Jak tam wasze brzuszki po świętach się mają? Przeżyły? Na pewno. Wszystko, co dobre szybko się kończy, chociaż dla mnie nastrój świąteczny miał się nijak do rzeczywistości. Nadal w rodzinie, jak spotkania to tylko przy alkoholu. To nie dla mnie, tym się brzydzę. Znów mnie zmuszali do picia, znów były te same gadki, jednak wylatywało mi to drugim uchem. Wolałam zjeść serniczka, makowca i jajka faszerowane. Jestem na diecie, tak i powinnam zastosować umiar, jednak mój aktywny tryb życia, który wiodę w ostatnim czasie spowodował, że zamiast przytyć (bo tak mi się wydawało), to schudłam. Jestem kompletnym zaprzeczeniem, że przez słodkie się tyje. Wychodzi na to, że z tym umiarem nie było wcale tak źle, odpowiednie zbilansowanie + ćwiczenia = sukces i brak wyrzeczeń. Nie można nie jeść tego, co się lubi, bo prędzej czy później wpadnie się w kompuls, czyli niekontrolowane obżarstwo. Tak właśnie mają dziewczyny, które się głodzą tudzież mają nieodpowiednią dietę lub uważają, że trzeba wyeliminować słodkie, włącznie z owocami. OMG! No, ale nic. Ja powolutku dochodzę do swojego celu, kiedy osiągnę magiczną 50, zacznę się stabilizować. Trochę to potrwa, ale wierzę w swój sukces. Idąc do kościoła byłam punktem, którego nie dało się nie zauważyć. Postanowiłam zrobić sobie nadruk na koszulce " Tak - schudłam! Tak - to ja! Tak - to nie żart!" ;) Nie powiem, bardzo miło jest słuchać, że świetnie wyglądam, ale nie lubię tak. Dla niektórych moich znajomych jest to niepojęte, bo oni też by chcieli schudnąć, ale nie zmieniając w swoim życiu nic. Tego się nie da wykonać. Wszystko, co zrobiłam było i jest nadal dla mnie bardzo ciężką pracą. Nie ma nic za darmo. Łatwo jest przyjść na gotowe, albo powiedzieć - nie dam rady - i mieć wszystko w nosie. Od nas samych zależy, jak przejdziemy przez życie, czy podejmiemy się wyzwań, czy podniesiemy się po poniesionej porażce. Ja się podniosłam i z dnia na dzień wiem, że tym razem nie przegram - w jakiejkolwiek kwestii. Uda mi się - i ja to wiem :) Dobra, dość filozofowania ;)
Alergia panuje, wiecie? Aktualnie siedzę tak zakatarzona, że sobie nawet nie wyobrażacie. O oczach nie wspomnę. Czerwone, zatarte. Ech - alergio odejdź precz! A to wszystko przez lasy, pył i kurz, który mieliśmy przyjemność powdychać w sobotnie popołudnie. Trasa rowerowa = 52 km. Same przyjemności, tyłek wytrzepany, ujędrniony i wszystko, co się wiąże z wytrzepaniem... przez wyboje ma się rozumieć, a co to są te wyboje? Ano, konary, kamienie i inne takie, wiecie, jak to w lesie :D Lubię te wspólne wypady, lubię czuć, że żyję, że coś robię, coś pożytecznego, lubię spędzać miło czas, a niewątpliwie tak było w sobotę. Wszystkie złe myśli, czy też problemy w momencie, kiedy wsiadam na rower, znikają. Zapominam, wyrzucam i żyję tym, co zobaczę podczas jazdy, czy też poczuję w mięśniach podczas podjazdów. Nie da się tego wytłumaczyć. Kto jest cyklistą z zamiłowania zrozumie mnie. No. To tyle, czas uciekać. Piesek czeka na spacerek. Miłego popołudnia życzę i niebawem nadrobię zaległości na waszych blogach. Całuję Was. Muaaa.

Chyba większości po świętach rosną brzuszki. Tyle tych smakołyków na stołach, że nie sposób im się oprzeć
OdpowiedzUsuńOlu, no fakt. Tyle było pyszności na stołach i tylko wołało - Zjedz mnie, zjedz! ;D
OdpowiedzUsuńGratuluję sukcesów związanych z dietą! Sam czuję, że po Świętach będę musiał nad tym popracować :) Pozdrawiam serdecznie!
OdpowiedzUsuńDziękuję Jakubie. To może na rowerek? Polecam, zalecam i w ogóle. O ile jest gdzie jeździć?
OdpowiedzUsuń