wtorek, 31 maja 2011

Dzień pierwszy



No... Zostalam, ze tak powiem zakwaterowana. Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Pielęgniarki ogólnie w porządku, mam się tylko wystrzegać siostry oddziałowej, bo podobno ostra. Na pewno się jej nie narażę, ja jestem grzeczny pacjent..., tylko czasami przynoszący pecha I wzbudzający ogòlną uciechę wśród personelu. O, co chodzi? Otòż, na samym wejściu poległam, to znaczy, kładąc się na kozetce do badania, położyłam się tak, że zlożyłam łóżko. Efekt? Bolący łokieć I zawieszenie w śmiechu pilęgniarki I lekarza. Kolejna rzecz, to zepsuty komputer, podobno z mojej winy:-) Niby, że mój wzrok to uczynił. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia z rowerami I w ogóle, zaczynam się poważnie niepokoić, że może faktycznie mam jakieś moce psucia? Hihi. A tak już całkiem serio... Jutro czeka mnie operacja. Badania zrobione, problem z wkłuciem wenflonu też, ale to norma przecież. Internet, skoro piszę - działa, chociaż miałam spory problem z uruchomieniem. Uff.

Nie wiem, co mnie jeszcze czeka. Na razie Over.

poniedziałek, 30 maja 2011

To już jutro! Ale zleciało. Pamiętam te 25 dni, które pozostały do położenia się na siemianowickiej oparzeniówce i nagle, pstryk - 1 dzień. Wyjeżdżam o godzinie 6:30. Na izbie przyjęć muszę być pomiędzy 8:00 a 8:30, do Siemianowic mam 59 minut, jednak wolę posiadać margines na wypadek jakiś sytuacji, które mogą wyniknąć w trasie, czyli np. lekkie niedomaganie Corsy, chociaż mam nadzieję, że nie zrobi psikusa, ostatnio coś nie chce jeździć na gazie, dławi się, kaszle, biedna..., dlatego wyruszam wcześniej. Tata oczywiście jedzie ze mną, bo ktoś musi autem wrócić. Torba spakowana, reklamówka z prowiantem i taśka z dokumentami przygotowana. Nie wiem, czy mam wszystko, czy jeszcze czegoś nie spakowałam, ale to prędzej czy później wyjdzie, szkoda tylko, że nie będzie możliwości dowiezienia. O brak dostępu do internetu też się zatroszczyłam. Wykupiłam pakiet 100 MB i moim mini centrum dowodzenia na czas szpitala będzie xperia mini 10 pro. Mam też super książkę o uciekającej Muzułmance z dziećmi przed swoim mężem, myślę że mnie wciągnie, no i Bikeboard od Kisiołka. Zgadnijcie, co przeczytam pierwsze? Brawo... Przez cały ten czas starałam się nie myśleć, ale kurczę - cholernie będę tęsknić za tym, co tak bardzo uwielbiam, za Kisiołkiem, i wszystkimi trasami, i jeszcze za Wesołym Teamem, z którym każdy wyjazd jest dla mnie przyjemnością. Już mi tego brakuje, a jak sobie jeszcze pomyślę, że mam szlaban na minimum miesiąc, to płakać mi się chce. Ba, nawet nie, że chce, ja się z tego powodu popłakałam, bo to tak, jakby mi ktoś zabronił oddychać, a przecież za jakiś czas wrócę na bicykla..., żal tylko tracić tego, co mnie ominie, jak mnie nie będzie. Wiem, muszę myśleć w kierunku, co mnie czeka, jak wyzdrowieję... Już mi się buzia uśmiecha na samą myśl. W końcu zdrowa, bez opatrunków, bez myślenia, wolność, beztroska i radość z życia!!! Uch!

Jak widać, ostatnie dni były dla mnie świetne. Wyprawy rowerowe, dużo śmiechu, przyjemne zmęczenie. Tak, to ja - Zuska, Salanee. Siły posiadam! Wczoraj byliśmy z Kisiołkiem to tu, to tam, zrobiliśmy 52 km, zgubiliśmy się też, żeby później odnaleźć drogę. Wpadliśmy w ślepą uliczkę, ale wypadliśmy z niej równie szybko ;) Most i tory nie były dla nas żadną przeszkodą. Pedałować lubimy, niekoniecznie po terenach prostych. No dobra, po torach się nie da pedałować, ale iść tak i my szliśmy! Nie nasza wina, że nam zlikwidowali most do przejechania! To lubię - nieznane miejsca, dookoła cisza, las, zapach natury, która przyciąga mnie jak tylko może. Właściwie to ja powinnam mieszkać gdzieś w miejscu mało obleganym przez ludzi. Jakieś górskie pustkowie z trasami rowerowymi - o! Se marzę, bo se mogę ;) Ja nie wiem, co moich rodziców przywiało z Bieszczad do miasta. Urgh! Chociaż z drugiej strony, to nie poznałabym moich przyjaciół - ludzi, z którymi spędzanie czasu jest czymś bezcennym... Warto dbać! No, dobra. Późno się zrobiło, przydałoby się zapukać do Morfeusza, bo jutro zbliża się wielkimi krokami, a ja powinnam być wypoczęta. Tia. Na pewno uda mi się zasnąć, na pewno..., Salanee smutnieje... Peace ;)
Marzenia..., to odpoczynek od słów...

niedziela, 29 maja 2011

"Obserwując macierzyńskie zachowanie się zwierząt, niejednokrotnie nie można oprzeć się wrażeniu, że jest ono znacznie mądrzejsze niż ludzkie."

Mrrrrr!!! 

Pees!
Kisiołku, dziękuję Ci za przemiłe popołudnie, za te 56 km, za tory, za jazdę po nieznanym, za brak mostu, za spotkanie z gąskami, za liska i wszystko inne, co mieściło się w dzisiejszym dniu. Czuję, że żyję!!! :)

sobota, 28 maja 2011

W czasie deszczu, wszyscy się nudzą, to ogólnie znana rzecz...- lekka przeróbka na potrzeby dzisiejszego wpisu. Szkoda, że taki podły, ostatni weekend mnie zastał. Torba powoli zapełnia się rzeczami do szpitala. O ile, gdy kładłam się do szpitala w moim mieście, miałam problemy ze zmieszczeniem wszystkiego, to nie martwiłam się o to, gdyż zawsze można mi było coś brakującego dowieźć, o tyle pobyt w Siemianowicach Śląskich troszkę to dowiezienie utrudni, w związku z czym, muszę się zmieścić do jednej torby i plecaka lub taśki. Nie wiem, czy mi się to uda, biorąc pod uwagę fakt, że będę brała ze sobą prowiant. Niestety, nie jestem w stanie jeść białego pieczywa, nie toleruję także żadnych batonów, ciastek, etc, więc zdrowa żywność jedzie ze mną. No i jeszcze musli z płatkami, ponieważ nie wyobrażam sobie innego śniadania, chociaż nie wiem, co będzie, jak sobie w Siemianowicach nie zorganizuję mleka. Z mojego ostatniego pobytu na oddziale, nie zaobserwowałam żadnego sklepu, więc troszkę mnie ten fakt przeraża, a wyjście na miasto będzie utrudnione, ponieważ wejścia do szpitala strzeże niedobry strażnik, a wszystko jest zagrodzone bramą. 3 dni.

Mimo niekorzystnej aury, dzień spożytkowałam aktywnie. 3 godziny intensywnego spaceru z MP3 grajkiem i Czesławem, nie zmęczył mnie wcale. Gdybym mogła, marsz zamieniłabym na bieg, ale niestety ból mi to uniemożliwił. Już niedługo. Pozostałą po spacerze siłę, spożytkowałam na pompkach, brzuszkach i przysiadach. Moim postanowieniem jest, że po ozdrowieniu, musowo zapisuję się na siłownię lub fitness, bo nie wyobrażam sobie siebie bez aktywności - jakiejkolwiek.

Liczę, że jutro zaświeci słońce, chociaż widget na moim blogu tego nie pokazuje, a tymczasem oddalam się, a Wy posłuchajcie alternatywnej grupy, przy której warto zrelaksować swoje ucho...




Pees:
Zagubiona szminka się znalazła. Ja wiedziałam, że tak będzie :)

piątek, 27 maja 2011

Podsumowanie tygodnia wypada chyba niezbyt korzystnie. Przede wszystkim, po raz kolejny zgubiłam entą szminkę do ust, która chroniła moje usta przed wysuszeniem. Właściwie, to nie wiem, jak ja to robię, że one giną, przecież  zawsze chowam je do taśki (torebki naramiennej), a one z niej jakoś wyparowują - strange..., a bez szminki nie funkcjonuję, bo od razu pękają mi usta, kąciki i wszystko. 

Pożarłam się z bratem. To znaczy - on się na mnie obraził. Powód błahy, ale rozdmuchany do tego stopnia, że to ja jestem ta zła i najgorsza. Tata jeszcze pogłębił powód i koniec - brat ze mną nie rozmawia. Czy ubolewam?  Tak, ale tylko dlatego, że nie próbował postawić się w mojej sytuacji... Nie zmienię go, nie chce, niech się do mnie nie odzywa, przecież jest dorosłym człowiekiem i wie, co robi. Całe życie go broniłam, kryłam, życie bym za niego oddała. No trudno. Niech sobie pomilczy, mnie nic się z tego powodu nie stanie. 

Wczoraj udało mi się załatwić sprawy w MOPS-ie. Jest to chyba wynagrodzenie tego tygodniowego opóźnienia. Dzisiaj pozytywny wywiad społeczny i pozostaje mi czekać na decyzję. Mama stała się upoważnioną do odbioru przyznanych pieniążków, więc jest dobrze. Postanowiłam nie mieszać taty w moje sprawy, on nigdy nie ma czasu, więc dam sobie radę bez niego. Co więcej? Po wyjściu ze szpitala ubezpieczenie będę miała z MOPS-u i w końcu, zwolnię się od brata z pracy. Ulżyło mi z tego powodu. Myślę, że 90 dni to jest maksymalny okres mojego chorowania po szpitalu. Potem Urząd Pracy i witaj normalne życie, no.

Zbliża się weekend, a wraz z nim, co? Taaak - deszcz! U mnie pada, jutro też ma padać, po prostu żyć, nie umierać! Liczę na pogodną niedzielę i poniedziałek. Będzie to dla mnie ostatni dzwonek, aby oderwać się od myślenia o tym, co mnie czeka za 3 dni... 3 dni, to strasznie mało jest, a najgorsze, że ten czas tak szybko leci... Pamiętam, że przed każdym szpitalem targały mną złe myśli, obawy i w ogóle. I ta samotność wśród szpitalnych łóżek...


środa, 25 maja 2011

Normalnie, nie mam kiedy wpaść na własnego bloga, żeby coś skrobnąć. Czasu coraz mniej mi zostało, a ja się byczę. Hy? No dobra, aktywnie spędzam czas. Wczoraj na rowerze zrobiłam 70 km, oczywiście miałam niedosyt, bo nogi chciały jeszcze, ale wyskoczył obowiązek pilnowania bratanicy, więc się ustosunkowałam do tego pozytywnie, ona też jest dla mnie ważna, a poza tym, jest mi żal tego małego podrzutka. Złością nic nie wskóram, więc postanowiłam zmienić strategię, i tłuc rodzicom do głowy, że mają więcej czasu poświęcić Amelce, której bardzo często wyrywa się w moim kierunku słowo "MAMA". To chyba coś oznacza, prawda? Poza tym, widzę w niej wiele niedobrych zachowań, które niestety wychodzą w związku z brakiem tej prawdziwej mamy. Sama jej nie pomogę, nie zmienię też tego, co złe. Ech, to jest właśnie najgorsze, że nie mam szans naprawić tego, co zaniedbują jej rodzice, mogę jedynie próbować, ale i tak na starcie jestem już przegraną. Mam nadzieję, że przedszkole, do którego mała pójdzie od września, pozwoli naprawić część tego niedobrego, co występuje na ten czas. Ok.

Wiecie, wczoraj przeszłam samą siebie, zachowałam się, jak blondynka - nie ubliżając nikomu absolutnie. Słuchajcie.Na pewnym odcinku jechałam po asfalcie, i zaczął dobiegać do mnie odgłos takiego głuchego klikania, jakby coś z kołem przednim się działo. Zwolniłam, bo myślałam, że przebiłam oponę, ale wszystko było ok. Kiedy jechałam wolno, nic nie było słychać, ale, gdy tylko przekroczyłam 19 km/h, znowu dało się słyszeć ten dziwny odgłos. Ponieważ nie dają mi takie rzeczy spokoju, zatrzymałam rower, a mój wzrok powędrował w okolice korby i łańcucha, myślałam, że może coś tam wpadło i przy większej prędkości daje znaki? Niestety, pomyślunek okazał się być nietrafiony. Obadałam jeszcze tylne koło, przerzutki, hamulce. Wszystko było w idealnym porządku. Ruszyłam ponownie...SHIT, znowu to samo! Zatrzymałam rower, coraz bardziej zirytowana! Odwróciłam go, zaczęłam kręcić pedałami. O! Nie klika! Hm! Pomyślałam, że może jakiś kamyczek wszedł w oponę, więc sprawdziłam dokładnie każdą szparkę, wydłubałam parę maludków, chociaż one nie wydawały się mi być przyczyną klikania. Gdybym miała klucze, odkręciłabym przednie koło, ale na moje szczęście ich nie miałam. Postawiłam rower, ruszyłam, najpierw powoli, później coraz szybciej, między czasie zmieniła się nawierzchnia... I co się okazało? Domyślacie się? Asfalt był nagrzany od słońca i w momencie, gdy stykał się z oponą, dawał odgłos klikania, bo chciał się do niej przykleić. Siet! Bywam mało domyślna ;) Sama do siebie cieszyłam, że jestem jednak oryginalna do granic możliwości, przecież byłam gotowa rozkręcić rower, żeby dojść do tego, co tak klikało... Ech :D Chłopaki, proszę się nie śmiać :P I tak na marginesie, Kisioł wiesz, że ta pompka, którą mam nie pasuje do mojej dętki? Znowu pani z Rowerlandu ma minusa, bo powiedziała, że będzie pasowała na bank!

No nic. Dzień dobiega końca, ranek z bratanicą, popołudnie z rowerkiem. To lubię. Teraz kawka, zaraz kolacyjka, spacerek z pieskiem i przerzutka na telewizję... Jutro zaczynam załatwiać sprawy w MOPS-ie, więc życzcie mi szczęścia, żebym zastała tę panią, którą chcę zastać... 

poniedziałek, 23 maja 2011

Późna pora, to znaczy, jak dla mnie, jeżeli chodzi o siedzenie przy komputerze. Zwykle o tej porze, zamykam już oczka i zasypiam kamiennym snem. Dzisiaj jest inaczej, rozstrojony wieczór, czyli wyjazd do marketu sprawił, że nie chce mi się spać, więc postanowiłam poszukać snu tutaj - na blogu, mym blogu. U Was też byłam, niekoniecznie zostawiłam po sobie ślad w formie pisanej, bo wyznaję zasadę, że jeżeli nie mam nic do napisania - nie piszę, ale nie oznacza to, że nie wchodzę do waszych bezpiecznych przystani, bo wchodzę - lubię zaglądać, podglądać, lubię być. Ostatnio niezbyt często, bo komputer nie jest dla mnie najważniejszy, ale jestem i zawsze będę. Łoj, włączyło mi się jakieś rozczulenie, zmiana stylu? Nie, po prostu potrzeba płynąca z serca. Dawno nie było nic osobistego, to akurat dzisiaj niech się popełni. Muzyka mnie do tego nastraja i zgaszone światło, i jeszcze tląca się nieśmiało świeca, raz po raz kołysząca się na skutek lekkich podmuchów wiaterku, który zamieszkał sobie w mym pokoju. Zapach zielonej herbatki też jest, zawsze kończę w taki sposób dzień. Robię przy niej bilans zysków i strat. Jak było dzisiaj? Bilans w równowadze. Ubolewam, że nie mogłam pobyć aktywną, ale jutro myślę, nadrobię. Brakuje jazdy na rowerze, to tak, jakby mi ktoś zabronił oddychać - nie wiem, czy to forma uzależnienia jest? Chyba. Gdyby ludzie mieli takie nałogi, świat byłby lepszy. Adrenalina napędzałaby mięśnie, a te pracując dostarczałyby do organizmu dużo dobrego. Czy ktoś by na tym ucierpiał? Zdecydowanie nie. Szkoda, że to nigdy się nie spełni. Wszystko mi się przekłada na nałóg papierosowy jakoś. Może dlatego, że non stop się zastanawiam, jak mogłam tyle lat palić, jak mogłam ładować w siebie te substancje smoliste, te wszystkie ustrojstwa, które dawały mi rzekomą przyjemność, a tak naprawdę sprawiały, że śmierdziałam na kilometr...? Czuję teraz każdy dym, każdego palacza, to naprawdę jest tragedia. Palacze - cuchniecie straszliwie, wiecie o tym?  Pewnie wiecie, ale nie czujecie. Też tak miałam... a wystarczą Tabexy, silna wola i chęć!  Oczywiście, że mnie ciągnie do papierosów, bo przecież paliłam, bo lubiłam. Nie ukrywam, że czasami mi brakuje papierosa, ale wiem też, że nie zapalę, że nie zmarnuję tego czasu, tych 8 miesięcy. Czułabym się podle, tak jakbym zdradziła samą siebie, a to nie dałoby mi żyć...

7 dni. Zostało mi się 7 dni - to tak, jak w filmie The Ring - "You will die in seven days"..., z tą małą różnicą, że ja nie obejrzałam żadnej taśmy, i do mnie nie przemawia głos, że umrę, tylko położę się w szpitalu. Boję się, nie chcę i w ogóle, ale jak wiecie, to coś normalnego u mnie, więc kto by się tym przejmował. Oczywiście, prócz mnie. Żeby ta operacja była już za mną, żeby przestawało boleć, żeby moje życie wróciło do normy, żebym powoli mogła zapominać o opatrunkach..., niech się spełni!

Powolutku sen zaczyna przychodzić. Moje powieki działają na spowolnionych obrotach, co objawia się powolnym mruganiem. Morfeusz wzywa. W końcu, czekałam na niego tyle czasu. Muzyka relaksacyjna, którą takoż uwielbiam zrobiła swoje. Kto nie może zasnąć, polecam...

sobota, 21 maja 2011

Ostatnio, mama podrzuciła mi Gwiazdy. Jest to dodatek dołączany do śmieciowatej gazety zwanej Faktem. Nigdy nie traktowałam poważnie tego, co oni tam pisali, wiadomo jest, że koloryzacja u nich to coś na porządku dziennym i to nie chodzi tylko o kolorowe strony ;) W czym rzecz? W Gwiazdach był test, w którym można było sprawdzić, czy się dobrze odżywia. Skuszona wypełnieniem, zabrałam długopis, kartkę i zaczęłam czytać pytania. Kto, jak kto, ale ja mam faktycznego bzika na punkcie zdrowych produktów, czy też aktywnej formy spędzania wolnego czasu, i nie ma u mnie takiego pojęcia, jak nuda, dlatego byłam pewna swojego rozwiązania, które powiedziałoby mi, że się bardzo zdrowo odżywiam i mam trzymać tak dalej...
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po zaznaczeniu ostatniego pytania, spojrzałam na wynik : "Nie dbasz o zdrowe odżywianie. Mało tego! Ty odżywiasz się bardzo niezdrowo. Pod względem kalorycznym i zdrowotnym nie zwracasz uwagi na to, co jesz. Najważniejsze jest, aby wszystko ci smakowało i pozwoliło poczuć nasycenie. Takie podejście do własnego wyżywienia często powoduje, że jesteś ociężała i nic ci się nie chce. Łamiesz wszystkie zasady zdrowego odżywiania się!" - pierwsze, co to pomyślałam sobie, że to jest jakiś żart z ich strony. Sprawdziłam jeszcze raz zaznaczone przeze mnie odpowiedzi i nijak nie mogło mi wyjść inaczej. Przeczytałam sugerowane przez nich odpowiedzi, które prowadziłyby do wyniku: "Jesteś mistrzem zdrowego odżywiania! Doskonale wiesz, jak skomponować zdrowy posiłek, etc..." Moja większość odpowiedzi miała literkę "C", a tak naprawdę, żeby wyszło, że jestem mistrzem, powinnam była większość odpowiedzi mieć "A". Na moje usta rzuciły się bluzgi. Co za oszusty,  robią test a zielonego pojęcia o tym nie mają, mało tego, wprowadzają ludzi w błąd!!! Postanowiłam do nich napisać, co o nich myślę, ale po czasie doszłam do wniosku,  że nie warto sobie psuć krwi. Nie są tego warci.
Przedstawiam Wam moje odpowiedzi, które doprowadziły do tego, że się bardzo niezdrowo odżywiam, a pod spodem sugerowane odpowiedzi, które według tych, co to tworzyli ten test, miały doprowadzić do "Mistrza zdrowego odżywiania"... Nie wpaść w szok!

1. O której jesz ostatni posiłek?
Zaznaczyłam: Po godzinie 19 - (gdyż ostatni posiłek powinno się jeść na trzy godziny przed snem)
Ich odpowiedź: Przed godziną 17

2. Śniadanie...
Zaznaczyłam: Nigdy nie wychodzę z domu bez pożywnego śniadania.
Ich odpowiedź: Nie lubię jeść rano

3. W ciągu dnia piję
Zaznaczyłam: Dużo: wodę mineralną, jogurty, różne gatunki herbat...
Ich odpowiedź: Mało: głównie kawę i napoje gazowane

4. Czy palisz papierosy?
Zaznaczyłam: NIE!!!
Ich odpowiedź: W dużych ilościach

5. Wolny czas
Zaznaczyłam: spędzam aktywnie
Ich odpowiedź: w ogóle go nie mam

6. Ile przesypiasz?
Zaznaczyłam: przesypiam w nocy 7-8 godzin
Ich odpowiedź: śpię 5-6 godzin na dobę.

7.Samodyscyplina to dla mnie:
Zaznaczyłam: niezbędny element do osiągnięcia celu.
Ich odpowiedź: niepotrzebne ograniczenie


8. Poziom stresu
Zaznaczyłam: potrafię sobie radzić w stresujących sytuacjach
Ich odpowiedź: Moje życie jest bardzo stresujące.


No! To by było na tyle. Sami powiedzcie, czy takie testy są mądre? Prawdy to w sobie one nie mają za grosz, a  powodują, że człowiekowi podnosi się poziom adrenaliny


Idę robić (nie)zdrową kolację.

wtorek, 17 maja 2011

W poniedziałek odbieram ostatnie pieniążki z MOPS-u i w związku z tym, muszę ponownie złożyć papiery, żeby przyznano mi świadczenia na czas określony przez MOPS. Ponieważ szpital coraz bliżej, postanowiłam dzisiaj pójść zapytać się, czy takie papiery mogę przedstawić zanim wezmę pieniążki... Niestety, kobiety, która opiekuje się moim rejonem nie było, i na dodatek będzie dopiero w przyszłym tygodniu, w czwartek. No SIC! To jest bardzo mało czasu, aby uporać się z papierami, aby tacie dać upoważnienia, aby mieć spokojną czaszkę. Zawsze musi na mojej drodze wystąpić jakaś górka? -  na marginesie, to tak właśnie nazywa się pani z MOPS-u, do której chodzę ;)  Jako, że czas, który sobie założyłam, że spożytkuję na rozmowie z w/w panią, nie został wypełniony, postanowiłam pozwiedzać okoliczne markety, a że ich trochę w tej części miasta jest, to miałam co robić. W końcu kupiłam sobie miód! Chodził za mną od miesiąca, i doszedł! Pyszny, akacjowy :D

Po południu znowuż rower :) Pokręciłam troszkę, a teraz przy deserku w postaci zdrowego sorbetu porzeczkowego z galaretką i orzechami włoskimi - wypoczywam! Ktoś chce? Ja robię najpyszniejsze, zdrowe desery na świecie, serio, serio :)

Trasa dzisiejsza:
Dystans: 32,3 km
Przewyższenie całkowite: 30m
Czas: 1:25:29
Średnia prędkość: 22,7 km/h

Peeees:
Kisiołku, czepiaczu słówek, przecież mnie znasz :P Bracie jeden, niedobry:P

poniedziałek, 16 maja 2011

Dzisiaj Salanee postanowiła troszkę pokręcić, jako że nie robiła tego od kilku dni ze względu na różne przeciwności losu, które akurat na dany moment wystąpiły. Nie przeszkadza Salanee, że jeździ sama, ma więcej czasu na myślenie, a jak się jeszcze dodatkowo skoncentruje, to nawet nie wie, kiedy pokonuje wytyczony dystans. Lubi jeździć swoim tempem, nie lubi poganiania, nie lubi kiedy mówi się do niej kręć, kręć, bo przecież ona wie, że ma kręcić, wszak inaczej roweru się nie napędzi. Robi sobie swój trening interwałowy i nie zamierza tego zmieniać. Kiedy podkręci mocniej czuje, że jej mięśnie żyją, zaczyna się pieczenie, ból  i czasami w takich chwilach przez głowę Salanee przechodzi myśl,  po co się tak katuje, świadomie sprawia, że czuje ból, a gorsza połowa Salanee  podszeptuje -  Tere fere, nie dasz rady ! I właśnie wtedy następuje uderzenie dodatkowej siły. Zapas energii wstępuje w mięśnie. Krew zaczyna szybciej krążyć, a nogi  naciskają  na pedała z coraz większą intensywnością... Po chwili na  twarzy Salanee pojawia się uśmiech, który mówi jedno - pokonałam swój ból, pokonałam chwilę słabości, zaparłam się, bo przecież  ja to kocham! I mknie tak sobie Salanee dalej i wie, że jazda na rowerze daje jej niesamowitą satysfakcję, uczy ją pokory i pokazuje jej, że chcieć to znaczy móc. Salanee nie wie, co by było, gdyby nie miała dookoła tylu fajnych ludzi, którzy zaszczepili  w niej tak zdrowy nałóg. Pewnie, gdyby ich nie poznała, rower nie stałby się dla niej całym światem...


Trasa dzisiejsza:
Dystans: 28,9 km
Przewyższenie całkowite: 40m
Czas: 1:25:17
Średnia prędkość: 20,3 km/h

sobota, 14 maja 2011

16 dni. Tyle zostało do wyjazdu po zdrowie. Czy to normalne, że zaczynam się bać i im jest bliżej, tym bardziej nie chcę kłaść się w szpitalu? Jako weteranka oddziałowa powinnam znać odpowiedź na to pytanie,  niestety tak nie jest. Za każdym razem coś przeszkadzało mi w wyzdrowieniu, nie wiadomo dlaczego i boję się, że znowu mogę się rozczarować. Poza tym, odzwyczaiłam się od spędzania czasu na łóżku szpitalnym, ja która teraz wiedzie taki aktywny tryb życia, nagle nie będzie robić nic, nie wyobrażam sobie tego. No nic, jeszcze przyjdzie czas na dodatkowe myśli...

Od środy minęło trochę czasu, zdjęcie panoramiczne potwierdziło dodatkowego zęba. Na dzień dzisiejszy kuleczka się zmniejszyła, może się uspokoi. W zasadzie nie będę robiła z nim nic, skoro nie chce wyłazić, po co będę go poganiać, poza tym, czekałby mnie zabieg, bo ząb w miejscu, w którym chciałby wyrosnąć, nie miałby możliwości, i że tak powiem dupa zbita. Jest jeszcze biedna ósemka, która czai się w dziąśle i też nie ma gdzie się zmieścić. Pozostałoby mi tylko wyrwanie siódemki, żeby ósemka wyszła. Naturalnie, że tego nie zrobię. Zdrowego zęba wyrywać - nigdy! A w opowiastki o wyrwaniu szóstki, żeby się siódemka przesunęła i wyrosła ósemka nie wierzę! Już raz mnie tak zrobiono. Straciłam szóstkę, nic się nie przesunęło i straciłam też ósemkę, a ból i powikłania to swoją drogą. Zim, na szczęście kowala mi nie trzeba :D

Jak to bywa w weekend, pogoda się rypła! Cóż.

środa, 11 maja 2011

Uwielbiam tę słoneczną pogodę, którą mamy przyjemność mieć przez ostatnie dni. Korzystam, jak mogę. Dzisiaj już o 8 rano wyjechałam w plener. O wiele lepiej jeździ się rano, nie ma wtedy takiego ruchu na drogach, powietrze jest rześkie, a słoneczko swoimi rozgrzewającymi się jeszcze promieniami sprawia, że chce się naciskać na te pedała ile ma się sił. Wyszło mi 22 kilometry. Muszę zmienić trasę, bo ta mi się znudziła. Po powrocie, jak zwykle wyczyściłam bicykl, trzeba dbać o swojego ulubieńca jest to, że tak powiem obowiązek cyklisty. Tylko przy czyszczeniu można sprawdzić, czy poszczególne komponenty są sprawne, czy nie ma gdzieś pęknięć, luzów,  a co najważniejsze, konserwując komponenty sprawimy,  że dłużej będą działać, a my sami będziemy bezpieczniejsi podczas jazdy. Obserwując rowerzystów śmiem stwierdzić, że większej połowie obce jest pojęcie "dbania o rower". Wieki pewnie miną, zanim to się zmieni...

Odwiedziłam dzisiaj także dentystkę. Nie czekałam w kolejce ponieważ wiedziałam, że nie usunę tego zęba bez względu na wszystko. Najpierw przeszczep, później ewentualny ząb, ale w gabinecie okazało się, że jutro znowuż muszę iść na RTG - tym razem panoramiczne. Wkurzyłam się nieziemsko, gdyby ta doktór była bardziej rozgarnięta, mogłaby wpaść na pomysł, że panoramiczne będzie dokładniejsze. Za jednego zęba płaciłam 15 złotych, a jutro muszę wydać jeszcze 40 złotych. Po prostu super. Dlaczego to zdjęcie? Ona ma obawy, czy to jest ropa. Według tego, co pokazało zdjęcie, które do niej przyniosłam jest to coś obcego. Dla niej wygląda, jakby ząb? Ale, że jest to raczej niemożliwe, abym tam miała cudownego zęba, którego na poprzednim zdjęciu nie było, to potrzebuje całej mojej szczęki... Przyznam, że mnie to zmartwiło, chyba już wolałam opcję posiadania ropnia. Póki się to nie wyjaśni, staram się nie martwić, ale to coś nad zębem nadal się powiększa  jest twarde, niebolesne. Samo przez się sprawia, że nie mogę o tym przestać myśleć. Mama mnie jeszcze nastraszyła i już w ogóle klops. Rewelka, żeby się nie okazało, że będę miała to, co ty. Nie potrzebuję tracić zębów i  wogóle - przecież ja nienawidzę dentystów.

Po południu postanowiłam pomaszerować. Jak polazłam to wróciłam po 2 godzinach. Nóg nie czuję. 

A teraz sączę sobie kawkę i staram się jakoś wszystko poukładać.

wtorek, 10 maja 2011

Zdecydowanie wolę jeździć na rowerze niż chodzić. Dzisiaj to stwierdziłam, podczas kulania się na drugi koniec miasta. Przyszło ciepło, a wraz z nim ból pleców podczas chodzenia. Niestety w upały, wszystko się zaparza pod plastrami, a ja nie jestem w stanie ograniczyć ich naklejania, gdyż wszystko miałabym zapaprane. W związku z tym, muszę się męczyć i znosić dyskomfort. Co innego na rowerze. Tam plecy nie pracują i mogę, że tak powiem góry przenosić, niestety nie wszędzie na rowerze pojadę w obawie przed złodziejami, a wolałabym nie stracić swojego ukochanego jednośladu ;) 

Co do zęba. Dzisiejsze RTG uwidoczniło coś obcego w miejscu, gdzie znajduje się ta nieszczęsna kulka. Według miłego pana radiologa jest to ropa - niestety. Chlip. Taką miałam nadzieję, że nic się tam nie pokaże, a tu jak w mordę strzelił widać to zacienienie i nie jest ono małe :/  Jutro muszę iść do dentystki, ale wezmę ze sobą antybiotyk Amoksiklav. Został mi po chorobie (bo nie działał) i chciałabym go zażyć, bo leczy ropnie około zębowe. Nie chcę usuwać tego zęba i zrobię wszystko, aby go uratować. Najłatwiej jest wyrwać, ale jak się nie będzie goić, to co ja zrobię? Nie przyjmą mnie wtedy do szpitala. Nie mogę i nie chcę ryzykować. Naprawdę mam jakiegoś pecha. Ech.

Ale żeby nie było tak smutno, to dzisiaj przed RTG uśmiałam się porządnie. W przychodni badania okresowe mieli policjanci. Poproszono mnie, żebym weszła do szatni damskiej, z której później miałam być zawołana do prześwietlenia. Usiadłam i czekałam. Po chwili drzwi od szatni się otworzyły i chciał wejść pan. Uśmiechem go zgasiłam, on przeprosił i wyszedł, pomylił sobie szatnie(tak mi się wydawało). Usłyszałam trzask otwieranych drzwi od szatni męskiej i usłyszałam: - kurwa wlazłem do damskiej. Drugi koleś: - To kurwa czytać nie umiesz? Ten pierwszy: umiem kurwa, ale widziałem, że wchodziła tam taka fajna dziewczyna, chciałem ją zobaczyć od przodu...Ten drugi: I, co? Ten pierwszy: Fajna jest, a jaki ma uśmiech, czemu kurwa mam żonę, bym ją poderwał... Owi panowie policjanci nie wpadli na to, że szatnie dzieli tylko ścianka, która na górze ma otwór i ja wszystko słyszę. Odezwałam się: przepraszam, ale ja to wszystko słyszę, hihi... :) W odezwie usłyszałam tylko - upsss i stłumione śmiechy kolegów. A ten pierwszy, co wlazł mi do szatni powiedział: - Przepraszam, ale zabija pani uśmiechem. Czy on do kogoś należy? Odpowiedziałam: Tylko do mnie ;) Ten pierwszy: Nie podzieli się pani?  Ja: Już się podzieliłam przecież z Panem :) Ten pierwszy: a co mogę zrobić, żeby mnie jeszcze pani nim obdarowała? Ja: Niech pan tak nie klnie..., i koledzy również :D Znowu śmiech, a mnie w myślach krążyło, że za chiny nie wyjdę z tej szatni, dopóki oni sobie nie pójdą. Ten pierwszy został poproszony do zdjęcia, ja się wyciszyłam  i udałam, że mnie nie ma, a pozostali panowie, zaczęli szeptem rozmawiać o jakiś akcjach, szkoleniach i nauce angielskiego, to ostatnie brzmiało mniej więcej tak: Ja tam pierdole cały angielski. Chuje mnie przez dwa lata nie nauczyli, więc mnie nie nauczą i teraz. Po chuj mi angielski?  Pomyślałam sobie, że jak oni tak klną, to jacy muszą być w kontakcie z przestępcą np? Oczekiwałam od nich większej kultury, ale w sumie to też ludzie...
Po powrocie do domu, zjadłam szybki obiadek i wyruszyłam na samotną trasę rowerową, jako że dzisiaj pozostali albo pracowali, albo mieli inne zajęcia. W uszy wsadziłam mp3 grajka i pojechałam... znowu pod wiatr. Godzinka jazdy - 22 km. Gdzie byłam? Ano w pięknych okolicach ze zniszczonymi drogami. Chciałam za pomocą GPS zapisać  trasę, coby się podzielić, ale telefon coś nie chciał współpracować i nie odnalazł satelitów. Bywa.

Teraz popijam pyszną kawkę i wypoczywam, i odpływam...

poniedziałek, 9 maja 2011

Skoro świt, wyruszyłam na pobieranie krwi. Myślałam, że będę musiała zapłacić za badanie, bo nijak nie mogłam znaleźć skierowania przepisanego pół roku temu przez lekarza, na szczęście w ostatniej chwili mój mózg przewertował, gdzie jeszcze mogłam upchnąć świstek i EUREKA! Generalnie, to zastanawiam się, skąd do głowy przychodzą pomysły chowania czegoś, co będzie mi potrzebne za czas jakiś. Nie wiem, czym się kieruję na dany moment, ale tym razem skierowanie było wsadzone w Encyklopedię Zdrowia. Może na tamten czas, bawiłam się w coś a'la Fort Boyard, wszak tam też się szukało i dostawało wskazówki. Na pewno nie na darmo wsadziłam to do Encyklopedii akurat Zdrowia. Następnym razem Salanee obiecuje, że pomyśli, dlaczego coś, co chowa, chowa akurat tam i podzieli się tymi cennymi przemyśleniami, żeby wspólnie wydedukować, czy to, co ona robi ma jakiś ukryty sens, czy jest to może coś odziedziczone po mamie, która także chowa wszystko, a później tego znaleźć nie może ;) A samo pobieranie krwi? Bolało, oj bolało. Kiedy wbijają igłę, przechodzi przeze mnie taki ciepły pot, a później na chwilkę robi się słabo, po czym odzyskuję ostrość. Też tak macie? Im starsza, tym bardziej boję się igieł.

Odwiedziłam też dentystkę. Nie wiem, czy pisałam, ale  na dziąśle, przy górnej szóstce, tej której się nie da wyleczyć kanałowo, urosła mi jakaś kulka, która sama w sobie dolegliwości nie daje, ale przy mocniejszym ucisku jest wrażenie, przebiegającego prądu. Noszę to coś na dziąśle już czas jakiś, myślałam, że samo zniknie, ale że nie znika, a ja do szpitala mam coraz bliżej, postanowiłam się dowiedzieć, jak to się leczy i co to w ogóle jest. Kogo nie spytałam, słyszałam, że to jest ropa... No, ok, ale przecież powinno mnie to boleć, tak? Z drugiej strony, co to innego może być? W każdym razie, asystentka, której się radziłam od razu mnie nastraszyła, że to jest ropień, który dopiero się klaruje. Ja z doświadczenia plecowego wiem, że jak się ma ropnia, to się nie da funkcjonować, a mnie przecież nic nie boli. Ona by radziła usunąć tego zęba, bo mogą być powikłania, a jak jeszcze szpital i przeszczep mnie czeka, to lepiej nie mieć problemów z zębami. No, ok - miała kobiecina poniekąd rację, ale cholercia - mnie ten ząb w ogóle nie boli, dlaczego mam go tracić, chlip! Zdradziła mi też tajemnicę, jak można sobie dopomóc, żeby opróżnić ropnia. Kupić igłę i przebić! Od razu przeszły mnie ciary. Ona jest chyba niepoważna - never! Postanowiłam  zaczekać na dentystkę, żeby dała mi jakiś antybiotyk,  no i zrobić ostatniego zęba. Troszkę się nasiedziałam, bo doktorka zawsze się spóźnia, ale było całkiem przyjemnie,  obok mnie kłóciły się dwie babki o to, która idzie pierwsza. Umiliły mi czekanie, nie powiem. Kiedy już weszłam do gabinetu, a dentystka dowiedziała się o kulce, powiedziała - WIEDZIAŁAM! Ten ząb nie miał prawa dłużej wytrzymać. Hm! Pomacała kulkę i stwierdziła, że to wytworzyła się przetoka. Jeszcze lepiej, znowu moje doświadczenie plecowe dało się we znaki, że jak przetoka to jeszcze gorzej. Zacznie się przenosić, a później to już pies pogrzebany. O dziwo, z jej ust padło, że ona by tego nie ruszała, skoro nie boli. Dla mnie to najlepsza opcja, ale gdzieś w głowie siedziało to, że jak się tej kulki nie pozbędę, to może mi się później przeszczep nie goić, albo co... Podzieliłam się moimi obawami i z miejsca dostałam skierowanie na RTG zęba, żeby dokładnie zobaczyć, cóż tam w tej kulce siedzi. I tu takie moje zapytanie. Może ktoś wie, bo dentystka powiedziała mi, że tym razem za RTG będę musiała zapłacić, gdyż tylko jedno zdjęcie na jednego zęba przypada, a potem trzeba wyrzucać złotówki. Faktycznie tak jest? Tylko nie odsyłać mnie do wujka google ;) Ostatnie prześwietlenie było w tamtym roku, więc może uda mi się załatwić to za darmo. Jadę jutro, zobaczymy...

A teraz czas na przyjemności - dla mnie oczywiście :) Od godziny 16 podróżowa...liśmy. Milutkie, zawodowe Banderaski, bananowy Kisiołek śpiewak i ja :D Wiatr stawiał dzisiaj opory, mnie jeszcze troszkę rana przeszkadzała,bo  źle sobie założyłam opatrunek (tak tak, nawet zawodowcowi się zdarza :)), ale jak zwykle było..., no sami wiecie... SUPER, w tym temacie to zawsze będę monotematyczna.  Co tu dużo mówić -  "Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze." 

niedziela, 8 maja 2011

Komu słowa, komu gest, komu susza, komu deszcz...



 



Update:
Okazało się, że jednak pogoda, a dokładniej wiatr nie jest przeszkodą i w miłym towarzystwie Wesołego Teamu wyruszyliśmy na skromną 32 km przejażdżkę. Na początku jechał z nami Leszek, jednak usterka korby, pokrzyżowała mu plany i biedak musiał się wrócić. Leszku, chciałam powiedzieć, że PRZEPRASZAM. Bo wiesz, jak tylko występuje Zuska, to zawsze coś się dzieje. Tu Kisiołowi pękła rama, dzisiaj tobie korba..., Szamana mi trza!!! Kisioł mnie już nie chce nigdzie brać, buehehe. Ale ja nic nie robię, serio, serio ;)

A tak na koniec. Jak zwykle bawiłam się przednio. Dziękuję Teamie :)

sobota, 7 maja 2011

Dzień powolutku dobiega końca. Było dzisiaj bardzo aktywnie, mimo początkowego sprzeciwu pogody. Z jednej strony, dopiero początek maja, ale z drugiej, kiedy się umawiam na rower, fajnie byłoby, gdyby na godzinę przed zbiórką pogoda nie zaczęła się diametralnie zmieniać. Nie dałam się jednak, i pomimo chłodnego wiatru wyruszyłam do garażu Kisioła, aby wspólnie pokonać kilkanaście kilometrów. Muszę wykorzystywać każdy moment, maj przeleci pewnie, jak z bicza strzelił i zalegnę w łóżku, i nie wiem, kiedy znowu na bicykl wsiądę. Wolę nie myśleć nawet, bo buzia sama w podkówkę się składa. Będzie mi tego cholernie brakowało. Wracając na trasę, spotkaliśmy dzisiaj tego pięknego konika. Przyszedł do nas, bo liczył na jakąś dobroć, ja niestety mogłam zaoferować mu tylko trawkę. Zjadł oczywiście, a ja byłam szczęśliwa, że mi nie pożarł ręki. Zawsze czułam dystans i respekt do tych zwierząt, ich mądre spojrzenie potrafiło mnie zahipnotyzować. Boję się koni, chociaż nigdy mi nic nie zrobiły,  nie mam doświadczenia, nie znam końskich zachowań, ale i tak uwielbiam te zwierzęta, za to spojrzenie właśnie... Gardzę ludźmi, którzy potrafią je krzywdzić i traktują to, jak coś normalnego, bo to zwierzę, które nie czuje... Nie czuje? Wystarczy spojrzeć mu w oczy...

Dalsza część dnia, to wizyta na działce brata i grillowanie, którego nie doczekałam, bo wolałam spędzić ten czas w domu. Nie dla mnie takie posiadówki, tym bardziej, że jest alkohol, któremu mówię stanowcze NIE! Zresztą, nie czuję aż takiej więzi, która nakazywałaby mi pozostanie na grillu. Mam swoje życie, niech nikt za mnie mi go nie układa.Tyle.

piątek, 6 maja 2011

Kuszący dzień pod względem pożytkowania go na rowerze, musiał spalić na panewce, ze względu na to,iż powinnam teraz szczególnie uważać na swoje zdrowie, żeby nie daj tfu tfu, nie zachorować przed samym szpitalem. Niech się jeszcze troszkę cieplej zrobi, może jutro, może pojutrze? Na pewno :) Nie wiem też, jak Kisioł z ramą stoi, miał napisać nie napisał, czy muszę wobec tego publicznie na niego nakrzyczeć, żeby zdał dokładną relację, kiedy można się spodziewać ozdrowieńca w szanowanym garażu, hę?! Że tak powiem - czekam :P

Udało mi się dzisiaj przenieść termin wizyty u endokrynologa. Uff! Bałam się, bo ostatnio rejestrowała mnie niezbyt uprzejma pielęgniarka, i gdybym tak dzisiaj na nią trafiła, to z moim terminem mogło być różnie, a tak? Po otworzeniu drzwi od rejestracji, zrobił się na mojej twarzy standardowy jarząb z dziąsłami..., okazało się, że siedziała tam pielęgniarka, z którą miałam przyjemność przebywać na oddziale chirurgii, kiedy ten był moim domem. Ona wtedy odnawiała swój zawód, czy jak to tam się nazywa ;) Gdybym miała wynik TSH, załatwiłabym sprawę dzisiaj, ale że mnie aż tak się nie spieszy, to udaję się do lekarza 13 maja - w piątek. SIET! Nie, żebym była przesądna, ale wiecie... Wyniki sobie zrobię w poniedziałek, żeby się tylko lekarz do piątku nie pochorował, bo jak pech, to...? No ;) Jedna rzecz z czaszki. Udało mi się także dzisiaj zakupić pidżamkę, Zim, co prawda nie w sklepie dziecięcym, ale też jest fajna. Nosić będę se na piersiątkach łowieckę, HEJ! Przeszłam, nie przejechałam(to do czepialskich) calusieńkie miasto, dla bardziej zorientowanych - od Multimedu po Carrefour, a i tak po pidżamę musiałam się wracać na osiedle, bo inne mi się po prostu nie podobały i były byle jakie. Poza tym, nie jest tak prosto kupić coś na siebie. Mam wrażenie, że będąc tęższą nie odnotowywałam podobnych problemów. Już nie wspomnę o biustonoszach. Pani się pyta, jaki rozmiar a ja, yyyy, bo wie pani, co? Khm, mogłaby mnie pani pomierzyć, bo aktualnie to nie wiem? Wstyd, właścicielka, a nie zna rozmiaru... Znała, dopóki się nie pomniejszył :P Ech, ta moja bezpośredniość, kiedyś mi ktoś za to da w lico, albo nasłucham się o sobie, żem bezpruderyjna. Będzie mnie to w sumie gilać, bo wiem kiedy, co można :) Mam jednak nadzieję, że tu się nikt nie zgorszy, wszak jesteśmy tylko ludźmi, a ja już taka jestem, że się nie wstydzę o takich rzeczach mówić. Trochę to też przez chorobę, a raczej jej umiejscowienie tak wyszło. 

No, nic. Pozostawiam Was z  Nickiem, Peterem, Scottem i Clive'em, niech gitara Nicka da Wam po uszach! 
Ja udaję się zjeść naleśniki, a potem na spacerek.


Paintbox... Mmmmm, jak ta muzyka może nie powodować ciarek...Mmmm.... ja chcę tam być...

czwartek, 5 maja 2011

Dzisiaj po raz ostatni, odwiedziłam mojego chirurga, z którym miałam przyjemność się leczyć przez 2 lata. Piszę przyjemność, bo doktor nigdy nie sprawił mi przykrości, zawsze był miły i serdeczny, a jeżeli chodzi o leczenie, to cóż, nie zawsze można wszystko, a tym bardziej, jeżeli nie ma się możliwości lub boi się do czegoś podejść, żeby nie pogorszyć i tak beznadziejnego przypadku. Tym sposobem mogłabym być pacjentką poradni przez jeszcze nie wiadomo, jak długi okres czasu, a tak? Mam szansę wyzdrowieć, bo zajęli się mną lekarze, którzy nie boją się ponieść ryzyka i co najważniejsze, liczą się z ewentualnymi powikłaniami. O tych ostatnich wcale nie myślę, wolę stać jedną nogą na drodze, która doprowadzi mnie do zdrowia, na razie..., obawy pewnie przyjdą przed samym pobytem w szpitalu, ale mam jeszcze całe 25 dni, więc zapominam o nich - póki co. Niby doktor kazał się zapisać jeszcze na wizytę 26 maja, tak w sumie dla odwiedzenia, ale po co? Pojawię się tam, jak na moich plecach będą już tylko blizny, o!

Czytam wasze blogi i wiem, że niektóre osoby chcą zakończyć działalność blogową, zamknąć blog. Nie róbcie tego, to jest wasz świat, wasze miejsce i zawsze można do niego wrócić... bez względu na to po jakim czasie.

Banderas, zgubiłeś mojego maila? :P




środa, 4 maja 2011

Jak dobrze jest wejść na bloga i od razu rozdziabić paszczę w uśmiechu. Co sprawiło taki stan? Cyklista II-giej klasy, ROTFL! Banderas, tyś jest dobry (widzisz? Operuję nickami ;)).

Dzisiaj, jak powszechnie wiadomo, miałam się znaleźć w siemianowickiej oparzeniówce na konsultacji tudzież konsylium, celem oceny mojego obecnego stanu i kwalifikacji do leczenia operacyjnego. Miałam się znaleźć i się znalazłam. Godzina 9:00 wyjazd. Godzina 10:00 byłam u celu. Autko, nie sprawiało żadnych problemów podczas jazdy, po wymianie filtra wszystko wróciło do normy, czyli standardowo zapaliła się kontrolka check engine, co oznaczało, że silnik dostał jakiś błąd. Ja oczywiście wiem, co to za błąd - zbyt uboga lub zbyt bogata mieszanka spalin. Dzieje się tak w momencie, kiedy pod obciążeniem silnika nie zwiększam jego obrotów. Efekt wyskakuje natychmiast. Gdyby auto jeździło tylko na benzynie, nic takiego by się nie stało, a że ma LPG - to niestety, taki błąd jest wpisany w życie Corsy. Cóż, bywa. Wiele razy próbowaliśmy się tego pozbyć, wymieniliśmy już wszystko, co było możliwe, a błąd pojawiał się nadal, więc go zaakceptowaliśmy, tym bardziej, że ostatnio pod obciążeniem kontrolka nie chciała się zapalić, a co za tym idzie, auto też nie chciało jeździć. Orzekliśmy więc z tatą zgodnie - jak świeci kontrolka błędu, to znaczy, że wszystko jest w porządku. Coś w tym jest, bo teraz lekko depnę gaz, a prawie wbija mnie w fotel...., dobra dobra - poniosło mnie, aż tak mnie nie wbija..., wszak to tylko Corsa 1,2 ;)

... mam wrażenie, że odbiegłam lekko od części najważniejszej, no nie? Ale u mnie to norma jest :D

Po wejściu do szpitala, musieliśmy zakupić specjalne ubrania, w których dopiero mogliśmy udać się na Izbę Przyjęć. Spodobało mi się to - dbają o to, aby  było jak najmniej bakterii.  W ogóle, czułam się tam, jak w miejscu, gdzie pożywienie mogłabym zlizywać z podłogi. To nie to, co u mnie w szpitalu, smród, bród, i nie wiem, co jeszcze. Na izbie powitała mnie pielęgniarka, która od razu wymieniła moje nazwisko, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, hm, skąd oni mnie znają? Później wyszło, że to mój doktor prowadzący zaznaczył, że wpadnę się skonsultować i orzec, kiedy szpital, i czy w ogóle szpital. Kiedy formalności w postaci spisania danych dobiegły końca, grzecznie miałam usiąść i poczekać, aż lekarze przyjdą. O godzinie 11:00 pojawiło się ich dwóch, Ordynator i lekarz. Najpierw zawołali kobietę (pacjentkę ordynatora) Siedziała tam ok. 20 minut. Później wszyscy wyszli, a pielęgniarka poinformowała mnie, że ordynatora zastąpi ktoś inny, bo on już nie wróci, i bardzo mnie za to przeprasza. Urzekająca uprzejmość. Nie musiała przepraszać, ja rozumiem, że ktoś czasami musi gdzieś pilnie wyjechać... O godzinie 12:00 przyszedł inny pan doktor i zostałam poproszona na konsultację. Znowu miłe zaskoczenie, znowu ktoś uprzejmy... Co nastąpiło dalej? Badanie, a później wyrok. Kładę się na oddział 31 maja. Plan leczenia jest - wycięcie chorych tkanek i nałożenie przeszczepu skórnego.Tym razem skórę pobiorą z lewego uda. Pan doktor się mnie nawet nie zapytał, skąd chcę aby wzięli przeszczep, a  szkoda, bo ja miałam inną opcję, ale może nie będę tu o niej pisać, coby nie siać zgorszenia, chociaż wiadomo, że to wszystko w granicach przyzwoitości i z przymrużeniem oka, wszak kto zna Salanee vel Zuskę, wie jaka ona bywa.

Przede mną jeszcze trochę załatwień. Muszę odwiedzić endokrynologa, jako że choruję na zapalenie tarczycy i poprosić go, aby wystawił zaświadczenie, że mogę być znieczulana ogólnie. Bez tego anestezjolog mnie nie zakwalifikuje do znieczulenia. Siet, bo nie wiem, czy to będzie tak prosto, wszyscy mają swoje terminy. Mój termin kontroli wypada w czerwcu. Cóż, spróbuję wszystko poprzenosić! Wróć, nie spróbuję, tylko muszę przenieść, innej opcji nie widzę. Uderzam jutro lub w piątek!
Druga sprawa, to przecież w związku z moim ubytkiem wagi, nie mam pidżamy, ani niczego, coby pozwalało się położyć do szpitala, jak człowiek... Masakra, wyjdzie na to, że jak zwykle wszystko będę robić na ostatnią chwilę. Może zdążę ;)

Wiecie, sama się dziwię, że to piszę, ale cieszę się, że idę do szpitala, wytrzymam wszystko, byleby w końcu wyzdrowieć. 

Tymczasem udaję się na podwieczorek. Dzisiaj moje ręce zaserwują sobie samej, starte na tarce jabłuszko, polane jogurtem naturalnym i posypane cynamonem!!! Mniam, pychotka :)

Miłego popołudnia dla Was. Muaa w policzki :)

poniedziałek, 2 maja 2011

Dzień udany, chociaż nie wszystko przebiegło po "naszej" myśli. Przez chwilę naprawdę pomyślałam, że jestem jakaś przeklęta i kumuluję w sobie  moce, które niepostrzeżenie uszkadzają nawet ramy rowerowe, ale od początku...

W dniu wczorajszym Wesoły Team, poinformował mnie, że jak tylko dzisiaj pogoda dopisze, a według snów jednego z cyklistów tak właśnie miało być - wyruszamy na trasę - kierunek Pszczyna. Zgodziłam się bez zastanowienia, wszak ja niczego innego nie pragnę, jak tylko aktywnie spędzać czas, jeszcze w doborowym towarzystwie. Gdzieś tam podświadomie przychodziły myśli, że pewnie się to nie uda, ale wejście na portal pogodowy, utwierdził mnie w przekonaniu, że faktycznie dzień następny zapowiada się bezdeszczowy. Innej opcji, która mogłaby nam przeszkodzić w jeździe nie brałam pod uwagę, no bo przecież rowery sprawne, części zamienne w postaci dętki, czy też łatek były, bo przecież B. ma wszystko... Jednym, gwarnym słowem - JADYMY! 

Noc przebiegła pomyślnie, ranek przyniósł piękne słońce, chociaż nie szło to w parze z temperaturą, ale kto by się tym przejmował. wszak ubranie na cebulkę + pracujące mięśnie = ciepełko. Chłopaki potwierdziły wyjazd i przed godziną 10:00, wesoły Team zameldował się u mnie pod blokiem, w składzie: Kisiołek, Szanowny B. i Szanowna J.  wraz z jednośladami. Nastąpiła szybka wymiana dętki u jednego z cyklistów, i  w świetnych humorach wyruszyliśmy przed siebie. Nie wspomnę, że przez pierwsze 10 minut jazdy nie czułam palców u rąk, bo chłód chciał zawładnąć członkami, ale słoneczko, które okazało się być silniejsze pozwoliło im wrócić do normy. Wiecie, jednak ciężko jest hamować, zastanawiają się, czy się już trzyma hamulec, czy jeszcze nie ;) Po kilkunastu kilometrach, zatrzymaliśmy się w sklepie rowerowym, potrzeba chwili ... Było to coś w stylu oszukać przeznaczenie. Nikt z nas nie wiedział, co się święci do momentu, kiedy Kisiołek usiłując wyjąć swój rower ze statywu, który znajdował się pod sklepem (wecie, co to statyw? Mam nadzieję ;)) sprawił, że siodełko wraz ze sztycą  podsiodłową zostało mu w ręce. Pierwsze, co Szanownemu B., przyszło do głowy, to to, że strzeliła właśnie sztyca..., szybko jednak zauważył, że Kisiołek na sztycy podsiodłowej ma też część ramy z zatrzaskiem, który ową sztycę z siodełkiem trzymał wewnątrz ramy... Nastąpił szok!!! Jak to możliwe, że tak strzeliła rama? Nie mogliśmy w to uwierzyć, gdyby sztyca była bardzo wysunięta, to i owszem, ale ona była w większej połowie schowana w ramie... Co było robić? Wracać i od razu uderzać na sklep, w którym rower został zakupiony! Gwarancja na szczęście była i to chyba z tego wszystkiego nas najbardziej pocieszało, aczkolwiek, nie wiadomo, co producentowi mogło strzelić do głowy, zawsze pozostawała ta niepewność, że gwarancja zostanie nieuznana, bo np. jak udowodnić producentowi, że ta usterka nie powstała z winy użytkownika, tylko była wadą ukrytą... Postanowiliśmy obawy rozpatrzyć przy kawie, Kisioł w momencie stracił zaufanie do producenta i zaczął zastanawiać się, coby zakupić rower innej marki, czy też samej ramy (nie mówimy tu o rowerach w przedziale 200 - 1700 zł)  Nie dziwi mnie fakt, że można stracić zaufanie do sprzętu, a jak jeździć po wymianie? Mózg sam będzie kumulował w klastrach, że rama znowu może się rozpaść, a gdzie wtedy przyjemność z jazdy? Ja dziękuję mieć taki stres. Nawet nie myślę, co by było, gdyby rama rozpadła się podczas np. zjazdu? Tragedia gotowa. Szczęście w nieszczęściu, że Kisiołkowi przytrafiło się to w stanie spoczynku, no! Mój rower tego samego producenta, ale model niżej, na szczęście żadnych pęknięć nie posiada i mam nadzieję, że grzecznie będzie mi służył jeszcze czas jakiś...

A to wszystko wina Salanee vel Zuski, miała być!  Ja nie wiem, jak to tak można wszystko za Zuskę zwalać, i  robić to jeszcze w taki sposób, że Zuska sama zaczyna w to wierzyć, a tyle razy miałam iść na jakieś obrzędy, które miałyby mnie odczarować i podczas tej właśnie pitej kawy (dzięki za napój B.) zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać, dopóty dopóki Kisioł nie doniósł mi po przyjeździe do domu  i  telefonicznej rozmowie z producentem, że trafiła się partia rowerów, które  były z wadą fabryczną w postaci pękającej ramy w tych okolicach. Rower trzeba wysłać, a oni wymienią ramę na nową bez wad w kilka dni!!! UFFFF!!! Wobec tego, nie idę do żadnego szamana, przykro mnie ;)

Nie wspomnę już o nieprofesjonalnym zachowaniu pani w sklepie, która po prostu nie wiedziała nic, a pierwsze jej zdanie brzmiało: Samo się złamało? Nie kutwa, stado bobrów nas napadło! Nie chcę się denerwować, dlatego sprawę przemilczę, ale zdanie o kobiecie sobie wyrobiłam. Szok jej nie tłumaczy, ona ma być profesjonalistką, albo przynajmniej starać się taką być, a nie stać za ladą, jak to ciele i nawet nie starać się sprawiać wrażenia, że się chce coś zrobić, aby naprawa tudzież wymiana przebiegła w trybie szybkim. Dopiero klient musi sobie szukać numeru i dzwonić do producenta! Jej obowiązkiem było to zrobić, JEJ! Wszyscy są mili, kiedy się płaci... No nic, mam nadzieję, że takich sprzedawców nie ma wielu, że jednak większość ludzi pracujących w branżach, w których ma się kontakt z klientem, stara się udzielać fachowych informacji i mieć pojęcie... przede wszystkim je mieć!


A tu mały obiektyw uwiecznił nasz Wesoły Team. Mam nadzieję, że nikt nic przeciwko temu zdjęciu miał nie będzie, a jak jednak będzie, dawać znać - usunę twarze :)

I tak na sam koniec. Środa potwierdzona. Konsylium się odbędzie. Mam przed sobą dwa dni, po których dowiem się, kiedy przyjdzie koniec mojej choroby - mam nadzieję.

niedziela, 1 maja 2011

Cóż tu więcej pisać..., wyjątkowy to dla mnie dzień. Czuję się tak, jakby Jan Paweł II był namacalnie, jakby czas cofnął się, a ja znów mogę usłyszeć jego głos, jego żarty, jego nauki, znów mogę uśmiechnąć się, znów koi mnie jego mądrość, a w oczach pojawiają się łzy.  Chciałabym, aby ten dzień trwał wiecznie, żeby nie była to tylko chwila, po której każdy zapomni. W większości okien widnieją wizerunki Ojca Świętego, chciałabym aby nie były one tylko na pokaz, aby u tych ludzi znaczyły one więcej niż kawałek papieru, bo wypada dać, bo jest Beatyfikacja. Czemu przeczucie mówi mi, że to tylko prezentacja, że nie ma ona głębszego sensu, że jutro zniknie, a ludzie nadal będą tacy, jakimi nie chciałby ich widzieć Jan Paweł II?
"Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba iść w głąb."