Myślałam, że będzie łatwiej, że psia cukrzyca jest do opanowania, jednak im dłużej mam w domu chorą, tym bardziej zaczynam sobie zdawać sprawę, że żartów z tym paskudztwem nie ma. Leczymy się już szósty dzień z mniejszym lub większym skutkiem... Sonia według weterynarz miała dostawać 14j.m. Caninsulin, jednak zmniejszyłam jej dawkę o 1 j.m., gdyż wydawało mi się, że 14j.m. będzie zbyt dużą wartością, poza tym przeszła dwa bardzo niskie poziomy cukru, w czasie podawania w/w jednostki, które objawiły się hipoglikemią (zbyt niski poziom cukru we krwi). Bałam się, że nie poznam symptomów, ale nie dało się nie zauważyć innego zachowania psa. Najpierw plątała się po domu z kąta w kąt, później doszły niekontrolowane odruchy pyska, łapy nie chciały z nią współgrać, wiedziałam, że coś jest nie tak. Badanie glukometrem pokazało cukier na poziomie 45 mg/dl. Norma od 60-120 md/dl. Szybko rozpuściłam glukozę i dałam Sonii, wypiła dwie łyżeczki. Po kilku minutach jej stan zaczął się poprawiać. Zmierzyłam cukier, który wzrósł do 92 mg/dl. Dostała troszkę jedzenia i tak przetrwała do godziny 13:00, później miała obiad. Po 6-8 godzinach, kiedy insulina znajduje się w szczycie działania, cukier kształtował się na poziomie 200 mg/dl. U psów cukrzycowych taki wynik jest dobry, niestety na wieczór skoki są większe, do 500 mg/dl. Od dwóch dni cukier z rana jest wysoki, powyżej 400 mg/dl... Mam wrażenie, że lepiej byłoby dawać jej dawki po połowie, czyli rozdzieliłabym insulinę na rano 6j.m., i po 12 godzinach kolejne 6j.m., tym sposobem z rana cukier powinien być niższy. Problemem jest tylko fakt, że wieczorny szczyt działania przypadłby na godzinę 1 - 3 w nocy, mogłabym przegapić nocną hipoglikemię, która niezauważona prowadzi do szybkiej śmierci zwierzęcia. Sonia kolację je, więc pewnie nie miałaby powikłania, ale tak naprawdę ta choroba jest nieobliczalna i nie mogę tego wiedzieć na 100%, że nic złego by się nie wydarzyło.Poza tym, nie jestem też w stanie wstawać codziennie w nocy, żeby mierzyć jej poziom cukru, nie mam siły po całym dniu spędzonym w pogotowiu. Boję się gdziekolwiek wyjść w obawie, że gdy mnie nie będzie Sonii coś się stanie. Jej leczeniem zajmuję się tylko ja, nie wiem, czy mama by sobie poradziła. Wiele razy tłumaczyłam jej, co należy zrobić, kiedy cukier jest zbyt niski, ale ona i tak po 10 minutach zapomina. Poza tym, ona psu cukru nie zmierzy, bo nie potrafi obsługiwać się glukometrem, zresztą kłucie Sonii też do łatwych nie należy. Nakłuwacz nie powinien jej sprawiać bólu (próbowałam na swoich palcach), ale mój pies jest z natury strasznie niepokorny i nie da sobie robić krzywdy. Wiele razy na mnie kłapała, zaliczyłam parę wbitych zębów w rękę, ale cóż mam zrobić, muszę jej cukier sprawdzać. Ile razy się popłakałam przy pobieraniu, to tylko ja wiem. Tak bym chciała, żeby wszystko było po staremu, żeby tej choroby nigdy nie było, żebym mogła bez obawy wyjść z domu i nie myśleć o mojej biednej czworonożce. Teraz sobie smacznie śpi o 7 zjadła śniadanie, dostała insulinę. Powinnam jej zmierzyć cukier po śniadaniu, ale jeszcze czekam, nie chcę żeby miała mnie za tę złą, niedobrą pańcię, która robi jej krzywdę. Żeby tego było mało, jeszcze wczoraj brat tak mnie zdenerwował, że głowa mała. Jego córka zachorowała, angina ropna czy coś, nie chce mi się w to wierzyć, bo widziałam dziecko, miała gorączkę, ale mówiła, że nic ją nie boli. Wiem, jak objawia się angina ropna, wiele razy przechodziłam. Gardło jest jak ostry oset, nie da się przełykać, nie da się funkcjonować, no ale dobra - ma anginę ropną. Dostała od lekarza syropki, których oczywiście nie chce pić! W każdym razie, dostałam wczoraj od niego telefon, żebym dzisiaj wpadła do bratanicy, bo jej babcia (Amelki mamy mama), nie wytrzyma z nią 8 godzin. Pytam się go, o której to ma być, bo nie dam rady siedzieć długo z małą, gdyż mam w domu chorego psa, którego nie mogę zostawić na ileś tam godzin, tym bardziej że moja mama wychodzi o 13 do pracy... Wystarczyło, że powiedział dwa zdania i mu rzuciłam słuchawką. Najpierw tekst, "pierdol psa", a potem "pies jest ważniejszy od mojego dziecka?" Tego już było dla mnie zbyt wiele. Pies jest ze mną od 10 lat jest członkiem rodziny jest kimś ważnym nie tylko czworonożną zabawką... Amelka? Jest tak samo ważna, jak Sonia, ciosem poniżej pasa były wysunięte przez niego zarzuty. Nie stawia się na szali dwóch miłości mojego życia, o nie! Podziękowałam mu za te słowa i odłożyłam słuchawkę. Oddzwonił z jeszcze większymi pretensjami. Próby moich tłumaczeń, że mogę przyjść w czasie, kiedy mama jeszcze nie pójdzie do pracy spełzły na niczym, bo rzucił mi słuchawką kończąc, że wynajmie sobie nianię... I jak tu żyć, powiedzcie mi? Gdzie mam uciec, żeby móc funkcjonować? Dlaczego są równi i równiejsi? Amelki babcia nie może się przemęczać i nie wytrzyma z dzieckiem 8 godzin tylko będzie siedzieć w kuchni i jeść lub nie wiem, co tam jeszcze, a ja będę zabawiać dziecko? Tak to powinno wyglądać? To ciocie, czy babcie powinny poświęcać najwięcej czasu wnukom? A tfu - to rodzice w pierwszej kolejności powinni poświęcać czas swoim dzieciom! Amelki mama jeszcze nigdy nie wzięła sobie zwolnienia, gdy dziecko zachorowało, to teraz by nie mogła? Chociaż 2 dni? A gdzie w tym wszystkim moja osoba? Gdzie jakaś wdzięczność za codzienne wczesne wstawanie i odprowadzanie dziecka do przedszkola, gdzie głupie słowo "dziękuję" za wielokrotne przyprowadzanie, spędzanie czasu gdy ją podrzucali na dobre kilka godzin? Oni mają czas na wyjście, picie i wszystko inne, co pozwala im być bez dziecka, a ja? Ja jestem ta od przynieś, wynieś, pozamiataj, a jak się stawiam to wielka obraza majestatu, bo przecież ja nie powinnam mieć własnego życia, powinnam tańczyć, jak zagra mi wielmożny brat... Zupełnie go nie znam, to nie jest brat, którego miałam dawno temu, tamten skoczyłby za mną w ogień, ten tylko próbuje mnie wykorzystać, pozbawiając swojego życia i sprawiając, że każdy nowy dzień budzi w mojej głowie jedno zdanie - CHCĘ STĄD UCIEC!!! Gdyby jeszcze to życie układało się w jakimś pozytywnym kierunku, to może jakoś bym to znosiła, ale nie. Wszystko jest nie tak, brak perspektyw, brak pracy, brak wszystkiego. Nawet nie liczę, ile aplikacji wysyłałam do pracodawców, zero odzewu. Coraz częściej wydaje mi się, że w tym kraju zatrudnienia nie znajdę, praca jest - owszem, ale musiałabym zmienić sobie płeć! Nie takie chciałam mieć życie, chciałam być szczęśliwa, nie jestem i raczej nie widzę szansy, że kiedykolwiek się to zmieni.
Dobrze, że w jakimś tam stopniu mogę jeszcze odpocząć na rowerze, ostatni weekend pozwolił na chwilę nie myśleć o tym wszystkim. Wybawcą Kisioł - dzięki wielkie.