sobota, 30 kwietnia 2011

Ile razy Salanee chce się umówić na trasę rowerową, tyle razy pogoda zaczyna płatać figla, piękne słońce zostaje zasłonięte przez chmury i  przychodzi deszcz z grzmotami w tle. Ironia to, czy po prostu Salanee nie patrzy wcześniej na pogodę, tylko delektuje się tym, co ma nie zastanawiając się, co może być później? Oczywiście, że nie patrzy, po co ma zaprzątać sobie głowę czymś, co na dany moment wydaje się być zbyteczne? Dobra, nauczkę dostałam, na raz następny, zanim się umówię sprawdzę sobie meteorogramy, albo nawet wrzucę na bloga jakiegoś widgeta, który będzie podpowiadał mi, czy mam się spodziewać deszczu, czy też nie.

Szkoda, że nie ma pogody, idzie długi weekend, można by spożytkować go wśród większej liczby cyklistów, ale jak widać, nie jest mi dane. Od pewnego czasu jeżdżę sama i chyba tak już musi pozostać, bo co się umówię, to klops! Wczoraj udało się przejechać ok 30 km, trasa spokojna z pięknymi widokami (Beskidy w tle), wiatr tylko nie był moim sprzymierzeńcem, zepchnął mnie niedobry z drogi i dał popalić moim mięśniom czworogłowym ud, w związku z czym, dzisiaj występują ich lekkie boleści, które minęłyby, gdybym rozkręciła nogi, a tak? Poskaczę na skakance, muszę poprzeszkadzać sąsiadowi ;)

Życzę Wam udanego, długiego weekendu, dużo uśmiechu i radości :) Bądźcie grzeczni :*

piątek, 29 kwietnia 2011

Finisz?

Czy czuję finisz?

28 kwietnia minął, zapowiadana kontrola odbyła się, jak zwykle miałam się stawić na godzinę 12stą. Byłam tam nawet wcześniej, nie wiadomo, co na drogach wydarzyć się może, więc zawsze trzeba mieć jakiś zapas. Auto na drodze spisywało się znakomicie, uff! Do poradni chirurgicznej czekało sporo ludzi, lekarze mieli w tym dniu spore opóźnienie, ale kiedy już przyszli, ruszyli pełną parą. Dużo myśli siedziało w mojej głowie, tak się bałam ostatniego wyniku posiewu, mimo iż dwa poprzednie nie wykazały bakterii, to zawsze pozostawała ta niepewność, że trzeci może spłatać figla. Starałam się odrzucać od siebie takie złe myśli, ale u mnie nie bezpodstawnie one przychodzą do głowy.  Miewam przeczucia, które w jakimś stopniu sprawdzają się. Kiedy mnie zawołano poczułam ulgę, bo wiedziałam, że za chwilę okaże się, co będzie ze mną dalej. Przywitał mnie sympatyczny pan doktor ten sam, co poprzednim razem. Za chiny nie wiem, jak On się nazywa, ale bardzo go lubię, za bezpośredniość, otwartość i poczucie humoru. Wyłożyłam na kozetce swe ciało, doktor wymacał chore miejsca i orzekł...
- w posiewie wyszły bakterie, ale są to bakterie, które żyją w powietrzu, więc się nimi nie przejmujemy. 
Ha! Czułam to, czułam, ale skoro to naturalne bakterie,  to tak jakby ich nie było :) Co nastąpiło dalej?
Doktor przedstawił plan działania. Potrzebny będzie przeszczep skóry(kolejny), jednak wszystko może się jeszcze zmienić, zależy to od konsylium lekarskiego, które zbierze się w przyszłą środę, na którym będę i ja, i które orzeknie, kiedy mam położyć się do szpitala, i co ostatecznie zostanie na mnie wykonane. Nie przewidują zabijania mnie, przykro mi ( to tak na wypadek, gdyby ktoś chciał się mnie pozbyć z tego świata ;)) W poniedziałek muszę zadzwonić na Izbę Przyjęć i zapytać, czy ordynator będzie w środę, jak nie będzie, to pojadę dopiero 11 maja. Wolałabym wcześniej, ale to nie ode mnie zależy. 

Powoli dociera do mnie, że finisz jest już blisko, aczkolwiek miałam nadzieję, iż uda się to załatwić w miesiąc. Rzeczywistość może okazać się inna, gdyż teraz od lekarzy zależy, jak długo sobie poczekam w kolejce do szpitala, a znając realia wiem, że może to być kilka dobrych miesięcy. Oni mogą wyjść z założenia, że leczy się już dwa lata, może poczekać... Ale tfu, tfu, wolę nie krakać. Postanowiłam, że do konsylium nie będę o tym myśleć. A komora? Ją też wykorzystam, ale już po operacji, wtedy będę miała dodatkową ochronę przed ewentualnymi bakteriami, które chciałby mnie zaatakować. 

Tak to w skrócie wygląda. Pozostaje czekać...

środa, 27 kwietnia 2011

Idzie zwariować. Nie potrafię już spędzać czasu przed komputerem. Gdy tu siadam, trafia mnie przysłowiowy szlag, siedzenie w domu to zło wcielone. Dlaczego? Bo nawiedzają człowieka złe myśli, bo nabywa zachcianek, bo kombinuje, niekoniecznie na jego korzyść i jeszcze mogłabym tych "bo" trochę wymienić, ale tego nie zrobię. Dlaczego zatem nie wybędę zdobyć troszkę kilometrów? Oszczędzam się, gdyż jutro jadę do Siemianowic Śląskich i nie chcę nabawić się niczego, coby mogło pokrzyżować plany, które w stosunku do mnie będą mogli mieć tamci lekarze. Poza tym, po ostatniej trasie umyłam solidnie rower i niech czeka na weekend majowy, bo na pewno zostanie przeze mnie wykorzystany :D

Ale, żeby nie było, że nie robię zupełnie nic, nadmienię, że porwałam dzisiaj Corsinkę do mycia. A, co, nawet jej się należy bycie czystą. Odkurzyłam wnętrze, wymieniłam pokrowce na siedzeniach, wypucowałam tapicerkę i zapachniało w autku nowością... teraz można wyruszać nią w świat. Oczywiście, nie wyszłam bez szwanku, bo mam pocięte palce, ale nic tam, jakieś straty muszą przecież być. Niech mnie dowiezie bezpiecznie do Siemianowic ;) A Wy, trzymajcie kciuki, żebym jutro poczuła, że finiszuję, żebym się nie rozczarowała, a gdy wszystko, co dobre się ziści, będę najszczęśliwsza na świecie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Witajcie.

Jak tam wasze brzuszki po świętach się mają? Przeżyły? Na pewno. Wszystko, co dobre szybko się kończy, chociaż dla mnie nastrój świąteczny miał się nijak do rzeczywistości. Nadal w rodzinie, jak spotkania to tylko przy alkoholu. To nie dla mnie, tym się brzydzę. Znów mnie zmuszali do picia, znów były te same gadki, jednak wylatywało mi to drugim uchem. Wolałam zjeść serniczka, makowca i jajka faszerowane. Jestem na diecie, tak i powinnam zastosować umiar, jednak mój aktywny tryb życia, który wiodę w ostatnim czasie spowodował, że zamiast przytyć (bo tak mi się wydawało), to schudłam. Jestem kompletnym zaprzeczeniem, że przez słodkie się tyje. Wychodzi na to, że z tym umiarem nie było wcale tak źle, odpowiednie zbilansowanie + ćwiczenia = sukces i brak wyrzeczeń. Nie można nie jeść tego, co się lubi, bo prędzej czy później wpadnie się w kompuls, czyli niekontrolowane obżarstwo. Tak właśnie mają dziewczyny, które się głodzą tudzież mają nieodpowiednią dietę lub uważają, że trzeba wyeliminować słodkie, włącznie z owocami. OMG! No, ale nic. Ja powolutku dochodzę do swojego celu, kiedy osiągnę magiczną 50, zacznę się stabilizować. Trochę to potrwa, ale wierzę w swój sukces. Idąc do kościoła byłam punktem, którego nie dało się nie zauważyć. Postanowiłam zrobić sobie nadruk na koszulce " Tak - schudłam! Tak - to ja! Tak - to nie żart!" ;) Nie powiem, bardzo miło jest słuchać, że świetnie wyglądam, ale nie lubię tak. Dla niektórych moich znajomych jest to niepojęte, bo oni też by chcieli schudnąć, ale nie zmieniając w swoim życiu nic. Tego się nie da wykonać. Wszystko, co zrobiłam było i jest nadal dla mnie bardzo ciężką pracą. Nie ma nic za darmo. Łatwo jest przyjść na gotowe, albo powiedzieć - nie dam rady - i mieć wszystko w nosie. Od nas samych zależy, jak przejdziemy przez życie, czy podejmiemy się wyzwań, czy podniesiemy się po poniesionej porażce. Ja się podniosłam i z dnia na dzień wiem, że tym razem nie przegram - w jakiejkolwiek kwestii. Uda mi się - i ja to wiem :) Dobra, dość filozofowania ;)

Alergia panuje, wiecie? Aktualnie siedzę tak zakatarzona, że sobie nawet nie wyobrażacie. O oczach nie wspomnę. Czerwone, zatarte. Ech - alergio odejdź precz! A to wszystko przez lasy, pył i kurz, który mieliśmy przyjemność powdychać w sobotnie popołudnie. Trasa rowerowa = 52 km. Same przyjemności, tyłek wytrzepany, ujędrniony i wszystko, co się wiąże z wytrzepaniem... przez wyboje ma się rozumieć, a co to są te wyboje? Ano, konary, kamienie i inne takie, wiecie, jak to w lesie :D Lubię te wspólne wypady, lubię czuć, że żyję, że coś robię, coś pożytecznego, lubię spędzać miło czas, a niewątpliwie tak było w sobotę. Wszystkie złe myśli, czy też problemy w momencie, kiedy wsiadam na rower, znikają. Zapominam, wyrzucam i żyję tym, co zobaczę podczas jazdy, czy też poczuję w mięśniach podczas podjazdów. Nie da się tego wytłumaczyć. Kto jest cyklistą z zamiłowania zrozumie mnie. No. To tyle, czas uciekać. Piesek czeka na spacerek. Miłego popołudnia życzę i niebawem nadrobię zaległości na waszych blogach. Całuję Was. Muaaa.

środa, 20 kwietnia 2011

Wypadałoby coś skrobnąć, wszak mija prawie tydzień od mojego ostatniego wpisu. Cóż, wiosna przyszła, a wraz z nią uruchomiły się możliwości spędzania większej ilości czasu na innych przyjemnościach, aniżeli siedzeniu bezcelowym przy komputerze. Nawet farma zakończyła swój żywot. Doszłam na 100 level, osiągnęłam to, co chciałam i powiedziałam PAS - aplikacja została zablokowana. 

Co u mnie? Ano, dużo sobie chodzę, głównie po sklepach, odkąd odżywiam się zdrowo, czerpię niebywałą frajdę z kupowania zdrowej żywności, a później na przygotowywaniu potraw ze składników. Tak, tak, odkryłam swoją kolejną, tym razem kulinarną pasję i zgłębiam tajniki, i szukam przepisów, i korzystam z nich. Mój organizm w związku z odżywianiem też się trzyma, co mnie ogromnie cieszy. Pomijam fakt, że zostałam bez odzieży, bo we wszystkim się topię, ale jak wyzdrowieję, uzupełnię szafy. Już się nie mogę doczekać, jak pójdę do pracy, nawet sobie tego nie wyobrażacie. Żyć, jak człowiek - w końcu! Dziwi mnie to, że niektórzy wolą żerować na innych i pod przykrywką niepełnosprawności, nie robić nic. Przecież tak jest najprościej... Ich sprawa, ich życie - na zdrowie!

Nie wiem, kiedy tu będę raz następny. Priorytety są inne, blog przestał mnie wciągać. Myślę, że to minie, ale jakbym się nie pojawiła do świąt, to życzę Wam smacznego jaja!

czwartek, 14 kwietnia 2011

Podobnież od jutra ma być ładna pogoda, czy tak się stanie? Zobaczymy. A dzisiaj nadal pada, jest zimno i szaro-buro. Byłam u lekarza. Wyniki krwi + mocz ogólnie wyszły dobrze. Białe i czerwone się trzymają, hemoglobina poniżej normy, ale po anemii bardzo ciężko jest ją odbudować, aby sięgnęła normy. Organizm przyzwyczaił się, że ma sobie radzić w ekstremalnych warunkach, więc teraz nie widzi potrzeby, żeby wartości wyrównywać. Mam też troszkę mniej białka w sobie - do poprawy. Najgorsze, co wyszło to jest nad krzepliwość krwi. Dopóki nie poczytałam w internecie, nie martwiłam się tym wcale, a teraz? Jestem więcej niż pewna, że to jest pomyłka, nigdy nie miałam problemów z krzepnięciem (poza anemią), dlatego po świętach wybiorę się do swojego rodzinnego lekarza, żeby dał mi skierowanie na badania ponowne. Będę miała czarno na białym. Poza tym nic nowego. Posiew mi pobrali i czekam na wynik. Doktor chce usuwać tkankę, ale ja się nie zgadzam, nie tutaj. Siemianowice mają mnie pod opieką, niech tak pozostanie.

środa, 13 kwietnia 2011

  Ze świata czterech stron, 
z jarzębinowych dróg, Gdzie las spalony, wiatr zmęczony, noc i front,
Gdzie nie zebrany plon, 
Gdzie poczerniały głóg, 
Wstaje dzień!



Życie toczy się dalej. Jutro czeka mnie kontrola, dowiem się, jak tam mój organizm się trzyma...
Mało mnie tutaj, może za czas jakiś będzie lepiej. Pozdrawiam :)

sobota, 9 kwietnia 2011

Popijam sobie kawkę, jak to zwykle o tej porze bywa. Z głośników dociera do mnie kojący głos Nicka Barreta. Słucham uważnie każdego dźwięku, zamykam oczy i wyłapuję to, czego nie mogę dostrzec mając je otwarte. Nowa płyta Pendragon - Passion, dostarczona przez Kisiołka. Ty zawsze o mnie pamiętasz - dziękuję:*  Płyta jest inna, ale ma swój wdzięk. Podoba mi się, i chociaż nie jest podobna brzmieniowo do Not Of This World - u mnie od tej płyty wszystko się zaczęło, to i tak dostrzegam tę magię, ukrytą w mocniejszych brzmieniach instrumentalnych. Znowu przenoszę się do innego świata i latam ponad wszystkim, i niczym się nie przejmuję. Tak właśnie działa na mnie Pendragon. 

Za 8 dni, chłopaki będą koncertować w Bielsku. Szkoda, wielka szkoda, że nie będę mogła dostąpić zaszczytu, zobaczyć i usłyszeć ich na żywo. Ten spokój Clive'a, ta żywiołowość Scotta, ta zaduma Petera, no i uwodzący głos Nicka, to jest coś, co nastroi pozytywnie nawet najgorszego pesymistę. Gdybym miała inną chorobę, nie wahałabym się ani przez moment, a tak? Bardzo ubolewam na tym, że nie będzie mi dane tam być, nie wiadomo, kiedy znowu odwiedzą Polskę. Może Kisiołek poprosi Nicka, żeby szybko wydawali kolejną płytę, bo Salanee czyli Zuska, czyli ja, chce być na Ich koncercie?!
Kto jest kim? Ten najbardziej uśmiechnięty to właśnie Nick Barret... Szczerzy się bardzo podobnie do mnie ;)

czwartek, 7 kwietnia 2011

Dziękuję Wam za taki odzew w sprawie pomocy mojej mamy. Niektóre osoby nigdy się nie zmienią. Moja mama jednak jest taką kobietą, która zrobi wszystko dla swojego syna i w dniu wczorajszym poszła potajemnie umyć te okna. To jest budowa, tam musi być coś widać. "Bratowa" nigdy by tego nie zrobiła, bo ona ma inne "ważne" rzeczy do zrobienia. Czy ja zrobiłabym to samo na mamy miejscu? Hm, ja jestem troszkę inna, szacunek dla mnie najważniejszy, nie lubię się narzucać i chciałabym Im dać nauczkę, że konsekwencje za swoje czyny trzeba ponosić inaczej nic się nie wyniesie z tej lekcji, mało tego, za każdym razem wystąpi brak szacunku. Nie chcę tego dla mojej mamy, będę bacznie obserwować rozwój sytuacji, a gdy coś złego będzie miało się wydarzyć, powiem co myślę. 

Ok. Wracając do życia. Pogoda nadal kratkowa, ale nic tam, zajęcie sobie znalazłam i każdą wolną chwilę temu zajęciu poświęcam. Cóż to takiego? Skakanka! Zakupiłam i czerpię niebywałą frajdę ze skakania, wracam do dzieciństwa i przy okazji dbam o kondycję. Dzisiaj łydki dają się we znaki z tego powodu, ale takie zakwasy to ja mogę mieć. Łydy się zrobią, olaboga! Łydy potrzebne, Salanee lubi swoje łydy ;)Wczoraj np. wykonałam 600 skoków, i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że ostatnio wszystko jest na mnie za duże, nawet wiązanie nie pomaga, i podczas skoków po prostu spadły mi spodnie... Miałam niebywałego LOL-a z tego powodu.

Dzisiaj byłam u swojego chirurgicznego doktorka. Nie ukrywam, że to, co dzieje się ostatnio zaskakuje mnie bardzo pozytywnie! W tamtym tygodniu brano mi wymaz z rany na posiew. Wyobraźcie sobie, że nie ma bakterii, NIE MA ICH TAM!!! Doktorek mówił, że od 7 rano czekał na mój wynik i nie mógł się doczekać. Radość nie ma końca. Siemianowice Śląskie się nie pomyliły, bakterie się nie hodują, wszystko tworzy nieprawidłowa tkanka, która znajduje się na ranie i wokół rany. Popłakałam się dzisiaj w gabinecie z radości, chociaż tak naprawdę nadal jestem w kropce, bo nic się nie goi i właściwie to nie ma pewności, że wycięcie coś da, ale ja wierzę, że tak! Z tego tytułu, doktorek J., przedstawił mi możliwość..., jeżeli kolejne posiewy wyjdą tak samo, czyli jałowo, to też mógłby mi to wszystko wyciąć. Osz! Teraz? Cieszę się z tego powodu, ale pozostanę jednak przy lekarzach z Siemianowic, a do mojego dochtórka będę chodzić po wycięciu. Lubię go, dlatego wolę lekarzy z Siemianowic. Nie chcę, aby miał przeze mnie np., nieprzyjemności, bo dostałby ochrzan od ordynatora, że mnie ściąga na oddział. Jeszcze będzie mógł się wykazać, bo gdy tylko się wyleczę, czeka mnie jeszcze jeden, mały zabieg, o którym nie pisałam wcześniej, bo nie było to aż tak ważne. Właściwie nie jest ważne, ale muszę to usunąć. Chodzi o głowę, a dokładniej o kaszaka, który urósł na czubku mojej łepetyny i przeszkadza dosłownie we wszystkim. Kilka mniejszych też mam, ale one  mogą być. Ten największy powoduje ból kiedy się czeszę, kiedy mnie obcina fryzjer, kiedy zakładam kask na głowę, kiedy chcę coś na głowie położyć, nie wspomnę o uderzeniu w to miejsce. Usuwali mi go już kilka razy, ale nie w szpitalu tylko w innej przychodni i zrobili to byle jak, czyli nie wycięli do końca prze co drań odrósł! Miałam więcej nie iść i olać, ale nie dam rady z tym badziewiem funkcjonować... Dostałam też skierowanie na wszystkie badania + mocz. Wg., dochtórka dużo schudłam (-17 kg) i trzeba sprawdzić, jak się trzyma mój organizm od środka... Jutro zatem idę się kłuć!  Dobrze, że mam takie oparcie, że doktor sobie ze mną pogada, jak z koleżanką, że przy wyjściu z gabinetu nie ma do widzenia od doktora, tylko na razie :) Hihi jest to miłe. Niech no tylko wyzdrowieję, a napiją się ze mną w na dyżurze łyczek winka, abym więcej już nie wracała.

Nie wszystko się ułożyło po mojej myśli, ale biorąc pod uwagę ostatni czas czuję, że los mój się odwrócił. Tak miało być :) Nie jestem sama i ja to czuję. Dziękuję za modlitwy za pamięć, za wiarę, dziękuję.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

I nastał deszcz. Nie mogłam się spodziewać innej aury, wszak to kwiecień, a on potrafi robić niespodzianki w postaci zimy nawet, dlatego cieszę się z tego deszczu, roślinkom też się należy, a co!

Weekend dobiegł końca, a poniedziałek przyniósł kolejną wizytę u dentystki. Mimo, że moje nastawienie do tych lekarzy wcale się nie zmieniło, i nadal bardzo się boję, to ta kobieta potrafi rozładować stres rzucając jakimś "mega" tekstem, bo którym chciałoby się leżeć i  kwiczeć,  i tylko waciki w buzi to uniemożliwiają. Mimo wszystko, było miło. Teraz mam spokój, a ostatni etap leczenia mojej szczęki czeka mnie po świętach, ale ja pójdę już sobie w maju, tak żeby nowy miesiąc miło rozpocząć ;)

Nie napisałam nic o weekendowym grillowaniu. Nie ma się czym chwalić, z tego wszystkiego ogniskowa kiełbaska była chyba najlepsza. Atmosfera rodzinna nie jest miła. Jakby to powiedzieć, nie ma zrozumienia pomiędzy "bratową", która tak naprawdę nią nie jest, bo ślubu nie było, a moją mamą, która z dobroci chce pomóc, a nie jest to doceniane, ba nawet jest wielka obraza, że chce pomóc. Rozchodziło się w tym wszystkim o zbudowany dom i pomoc w umyciu okien, które nie były umyte od tamtego roku. Kto mył? Oczywiście moja matula. Brat wyskoczył do mamy, że przyszła myć okna, chociaż kiedyś ją o to prosił. Dlaczego wyskoczył? Bo zadzwoniła do niego bratowa  z pretensjami, że mama myje jej okna(pomijam fakt, że ona nie robi na budowie nic) Skąd wiedziała? Dowiedziała się ode mnie, bo zapytała gdzie moja mama, a ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Dlaczego zapytała? Bo chciała podrzucić bratanicę, a wcześniej jej nikt nie otworzył. Mnie nie było, a mama nie słyszy. Po moim powrocie, podrzuciła dziecko mnie, bo ona chciała sobie w domu posprzątać. Tak, ja też chciałam posprzątać. I to zrobiłam, mała mi wcale nie przeszkadzała... Wtedy nie wiedziałam, że ona zrobiła taką akcję... Wszystko wyszło, kiedy w ekwipunku cyklistki pojechałam na budowę zostawić surówkę, którą zakupiłam do kiełbasy. Auta brata nie było, ale był tata i od razu zdał relację, że mama się obraziła na brata, rozpłakała się i poszła...Wszystko przez tę osobę, o której pisałam wcześniej. Brat za mamą pojechał i przywiózł ją, ale atmosferę szlag trafił. Było mi przykro, że tak traktują mamę, że nie doceniają tego, co ona robi. Przecież nie jest osobą młodą... Nie mogąc tego znieść, pojechałam przed siebie. Wiatr mi wtórował, a ja chciałam pojąć dlaczego w mojej rodzinie jest tak, a nie inaczej... W domu dowiedziałam się, że mama tam więcej nie pójdzie i bardzo dobrze! A "bratowa"rozczarowała mnie strasznie. Nie rozumiem, jak można tak traktować drugiego człowieka. Mój brat się zmienił, to nie jest ta sama osoba, co kiedyś. Bratanica też ma charakter inny - nie mój na pewno. Jest agresywna. Ze mną się tak nie zachowuje, ale przy większej frekwencji jest nie do opanowania. Ech, głowa nie ogarnia tego wszystkiego...

sobota, 2 kwietnia 2011

Słoneczko dzisiaj późno wstało, i w takim bardzo złym humorze, i świecić też mu się nie chciało....,  ale na szczęście zaświeciło ;) Sobota. Dzień zaplanowany. Ma być rodzinny grill, aczkolwiek ja spożytkuję czas przed grillowy na rowerze. Wykorzystam energię, a później uzupełnię pyszną grillowaną kiełbaską. Białko potrzebne dla mięśni, żeby mogły się odbudować.

Jakoś tak rozleniwiłam się ostatnio w prowadzeniu bloga. Nie, że nic się w moim życiu nie dzieje, ale jakoś czasu, aby napisać nie ma. Komputera praktycznie nie włączam, dlatego jest mnie mniej. Po wpisach na waszych blogach widzę, że też dużo czasu nie macie. W sumie wiosna, a kysz od tych komputerów, nie ma co się nałogować w tym kierunku, nie warto. Lepiej spędzać czas na świeżym powietrzu, wśród ludzi lub na łonie natury. Ja wybrałam drugą opcję. Dużo chodzę, zajmuję się bratanicą, a popołudniami, jak tylko pogoda sprzyja (czyli ma nie padać), zabieram mojego Renegade'a i jadę sobie siną w dal. Często walczę z wiatrem, ale nie przeszkadza mi to wcale, przyjemność z jazdy i tak czerpię. Brakuje tylko nowych tras rowerowych, ale myślę, że niebawem wypuszczę się w okolice Międzybrodzia, czekam tylko na cieplejsze czasy, które mają rychło przyjść!

Pamiętacie, jak pisałam, że zbiłam lusterko i czeka mnie teraz 7 lat nieszczęść? Obalam mit! Odkąd to nieszczęsne lusterko wyzionęło ducha, mam jakieś lepsze dni. Znalazłam 10 zł, polędwicę wędzoną, która pewnie komuś wypadła, jak wracał z Biedronki i duży zwrot z Urzędu Skarbowego... To ostatnie mnie najbardziej ucieszyło, bo jakoś zaspokoję potrzeby, których nie zaspokoi Powiatowe Centrum Orzekania o Niepełnosprawności. Niestety, nie dostałam stopnia umiarkowanego, który otworzyłby mi drogę do zasiłku pielęgnacyjnego. Pan doktor (konował) w ogóle nie wziął pod uwagę choroby współistniejącej, która generalnie wyeliminowała mnie z życia w społeczeństwie i to ona przeszkadza mi iść naprzód. Nie rozumiem  ich zupełnie. Po co kserować dokumenty, historie choroby, jak i tak mają to gdzieś i nie zamierzają brać pod uwagę, kiedy ustalają stopień? Trudno. Płakać nie będę, jak widać niektóre doktory nigdy się nie zmieniają. To on doprowadził moją rękę do takiego stanu, że musieli usuwać kość, więc czego ja się spodziewałam, że mi teraz pomoże? Łaski nie potrzebuję. Chcę wyzdrowieć, odliczam dni do kolejnej kontroli w Siemianowicach i marzę, aby mi w końcu wycieli to cholerstwo!!!

W czwartek byłam u mojego chirurgicznego medyka. Wzięli  posiew, ale..., grzyby a bakterie to nie jest to samo. Siemianowice doszukują się u mnie grzybiczego powodu, który powoduje, że rana się nie goi, dlatego im nic nie wychodzi, bo nie mam grzyba. Inna sprawa z bakteriami, bo one tam na pewno są. Mój lekarz mi powiedział, że przecież on tak samo mógłby mi to usunąć, nie narażałby mnie na wieczny ból i dyskomfort, jaki teraz posiadam, ale wie, że nic to nie da, bo rana po takim zabiegu  się nie zagoi. Komora mnie wyleczy na 100%. I jak się to ma do tego, co mówią lekarze z Siemianowic, że komora nie wyleczy, ona tylko pomoże w leczeniu, a usunąć trzeba, i co ja mam robić? Ugh! Zaufam lekarzom z Siemianowic.Muszę być silna i nie zwątpić.