitowe, jak  mówi moja Amelka ;)

Konar, członek teamu rowerowego, ukończył kurs. Można go wynajmować, jako przewodnika po górach i nie tylko. Lubi kolorowe trunki, a jak się rozgada, to paszcza mu się nie zamyka. Jest fajny, zabawny i ma swoje pasje. Wie dużo, lubi robić to, co robi. Ktoś chętny? Pisać ;) To nic matrymonialnego. Konar, nie bij ;)

Bawiłam się świetnie przez ten weekend, wbrew moim obawom. Czułam się, jak za dawnych lat, kiedy jeździliśmy sobie z Kisiołkiem i Konarem, gdzie chcieliśmy, kiedy pochłanialiśmy to, co oferował nam czas, kiedy śmialiśmy się do rozpuku, kiedy świat kręcił się wokół nas.Było fajnie, miło i chcę więcej. Komfort psychiczny odzyskałam i już nic nie jest w stanie mnie zatrzymać... Dziękuję :)

Z takich mniej przyjemnych wiadomości, ziarnina buja, czeka mnie wycinanie, jednak sama rana nie boli, nie ropieje. Kulka nad zębem urosła znowu i jest duża, czuję się, jakby ktoś przywalił mi w twarz, boli. Jutro idę do dentysty, nie wytrzymam z tym  do sierpnia, a zapalenia okostnej nie chcę. Odebrałam dzisiaj wyniki badań. Jakby to powiedzieć, nie jest ciekawie. Przez ten cały czas chorowania, nikt dogłębnie nie sprawdził, co dzieje się w moim organizmie, a ja teraz nie jestem w stanie zdrowym odżywianiem uzupełnić braków... Jutro idę do rodzinnego, czeka mnie pewnie leczenie.
A, oto wyniki:
HCT - 33 [36-45]
RBC - 3.65 [4.0 - 5.20]
HGB - 10.1 [12.0 - 16.0]
WBC - 2.1 [4.0 - 10.0]
Wskaźniki czerwonokrwinkowe:
Poza normą mam tylko:
RDW - CV - 15.1 [11.5 - 14.0]
Rozmaz:
wart.b.NEUT - 0.92 [1.80 - 7.70]
% NEUT - 44.5 [50 - 70]
wart.b. LYMPH - 0.83 [1.00 - 4.50]
% MONO - 11.7 [1 - 10]
Wzór odsetkowy:
Barwiony metodą MGG:
Neutrofile - 42 [50 - 70]
Monocyty - 15 [1 - 10]
Biochemia: tutaj dla mnie szok!
Żelazo - 18.3 [30.0 - 160.0]
Badanie moczu:
Na liczbach się tam nie znam, ale:
białko - opalescencja. 

Właściwie, to nie spodziewałam się takich złych wyników. Białe krwinki jeszcze poleciały w dół. Na nic jedzenie truskawek, warzyw, owoców. Waga też leci. Za chwilę będę ważyć 50 kg. Teraz mam już 53. A jem. Normalnie jem - 5 razy dziennie. Rozszalał mi się metabolizm, nie ma co. Na poważnie,  coś się dzieje w moim organizmie. Ja sama czuję się bardzo dobrze, mam dużo siły, nie czuję się, jakbym miała anemię. Pamiętam, jak to jest. Wtedy nie miałam siły na nic, cały dzień bym tylko spała. Teraz jest inaczej, no może poza wczorajszym dniem, ale to wypiłam za dużo mięty z Kisiołkiem :) Fakt, troszkę gubię kudły, paznokcie też zrobiły mi się bardziej miękkie. Perspektywa brania żelaza mnie przeraża, kurczę blaszka. 

piątek, 24 czerwca 2011

Kurczę pieczoneę. Dlaczego dzieje się tak, że jak szykuje się jakaś impreza tudzież wydarzenie, w którym chcę wziąć udział, pogoda płata figla, niebo pokrywa się złowieszczymi chmurami, z których zaczyna padać deszcz, no dlaczego? Mowa o dniu jutrzejszym. Pesymistycznie do tego podchodzę, bo każdy portal pogodowy oznajmia iż jutro pogody nie będzie! 25 czerwca ma odbyć się 13 Rodzinny Rajd Rowerowy. Poprzednie lata to moja choroba i brak możliwości wzięcia udziału w imprezie (zresztą, pogody także nie było z tego, co pamiętam). Koszulkę zakupiłam, rower przygotowałam i raczej nic z tego nie będzie, dlatego się nie nastawiam na wyjazd. Po prostu nie jest mi dane tam być. Szkoda, że organizatorzy nie mają możliwości przełożenia Rajdu, wątpię czy ktokolwiek w deszczu pojedzie - jakaż to przyjemność? Żadna! W każdym razie, jestem umówiona z Kisiołkiem o 9:30, ale... no.

Dzisiaj, żeby było śmiesznie też mnie zlało. Byłam tak mokra, że można mnie było wykręcać, o ile ktoś miałby tyle siły w ręcach. Po prostu, przezorność z ubezpieczeniem u mnie nie występuje, ale dla włosów taka deszczówka jest idealna, ciekawe tylko, czy nie przypłacę tego chorobą? Oby nie.

Wykonałam też badania, które zlecił mi mój rodzinny doktorek. Jak zwykle był problem,  lewa ręka ma słabe żyły i po wkłuciu, wszystko popękało, a  prawa nie chciała oddawać krwi. Powodem - bardzo niskie ciśnienie. Pielęgniarka musiała naciągać krew do strzykawki, a i tak łatwo nie było. Powiedziała, że najlepiej  w moim przypadku wypić lampkę koniaczku z rana, wtedy żyły i krew popłynie... Tia, tylko jakie będą wartości? Taka już moja przypadłość, jestem niskociśnieniowcem i nic na to nie poradzę. Ja się dobrze czuję, nie przeszkadza mi to wcale. Wyniki  w poniedziałek dopiero, bo te dodatkowe badania, które miałam zlecone, nie mogą się zrobić w jeden dzień. Hym. Byle te wartości były lepsze niźli te ze szpitala. Nie chcę się faszerować dodatkowym stosem leków, już wystarczy.

Oddalam się do spania. Was też odsyłam, a kysz! Spać. Niech Morfeusz porwie i Was! Cmok.

czwartek, 23 czerwca 2011

Smutno...

Miałam dzisiaj napisać coś więcej i w ogóle obrać inny kierunek myślenia, jednak po wejściu na bloga Ewy się to zmieniło... Ewo, jestem przy Was myślami. Modlę się. Nie potrzeba tyle cierpienia...

wtorek, 21 czerwca 2011

Zakupowo!

Ogarnęłam, wczorajszy dzień ma się rozumieć. Dzisiaj jest lepiej. Umiliłam sobie wtorek, czym? Zakupami, jak na kobietkę przystało. Wyruszyłam o godzinie 8:00 pozałatwiać to i owo. Miałam nadzieję, że uda mi się odwiedzić jeszcze rodzinnego lekarza, w myśl zasady - Zrób dzisiaj, co masz zrobić jutro, ale niestety nie wyszło, wszak czas goni nas, cały czas..., i ani się obejrzałam a wybiła  godzina 13:30 - gdybym poszła do ośrodka, pocałowałabym klamkę, lekarz przyjmował bowiem do 12:00. Wdrożę zatem plan pierwotny, czyli? Pójdę jutro. Udało mi się jednak ustawić wizytę dentystyczną. Leczenie rozpoczynam 30 sierpnia o godzinie 17:30. Trochę odległy to czas, ale niestety, nie było nic wcześniej, poza tym komory hiperbaryczne jeżeli wypadną w lipcu, to spokojnie je zaliczę, a jeżeli przyjdą w sierpniu? Ha, dlatego właśnie ta godzina 17:30, żebym ewentualnie zdążyła wrócić z Siemianowic. Teraz, kiedy kulka  zniknęła, mogę czekać. Sprawa ubezpieczenia przez MOPS na czas leczenia też będzie się załatwiać. Zaświadczenie, które wydał mi lekarz jest dobrze napisane. Uff! Cóż mi zatem pozostało? Cieszyć się tym, co mam i cierpliwie czekać. Pozdrawiam Jolę i Roberta :D My to mamy szczęście na siebie wpadać ;)

Jak już napisałam na wstępie, dzień dzisiejszy to zakupy, które miałam zrobić dawno temu, bo jak kończą się kosmetyki, to wszystkie na raz. Taki blogowy haul zakupowy będzie dzisiaj, więc... Kupiłam sobie kilka rzeczy, w tym czerwony lakier, bo podobno każda kobieta powinna takowy mieć na swoim wyposażeniu. Ja do tej pory lubowałam się w lakierach cielistych, aleeeee, zmieniłam ulubienie, bo jak czerwień musi być, to nie ma żadnej dyskusji ;) Odwiedziłam też fryzjerkę i wiecie jak ulżyło mojej głowie? Ależ ja byłam zarośnięta. Pozostaje się zafarbować i włoski znów będą szczęśliwe. Tym razem wybrałam czarny bez. Jak będę wyglądać, nie wiem, ale trzeba coś zmienić. No, oddalam się do swoich zajęć...

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Hooouuukkkk!

Hym. Od czego by tu... Może się ładnie przywitam, bo tytuł nie każdemu może coś powiedzieć. Witajcie moi mili czytelnicy, wędrowcy, przybysze, podglądacze chciani, niechciani goście... - wróć, tutaj nie ma niechcianych, wszystkich witam z rozłożonymi semaforami przygotowanymi do uścisku. Jak po weekendzie? Dla niektórych wakacje za pasem, inni jeszcze muszą poczekać na swój wypoczynek, a jeszcze inni z utęsknieniem patrzą, aż cyferki w kalendarzu pokażą im datę, w której będzie się zaczynał wymarzony urlop. Fajnie... A ja na nic nie muszę czekać, bo tkwię w jednej wielkiej dziurze, z której nie mogę się jakoś wydostać..., a chęć robienia jest przeogromnie, masakrycznie wielka! Nie chcę już wypoczywać! Chcę zaangażować me członki do pracy, chcę się wykazać, zarabiać pieniążki, pożytkować je, chcę wyjechać nad morze..., bo tak dawno mnie w tamtych okolicach nie było, chcę poczuć fale na stopach i zanurkować w piasku. Chcę. No nic. 

Byłam dzisiaj do kontroli w Siemianowicach Śląskich, ale to chyba się domyśliliście, czytając początek. Wiedziałam, że nie do końca z raną jest idealnie, ale jakoś się tym nie martwiłam, bo przecież miejsce operowane nie dawało żadnych dolegliwości bólowych. Dotarłam bez żadnych problemów, tak samo było ze znalezieniem miejsca zakwaterowania Corsy - chociaż tyle - muehehe. I to wszystkie pozytywne aspekty. No, może jeszcze jeden by się znalazł, nie musiałam długo czekać na wizytę. W środku gabinetu już nie było kolorowo. Słowa doktora - chcę powiedzieć, że ta rana jest brzydka. Moja odpowiedź - Doktorze, może troszkę, ale za to nic nie boli... Doktor zawołał ordynatorkę i ta orzekła, że  rana faktycznie, ładna nie jest, ale nie jest też najgorsza. Niestety to, co z niej wyrosło będzie powodowało brak gojenia, dlatego trzeba to wyciąć. Buja ziarnina straszliwie, taki już mój urok. Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Skalpel, gaziki, sól fizjologiczna i rach, ciach. Bez znieczulenia. I nic nie bolało! Dlaczego? Ziarnina nie posiadała nerwów. Po wycięciu bardzo krwawiła. Musiałam czekać pół godziny po zabiegu, żeby nic się nie stało. I dobrze, bo cały opatrunek przemókł i musieli go zmieniać. Doktor M.M. orzekł, że może się tak zdarzyć, że ta ziarnina znowu wyrośnie. W takim przypadku muszę niezwłocznie przyjechać do Siemianowic na wycięcie. Jego mina powiedziała mi, że pewnie przyjadę... Kontrola wypada 4 lipca, zobaczymy, może nic się nie wydarzy do tego czasu. Dostałam recepty na leki, którymi będę traktowała ranę. Poza tym, komory muszę zaliczyć, dla mojego dobra. Czekam zatem, aż do mnie zadzwonią.  Zmartwiłam się bardzo moimi wynikami krwi, które wykonywali mi w szpitalu. Idę do swojego lekarza w środę. Nie rozumiem tego. Jem wartościowo, a i tak nic z tego nie wynika. Normy chyba nie są dla mnie. Mam nadzieję, że po sezonie truskawkowym będzie lepiej, ale jak nie, to niech mój rodzinny przepisze mi na to jakieś leki na receptę, bo te, które można nabyć bez, nie są nic warte. Jakie mam te wyniki? Już piszę:
WBC: 2,72 109/l 
RBC: 3,65  1012/l 
HGB: 10,1 g/dl 
HCT: 31,1%
PLT: 240
Glukoza w surowicy: 70 mg%
Białko: 7,0 g%
Kreatynina 0,49mg%
Na: 139 mmol/l
Ca: 1,22 mmol/l

Mało, mało mało. Siet!


sobota, 18 czerwca 2011

II Life Festival Oświęcim

Tak zapowiada się weekend w moim mieście. I chociaż pogoda pewnie nie dopisze, ludzi będzie dużo na koncercie finałowym. Zapłacili kasę za bilety, muszą pójść ;) W tamtym roku jeszcze nie trzeba było płacić, a w tym jest inaczej. Ma to swoje dobre i złe strony. Zaczynając od dobrych, na koncert pójdzie ten, co naprawdę będzie chciał, nie będzie chaosu, ścisku i wszystkiego, co może doprowadzić człowieka do stratowania(tak było w tamtym roku). A te złe? Niestety, nie każdego jest stać na taki wydatek. I chociaż Darek Maciborek mówił, że ceny są na każdą kieszeń, bo najtańszy bilet 30 zł - to dla mnie i tak za dużo. Poza tym, mieszkam w takiej okolicy, gdzie ten koncert będzie się odbywał, więc ze swojego okna doskonale zobaczę wielką scenę, a i dźwięk będzie lepszy, lornetka w dłoń i jazda! Za rok będę w środku! Kto jest gwiazdą? Obok Jamesa Blunt'a, wystąpi Matisyahu. Pierwszego nie muszę chyba przedstawiać, bo każdy na pewno zetknął się z jego twórczością, natomiast drugi to artysta bardzo oryginalny, tworzący muzykę w stylu reggae, do której dodaje elementy muzyki chasydzkiej, jazzu, hip hopu i beatboxingu. Osobiście nie miałam okazji słuchać wcześniej tego pana, ale braki nadrobiłam i powiem szczerze, że warto jest wydać pieniążki na dzisiejszą imprezę. Deszcz nawet jeżeli będzie padał, nie przeszkodzi. Muzyka reggae od zawsze łagodziła to, co złe. Pozytywne wibracje rozgonią cumulonimbusy, które będą chciały zawisnąć nad miastem ;) 


Dzień wczorajszy to także koncerty na Rynku Starego Miasta. W ramach II Life Festival ma się rozumieć, i to na dodatek za kompletną darmochę :D Byliśmy z Kisiołkiem pokołysać swoje boskie ciała. Jedliśmy też, albo inaczej - smakowaliśmy! Projekt kulinarny - Gotujemy dla Pokoju! Kucharze z różnych stron świata. Jadłam dobrocie. W sumie do dzisiaj nie wiem, co to było, ale smakowało, oj smakowało! Były też pieczone jabłka faszerowane bigosem z grzybkami... Kolacja jak się patrzy ;) Później trzeba było spalić to, co wpadło do brzuszka. Zaczęło się od Krzywej Alternatywy. Muzyka bardzo dobrze mi znana, z wokalistą wypiło się sporo, nawet próbowało się robić z pasty do zębów alkohol - młodość wtedy rządziła, ech Berkson... ;) Po Krzywej Alternatywie ruszyli Artyści Świata, a wśród nich francuska formacja Kana. I to była dla mnie miazga. Chłopaki grają reggae pomieszane z soulem i kubańskimi rytmami. Śpiewają  w różnych językach, począwszy od angielskiego a skończywszy na jamajskim. Nie miałam okazji ich poznać wcześniej, może to z racji tego, że rozwinęłam skrzydła, aby zgłębiać inne gatunki muzyczne, ale braki nadrabiam, bo warto ich znać. Zaczarowali scenę, zaczarowali publiczność (nawet Kisioł się kołysał), zaczarowali mnie. Byłam w innym świecie. Magia. Nie omieszkał się tego nie zauważyć reporter z radia RMF-FM, i że tak powiem mnie dopadł. Jeżeli ktoś wczoraj słuchał w/w stacji, to miał okazję  usłyszeć mój namiętny głos na antenie w tzw. relacji na żywo..., ale tak na marginesie to pan reporter mógłby nie palić. Palacze - żujcie gumy ;)



Przez próby na koncert finałowy nie spałam do godziny 2 w nocy.  Dzisiaj będzie to samo. Pewnie i petardy też. Biedna Sonia.


środa, 15 czerwca 2011

Ave Wędrowcy! Już nie leżę, nie wytrzymałam. Nawet leń miałby dość ciągłego spędzania czasu w łóżku, jakże to tak się marnować, jak życie się kręci i piękna pogoda, i... Rodzinny Rajd Rowerowy, który ma odbyć się 25 czerwca. Juuuppiii! Oczywiście, że zamierzam w tym dniu pojechać na rowerze, ba - ja nawet mam nadzieję, że będę mogła wsiąść na rower (za zgodą lekarza ma się rozumieć) już w przyszłym tygodniu, po wizycie w Siemianowicach Śląskich. Nie jest to moje zniecierpliwienie,  to jest dobre samopoczucie! Bo czuję się rewelacyjnie! Bo nic mnie nie boli (prawie)! Bo małe dolegliwości to nie jest ból! Przeszczepione miejsce wygląda na 4,  są tam małe niedociągnięcia, ale mam nadzieję, że się to uspokoi, a może jednak będę musiała odwiedzić komory, tak dla mojego dobra? Cokolwiek doktor postanowi - zaakceptuję. Jestem już bliżej niż dalej do wyzdrowienia i nic mnie nie powstrzyma, chcę osiągnąć to, co sobie założyłam. 

Dzisiaj rozpoczęłam kolejny etap w dochodzeniu do zdrowia. Pamiętacie, jak pisałam, że wyrosła mi jakaś kulka nad górną szóstką, jak moja dentystka powiedziała, że to dodatkowy ząb? Jak wyleczyła mi wszystkie zęby, jak, jak, jak...Dużo by o niej pisać, ale po dzisiejszym dniu nie warto! Rodzicielka odebrała od niej moje zdjęcia rtg zębów pod pretekstem zapotrzebowania na nie w Siemianowicach ( kłamstwo w dobrej wierze). Tak naprawdę, chciałam udać się do innego dentysty, żeby zweryfikować powyższą diagnozę. Naczytałam się ostatnio w sieci na temat takich kulek i perspektywa usuwania zębów i szczęki nie nastroiła mnie zbyt optymistycznie, dlatego zainterweniowałam, ząb nie może wyrosnąć nagle, a na wcześniejszych zdjęciach nie było żadnego zacienienia świadczącego o dodatkowym zębie. Mama ustaliła mi wizytę w innym ośrodku i poczłapałam.  Przywitał mnie miły pan doktor.  Pierwsze jego słowa po obejrzeniu zdjęć zawyrokowały, że to na pewno nie jest ząb. Może to być zapalenie na skutek złego leczenia kanałowego... Wyjaśniłam, że właśnie ta szóstka nad którą jest ta kulka, nie może być leczona kanałowo, ponieważ wg. poprzedniej pani doktor się nie da! Byście widzieli jego oczy!!! Generalnie to: wszystkie zęby, które leczyła moja dentystka są do leczenia! Partactwo całkowite! Szóstkę, da się wyleczyć kanałowo! Dzisiaj miałam ją rozwiercaną, doktor chciał sprawdzić, czy ta kulka nie ma ujścia wewnątrz. Kanały są wyczyszczone - doktor dostał się do wszystkich. Nie wyobrażacie sobie, jaka byłam zła. Człowiek idzie się leczyć, ufa lekarzowi, a on co robi? Odwala fuszerkę - bo jak na kasę chorych, to po co się starać? A gdzie jego pomyślunek, że to właśnie zęby mogą być przyczyną niegojących się ran?! Kutwa?! No. Kulka jak była, tak jest. Nawet się powiększyła po macaniu przez doktora. Co dalej? Plan jest taki. Zostałam uświadomiona ile zła mogą wyrządzić chore zęby, dlatego mam powiedzieć chirurgowi w Siemianowicach o fakcie toczącego się zapalenia wewnątrz zębów (które rzekomo były wyleczone), jeżeli chirurg powie, że rana po przeszczepie jest ładna - leczę zęby, jeżeli nie będzie się goić, wtedy niestety będę musiała usunąć te ząbki, które mają najgorszy stan zapalny. Ech... Do leczenia mam 5 zębów, mogę stracić 2. Pocieszam się, że to są szóstki, ale wolałabym je zachować. Leczenie kanałowe = kasa, ale tym będę martwiła się później. Jak widać, pech u mnie trwa. Do "mojej" dentystki już więcej nie pójdę! Zniszczyła mi zęby, bo mogła je wyleczyć, gdyby tylko chciała...

Pees!
Za nadmiar znaków przestankowych przepraszam. Emocje.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Za Zasłoną Strachu...

Samia Sharif
Przychodząc na świat, jako trzecie dziecko w muzułmańskiej rodzinie, Samia nie wprawiła swoich rodziców w euforię - wręcz przeciwnie, dla tych zamożnych algierskich imigrantów narodziny dziewczynki oznaczały karę zesłaną przez Allacha, a nie powód do radości. Tyranizowana przez ojca, szykanowana przez matkę - skądinąd również ofiarę tradycji, tyle że w pełni pogodzoną ze swoim losem - została wydana za mąż w wieku 16 lat za nieznanego sobie człowieka. W nieznośnej atmosferze zastraszenia, przemocy i pogardy urodziła sześcioro dzieci. Aby wyrwać je, a zwłaszcza córki, z tej okrutnej wobec kobiet kultury, postawi wszystko na jedną kartę. Podejmie desperacką próbę ucieczki z Algierii - kraju, w którym ideologia odmawia kobietom wszelkich praw, włącznie z prawem do miłości i decydowania o własnym życiu.

Książkę tę zabrałam ze sobą do szpitala.Wstrząsnęła mną ogromnie. Tak dramatyczne losy kobiety, wydają się być fikcją i czymś, co po prostu nie może istnieć..., a jednak w rzeczywistości jest inaczej. Wolność, tożsamość - takie coś dla Sami nie istnieje. Szok. Polecam wszystkim - książkę napisało życie...

sobota, 11 czerwca 2011

Im dłużej leżę, tym bardziej chcę wstać? Logiczne. A serio. Mimo tego, że lekarze kazali wypoczywać, aby przeszczep miał spokój, nie jestem w stanie spędzić całego dnia w łóżku. Dużo leżę, ale z chodzeniem też nie jestem na bakier. Teraz, kiedy ból nogi nie doskwiera, jest mi o wiele łatwiej, poza tym dom i posiadanie psa sprowadza się do obowiązków wyjścia na dwór, kiedy nie ma nikogo lub ktoś, kto do tej pory wychodził z czworonożką jest w pracy. Dochodzę do siebie. Mam siły, które występowały u mnie przed szpitalem, mogłabym góry przenosić..., tylko ogranicza mnie ten przeszczep. Nie mogę doczekać się kontrolnej wizyty, na której to mam nadzieje dowiem się, kiedy zacznę normalnie żyć. Podejrzewam, że zostanę potraktowana nożyczkami, bo część przeszczepionej skóry sobie wisi, więc doktor na pewno ją odetnie. Chyba za wcześnie zdjęto klamry. Zbytnio się tym nie przejmuję, bo przecież te blizny mi nie znikną, więc większa dziura nie dołuje mnie aż tak bardzo. Tak na marginesie, to w szpitalu siostry śmiały się, że mam blizny w kształcie gwiazdy betlejemskiej... Szalone. Kiedyś odważę się i wrzucę tu zdjęcie mego tyłu - ocenicie, o ile będziecie na tyle ciekawi ;) Generalnie to chyba nie jest źle, rana jest ukrwiona, widać, że coś tam chce ziarninować, wydobywa się z niej jakaś substancja, ale miałam ją  też w szpitalu. Nie nazywam jej, bo nie wiem, co to jest. Co najważniejsze, nie boli i nie przerasta. Oby tak dalej. 

Dni mi się strasznie ciągną, szczególnie kiedy spędzam je w samotności. Z rana przyjdzie do mnie bratanica, pobawimy się, czy też porozmawiamy, więc mam jakieś tam urozmaicenie. Robi się z niej taka moja kumpelka. Nauczyłam ją rzuć gumę, byście widzieli, jakie to dla niej odkrycie, że coś nie chce się rozpuścić. Po 3 minutach mówi, że guma nie ma smaku i chce nową..., ciotka na gumy nie zarobi.  Fajna jest dziewczynka, kiedy jest się z nią sam na sam. Moją mamę wyrzuca z pokoju, bije ją i mówi : - odejdź, ja tu sobie rozmawiam z Agą! Nie dopuszcza do mnie nikogo, chce mnie mieć na wyłączność, wpatrzona jest we mnie, jak w obrazek... Miłość bezwarunkowa. Wewnętrzny bunt, który nosiłam w sobie, pękł. Już się nie złoszczę, że mała przychodzi, teraz na nią czekam. Dawno nikt nie sprawił, że moja buzia tak szczerze się śmiała, a Amelka robi to już od kilku dni. Fajnie jest czuć się potrzebną.

Impreza urodzinowa brata, odbyła się na działce brata. Byłam zaproszona, ale wiadomo, że wstawić się nie mogłam. Brat wrócił do normy, odzywa się do mnie, jakby nic się nie stało. Ja już zapomniałam o krzywdach. Trzeba żyć dalej.

Popijam sobie kawkę..., i czekam aż dzień dobiegnie końca. Byle do 20 czerwca.

Pees!
Dodałam galerię do bloga. Znajdą się tam zdjęcia ze wspólnych wypadów, których doświadczę lub już doświadczyłam  :)

czwartek, 9 czerwca 2011

O tym marzyłam. W dniu wczorajszym nie mogłam doczekać się dzisiejszego, właśnie z tego powodu. Owsianka! To ona skradła moje serce i chyba na zawsze będzie u mnie gościć w porach śniadaniowych. Nasyca na bardzo długo, a do tego jest pyszna i zdrowa. W szpitalu mi jej bardzo brakowało. Teraz rozpoczął się jeszcze sezon truskawkowy u mnie na działce, więc na parę najbliższych tygodni, truskawki będą u mnie motywem przewodnim, aż dostanę od nich uczulenia, a co! Warto dla takich czerwonych dobroci trochę pocierpieć. II śniadanie też było truskawkowe, obiad również i teraz się waham, czy na podwieczorek wybrać truskawki, czy może marchewki? I chociaż rozum podpowiada - weź warzywo, to kubki smakowe wiedzą, czego chcą. Może koktajl truskawkowy? Tak! To zjem, i marchewki również, przecież warzyw nigdy za wiele. Muszę tylko sprawdzić, czy w lodówce w ogóle występuje marchewka, bo to różnie może być, wszak nie było mnie 8 dni. Mama przez ten czas też zapomniała o zdrowym odżywianiu, przestała jeść śniadania, a obiady znowu okazały się być kaloryczne. Wczoraj chciała we mnie wcisnąć pulpety w sosie na mące z ziemniakami! A kysz z czymś takim, w szpitalu takie bomby kaloryczne były czymś normalnym - też nie jadłam, wyjadałam tylko surówki i mięso. O  białym pieczywie nie wspomnę - ble! Dobrze, że to już za mną, że teraz znowu decyduję o tym, co jem, że wybieram zdrowe, pełnowartościowe produkty, no i, że mama powróciła do zdrowego odżywiania, nawet mi powiedziała, że tęskniła za mną z tego powodu - tylko dlatego tęskniła? Hihihi ;) 

Powrót do domu, to nie tylko zdrowe odżywianie, to również codzienność, która tak mnie irytowała, to brak zrozumienia ze strony najbliższych, to niemożność wypoczywania, chociaż tak nakazali lekarze. Co z tego, że leżę, jak bratanica wisi na mnie cały czas, a jej druga babcia nie przejmuje się tym, że ja muszę wypoczywać, że nie wolno mi praktycznie nic, że muszę mieć spokój, żeby przeszczep się zagoił... Wczoraj ledwo przyjechałam, mała przyszła na kilka godzin, dzisiaj to samo. I najgorsze jest to, że ona tylko przy mnie na łóżku chce siedzieć i skacze, i wierci się, i nie chce widzieć babci na oczy. A mnie tak chce się za dnia spać, muszę też wietrzyć przeszczep, jak ja mam to zrobić z dzieckiem?  Nie wspominam już o tym, że każde poruszenie sprawia mi jeszcze ból, chociaż cierpi głównie miejsce pobrania przeszczepu...  Mama moja nic nie może na to poradzić, Amleka ją bije i mówi - idź stąd, ja rozmawiam tylko z Agą. Nie złoszczę się na małą, bo ona jeszcze nie rozumie, tylko na niektórych dorosłych, którzy nie chcą mi pomóc, przecież dziecko można zabawić i wtedy nie padnie hasło, chcę na dole... Jeszcze w sobotę mój brat ma urodziny i chciałby je zrobić u nas. Nie odzywam się nic, tylko sobie po cichutku płaczę... Wolałabym bym być w szpitalu, miałabym pewność, że przeszczep się zagoi..., teraz się boję. Chcę wyzdrowieć, nie przeżyję kolejnej porażki, szkoda, że zawsze mam pod górkę, że nie mogę zdrowieć w spokoju, widać nie takie założenie w stosunku do mnie ma los. Poczekamy zatem na rozwój wydarzeń...

A jak przeszczep? Hm. Dziwny jest, skóra w niektórych miejscach wisi i jest ciemnego koloru. Nic nie ropieje. Obserwuję bacznie :) Smaruję Neomecyną. Miejsce pobrania otwieram dopiero jutro. Aż się boję, bo właśnie to miejsce daje duże dolegliwości bólowe. Poza tym, nie siedzę, nie mogę się kąpać, nie mogę nic. Fajnie ;) A jaka jestem? Dzielna!

Czego nie mogę znieść? Reklamy T Mobile z Janem Nowickim na czele!

środa, 8 czerwca 2011

Dzień dobry!

Z poniedziałku zrobiła się środa i oto jestem. Szpital wypuścił mnie ze swoich murów, wszak wypadła siódma doba. Od wczoraj miałam zapowiedziane, że tak się stanie, ale nie chciałam nic pisać, coby nie zapeszyć. A dzisiaj już jestem sobie w domu, centrum mojego dowodzenia znalazło się na łóżku i tak pozostanie do 20 czerwca. Nic mi nie wolno, mogę tylko chodzić siku i leżeć. Nawet jakbym chciała usiąść, to tego nie zrobię, ze względu na miejsce pobrania skóry do przeszczepu. No właśnie, a co z przeszczepem? Już piszę.

W dniu wczorajszym, przy porannej wizycie, lekarz prowadzący był sceptycznie nastawiony co do mojego wyjścia, tak samo jeszcze jedna pani doktor. Oni uważali, że to za wcześnie, tym bardziej, że mieszkam daleko od Siemianowic, no i, że nie wszędzie przeszczep się przyjął Chcieli nakładać skórę z banku tkanek, ale pani doktor szefująca powiedziała, że nie trzeba tego robić i można mnie tak zostawić. Hym. Miny mieli niewesołe, ale widać było, że w kwestii mojego pozostania na oddziale nie mieli nic do powiedzenia. W ogóle to były chyba jakieś czystki, gdyż moja sąsiadka wyleciała już wczoraj po wizycie. No i tak, pozostaje czekać, że to wszystko będzie się ładnie goić, bo innej opcji nie przewiduję :) Kontrolę mam 20 czerwca.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Porzadki.

OMG! Ja to sobie zawsze wykracze...

Od wczoraj narzekalam na bezczynnosc, brak rozrywek i monotonie, to tak delikatnie mowiac. Dzisiaj sobie cenie to wszystko, co napisalam powyzej, dlaczego? Nic nie zapowiadalo tego, co mialo sie wydarzyc. Ranek przebiegl normalnie. Sniadanie, pozniej 6 godzin wietrzenia i obchod lekarski. Lekarz ogladal przeszczep i jest gotowy do nakladania skory dodatkowej... Zobaczymy, jak to sie wyklaruje w ciagu kilku dni. Potem byl obiad, a o godzinie 13 wywiezli mnie z sasiadka na korytarz, bo w sali mieli czyscic podloge. Myslalysmy, ze tylko na chwile tam pobedziemy. Wypilysmy sobie kawe, a tu sie okazalo, ze przyblizony czas powrotu do pokoju to godzina 19-20! Co? Jak to tak? A siku? No wlasnie. Godzine po tych slowach, cierpial moj pecherz. Na basen nie zamierzalam sikac, dlatego siostra pozwolila nam na wozku udac sie do wc na innym pietrzel. Ol je! Pozwiedzialysmy, zgubilysmy sie tez, bylo wesolo. Po 18 mialam przyjemnosc widziec przebierajacych sie robotnikow, bo tak akurat stalo moje lozko. Nie moja wina. Teraz jestem juz w pokoju i padam..., bo jeszcze byl taki pan, co zagadal mnie prawie na smierc. Ech. Za duzo mi tu gadaja. Dobranoc.

posted from Bloggeroid

niedziela, 5 czerwca 2011

Niedzielne nic.

Houk!

90/50 - takie mialam dzisiaj cisnienie o godzinie 6 rano. Pielegniarka dala wskazowke, ze jakbym wstawala z lozka, to mam najpierw posiedziec. Teraz juz wiem, dlaczego codziennie po wstaniu wirowal mi swiat... Nie moge tu spac. Noce sa dla mnie tragiczne, chyba nieodpowiedni materac powoduje ten dyskomfort, zbyt miekki jest.

Wczoraj pisalam o 3 godzinnej katordze w lezeniu na brzuchu. To bylo nic, dzisiaj mam lezec 4 godziny. 2 juz za mna. Na szczescie, ulozyli mnie na boku ze wzgledu na ten kregoslup. Boli mnie biodro i cierpnie noga, ale takie cos to zniose... A jutro? Jutro bede lezec 6 godzin bez opatrunkow. Przeszczep w jednym miejscu sie slimaczy. Leje sie duzo wydzieliny w zwiazku z czym, to miejsce sie nie przyjmie. Lekarz mi dzisiaj powiedzial, ze naloza na to nowa skore, ktora zostala im po poprzedniej operacji i trafila do banku tkanek. Nie bedzie to zadna operacja na szczescie, tylko taki mini zabieg. Czasami tak sie dzieje, jakos mnie to nie zmartwilo, ich tez nie. Rodzicom chyba nie powiem, bo beda panikowac, a ja nie chce, zeby sie przeze mnie martwili.

Smutno mi tu. Myslami jezdze sobie na rowerze, a mozg zaopatrza mnie w widoki, ktorych doswiadczylam rzeczywiscie jezdzac. Grunt to nie zwariowac...

Zycze udanej niedzieli, spedzonej w gronie rodzinnym. Wypoczywajcie.

posted from Bloggeroid

sobota, 4 czerwca 2011

Leniwie i bolesnie...

Nocka byla dla mnie tragiczna. Nie moglam zasnac, meczylo mnie gardlo, bolalo mnie biodro, cierply rece, a do tego wszystkiego bylo goraco, pomimo klimatyzacji, ktora rzekomo dziala w pokoju. Zasnelam chyba po 3 a obudzilam sie o 6. Gdybym mogla wziac prysznic, na pewno by mi sie polepszylo, a niestety do dyspozycji mam tylko brazowa miske... Jutro mi pomoga siostry umyc glowe - chociaz tyle, dobre kobiety. A dzisiaj czekala mnie kolejna rozrywka. Mianowicie przyszlo mi spedzic 3 godziny na brzuchu z odkrytym przeszczepem, ktory od 3 doby bedzie sie regularnie wietrzyl... Trzecia godzina wypadla przypadkiem, bo akurat na izbie bylo przyjecie i o mnie zapomnieli. I nic by nie bylo w tym nieprzyjemnego, gdyby nie moja lordoza i guzki, ktore posiadam w dolnych partiach kregoslupa, a ktore powoduja bol przy dluzszym lezeniu w w/w pozycji. To bylo straszne, pod sam koniec sie pobeczalam, bo nie bylam w stanie juz wylezec... Widzialam rane. Jakby to powiedziec - ble! Wystaja z niej metalowe klamry i jest dziura, ktora wyglada niezbyt smacznie. Lekarz powiedzial, ze generalnie nie jest zle, trzeba bedzie tylko oczyszczac miejsca, ktore jeszcze krwawia. Wydziela sie tez plyn i trzeba z tym walczyc, jeszcze za wczesnie na przyjecie przeszczepu. Nic mnie nie martwi, poza tym, ze nie wiem, jak ja jutro wyleze na brzuchu przez dwie godziny.

Byle do wtorku, czy tam srody. Amen.

posted from Bloggeroid

piątek, 3 czerwca 2011

Druga doba...

Witajcie ludkowie, ktorzy niechcacy wpadniecie na mojego bloga i tacy, ktorzy zagladacie tu regularnie. Jest mi niezmiernie milo, ze blog ten dzieki Wam nie umiera smiercia naturalna...
Piatek. Za oknem ladna pogoda, gdybym byla w domu, pewnie jezdzilabym o tej porze na rowerze lub pozytkowala czas w jakis inny, aktywny dla mnie sposob... Gdybym. Niestety, caly dzien nie robie zupelnie nic. Nawet w sufit mi ciezko patrzec, bo szyja boli. Zreszta, zakwasy mam wszedzie, nogami ledwo ruszam, miesnie brzucha obolale, lokiec, na ktorym sie podpieram jest juz tak odgnieciony, ze nie jestem w stanie utrzmac swej watlej postury. Od wtorku nasluchalam sie, ze chudzina ze mnie straszna. Na bloku operacyjnym, anestezjolog musial szukac malej maseczki, bo ta, ktora mieli przykrylaby mi cala twarz. Rece tez mam za chude podobno i dlatego te wenflony szlag trafia. No, co no. Chociaz, tutaj jedzenie jest niezle,dzisiaj na obiad byly kluski na parze. Oczywiscie, ze zjadlam :-) wcale sie nie glodze, odkad zaczelam jesc, to waga tak poleciala.Trza uwierzyc, ze sie da...

Dzisiaj zmieniali mi opatrunek. Bolalo, ale bylam dzielna. Doktor usunal miejsca, w ktorych moglby wystapic potencjalny odrzut przeszczepu. Zakaz wstawania z lozka obowiazywal bedzie do 7 doby. Przeszczep potrzebuje spokoju. Na razie za wczesnie, zeby cokolwiek powiedziec, czy wszystko sie przyjmie... Tak, wiec jedyna moja rozrywka jest wyjazd na lozku do pokoju zabiegowego, a pozniej powrot i tak do przyszlego tygodnia. A w pokoju mam wielkie okno, w ktorym ogladam sobie zurawia przenoszacego deski, druty i inne takie rzeczy potrzebne do budowy kolejnego skrzydla szpitalnego... Jak tak dalej bedzie, to zanikna mi wszystkie miesnie i stane sie leniwa, osowiala, i calymi dniami bede tylko spac ;-) o, i Mode na Sukces zaczne ogladac, tak mnie karac. Sasiadka wlasnie wlaczyla. Grr!

Odmeldowuje sie. Za brak polskich liter przepraszam, nie mam mozliwosci ich wpisywac w programie, z ktorego korzystam w telefonie. Zyjcie zdrowo.

posted from Bloggeroid

czwartek, 2 czerwca 2011

Przeszczep



Pierwsza doba od operacji mija. Zakaz calkowitego wstawania z lozka obowiazuje i tak pozostanie przez kilka najblizszych dni. Od wczoraj zaprzyjazniam sie z basenem, ale nie jest wesolo. O maly wlos, nie zalozono mi cewnika, a wszystko przez plyny, ktore nie chcialy dzialac tak, jak powinny. Bylo cieplo, wiekszosc tego, co wypilam, wyparowalo ze mnie I w efekcie do polnocy pilam I dostawalam kroplowki, aby tylko pecherz zadzialal. I zadzialal, ale co to za bol byl, to sobie nawet nie wyobrazacie... Ech, ja to mam szczescie do roznych, dziwnych przypadkow. Dzisiaj tez malo razy korzystalam z basenu, ale wazne, ze cokolwiek leci.

Czuje sie ogolnie dobrze, jestem oslabiona, dostaje jakies leki, witaminy. Opatrunek bede miala zmieniany za kilka dni. Bol do zniesienia nawet, ale nie wiem, jak to bedzie, kiedy zaloze spodnie. Mam na sali fajna pania, wiec sie tak bardzo nie nudze. Wyobrazcie sobie - lezec na boku, I tak przez caly dzien, noc, dzien, noc. Masakra. W Oswiecimiu nic takiego nie mialo miejsca, moglam chodzic I moze dlatego czesc przeszczepu sie nie przyjela. Tutaj nie ma opcji, zeby wstac, kamerka w pokoju monitoruje poczynania, niczym w domu wielkiego brata.

Poza tym, uciekl mi wczorajszy dzien. Operacja o 12, a potem czarna dziura. Pamietam moment na bloku operacyjnym, pamietam, ze zakladali mi trzy wenflony do zyly I klneli, bo zyly strzelaly, pamietam, jak doktor mnie zagadywal, a potem juz nic nie wiem... Wyciety kawalek zyciorysu..., pamiatka po rurze intubacyjnej w postaci bolacego gardla zostala tylko, I sakrament namaszczenia chorych, a ja nic nie pamietam, obrazek od ksiedza mi o tym przypomina, bo jest data I adnotacja, ze przyjelam. Ze tak mozna wylaczyc komus pamiec.

Ile tu bede? Na pewno 7 dni na przyjecie sie przeszczepu jest. Potem trzymaja jeszcze 2 dni, to w sumie 9. Zobaczymy. Oddalam sie, czyli odkladam telefoniczne centrum dowodzenia i bede patrzyc sie w telewizor lub sciane..., byle to wytrzymac...

środa, 1 czerwca 2011

Wielki dzien!


Dormicum. I wszystko jasne. Trzymajcie kciuki za powodzenie operacji... Fiu, kreci mi sie w glowie.