sobota, 28 listopada 2009

 Ostatni dzień przede mną.  Dlaczego nie można wkraść się tam gdzie powstają myśli, i wyrzucić, co niepotrzebne, a zostawić tyko te właściwe, optymistyczne, poukładać je na półeczkach, i brać, kiedy będzie chciał przyjść ten gorszy moment?  Dlaczego za każdym razem przyjdzie coś, co skrupulatnie będzie chciało mi rozwalić nastrój, i będzie się tym napawać bezgranicznie, będzie czekać zaszyte gdzieś w pokoju, aby uderzyć, a potem się ze mnie śmiać, że słaba jestem, bo znowu nie podołałam? Dlaczego to przyjdzie, co to jest, i dlaczego przychodzi do mnie? Dlaczego nie zapisał mi się wcześniejszy wpis, i muszę pisać na nowo? Dlaczego tak strasznie się boję jutra? Strach jest chyba normalnym odczuciem każdego z nas, posiadamy emocje, a co za tym idzie, posiadamy też strach. On czasami jest silniejszy od nas samych, i pozytywne myśli, które staramy się z siebie wykrzesać czasami nie mogą z nim zwyciężyć,  pokazać  mu, że nie ma prawa zajmować niektórych głów, mojej głowy - ona nie potrzebuje dodatkowych myśli, ona i tak za dużo musi się w tym życiu napracować. Więc straszku, uciekaj ode mnie, pójdź sobie do kogoś innego... Nie uciekł, skubany, się mnie za mocno trzyma...

Jestem wdzięczna, za to, że ktoś potrafi przy mnie trwać, kiedy innych już nie ma, kiedy inni tak naprawdę wpadają tylko na chwilę, aby  zamienić parę słów, wypytać o to, i o owo, zaspokoić swoją ciekawość, a potem sobie pójść, tak najzwyczajniej w świecie odejść do swoich obowiązków. Nie, nie mam nic przeciwko temu, wszak na tym polega życie... chyba. Niemniej jednak, nie każdy taki jest, i dlatego zastanawiam się, jak mam spłacić ten dług wdzięczności, którego nijak nie mogę przeliczyć na żadne dobro? Dlaczego w człowieku istnieje coś takiego, takie przeświadczenie, że zawsze musi być "coś za coś", dlaczego nie może zrozumieć, że czasami ludzie nie oczekują nic w zamian, że to co robią, nie jest sztucznym zachowaniem, tylko wynika  z tego, jakimi są ludźmi, jak bardzo utożsamiają się z daną osobą, jak bardzo chcą jej pomóc? Przecież człowiek sam nie oczekuje nic w zamian, jest mu miło, że może sprawić komuś radość, i robi to zupełnie bezinteresownie, dlaczego nie ma to działać w obie strony ? Kto w człowieku wypracował takie przeświadczenie o ludziach? Co wypracowało...? Życie..., i teraz człowiek na nowo musi uczyć się, że nie każdy taki jest.

Zacznę powoli się żegnać...Nie wiem, jak długo mnie nie będzie... chlip..., ale na pewno tutaj wrócę. Bywajcie...






Update:
Wiem, że nie odświeża mi się lista blogów ( znaczy, działa tylko dla niektórych), ale teraz jest to  i tak nieistotne, bo mnie nie będzie. Zajmę się tym po powrocie, teraz nie mam głowy.

Sobota - Ameryki tym słowem nie odkryłam - wiem. Wczorajszy dzień zaliczam do straszliwie leniwych, chyba udzieliło mi się samopoczucie cierpiących. Dodatkowo, mieszanka wybuchowa, którą sobie zaaplikowałam, sponiewierała mój żołądek, a ja, jak zwykle, nie miałam żadnych tabletek, które mogłyby mi pomóc. Apteczka w moim domu ma stany zerowe. Może to i lepiej, przynajmniej nikt sobie chorób nie szuka - no, może prócz mamy,  jej dolega już wszystko - tak mówi... Wracając do realności. Coraz gorzej jest mi chodzić, nie jestem w stanie ustać 10-ciu minut, wyjście po schodach jest nierealne, wejście do samochodu wymaga ode mnie niesamowitej gibkości, przy czym nie mogę napinać mięśni, bo wtedy pojawia się ból nie do zniesienia, a  jazda powyżej 40 km/h nie wchodzi w grę, i nie mówię tu o prowadzeniu pojazdu, absolutnie. Jestem w szoku, że to tak szybko się posuwa, że z dnia na dzień, jest coraz gorzej., jeszcze te stany gorączkowe mnie dobijają. Walka o odnowienie leukocytów trwa - staram się, aczkolwiek  podobno nie jest tak prosto. Wczoraj sobie nie pomogłam, i dzisiaj nie za bardzo coś mi chce wejść do żołądka. Zęby znowu dały o sobie znać, podniebienie nadal pokaleczone, dzisiaj popękały mi jeszcze kąciki ust - sypię się...., brakuje tylko świńskiej grypy... No, za co to wszystko, aż taka jędza ze mnie jest? ... Proszę nie odpowiadać, to było pytanie retoryczne ;)

 Znowu musiałam udać się z tatą na zakupy, było ciężko, nawet bardzo, jednak nie miałam wyjścia, bo potrzebowałam jeszcze paru rzeczy, a o prezencie dla Misia na Mikołaja nie wspomnę. Szkoda, że nie będę jej go mogła wręczyć  ;( Musiałam też ogarnąć mieszkanie, a ściślej  - mój pokój, bo przez to, że Amelka bywa tu codziennie, nie mogę się w nim odnaleźć. Wszystko jest nie tam, gdzie  być powinno.  Dzisiaj np. w lampce, którą mam koło łóżka, znalazłam elementy mandarynki. Ciekawe, kto to tam wrzucił, na pewno nie byłam to ja... Jak tylko mały bąk wróci z Wrocławia, to ja się jej zapytam,  kto mi to zrobił. Już widzę ten szyderczy uśmiech, i to szybkie przebieranie nóżkami, kiedy będę chciała ją złapać celem gilgotania za karę. Cioci pokój, to nie śmietnik, nie wolno wyrzucać  byle gdzie tego, co nie zmieścił brzuszek... Będę musiała z nią o tym poważnie porozmawiać, i już widzę to kiwanie główką: Tak Aga, tak, masz rację, ale swoje będę robić... Kurcze, skąd ja to znam? Już nie wspomnę o zalanych herbatą częściach pokoju..., ale w sumie to mogę wybaczyć,   nauczyłam ją stukania się na zdrowie szklankami,więc mam teraz za swoje...

Kurczę...wszyscy dzisiaj będą imprezować, a ja nawet nie mogę się ruszyć. Smutno, bo też bym chciała gdzieś sobie wyjść, aby nie myśleć o tym wszystkim, co mnie czeka w poniedziałek, i nie daje mi to spokoju... Później, ludzie będą przygotowywać się do świąt, będą się cieszyć, a ja...  w szpitalnych murach pośród chorych ludzi, a za oknem będę widzieć tylko trochę drzew, i oddział psychiatryczny..., i codziennie będą mi robić krzywdę... Ech, znowu się rozklejam...

 

piątek, 27 listopada 2009

Wczorajszy dzień dał mi wiele dobrego, i pomimo tego, że wiem, co mnie czeka za kilka dni, i że one upłyną tak szybko, to jakoś się nie martwię. Na pewno największe uderzenie stresu będę miała w niedzielę, bo chyba dziwne by było, gdyby człowiek się nie bał, jednak czuję,  że mam swojego dobrego ducha, który nie da mi się stresować, i umili  ten ostatni dzień mojego pobytu w domu. Z takim dobrym duchem można też sobie bardzo sympatycznie porozmawiać, i ma się wrażenie, że się zna od zawsze... milczy, gdy mówię, mówi, gdy milczę...,  wiecie, jak to dobrze jest pośmiać się tak szczerze, tak prawdziwie, i na dodatek robić to o 2 w nocy? Takie dobre duchy istnieją, i stają się elementem naszego życia,  w momencie, kiedy my sami myślimy, że nic nas już dobrego nie spotka, Takie duchy czasami mieszkają blisko, czasami daleko, ale to właśnie z daleka spotyka się najwięcej życzliwości i dobroci. i to dalekie, powinno być blisko.  Amen.

Dla dobrego ducha..., niech posłucha, jak go już głowa nie będzie bolała ... ;)

s

Update:
Pomieszałam dzisiaj mandarynki, z kawą, z wędzonym serem, i popiłam to wszystko wodą mineralną... Później,....umarłam...O masakro, nigdy więcej!

czwartek, 26 listopada 2009

Godzina: 7:00
O cieniu! Jak ja nienawidzę rano wstawać. Ostatnio w ogóle nie chcą mi się  otworzyć oczy, odkąd zasmakowałam spania, to jest mi tak dobrze, że nie chcę wracać do realnego świata. Nie słyszę budzików, mówię sobie jeszcze 5 minut, lub nieświadomie wyłączam dzwonienie i smacznie śpię dalej. Konsekwencje oczywiście są, bo potem nigdzie nie mogę zdążyć. Ech, przydałby się taki budzik, coby uniemożliwił zamknięcie oczu, tylko nękał co chwile, wtedy z braku wyboru by się wstało. W każdym razie, po takich porannych problemach,  łazienka jest dla mnie wybawieniem. To w niej dochodzę do siebie, to ona pozwala mi zasnąć na 5 minut ze szczoteczką w buzi, nad umywalką,  to jej część, czyli prysznic polewa mnie wrzątkiem, i krzyczy na mnie: "No obudź się babo wreszcie".  Potem kłaniają się wody utlenione, kompresy, plastry,  i plecy dostają nowe opakowanie. Kiedy poranny rytuał dobiegnie końca - wychodzę, można powiedzieć prawie obudzona, powłóczę nogami, bo oczywiście nie chce mi się ich podnosić, i podążam do swojego królestwa, gdzie czeka na mnie mój wcześniej włączony komputer . Jak nie muszę nigdzie się wybierać, to czasami pomijam rytuał łazienkowy, na rzecz porannego dojścia do siebie przy komputerze i kawie. Łazienka jest na drugim planie - oczywiście poza umyciem zębów, i zmianą opatrunku. Jak wtedy wyglądam? Po prostu nieład artystyczny na głowie, a resztę można sobie wyobrazić wg. własnych upodobań, tylko nie robić ze mnie żadnego monstrum ;)

Dzisiaj np. było tragicznie z obudzeniem się. Łazienka jak zwykle mnie nie zawiodła. Miałam zadanie bojowe obudzenia  mamy, bo wybierała się do lekarza.  Co też ludzie czasami mają w tych swoich głowach...
Ja: Mamo...Mamooooo?, No mamo!!!
Mama: Cocococo?
Ja: No, kazałaś się obudzić!
Mama: A...już, już.... - zasnęła znów. Problemy z wstaniem mam po mamie, więc nie dałam za wygraną!
Ja: Mamo, wstawaj! - i ściągnęłam z niej  kołdrę. Mama naciągnęła ją z powrotem.
Mama:... jeszcze 5 minut... zieeewww - ( ha!)
Ja: Mamo, nie... Wstawaj, kazałaś się obudzić. Potem będziesz na mnie krzyczeć, że Cię na pewno nie budziłam! Mamoooo, no mówię do Ciebie, wstawaj!
Mama: Agnieszka!... No idź że  włożyć ten chleb do pieca, a nie zawracaj mi tu głowy!
Ja: Yyy, co?...  Mamo...  To Ty sobie lepiej śpij, a do lekarza pójdziesz jutro...

I co było, jak wstała? Oczywiście, "na pewno mnie nie budziłaś"... ale podobno była piekarzem, i robiła pyszny chlebek... Tak, tylko kto w tym śnie musiał go do pieca wkładać,... Ech, całe życie poniewierka ;)

Na dzień dobry...Nasze  przebudzenie...i rewelacyjny Buzu Squat...


Godzina 11:00
Zbieram się do lekarza. Boję się panicznie, bo wiem, że może paść słowo "szpital" - podświadomie wyrzucam to ze swojej głowy, ale świadomość bierze górę. Caly czas, mam stany podgorączkowe, wiem też, jak wyglądają moje plecy, dlatego nie mogę łudzić się, że nie padnie to słowo, którego nie chcę usłyszeć. Wiem, że to słowo, byłoby najlepszym wybawieniem z sytuacji, bo wycięliby przetoki, i zrobiliby to w znieczuleniu ogólnym, nie musiałabym cierpieć, dopiero później, ale... no właśnie... zawsze muszę mieć jakieś ale... Jestem człowiekiem, który za bardzo sobie przybiera do głowy, i tym razem sobie przybrał, że głupio mu tak udać się do szpitala, że znowu nie jest zagojony, i będzie im zawracać głowę... Wstyd mu, że jego organizm nie chce się goić,  a on sam nie ma na to żadnego wpływu, i że oni znowu staną nad człowiekiem mówiąc, że wszystko jest wbrew prawu grawitacji..., i że znowu będą człowieka męczyć, sprawiając ból, którego człowiek nie będzie mógł znieść,  i że znowu człowiek będzie z tym wszystkim zupełnie sam...No, to idę!

Godzina 13:00
Idę do szpitala... Niestety... Miało to być już dzisiaj, ale  lekarz na tyle wyrozumiały, widział moje przerażenie,  że pozwolił mi zaczekać do poniedziałku. Poniedziałek mam być na czczo, od razu położą mnie na stół, ponacinają wszystko, czego nie powinno być na plecach, i zdrenują... Tak bardzo się tego boję. Wiem, że to jedyne wyjście z sytuacji,  mój organizm jest w kiepskim stanie, wyniki złe, praktycznie nie posiadam leukocytów w sobie, a to dzięki nim organizm ma odporność, i walczy. U mnie nic nie walczy, wszystko wyniszczone, tylko gorączka  przypomina mi, że dzieje się coś niedobrego. Ech. Gdybym tak mogła cofnąć czas, i słuchałabym, co się do mnie mówi, to może tego wszystkiego by nie było. Jak zwykle wiem lepiej, a potem mam za swoje. To moja straszna wada jest, najstraszniejsza ze wszystkich, które posiadam.  Najgorsze też, że trochę w tym szpitalu poleżę, bo tym razem oni chcą być pewni, że już nie wrócę... Chlip... I nie przyjdzie do mnie Mikołaj...Chlip...,a jak przyjdzie, to pewnie dostanę rózgę... Chlip..., za mądrowanie... Chlip...

Godzina 14:00
Wybraliśmy się z tatą na zakupy. Mamę też zabraliśmy, bo jechała do pracy. Wszystko ładnie, pięknie. Odezwałam się po jakiś 5 minutach, bo już nie wytrzymałam:
Ja: Tato, ale w tym aucie śmierdzi!
Tata: Czym?
Ja: Nie wiem, jakby się coś rozkładało, mamo, czujesz?
Mama: Czuję właśnie, już tacie to wcześniej mówiłam.
Ja: Tato, przyznaj się - pierdzisz w fotel!
Mama: Na pewno pierdzi, i nie wietrzy, to wszystko prześmierdnięte!
Tata: Wyście są niepoważne! Ja nic nie czuję.
Ja: hihihiih :D
Mama: No tak, tata nie słyszy, bo nie ma czuja!
Ja: ?!
Tata: ?!
Mama: No, co :)
Ja:... ale, że o co Ci chodzi?
Mama: No, że nie ma czuja.
Ja: No wiem, że czuj to węch, ale co to ma wspólnego z tym, że nie słyszy?
Mama:... ,a bo ty tego nie rozumiesz...
Tata: Ja też tego nie rozumiem...
Mama:... a, bo twoja córka musiała się na kogoś podać!
Ja: Mamo, ja w fotel nie pierdzę !
Po 5 minutach...
Mama: Kurde chciałam powiedzieć, że nie ma węchu, to nie czuje....
Ja: Buahahahaha...., mamo nie przejmuj się, grunt, że szare komóreczki zadziałały, to nic, że po czasie, masz już swoje lata, masz wybaczone...
Mama: Nie odzywaj się do mnie... :)
... a tata z wrażenia przejechał skręt. Powiedzieli, że już nigdzie ze mną nie pojadą, ale ja  przecież nie wiem, o co im chodzi, nic takiego nie powiedziałam :)
A co do smrodu... powodem było zgnite jabłko w bagażniku!


Dalsza część dnia, to było podtrzymanie mnie na duchu, dziękuję,dziękuję, dziękuję! Dużo to dla mnie znaczy. Dziękuję...
Była też moja Amelusia, mój Skarbek kochany. Grałam z nią w karty, w wojnę. Ja wiem, że ona jest za malutka, i nie wolno dziecka na złą drogę sprowadzać, ale...
Ja: Amelusia, zagrasz z ciocią w karty?
Amelia: Njo :)
Ja:.. a umiesz?
Amelia: Njo - wcale nie umiała, ale ona też jak ciocia wszystko wie - przynajmniej jej się wydaje .
Ja: To ciocia Ci powie, to jest Dama, Król, Walet, a największą kartą jest As. Weź sobie połowę kart, i będziemy rzucać...- rzuciłam ja.
Ja: Dziesiątka
Amelia: Aś...
Ja: Dama...
Amelia: Aś...
Ja: 9
Amelia: Aś...
Ja: Walet
Amelia: Aś...
Ja: Amelia,ile masz tych Asów...?
Amelia: tśi :D

To nic, że to wcale nie były asy... Mały skubaniec zapamiętał, że co najwyższe,  wygrywa, i miał same Asy, było ich chyba z 10 - u Amelki oczywiście, bo tak naprawdę, były to zupełnie inne karty... Ech, uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam...ją. Tak bardzo się rozwinęła. Wszystko teraz powtórzy, jak wrócę ze szpitala, pewnie już mówić będzie, a ja to przeoczę... Chlip...
We wszystkim chce mnie naśladować, i nawet takie same skarpetki nosimy na stópkach...
Nieład kolorów jest najlepszy na świecie :D




wtorek, 24 listopada 2009

Chyba zostanę filozofką,  znowu mnie bierze na mądrowanie,  ale chyba mogę, co? Sama nie wiem, co sprawiło, że sprawiło, ale dobrze mi  z tym, i bardzo się cieszę. Bez ładu i składu, ale takie są mądrości Agnieszki... Wystarczyła jedna noc, aby tak się przeobrazić, i znowu spojrzeć na świat w tych lepszych, kolorowych barwach. Nawet nie przyjmuję do wiadomości, że może to być chwilowe. Doświadczam tego wszystkiego na sobie, a więc nie może być inaczej, jak tylko lepiej. I jak mi ktoś normlanie sprawi, że ja znów się zatracę, i popadnę w dołek, to pociągnę z mawashi geri..., bez żadnej taryfy ulgowej. Jestem poddatna na wszelakie zło tego świata, wszystkie emocje mi się udzielają, a więc proszę, aby w rozmowach ze mną , nie pisać o niczym złym, najlepiej, aby wszystko, co złe zostawić u progu, kiedy się tutaj zagląda, bo ja walczę, i nie chcę polec w boju  ;) I proszę mi nie wmawiać, że ból ryje mi psychikę, bo już nie ryje, wygoniłam parszywca, nie dałam się zdominować, i efektem jest calusieńska przespana noc - grunt to chcieć, i móc! Zęby też przestały boleć, i chociaż na plecach jest bez zmian, to czuję, że żyję.  Spokojnie mogłabym  teraz wsiąść na rower, i pojechać sobie siną w dal, wyjść na górski szczyt lub pozjeżdżać na nartach... i kurcze, wiem, że dałabym radę, po prostu to czuję, i wiem też, że byłoby to zupełnie nieodpowiedzialne... No! Wiem, że czwartek może mnie sprowadzić na ziemię, i pewnie to zrobi, bo nie mogę się oszukiwać, ale  mam jeszcze całą środę aby nie myśleć, aby wyobrazić sobie, że już jestem zdrowa, i nikt mnie nie musi oglądać. Z opatrunkami da się żyć  - gorzej z tym, co pod nimi, ale to nie będziemy tym sobie teraz głowy zawracać. Mądrowanie ma to do siebie, że człowiek się wymądrza, a wymądrza się, bo chce pokazać, że coś wie, a wie to, bo uczy się na błędach... Pozytywne myślenie trwa :) Jupi!

Tak, więc... Nie smuć się...Gdyby przypadkiem brakowało Ci uśmiechu, wal do mnie... Dam Ci swój... Mam go dużo, wystarczy dla Ciebie...:)
 
Pozostańmy w świecie malowania piaskiem...



Update:
U endokrynologa... 13 lat leczenia tarczycy było zupełnie niepotrzebne! Moja tarczyca jest chora, mam autoimmunologiczne jej zapalenie, ale na tym etapie nie wymaga leczenia! Leki mogły mi tylko zaszkodzić! Lekarz oficialnie przyznał, że zostałam naciągnięta na kasę... Grrr... Wy sobie to wyobrażacie?!

poniedziałek, 23 listopada 2009

"Zapytałam dziecko niosące świeczkę:
- Skąd pochodzi to światło?
Chłopczyk natychmiast ją zdmuchnął.
- Powiedz mi, dokąd teraz odeszło - odparł. - Wtedy ja powiem ci, skąd pochodzi."


Nie podoba mi się dorosłość,  myślę o  rzeczach, które normalnie nie przyszłyby mi do głowy. Mam wrażenie, że wszystko to, co kiedyś opowiadano, było jednym wielkim kłamstwem. Dziecięce marzenia... coś wymyślonego przez ludzi, a szczęście? Co to jest szczęście, czy ktoś to też wymyślił, dla potrzeb, żeby innym żyło się lepiej, żeby dążyli do tego przez całe swoje życie? Dorosłość, cóż to takiego jest? To jest czas, kiedy uzmysławiasz sobie, że wszystkie dziecięce marzenia stają się nierealne, Poznajesz życie,  ból, cierpienie,  i wieczne wystawianie  na próbę, zaczynasz  sobie  zdawać sprawę, jakim bezsensem jest czasami istnienie człowieka.
Kiedy patrzę na moją bratanicę, to tak sobie myślę, jakie ona będzie miała marzenia, i jak bardzo się potem rozczaruje? Póki co, uwielbiam na nią patrzeć, kiedy mała rzecz sprawia jej wielką radość, kiedy cieszy się, i jest to najprawdziwsze na świecie. Łezka się w oku wtedy kręci, bo człowiek z miłą chęcią wróciłby się do takich chwil, aby znów bawić się beztrosko, i nie myśleć o niczym szczególnym... Staram się, jak mogę, aby tak było, abym nie zatraciła się już całkowicie w tym dorosłym świecie...i walczę, aby wrócić do normy, i w końcu powiedzieć dość, Agnieszka, co ty robisz! Przecież ty nie jesteś taka, jesteś pogodna, zawsze uśmiechnięta, ludzie Cię lubią...i na pewno im przykro, że ty się tak zachowujesz - wiadomo, że nikt nie lubi wiecznie narzekających malkontentów, ja sama też nie, ale teraz już wiem, jak taki człowiek potrafi się czuć, i jak czasami bardzo chce, myśleć inaczej, a mu to nie wychodzi.Wiem, kiedy coś jest nie tak, czuję to, i strasznie tego nie lubię. Wtedy zawsze czuję się winna, i błędne koło się zamyka. Zbyt wrażliwa? Chyba tak, czy to dobra cecha? Nie wiem... już tego nie wiem.
Właściwie, to sama nie wierzę, że to piszę, że potrafię wykrzesać z siebie takie myśli, i przelewam je w świat, że "ględzę", dając upust swoim emocjom, a ktoś musi to czytać. Na to niestety nie ma lekarstwa, bo ja od zawsze byłam gadułą, wiem, że rozmawiam sobie sama z sobą, ale ja tak czasami też mam... Czy to ma w ogóle sens? Hmm, to jest bardzo dobre pytanie, bo skoro o tym piszę, to chyba jednak ma. Może jakiś ukryty, który wyjdzie po czasie? Wiele razy prowadziłam bloga, ale do tej pory, ten jest jakby najbardziej prawdziwy, taki, w którym przedstawiam siebie, swoje myśli. Nie każdy by się otworzył w sieci, ale ja tak muszę, bo nie potrafię dusić w sobie tego, co na dany moment we mnie siedzi, a co nie daje mi normalnie funkcjonować. W każdym razie, muszę to przetrwać,  nie dam sobie jeszcze bardziej zniszczyć psychiki! Pokażę tej parszywej torbieli, że na moich plecach jest niemile widziana, i najwyższy czas, aby sobie już poszła! Muszę się tylko nauczyć bycia cierpliwą. Słowo wielokrotnie słyszane  w ostatnim czasie... Wszystkich, którzy przeze mnie poczuli się gorzej - przepraszam, których uraziłam tak samo. Nie było to moim zamiarem. Noszę przydomki wredna, szydercza,  i zołzowata, ale tak naprawdę nie jestem taka...



Zadania do wykonania:
Wizyta u endokrynologa!
Zabiłam ptaka - niechcący... Fatalnie się z tym czuję....  Nie da się jeździć normalnie o tej porze roku.  Przed 7 wyłączają światła pod blokiem, robi się zupełnie ciemno, i weź tu człowieku cofaj, jak jeszcze wszędzie pełno samochodów!  Podczas jazdy,  co drugi kierowca chwali się swoimi, a'la ksenonami i tak oślepia, że człowiek nic nie widzi, a już w połączeniu z deszczem droga  staje się zupełnie niewidoczna... Nie wspomnę już o kierowcach, którzy zapominają włączyć świateł mijania, i zauważa się ich, kiedy wcisną hamulec w ostatnim momencie oczywiście...Tak rozpoczął się mój dzień... I znowu narzekam. Po ciężkiej nocy, przychodzi tak sam dzień, więc w sumie, co ja się dziwię. Dzisiaj 4 dzień z bólem zębów po prawej stronie, włącznie z uchem i węzłami chłonnymi, które wypuchły, i pierwszy raz w życiu widzę, że mam węzły. Wczorajsze zalecenia złagodzenia bólu, w postaci zalania buzi spirytusem zakończyły się co najmniej tragicznie, spalone pół ust, dziąseł, i języka a zęby jak bolały, tak bolą. Sic! Już nikogo więcej słuchać nie będę, sami genialni doradcy, a cierpię potem tylko ja. Nie wiem, co to się dzieje, wczoraj się nie dało ze mną wytrzymać, dzisiaj pewnie też nie... Niech mnie ktoś palnie, a może mi przejdzie?! Przemęczenie daje mi  w cztery litery, marzę aby jedną noc przespać całą, na spokojnie, na plecach, na bokach, na brzuchu, bez wstawania, bez bólu. Zaczynam być wredna na poważnie, i aż się tego boję. Dzisiaj nakrzyczałam na niewinną panią, która tylko próbowała mi wmówić, że ona do badania krwi na 100% była przede mną!  " Jaka ty  jesteś niegrzeczna" - mi powie, oczywiście nie pozostałam jej dłużna i odpowiedziałam : "... a od kiedy ja z Panią  jestem na ty, bo sobie nie przypominam?" Wszystko będę tolerować, ale kłamstwa nie zniosę, ja rozumiem, że czasami są takie sytuacje, w których się nie da powiedzieć prawdy, ale nie w momencie, kiedy przychodzę na badania,  do których jestem 3, i wiem kto był przede mną, a kobieta sobie nagle wpada, i mówi, że ona na 100% była wcześniej, gdzie wszyscy inni twierdzą, że nie była! I może bym ją nawet przepuściła, ale z takim tupetem, została skreślona. "Wy młodzi możecie sobie poczekać", to nic, że wyglądam jak 7 nieszczęść, pokrzywiona, obolała, ledwo chodząca, ja mogę czekać, bo przecież nie mam 60 lat... to nic, że mnie też boli... A na badaniach znowu nie mogły się wkłuć, znowu psioczyły na mnie, że mam  żyły, jak u niemowlęcia, że jak już coś jest, to jest to zrost, i nie da się pobrać krwi i znowu wyszłam z samymi siniakami... Jeszcze nie chciały zrobić jednego badania, bo przecież jak nie mam cukrzycy, to ono jest niepotrzebne. No, kurczę, lekarz zaznacza, a te wiedzą lepiej. Sprzeciwiłam się temu oczywiście, bo skoro coś jest zaznaczone, to ma być, a nie! Mnie się rany nie goją 5 miesięcy. Przez takie właśnie niedociągnięcia, do dzisiaj nie jestem wyleczona, bo każdemu wydaje się, że młody organizm się sam regeneruje. Nie w moim przypadku. Najbardziej ubolewam nad faktem, że wyników nie dostanę do ręki, tylko będą u lekarza. Jaką mam pewność, że on mnie nie oszuka, i powie, że są dobre, jak np. nie będą? Już mnie w tym szpitalu nie zobaczą. Do chirurga zarejestrowałam się na czwartek. Miałam iść dzisiaj się pokazać, skoro byłam, to niech mnie zobaczy siostra, ale jak zobaczyłam ilu ludzi tam siedzi, to zwątpiłam. To samo z lekarzem rodzinnym. Ja nie wiem, ci ludzie chyba nie mają co robić w tych domach, tylko sobie chorób szukają... Wiem,że moje poprzednie wyniki były dobre, więc zostawiłam je w rejestracji, aby dołączyły rodzinnemu do kartoteki, a ja sama nie czekałam, żeby się nie zarazić jakimś paskudztwem, tym bardziej, że teraz jakby wszystkie choroby przyciągam. Pozostał dentysta... Udałam się na górę, celem... hmm, no własnie, jakim celem? Chciałam się zarejestrować, naprawdę, bo ból zębów jest najgorszy na świecie, i jak coś boli 4 dni,  a do tego jest gorączka, to chyba nie jest dobrze, ale ja tak strasznie się ich boję, że uciekłam spod tych drzwi... Wystarczy, że słyszę borowanie, a robi mi się słabo. Przykre doświadczenia sprawiają, że nie mogę się przemóc, a jeszcze ci ludzie czekający tam, jakby na skazanie, potęguje u mnie strach... a może mi to samo przejdzie? smaruję dziąsła maścią... Nie jestem spuchnięta, ani nic, więc trochę dziwne, żeby to było od zęba... Teraz nie ma opcji, abym  usiadła na fotelu dentystycznym z takimi plecami... Ostatni tydzień chorowania przede mną. Co ja później zrobię? Jak ja sobie poradzę w pracy, kiedy zniżyć się nie mogę, ani szybko poruszyć,  jak ja przejadę 145 km, a potem jeszcze muszę wrócić , jak ja zadbam o sterylność ran? Przeraża mnie to trochę...

A na dzień dzisiejszy Corrida...







Update:

Moja mama w ramach akcji, kochamy wszystko co żyje,  postanowiła u nas w domu dokarmiać biedronki... chlebem, w ramach porzekadła : Biedroneczko leć do nieba, przynieś nam kawałek chleba... rotfl!

sobota, 21 listopada 2009

Dla dobra ludzkości tworzę ten wpis, dla dobra swojego, i twojego również! Nie rozumiem ludzi. Naprawdę. Nie mogę pojąć ich sposobu myślenia, nie mogę pojąć, jakimi wartościami się kierują w życiu, i co jest dla nich tak naprawdę ważne. No, nie mogę, ja chyba zbyt prosta dziewczyna jestem, nie zwykłam krzywdzić innych - może to dlatego. Lubię wszystko tak, jak ma być, lubię być... normalną, szczerą, pogodną...lubię słuchać, i być wysłuchana, ale to tak prawdziwie, a nie  bo wypada...  Nie lubię pójścia w życiu na łatwiznę, chociaż sama często na nią idę - ale to tylko z bezsilności, braku motywacji,  i braku wytrwałości... No nic... Jest  po północy, kontempluję sobie o tym, i o tamtym, z głośników wydobywa się wspaniały głos Lisy Gerrard... Nie potrzebuję nic innego, no może poza ciekawymi rozmowami... Za oknem mgła, tak bardzo paskudna, że aż strach się tam patrzeć. Wszystko jakieś takie dziwne jest. Nie wiem. Czyżby znowu przychodziło coś, co nie lubię, a może ja zbieram od ludzi tę negatywną energię, i ona uderza we mnie ze zdwojoną siłą powodując, że czuję się tak jakoś podle? Hmm, zachciało mi się myśleć, o 00:37! Znowu cisza w domu, wszędzie ciemno... Sonia, moja kompanka życiowa, i pościelowa śpi na łóżku do góry brzuchem, w pozycji przypominającej rogalika  - i nawet koloryt ma podobny, w sieci króluje poza mną Syrga, która też zasłuchuje się w muzyce bez opamiętania. Syrguś, Ty wiesz, że Cię uwielbiam, za całokształt..., i właśnie spać poszedł pewien  sympatyczny człek potajemnie zwany "W" - który zapewne skończył oglądać film, i ja też zaraz pójdę spać... tylko się zbiorę w sobie...... Plecy dają w tyłek, tyłek daje w plecy? Zwał, jak zwał... I znowu będę przybierała różne pozycje, żeby tylko zasnąć bez bólu, i znowu mi to nie wyjdzie, i znowu poleje się dużo łez,  i znowu będę snuć się po domu, i znowu...  Chociaż wy dobrze śpijcie  robaczki, przypadkowi wędrowcy, i wszyscy inni...



piątek, 20 listopada 2009

Pewnego, słonecznego, sierpniowego dnia, wybraliśmy się do Ustronia. Cel - Równica. Był to okres grzybobrania, więc mogliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Ja, nie znałam się zupełnie, ale miałam nauczyciela, który pokazał mi, jak wyglądają podgrzybki - od tego czasu moje oczy  wytrzeszczyły się, a źrenice zasłoniły całą zieleń oka ;)  Wszędzie widziałam podgrzybki, nie było dla mnie rzeczy niemożliwych, zaglądnęłam w każdy kąt, tylko raz nie zdałam sobie sprawy, że wyjść jest łatwo - gorzej z zejściem, szczególnie wtedy, kiedy ma się tylko jedną rękę sprawną  w 100%. Niemniej jednak,  mój cel był jeden, i już nic mnie nie mogło powstrzymać. Zostało to uwiecznione na zdjęciach, ku przestrodze, że Zuskę, czyli mua - nie wszędzie można puścić  ;)

Nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić poniżej...



 Widzę tam podgrzybka, idę po niego!


Eureka!


O, jaki fajny konar, a co mi tam, wejdę :)


O, cholera! Nie zejdę!



Kisioł, no pomóż!!!



@%&*&;#%^ !!!


Jeszcze troszkę..., i  Zuska, skacz!!!


Skok na wagę życia, nie zaznaczyłam telemarku , ale ręce w odpowiedniej pozycji ;)
Już więcej nie łażę po żadnych konarach!



.

Morał...
... ale ja nie dam rady, no ja?

czwartek, 19 listopada 2009

Późna noc, wszędzie głucho i ciemno. Zza ścian, wydobywają się naprzemienne oddechy, połączone z mlaskaniem, co jakiś czas - to moi rodzice w głębokich fazach snu. Obok drzwi, nocuje Sonia, właśnie jej się śni, że gdzieś biegnie, bo macha łapami i szczeka przez sen - ten szczek jest niewyraźny, ale jest.  Zza okna ,co jakiś czas słychać miauczenie włóczącego się kota, pewnie biedakowi zimno...W kaloryferze gra woda, tykają zegary,  tylko jedna osoba nie może sobie znaleźć sposobu, aby jakoś zasnąć. Gdyby ktoś w tym czasie z domowników wstał, umarłby na zawał widząc mnie, a raczej to, jak wyglądałam - przykryta kocem, zgięta w pół, posuwająca jedną nogę za sobą, bo  nie jestem nią w stanie ruszyć, i snująca się po mieszkaniu, jak cień wszystkich nieszczęść, tylko wtedy mniej bolało... To jest straszne. To jest ból, którego nie da się opisać, wbija się wewnątrz ciała, wiercąc przy tym niemiłosiernie, paraliżując wszystkie części ciała. Próbowałam zasnąć, udało się do 1  -  co niektórzy mają rację,  film usypia, i czasami zamiast do komputera warto usiąść przed telewizorem. Od 1, 4 tabletki przeciwbólowe nic nie dały - to nie ten ból. Aż strach pomyśleć, do czego człowiek może być zdolny. Taki ból czasami doprowadza do ostateczności, przez głowę przechodzą różne myśli, większość tych złych. Ile człowiek może znieść? Nie wiem, wiem tylko, że ja - odporna na ból, potrafiąca dużo znieść - nie daję rady. Skala bólu 9 ( zakres 1-10). Przyczynę tak wielkiego bólu chyba powoli poznaję... Ujście, które zostało wytworzone, żeby brudy ściekały - zatkało się... znowu wróciłam do punktu wyjścia...


"Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej, czy więcej posiadał. Ważne jest, czy będzie mniej, czy bardziej człowiekiem."

Staram się żyć w zgodzie z samą sobą, z moimi przekonaniami. Szukam, i czasami znajduję. Nie chcę od życia więcej, niż ono samo  może mi dać. Nie oczekuję wiele. Od zawsze największą wartością dla mnie, były relacje z ludźmi. Dzięki nim jestem w stanie jakoś  funkcjonować, być na dany moment potrzebną, cieszyć się tym, że mogę sprawić radość , nie martwić się na zapas tym, co będzie, czerpać z życia, i śmiać się...  Nie zamykam się, ale unikam tego, co działa na moją szkodę,co nie pozwala mi być normalną, co powoduje, że przestaję się uśmiechać, a zaczynam zastanawiać... Przede wszystkim - nie zastępuję ludzi innymi ludźmi -  akceptuję to, co przynosi mi dzień. Coś się kończy, coś zaczyna. Koniec jest początkiem czegoś nowego. Tylko kiedy był koniec, i co to jest koniec. Koniec czego, a kiedy był początek?  Co to znaczy zastąpić kogoś kimś?

Znowu mam kryzys. Naprawdę, nie mam siły już walczyć o to zdrowie. Bezsilność moja, bezsilność lekarzy, bezsilność wszystkich. Dlaczego ten organizm, nie chce dać się leczyć, dlaczego nie mogę jak inni ludzie, zachorować i wyzdrowieć, no dlaczego? Znowu mam jeździć w poszukiwaniu lekarzy, którzy podejmą się próby wyleczenia? Tylko wyleczenia czego? I znowu pół pleców mi wytną, albo jeszcze bardziej oleją? Zdążyłam ich już na tyle poznać, iż wiem, że w tych większych klinikach w nosie mają pacjenta - tak zniszczyli mi ścięgna w ręce, i przez to nie prostują mi się palce... mogłabym walczyć, aby operacyjnie je naprawić, ale...nie chcę, boję się... już 3 razy próbowali... bezskutecznie...Nie ufam im - nie znam ich. Boję się ich.  Czemu zawsze, co najgorsze musi przytrafić się mnie. No, czemu :(
W przychodzi nie dowiedziałam się niczego konkretnego... Lekarz sam siebie oszukuje mówi, byle mówić. Organizm nie posiada odporności - tak, tylko ciekawe, że lekarz rodzinny mówi co innego. Nie zauważył górnego nacieku! Jak można nie zauważyć wielkiej kulki - do tego czerwonej, i tak bardzo bolesnej, że po nocach spać nie mogę. Po pokazaniu jej, się zszokował, i załamał ręce, bo tak może  robić  się w nieskończoność... aż w końcu dostanę jakiegoś groźnego powikłania, i się skończy, bo ile ten organizm wytrzyma.
Krzywa cukrowa wyszła bardzo dobrze - nie mam cukrzycy.
TSH  - prawidłowe.
Niemniej jednak, dał mi skierowanie na badania krwi, do zrobienia mam : morfologię  ( 8 parametrów), rozmaz automatyczny, kreatyninę, mocznik, CRP, HbA1C. Wszystko ładnie, pięknie, ale  nie wiem skąd mi ją tym razem pobiorą...

środa, 18 listopada 2009

Rzecz dzieje się w domu, dokładniej w przedpokoju, przy lusterku, obok drzwi wyjściowych prowadzących na klatkę schodową, potem do windy, następnie na parter,dalej są schody, wychodzi się z klatki, i.... stoi tam Opel Corsa, do którego trzeba wsiąść i dostać się do miejsca wykonywania swojego zawodu, czyli jakieś 15 minut drogi.   W przedpokoju stoi tata, który musi pokonać to wszystko, o czym wcześniej napisałam. W drugim pokoju urzęduje Amelia, ja siedzę przy swoim komputerze ( bo w sumie, gdzie indziej mogę siedzieć). Z pozoru wszystko wygląda normalnie, spokojna rodzina, jedni idą do pracy, dla drugich najważniejszą rzeczą jest narysowanie swojej rączki, i robią to namiętnie z wywieszonym języczkiem,  nie zważając, że rysują elementu podłogi - to jest w tym momencie zupełnie nieważne, dla trzecich normą jest słuchanie muzyki, i jest jeszcze pies, który wpada w drugą fazę snu ukryty za fotelem, żeby  czasem mały 22 miesięczniak jej nie zauważył... Po prostu  idealnie. Nic nie zapowiadało tego, co się za chwilę wydarzy...

Tata: Młoda, a gdzie są kluczyki od auta?
Ja: A skąd ja mogę wiedzieć?
Tata: Agnieszka, spóźnię się do pracy, daj mi te kluczyki.
Ja: Tato, ale przecież ja Ci je oddałam, bo potrzebowałeś coś wziąć z samochodu...
Tata: I ja Ci je oddałem, bo miałaś mamę zawieźć do pracy...
Ja: Ale dobrze wiedziałeś, że mama nie pojedzie, i ja na pewno nie brałam tych kluczyków!
Tata: Agnieszka! To nie jest śmieszne!
(Ja oczywiście, cały czas słuchałam muzyki, i rozmawiając z tatą nie odwracałam głowy w jego kierunku...) Po chwili namysłu:

Ja: Tato, ale jaki masz problem, weź kluczyki zapasowe, a tamte jutro znajdziemy?!
Tata: A gdzie są dokumenty od samochodu?
Ja: A co?
Tata: Bo w saszetce, były zapasowe kluczyki...
Ja: ???!!! Nie żartuj... Przecież sam mi mówiłeś, zostaw saszetkę w samochodzie... to ją zostawiłam...
Tata: Agnieszka!
Ja: No przecież ją zostawiłam, bo mi sam kazałeś!
Tata: Ale przecież TY nigdy nie robiłaś tego, co ja mówię, czemu dzisiaj musiało być odwrotnie?
Ja: Bo się zmieniłam!
Chwila konsternacji... Co robić?

Tata: Ja na bank te kluczyki kładłem Ci na biurku!
Ja: Tak, i akurat teraz o tym doskonale pamiętasz, a jak cię o coś zawsze proszę, to masz wielką sklerozę  - odgryzłam się!
Wstałam poszukać tych kluczyków, bo zostałam wyprowadzona z równowagi. Wiedziałam, że na pewno nie leżały u mnie na biurku, przecież nie jestem ślepa.
Przychodzi Amelka... Coś mnie tknęło...

Ja: Amelka nie widziałaś kluczyków od samochodu dziadka? - mała jest na etapie kiwania głową, jak z czymś jest na tak, więc kiwnęła z takim zamachem, że myślałam, iż odpadnie jej ta główka z karku.
Ja: Amelka, zabierałaś kluczyki? - upewniłam się...
Amelka: Njo...
Ja: Amelka, gdzie są kluczyki?
Amelka: "Nje" ma...  - rozłożyła rączki w geście, że nie ma... ( czułam się niczym turysta w skeczu Chińska restauracja kabaretu Ani mru mru ). Wszyscy się zlecieli, i akcja, wyciągnięcia od Amelki, gdzie dała kluczyki została rozpoczęta, było to o tyle trudne, że mała nie za wiele mówi ...
Ja: Misiu, powiedz, gdzie dałaś kluczyki...
Amelka: Tiam...
Ja: Ale gdzie to jest tam?
Amelka: Kiu...
Ja: Amelusia, powiedz cioci, gdzie dałaś kluczyki od auta. Dziadziuś się spieszy do pracy, popatrz nie zdąży...
Amelka: Njo tiam... - Skąd ja miałam wiedzeć, co znaczy njo tiam... To moglo być milion miejsc w całym mieszkaniu.
Ja: Amelka,ale to u mnie w pokoju? - Amelka kiwnęła głową z akceptacją, znowu by jej spadła z karku .
Ja: A pokażesz mi paluszkiem, gdzie dałaś kluczyki? - Amelka pokazała na szafę...Wszyscy zdziwieni, bo przecież ona by nie mogła tej szafy sama otworzyć, no ale jednak postanowiliśmy to sprawdzić...
W mojej szafie poza ciuchami znajduje się wiele rzeczy. Trzymam tam wszystko to, co nie ma swojego miejsca w pokoju. Są to akcesoria muzyczne, rowerowe, zimowe. Szafa została otworzona...

Ja: Amelusia, gdzie są kluczyki?
Amelka: Njoo Kiiiiuuuu!!! - Powiedziała to z taką oczywistością, i pretensją, że normalnie wstyd mi się zrobiło, że ja - najlepsza ciotka na świecie nie wiem, że ona te kluczyki schowała do buta narciarskiego!!!


Epilog:
Te kluczyki leżały jednak u mnie na biurku... Misio wykorzystał sytuację, kiedy mnie nie było w pokoju, i zrobił nas wszystkich na szaro... Skąd to wszystko wiem? Bo jak już wszyscy poszli, zapytałam jej, skąd wzięła te kluczyki. Jej paluszek wyraźnie wskazał miejsce, ale to pozostanie już naszą słodką tajemnicą, a szafy nie domknęłam... I jak jej nie kochać ? :D

wtorek, 17 listopada 2009

Gram  z życiem każdego dnia....

Miało być dzisiaj rodzinnie, ale nie będzie. Myśli za dużo w głowie siedzi. Najgorsze, kiedy ranią Cię bliscy, kiedy wiesz, że tak naprawdę  w każdej gorszej chwili życia jesteś sam, kiedy nie masz wsparcia, zrozumienia. To boli, bo przecież nie tak mają wyglądać więzi rodzinne. Od zawsze czułam się nierozumiana, od zawsze byłam zamknięta  - otaczałam się własnym światem, który stworzyłam sobie sama, który był dla mnie dobry, w którym próbowałam czuć się normalnie.  Świat bezpretensjonalny...Tak bardzo tego potrzebowałam. Tylko, czy to wszystko miało sens? Czy nie była to ucieczka ,bo wystąpił brak sił na zmierzenie się z problemami? Czy życie jest sztuką pozytywnego myślenia? Czy po upadkach przychodzą takie dni, w których wszystko znowu jest w porządku, że chce się żyć, krzyczeć, i mieć w nosie wszystkie kłopoty tego świata? Czemu nie mogę zmienić myślenia, że ten kryzys nie będzie trwał wiecznie, że ja potrafię, chcę, umiem, że mogę podnieść się z dna, i znowu osiągać swoje małe sukcesy, i że mogę nawet zbudować swój świat od nowa - i że to musi się udać? Czemu ja nie mogę wziąć się w garść? Wiem, że najgorsze to załamać ręce. Rozpłakać się...To znaczy płakać można, i nawet jest do wskazane, ale dlaczego po tym płaczu człowiek nie może zacząć pozytywnie myśleć. Czemu nie może powiedzieć: Jest źle - dlaczego, co można zrobić, żeby to zmienić? Jest źle - ile w tym mojej winy, ile cudzej? Jest źle - dlaczego... I tak dalej. Ech... pęknie mi ta moja głowa od tego wszystkiego. Brak poczucia własnej wartości jest chyba najgorszy. Gdy się tego nie ma, nic się nie wskóra.

Wczorajszy wieczór dał mi wiele... Po raz kolejny, zdałam sobie sprawę, że są na tym świecie dobrzy ludzie,  którzy  odpowiednimi słowami, podniosą mnie chociaż troszeczkę z dna, sprawią, że pomimo kryzysu się uśmiechnę, tak szczerze...Nie każdy tak potrafi ze mną uczynić... I tak sobie pomyślałam,  że fajnie byłoby mieć takiego kogoś, kto byłby jak diament - z daleka przyciągał gamą barw, a z bliska fascynował wielkością płaszczyzn. I jeszcze, żeby milczał, gdy mówię, a mówił, gdy milczę. I, żeby mówił i milczał, gdy ja milczę i mówię...







poniedziałek, 16 listopada 2009


No i znowu  poniedziałek. Znowu początek nowego tygodnia pracy, znowu ludzie uciekają do swoich obowiązków, wszyscy tacy zagonieni, nie zwracają uwagi na to, co dzieje się wokół nich.  I u mnie standard, chodzę jakaś taka zamyślona, że dowaliłam dzisiaj do znaku drogowego, w sumie kto stawia znak na  wąskim chodniku,  i na dodatek dlaczego ten znak był taki niski?  Dobrze, że nikt nie szedł za mną, bo miałby kupę śmiechu. Ja sama, wyszłam z tego prawie bez szwanku, poza wielkim zdziwieniem,  i małym guzkiem z boku głowy. Chociaż, jakbym pewnie muzyki nie słuchała, to bardziej bym się skupiła na tym,  jak idę,  i nic by mi się nie stało . To już nie pierwszy raz, kiedyś bym tak wpadła pod auto, słuchawki ogłupiają człowieka... No, ale, jak to się mówi: głupi ma zawsze szczęście, chociaż bywają też i podwójni pechowcy, do jakich zaliczam się ja? Czas pokaże.
Szpitala mam dość. Pielęgniarki też - chociaż nic mi nie zrobiła, inne siostry śmieją się ze mnie, że moja podobizna powinna zostać powieszona w głównym holu szpitala, za staż w chorobie, tylko jakoś mnie nie jest do śmiechu. Zegar tyka, czasu coraz mniej, a ja nadal nie wiem, co  ze mną będzie - te myśli nie dają mi spokoju!  Znowu nie obyło się bez bólu... już samo położenie na kozetce zwiastuje coś niedobrego, a widok podchodzącego, zakładającego rękawiczki  lekarza, który mówi: "proszę podać mi skalpelek" sprawia, że czuję się jak w Pile 4 - oczywiście, występuję po stronie ofiary. Moje biedne dupo-plecy... Dzisiaj obyło się jednak bez zakładania sączka, byłam tak bardzo wystraszona, że lekarzowi się mnie żal zrobiło, i dał mi spokój. Oni wszyscy widzą, że ja mam już dość , i że każdy ruch z ich strony wzbudza we mnie niepokój, co tym razem będą robić. Nie jest za ciekawie. Obrzęk nie ustępuje, rana w dolnej części pleców nie wytwarza prawidłowej ziarniny, skutkiem czego będzie zapewne wycinanie  powstałych naddatków, ropień jak był, tak jest, i pojawił się nowy... Chlip... :( Dodatkowo, po antybiotykach odczuwam skutki uboczne w postaci zakażenia "buziowego" - afty i inne tego typu pochodne.  Co się stało z tym moim organizmem, nie mam zielonego pojęcia. Nigdy mi nie dawał tak popalić. Dodatkowo cierpię na ból karku - to chyba od komputera... i złej pozycji wyjściowej przy siedzeniu. Jak człowiek nie spojrzy, to wszystko w d.....

Następna część dnia, upłynęła mi na pracy. Pod koniec każdego miesiąca, musimy rozliczyć się z części, które wymieniliśmy ludziom w telefonach gwarancyjnych, i oddać je producentowi. Na tej podstawie mamy potem płacone, za zaakceptowane naprawy. Jako, że mam status pracoholika, części zostały przywiezione do mnie. Z wielką przyjemnością wyszukiwałam głośniczków, LCD-ków, taśm LCD, mikrofonów... Każda część ma swój kod produktu- musi być identyczny, jak  na kartkach dostarczonych od producenta, jak będzie inny - naprawa nie zostanie zaakceptowana.  Praca bardzo czasochłonna, i czasami człowiek musi się nakombinować, żeby wszystko wyszło dobrze . Grunt, to wiedzieć, co się robi. Części zostały zrobione.

Na przyjemności w sieci też był czas, i  na niebanalne konwersacje, i na dużo śmiechu , i  że nawet Dudka nie wzięli na Mundial?  ;)
Dzień dopełniony.

A jutro czekają mnie badania. I muszę wstać o 6...Dostałam skierowanie na krzywą cukrową, wiąże się to z piciem glukozy... Nie wiem, czy dam radę, czy nie skończy się to jakimś surprisem  na podłodze...No i te moje żyły... Nie ma  gdzie się wkłuć. Wszędzie  zrosty... już podczas ostatniego pobytu  w szpitalu,  wenflony zakładała mi tylko jedna siostra z długim stażem, bo inne nie były w stanie, i rozwalały mi żyły, albo w ogóle w nie, nie  mogły trafić. Taki wenflon miałam na dwa dni, bo potem pojawiał się stan zapalny, wszystko strzelało.. I w ogóle, nie lubię pobierania krwi, i się boję... Człowiek na starość zaczyna wydziwiać...

 Od wczoraj zasłuchuję się w Cirque Du Soleil...zasłuchajcie się i Wy...

niedziela, 15 listopada 2009

Pendragon

Trasa koncertowa promująca płytę Masquerade Overture - rok 1996. Kraków...



sobota, 14 listopada 2009

Po tym złym zawsze musi przyjść lepsze, i chociaż cierpienie fizyczne  nadal występuje, to z psychicznym jest dzisiaj stanowczo lepiej. Dzień zaczął się wcześnie, ale to żadna nowość. Do godzin południowych miło się rozmawiało, później przyszedł czas na zajęcie się bratanicą, która świata poza ciotką swoją nie widzi. Jedyny problem mam w tym, że to dziecko - niespełna dwuletnie, nie lubi używać swoich nóżek, woli urzędować na rączkach, co w ostatnim czasie nie jest dla mnie wskazane ze względu na to, co znajduje się u mnie na plecach, ale z tym dzieckiem nie ma dyskusji, więc jakoś muszę się męczyć i ją brać na te ręce... jest ciężko, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo być ciotką z prawdziwego zdarzenia... Dzień spędziłyśmy na nauce. Ponieważ Amelka nie za wiele mówi, prócz oczywistego dla niej słowa NIE, które wypowiada zawsze, i wszędzie, i na wszystko ( podobno ma to po cioci), postanowiłam wprowadzić w dzisiejszą zabawę trochę nowości, aby malutką pobudzić do mówienia, i powiem Wam, że sama jestem w szoku. Okazało się, że to dziecko potrafi powtórzyć: A, B, C, Ada , mama, tata, ababa - miało być sama baba, ale mądra ciotka powiedziała tak:

C: Powiedz:A
A: Aaaaaaaaaaaaaa
C: B?
A: Beeeeeeeeee
C: Ce
A: Ceeeeee
C:????? Co jest - sobie myślę, próbuje dalej...
C: Amelka, a  powiedz Ma - Ma?
A: M a m a
C: Ta - ta?
A: T a t a
C: A-g-a?
A: Ada ( moge być Adą, aż się wzruszyłam)
C: a baba?
A: ababa :D
Ups :) Babcie zostały ababą, przykro mi, teraz nie jestem w stanie jej przegadać , że tam nie ma być "a", bo ona automatycznie mówi: Nieeeeeeee ! Babcie woła oczywiście: ababa!

Korzystając z okazji, że tak łatwo nawiązałam z nią kontakt, a ona leżała i słuchała co do niej mówię, postanowiłam spróbować jeszcze jednego:
C: Amelka, a powiesz Pi-wo?
A: Ziwo ...
C: Po prostu poległam...
Jeszcze troszeczkę, a ja to "z" w "p" zamienię - zobaczycie :D
Dumna jestem z tej mojej małej bratanicy, z dnia na dzień mnie coraz bardziej zaskakuje. Niech no tylko podrośnie, a ja jej pokażę, co znaczy prawdziwe dzieciństwo :)
Poznajcie Amelkę, jest dla mnie najważniejsza,w tym moim życiu...

Wybierała się ze mną na spacer, i nijak nie mogłam jej przegadać, że to jest moja arafatka... No i poszła w takiej :D Ma swój styl od maleńkości,  tak ma być!

czwartek, 12 listopada 2009

Wczorajszy dzień, nie był dla mnie zbyt łaskawy. Pójście do chirurga, decyzja o natychmiastowym nacięciu powstałego ropnia... Chociaż z drugiej strony dobrze, że  tak się stało, i nie muszę żyć z perspektywą pójścia do szpitala. Poczułam wyraźną ulgę, bo tego się bałam najbardziej, ale też zrodziła się we mnie niepewność, czy jestem już tak beznadziejnym przypadkiem, że można  mnie tylko naciąć, założyć sączki, i czekać, aż się samo wyczyści?  Potem przyszła noc, i ona pokazała mi, że to nie tak prędko lepiej się poczuję. Ból tak duży, że postawił mnie na nogi o 4, do tego gorączka 39 stopni, i żeby jeszcze było śmieszniej, minimalne poruszenie sprawiało, jakby mnie ktoś dziurawił nożem...Człowiek jest istotą odporną, ale tyle bólu nie da się  znieść, po prostu nie jestem  już w stanie... W rozmowach prywatnych mam sugerowane, żebym udała się z tym gdzieś dalej, ale gdzie znaleźć odpowiedniego lekarza, i kto się tego podejmie, skoro ja mam już na karku 5 miesięcy chorowania,nadal są przetoki, sączy się coś, co nie powinno się sączyć z organizmu człowieka, i w ogóle jest beznadziejnie, i lekarze rozłożyli ręce. No, i jakie leczenie wdroży  inny lekarz? Przecież oni uczyli się z tych samych książek, a ja nie "idę" na żadne antybiotyki, a mój organizm nie jest w stanie zwalczyć żadnej infekcji, że względu na brak odporności... Siedzę i myślę, co tu zrobić,  zwariuję od tego. W każdym razie - L4 mam jeszcze dwa tygodnie, praca mnie ściga, i jeżeli nie wrócę - najlepiej od tego poniedziałku, to utracimy  autoryzację , firma będzie musiała się zamknąć ... no, i kto będzie  temu winny, no kto? :(




Update:
Publicznie przepraszam za powstałą nieścisłość we wczorajszym wpisie, w którym to napisałam, że  dzień był spisany na straty. Jako, że strzelono na mnie focha  - prostuję.  Otóż nie, on zaczął być spisany od godziny 12, wcześniej bardzo przyjemnie się spędzało czas w sieci :)  Tak więc, padam na twarz przed czworonożną postacią, bardzo dużego, wysokonogiego, chudego lecz silnego osobnika, przypominającego psa, o zwisającym - puszystym  ogonie, w kolorze brudno żółtym z domieszką szarości... -  rotfl,  to może ja już  sobie pójdę, bo ów osobnik pewnie to skojarzył tak, jak ja., i tym razem to już będzie foch z przytupem ... Howgh!
Update2:
Więcej kontroli lekarskich nie przeżyję!

"Cierpienie jest na pewno rodzajem sensu. Bezsens przecież nie boli. Bezsens jest obojętnością."

Dzień spisany na straty. Wizyta u chirurga, nacinanie, sączkowanie, ból, cierpienie...

wtorek, 10 listopada 2009

Długo zastanawiałam się o czym mam napisać. W głowie kłębi się tyle myśli, tylko jakoś nie chcą się złożyć w kupę. Przede wszystkim, dziękuję że tutaj do mnie zaglądacie, że  komentujecie moje wypocone wpisy, że jesteście. Przynajmniej wiem, że gdzieś w tych kablach jakiś przekaz siedzi, że mimo wszystko nie jestem sama, i chociaż niektórzy są daleko ode mnie, swoim poczuciem humoru, swoją osobą, sprawiają, że ja staję się lepszym człowiekiem. Nie chcę, aby ten blog był tylko o narzekaniu, ale mam teraz gorszy okres, i tak po prostu musi być.  Staram się poprawić - tylko zbyt łatwo się poddaję, i czasami mam przez to dalej...Najważniejsze, że mam z kim o tym porozmawiać, czasami zostanę sprowadzona na ziemię, ale to dobrze, bo przecież nie mogę myśleć w czarnych barwach,  nie mogę bać się własnego strachu, on powinien na mnie działać dopingująco. Na pewno będzie trudno, ale chyba warto próbować, chociażby dlatego, żeby sprawić innym przyjemność, żeby wiedzieli, że ich słowa nie poszły na marne, że w mojej głowie one zostały, i ja za wszelką cenę, chcę coś z tym zrobić. Muszę!




poniedziałek, 9 listopada 2009

Zakopane staje się realne. Pan Józef został namierzony, bardzo ucieszył się na nasze trzydniowe odwiedziny. Niestety, nie możemy jechać w tym tygodniu tak, jak to było planowane wcześniej ( chociaż nie wiem, jak ja bym pojechała),  on przyjeżdża do domu, a tam jedzie jego córka z dziećmi, a  z córką,  to my nie mamy o czym rozmawiać, więc przekładamy wyjazd. Może nawet do grudnia. Najważniejsze, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi ludźmi, zagrać partyjkę w brydża, pośmiać się, napić za zdrowie :) Opóźnienie jest mi na rękę,  szczególnie teraz, kiedy sprawy chorobowe przybierają taki obrót rzeczy, i nie wiadomo, co mnie czeka w czwartek -  boję się tego dnia strasznie, boje się, że lekarz wypowie słowo szpital, i boję się mojej odpowiedzi. Nie chcę się kłaść na oddziale, nie chcę znowu przechodzić przez to wszystko, ech. W podświadomości kreuje mi się pytanie, a co zrobisz? Zresztą to pytanie zadaje nie tylko moja podświadomość...  Trza mi chyba porządnego kopa...

Na gorsze chwile najlepszy Camel, i Andy Latimer. Magia...




Jak ja nie lubię poniedziałków, i to nie ma znaczenia, czy muszę wstać do pracy, czy w ogóle nie muszę wstawać, nie lubię i już! Źle się czuję, chyba zbiera mnie jakieś choróbsko. Jestem taka słaba, nic mi się nie chce, nie mam siły normalnie funkcjonować. Zaciek na plecach nie daje mi w nocy spać, jak uda się usnąć na 3 godziny to jest dobrze, żeby się człowiek chociaż mógł położyć,  a tu  nie da się, trzeba na siedząco, bo naprężenie mięśni pleców przy próbie położenia, daje niewyobrażalny ból, na który nie pomagają żadne środki przeciwbólowe. Naprawdę mam już tego dość. Ja już tego dłużej nie wytrzymam...Samopoczucie (-10)
Jeszcze pogoda tak bardzo optymistyczna za oknem, że nic tylko z niego skoczyć, tudzież wleźć pod jakiś samochód, żeby się już nie męczyć... Opatrunek zaliczony, powtarza się sytuacja z przed szpitala - sama zmiana kompresów sprawia mi ból... Kolejna wizyta w czwartek, tym razem już lekarz będzie wiódł prym. Siostra kazała być dobrej myśli. Jej się dobrze mówi, ona nie walczy z tym już  5 miesięcy. Za każdym razem ma być dobrze... za każdym. Antybiotyk, który teraz zażywam chyba ma mnie w nosie, bo nie chce zacząć działać, boli mnie po nim żołądek,oczywiście może być taki skutek uboczny, ale ja mam jeszcze parę innych też. Kupuje człowiek lek za 80 zł, i można go za przeproszeniem wsadzić sobie w to miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, bo organizm tego nie toleruje. Niby kazali skontaktować się z lekarzem w razie takiej sytuacji, ale tabletki mam i tak do czwartku, może jakoś dam rady. Zależy mi na skończeniu serii...
Goni mnie też praca, są naciski, że muszę wracać. Chciałam od przyszłego poniedziałku, ale jak ja przejadę 145 km, gdzie u mnie w mieście na każdej dziurze, przy każdym hamowaniu cierpię. Wszystko nie tak ...


niedziela, 8 listopada 2009

Dzisiaj mija rok, jak spakowaliśmy z chłopakami swoje rzeczy, i spragnieni połonin wyruszyliśmy na podbój Bieszczad. Dla mnie było to dosyć szczególne, gdyż ostatni raz odwiedziłam tamte tereny, gdy umarła moja babcia, czyli jakieś 3 lata temu ( cała rodzina mieszka w Bieszczadach, a człowiek nie ma czasu do nich zaglądnąć)  Pojechaliśmy zupełnie w ciemno, nie wiedząc, czy uda nam się znaleźć nocleg, czy nie, niemniej jednak tym nie przejmowaliśmy się w cale, byliśmy spragnieni psychicznego wypoczynku od tego całego zgiełku, który na tamten czas wystąpił.  Dotarliśmy do Polańczyka, i tam postanowiliśmy na pierwszą noc złożyć skrzydła. Szukanie noclegu nie sprawiło żadnej trudności, i już dwie godziny po zakwaterowaniu, ruszyliśmy celem znalezienia jakiegoś lokalu, coby należycie wypić piwko. Przy klimatach stricte góralskich,  wlewaliśmy w siebie napój bogów. Jednak zmęczenie dało nam o sobie znać, szybko poszliśmy spać, gdyż w dniu następnym jechaliśmy dalej, więc człowiek, a szczególnie kierowca musiał być wypoczęty. Punkt 9 wyjazd, zahaczyliśmy o Zaporę na Solinie, gdzie o mały włos nie doszłoby do rękoczynów pomiędzy mną a młodą kioskarką, która doadywała moim kompanom debatującym nad długością, i wielkością zapory.  Dziewczyna nie wiedziała, że ja jestem z chłopakami, i do koleżanki mówiła, co sądzi o nich, jako turystach, i jakie to są  głupki... No, tego nie wytrzymałam :) Zostałam zabrana z miejsca zdarzenia, i całe szczęście, bo jedno słowo z jej strony więcej, a nie wytrzymałabym. Każdy turysta nie wyjedzie bez pamiątek, a więc i my nie różniliśmy się zbytnio od innych. Z wielkim plakatem i Teodorem ( stworzenie nieznanego pochodzenia z widłami i kubłem) zapakowałam się do samochodu, i pojechaliśmy dalej. Odwiedziłam grób babci, i dwóch dziadków. Kres podróży nastąpił w Cisnej. Z noclegiem nie było problemu, dopadł nas starszy pan, i okazjonalną ceną skusił, do zatrzymania się u niego. Spędziliśmy tam  całe 3 dni ( wbrew pozorom, to jest długo) . Była Połonina Wetlińska, była Siekierezada, gdzie spędzaliśmy każdy wieczór, i część nocy, pojąc się piwem, pomiędzy siekierami wbitymi w stół . Poznaliśmy typowych zakapiorów bieszczadzkich,  nawet piliśmy z nimi piwo, co nie skończyło się dla niektórych dobrze ... Raz nawet zgubiliśmy drogę do pensjonatu, to znaczy Kisioł zgubił, bo dostał chwilowego zaćmienia umysłu...Tego nie da opisać słowami, tam po prostu trzeba być, i to przeżyć...Wszystko, co dobre, szybko się kończy,  pozostały mi wspomnienia,  ale jeszcze kiedyś powrócę do Cisnej ...  zostawiłam tam swoje klapki!


i zdjęcia też pozostają... 



 
 


sobota, 7 listopada 2009

Dzisiejszy wpis będzie nudny, coś w stylu: "nie wiem, co napisać..."
Nic nie będę mówić, i tak będzie widać.
Nic mi się nie chce...
Odpadam...Ziewam...Zamykam oczy...
Tak, to się nazywa lenistwo.
Stan obniżonej gotowości bojowej.
Raz! Dwa! Raz! Dwa!
Nie ma motywacji.
Smutno.
Pochłaniam przywieziony przez Kisioła: Dream Theater - odpływam...

piątek, 6 listopada 2009

Jest plan, a jakby nie było, mieć plan,  to już połowa sukcesu! Plan miałby się ziścić od 13 do 15 listopada. Miejsce realizacji: Zakopane, dokładniej Pensjonat Pracuś , liczba osób uczestniczących w realizacji 4.... Jeden mały problem, pan Józef - właściciel, i kompan potyczek brydżowych nie odbiera telefonu... a buuuuu !

A dzisiaj byliśmy w Bielsku z chłopakami, zakupy trwały prawie cały dzień. Jestem padnięta, ledwo chodzę, a moje plecy się na mnie obraziły, i nie chcą przestać boleć... Ale co tam, grunt, że mam, co chciałam... Dziękuję :)

czwartek, 5 listopada 2009

Wzięło mnie tak jakoś na muzycznie...

Za czasów młodości ( hihi),  jeździło się na Woodstock, były liczne koncerty, słuchało się punk rocka, reggae, ska, piło się wina, nalewki, czasami spróbowało się czegoś, o czym wstyd się przyznać... Młodzież. Człowiek czuł się szczęśliwy, pełna anarchia. Niektórzy z tego nie wyszli, i dalej w tym tkwią, innych już nie ma na świecie, a jeszcze inni, czyli np. ja, postanowili "znormalnieć". Zmieniłam towarzystwo, chociaż ze starą ekipą, nie przestałam utrzymywać kontaktu. Nadal jeździłam na koncerty, ale picie do nieprzytomności, nie było dla mnie głównym wyznacznikiem spotkania. Wracało się o normalnych porach do domu, etc. Muzyka pozostała ta sama, z małą różnicą, rozszerzyłam swoje zainteresowania. Któregoś dnia, kumpel wysłał mi nagranie z koncertu pewnego zespołu. Jakość nie była zbyt dobra, toteż nie wysłuchałam do końca, poza tym, wydawało mi się, że nie grają fajnie. Po jakimś czasie, kumpel przyniósł mi płytę tego samego zespołu. Nie chciałam wziąć,  bo nie będę słuchała czegoś, co mi nie przypadło do gustu. Powiedział: "posłuchaj, a zobaczysz, i ocenisz. Za niedługo grają w Polsce, może pojedziesz" Na tamten czas, mówiłam stanowcze NIE! Po co słuchać coś, co się nie spodobało, no ale postanowiłam włączyć  płytę, wszak  panu Frodowi tudzież wrednemu Kisiołowi się nie odmawia. Po włączeniu, wpadłam w inny świat. Magia wdarła się w moją głowę, oni mnie zaczarowali. Przesłuchałam namiętnie wszystkie utwory z tej płyty, którą dostałam, i już wiedziałam, że... muszę być na ich koncercie! Przez kolejny miesiąc, nie słuchałam niczego innego.  Bilety zostały zakupione, i odliczałam dni, do tego wielkiego wydarzenia. Koncert miał być o tyle szczególny, że zespół obchodził swoje 30 lecie istnienia, poza tym promował też najnowszą płytę, która różniła się od poprzednich, i na samym początku miałam w stosunku do niej mieszane odczucia, jednakże szybko minęły, także skradła mi serce.
Nadszedł wymarzony dzień: 12.10. 2008 rok, Bielsko Biała. 
Nastawienie przed koncertem było takie:

i nagle, zaczęło się:


Wrażenia nie do opisania, chociaż nie tak wyobrażałam sobie koncert. Wydawało mi się,  że przyszły na niego same zramolałe dziadki, które dostały bilety w pracy, byle zapełnić salę. Dla mnie koncert to szaleństwo, to zabawa, to śpiewanie! Faktem jest, że nie każdy zna ten zespół, z moich starych znajomych nie znał nikt, no ale... Pierwszą rzeczą, która była zła , to miejsca siedzące, żadnych stojących, jak miałam się bawić? Druga, to nawet śpiewać nie można było, bo pan siedzący za nami, skrupulatnie zwracał koledze uwagę, noż kurczaki... Ja tam człowieka miałam w nosie,  i udałam, że go nie słyszę, chciał spokoju, mógł sobie kupić płytę DVD z zapisem koncertu, i siedzieć przed telewizorem, a nie swoją osobą denerwować innych, czyli mnie, i kompanów podróży :) Wszystko, czego doświadczyłam, na zawsze pozostanie w mojej głowie, ciary na rękach towarzyszyły mi przez cały czas, a po wykonaniu: A man Of Nomadic Traits - oszalałam. Niestety, wszystko co piękne i dobre szybko się kończy. Skończył się koncert,  zakręciła się łezka w oku, że to już po wszystkim, że teraz znowu pozostaną mi tylko płyty, że nie prędko doświadczę tego  zjawiska na żywo. Udaliśmy się po najnowszą ich płytę, ja kupiłam jeszcze kilka innych, zdjęcia, podpisy na płytach i wróciliśmy do domów... W samochodzie milczeliśmy, przeżywając najnowszą płytę, i dzieląc się wrażeniami - lepszymi lub gorszymi. Te gorsze, to głownie ludzie, i cała organizacja koncertowa...
Tak, więc: lubisz Camel, Dire Straits, Genesis, Marillion, Pink Floyd, Rush, Supertramp, Tears For Fears lub Yes, polubisz  PENDRAGON, ich świat zawładnie Twoimi zmysłami, i sprawi, że przeniesiesz się w inny wymiar. Ja przenoszę się za każdym razem...


 




Update 1, godzina 13:34
Stwierdzenia dnia:
Rzecz działa się w szpitalu, dokładniej w poradni chirurgicznej. Leżę na kozetce, przygotowana do czyszczenia nacieku. Akcja rozpoczęta, boli więc się odsuwam, doktor do mnie, "ruszasz się jak ten w reklamie Viagry...", "jak kto?" - pytam się ( oczywiście było to pytanie z natury podchwytliwych, bo mnie do głowy przyszło tylko jedno, no dobra.. może dwa hasła. :) Na co siostra : "doktorze, co doktor ogląda...?" ,  doktor do niej i do mnie: "nie wiecie, przecież  to jest zawsze w reklamach".  Odpowiadam: "tylko ciekawe na jakim programie, i w których godzinach"  Doktor: "Na pewno nie przed bajkami"  - się odgryzł - cwany :) Potem nastąpił mniej przyjemny fragment w moim życiu, więc nie będę  o nim opowiadać... Już po wszystkim doktor do mnie: "kurcze popatrz, tak chorujesz, że już nie ma miejsca w kartotece" Szybki rzut okiem i odpowiadam: "To niech doktor ciaśniej pisze". Ha! Ze mną będzie zaczynał, ze mną? Wszyscy w śmiech, a przecież ciotka dobra rada nie chciała źle :) W nagrodę dostałam antybiotyk,  nie wiem który to z kolei, już się pogubiłam. Cały czas walczę, abym nie musiała mieć nacinanych pleców, nie wiem tylko, jak to przeżyje mój żołądek.

Update2, godzina 15:14
Do tej pory nie przestała mi się lać krew po czyszczeniu, kompresy gazowe zmieniam co  20 minut. Kurde, co jest... A tu zero pomyślunku, jak mam zatamować krwawienie, wszystkie sposoby zawiodły...



środa, 4 listopada 2009

wtorek, 3 listopada 2009

Od rana, jakaś jedna wielka masakra. W korku do szpitala stałam 40 minut, gdzie normalnie tę odległość pokonuję w 10. Miejsca do parkowania też nie mogłam znaleźć, udało  mi się  jednak wcisnąć  w dziurę pomiędzy autami, gdzie dla innych było to chyba a wykonalne. Ledwo w sumie wysiadłam, ale dałam radę? Dałam :D Przez to wszystko,  nie zdążyłam na 10, ale pod gabinetem okazało się, iż lekarz przyjmuje od 9, i trzeba czekać, zanim zmienią opatrunek.  O ironio! O 11, opuściłam teren szpitala, chciałam jechać do ZUS-u, zrobić zadymę, bo gdzie są moje pieniądze! Wszystko pięknie, ładnie, poszłam po auto, okazało się, że ktoś chciał być sprytniejszy ode mnie, i tak mnie zastawił, że nie wyjadę! W głowie kłębiły się myśli, no zabiję tego gościa, jak tu tylko przyjdzie, ale  mu nagadam, co on sobie myśli, jak tak można zastawiać ludzi, a jakbym zostawiła w domu włączone żelazko? ( musiałam wprowadzić trochę dramatyzmu) 10 minut minęło, zdążyłam wyczyścić szyby, wdepnąć w wielką kałużę,której dziwnym trafem nie zauważyłam, aż w końcu nadszedł: "bardzo panią przepraszam, ale nigdzie nie było miejsca i plepleple..." mój bulwers skończył się na odpowiedzi"... ależ nic się nie stało, naprawdę ..." tia, kolejne założenie wzięło w łeb, gdzie się podziała moja konsekwencja. No nic, ruszyłam do ZUS-u myśląc sobie, że już chyba nic gorszego mnie nie spotka. Już na wejściu załamanie, kolejka,  jednak to było niczym, ta kolejka była do pustego okienka. Nagle stuka mnie jakaś męska dłoń, się obracam, a jakiś mężczyzna do mnie: "coś pani z tyłu wypadło". He? ,że o co chodzi? Obracam się... no cholera!!! Opatrunek zrobiony przez siostrę szlag trafił! Kolejny raz,  po co robić coś dokładnie, jak to tylko dziura w plecach jest, olać, prawie nie używać plastra, przecież na plecach nic się nikomu nie odkleja, jeszcze jak wszystko pomoczone...Najgorsze, że ten koleś sobie pewnie pomyślał, że Bóg wie co ja pod kurtką noszę, uruchomcie wyobraźnię... No, ale wracając do rzeczy najważniejszej, stałam 20 minut, zanim łaskawa pani przyszła z rzekomego zebrania... Wiadomo, ludzie gadają, a więc dowiedziałam się, że to nie jest pierwszy raz, kiedy ta pani nie znajduje się na swoim miejscu pracy.. Po kolejnych 15 minutach nastała moja kolej. Pytam grzecznie o zasiłek chorobowy, a kobieta do mnie, że to obowiązek pracodawcy interesować się tym, a nie mój! No, żesz w mordę jeża, nie powie mi? Po tym wszystkim,co ja dzisiaj przeszłam? Odpowiedziałam tylko tyle, "proszę pani, ja chcę tylko moje pieniądze,  których nie wypłacacie mi od sierpnia, nie interesują mnie obowiązki pracodawcy, bo najzwyczajniej w świecie nim nie jestem, poza tym, pracodawcą jest mój brat ! Może mi pani łaskawie powiedzieć, kiedy je otrzymam, bo chyba mam takie prawo, jako że chodzi o mnie?" Pani strzeliła focha ( ja mogłam strzelić z przytupem), i na klawiaturze, jednym paluszkiem zaczęła wystukiwać moje nazwisko i imię...No, tego było już za wiele. Urzędniczka, gdzie jej praca to komputer, nie potrafi biegle na klawiaturze pisać!  Zatrudnijcie młodych, nie będziecie mieli problemów!!! (oczywiście, nie zakładam opcji, że ona zrobiła to specjalnie) Po 7 minutach wystukiwania, szukania, EUREKA! Pieniądze wyjdą od nich 5 listopada. Podziękowałam kobiecie, ale nie byłabym sobą, gdybym się nie odgryzła za wyrządzone zło. Zadałam jej pytanie: "nie bolało, prawda?" Pani jednak nie zrozumiała aluzji. Zrozumieli inni stojący, kolejna EUREKA ! Ludzie, jednak mają poczucie humoru.
Znerwicowana, ale szczęśliwa ruszyłam ku domowi... Dojechałam do mostu, i zonk! Korek, na samym środku zepsuła się koparka... Myśli w tym momencie 524., z czego jedna z nich, to  niech mnie ktoś przytuliiii :( Na  szczęście, po 10 minutach ruszyłam, i szczęśliwie dojechałam do domu, i nawet miejsce parkingowe pod blokiem było. W domu zmiana opatrunku, i praca, którą mi wczoraj dostarczono. Kocham papierki... ech. Jeszcze między czasie, dostałam z sieci zimny prysznic na głowę, ale chyba mi się należał. Się poprawię, nie lubię jak się ktoś przeze mnie smuci. 



poniedziałek, 2 listopada 2009

Zimne Dziady listopady...

Jak spędzić dzień, w którym codziennie robi się to samo? Miałam  jechać do ZUS-u, celem uzyskania informacji, kiedy łaskawie przeleją należące mi się pieniądze za chorobowe ( nie płacą  od sierpnia) - nie pojechałam, ponieważ jakoś nie mogłam zebrać się w sobie. Pojadę jutro.
Miałam iść na opatrunek - nie poszłam, gdyż doszłam do wniosku, że żadną filozofią jest przykleić czysty kompres gazowy, i odkazić ( znaczy, kolejność odwrotna). Pójdę tam jutro.
Miałam zrobić jeszcze dużo rzeczy, ale jakoś ten dzień tak szybko mi umknął, i nie zdążyłam. Zrobię to jutro!
Jutro, jutro, jutro... a przecież każdy dzień i tak jest taki sam, i to, co było dzisiaj, będzie też i jutro.

Natknęłam się też dzisiaj, na onetowski artykuł, związany z odchodzeniem internautów z tego ziemskiego padołu. Co będzie z blogami, profilami, kiedy któregoś z nas zabraknie?  Otóż, z powodzeniem można przekierować np. informacje o sobie na specjalną stronę, Zostaw Ślad. Piszesz tam  o ważnych dla ciebie rzeczach, możesz zostawić swój internetowy testament , ciekawe zdjęcia, etc. Jest to dla innych niewidoczne, dopóki nie zostanie potwierdzone, że umarłeś. Po twojej śmierci, dotychczas prywatny profil, staje się widoczny dla wszystkich, i ma służyć jako pamiątka, możesz też ustalić do kogo po twojej śmierci, ma trafić informacja, że cię już nie ma... Blogujesz, masz konto na NK, Facebooku, itp. nie chcesz, żeby  konta umarły śmiercią naturalną, jak ciebie już tutaj nie będzie?  Nic prostszego, logujesz się na  Deathswitch. Od tego dnia cię monitorują, i co jakiś czas wysyłają informację, abyś wpisał hasło. Jeżeli po kilkukrotnych ponagleniach z ich strony, nie uzupełnisz hasła, uznają cię za zmarłego, a wszystkie zapisane przez ciebie dane na stronie, wędrują do wcześniej zdefiniowanych osób. I nawet możesz sobie zaplanować swój pogrzeb, i wybrać nagrobek, dzięki stronie mywonderful life. Szczerze, nie miałam zielonego pojęcia o istnieniu takich stron, tak samo o tym, że na NK, ludzie tworzą wirtualne profile zmarłych osób tudzież zwierząt ( tak, posiadam konto na NK ) - wystarczy wpisać w wyszukiwarce "śp".
Hmm, jakieś takie dziwne odczucia mam, co do tego wszystkiego. Z jednej strony fajnie, żeby ktoś o mnie pamiętał, z drugiej, ostatnią rzeczą, jaką bym zrobiła, to zarejestrowała się na  w/w  stronach... I tak się  właściwie zastanawiam, czy ja zostanę e-śmiertelną?





niedziela, 1 listopada 2009

Śmierć....to nie jest nic! Przeszliśmy tylko do pokoju obok. My jesteśmy - my, Wy jesteście - wy. Byliśmy tym samym, i będziemy zawsze. Mówcie nam po imieniu tak, jak zawsze mówiliście, nie zmieniajcie tonu głosu, nie bierzcie powietrza smutnego. Śmiejcie się z tego, co nas cieszyło razem. Módlcie się, uśmiechajcie, myślcie o nas. Nasze imiona wymawiajcie tak, jak zawsze, bez smutku...Życie znaczy to, co zawsze znaczyło, bo życie jest zawsze, sznur nie jest przecięty. Dlaczego mamy być poza waszym życiem? Tylko dlatego,ze jesteśmy poza waszym wzrokiem? My na was poczekamy, nie jesteśmy daleko, jesteśmy tylko po drugiej stronie drogi. Widzicie, wszystko jest dobrze...
Witek, Ania, Leszek, Tomek, babciu... Pamiętam !