wtorek, 19 czerwca 2012

Jeszcze na truskawkowo! Smakowite śniadanie, które musi zrekompensować mi ostatni czas...

Niech mnie ktoś zabierze, przytuli, czy cokolwiek. Po prostu nie wydalam.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Myślałam, że będzie łatwiej, że psia cukrzyca jest do opanowania, jednak im dłużej mam w domu chorą, tym bardziej zaczynam sobie zdawać sprawę, że żartów z tym paskudztwem nie ma. Leczymy się już szósty dzień z mniejszym lub większym skutkiem... Sonia według weterynarz miała dostawać 14j.m. Caninsulin, jednak zmniejszyłam jej dawkę o 1 j.m., gdyż wydawało mi się, że 14j.m. będzie zbyt dużą wartością, poza tym przeszła dwa bardzo niskie poziomy cukru, w czasie podawania w/w jednostki, które objawiły się hipoglikemią (zbyt niski poziom cukru we krwi). Bałam się, że nie poznam symptomów, ale nie dało się nie zauważyć innego zachowania psa. Najpierw plątała się po domu z kąta w kąt, później doszły niekontrolowane odruchy pyska, łapy nie chciały z nią współgrać, wiedziałam, że coś jest nie tak. Badanie glukometrem pokazało cukier na poziomie 45 mg/dl. Norma od 60-120 md/dl. Szybko rozpuściłam glukozę i dałam Sonii, wypiła dwie łyżeczki. Po kilku minutach jej stan zaczął się poprawiać. Zmierzyłam cukier, który wzrósł do 92 mg/dl. Dostała troszkę jedzenia i tak przetrwała do godziny 13:00, później miała obiad. Po 6-8 godzinach, kiedy  insulina znajduje się w szczycie działania, cukier kształtował się na poziomie 200 mg/dl. U psów cukrzycowych taki wynik jest dobry, niestety na wieczór skoki są większe, do 500 mg/dl. Od dwóch dni cukier z rana jest wysoki, powyżej 400 mg/dl... Mam wrażenie, że lepiej byłoby dawać jej dawki po połowie, czyli rozdzieliłabym insulinę na rano 6j.m., i po 12 godzinach kolejne 6j.m., tym sposobem z rana cukier powinien być niższy. Problemem jest tylko fakt, że wieczorny szczyt działania przypadłby na godzinę 1 - 3 w nocy, mogłabym przegapić nocną hipoglikemię, która niezauważona prowadzi do szybkiej śmierci zwierzęcia. Sonia kolację je, więc pewnie nie miałaby powikłania, ale tak naprawdę ta choroba jest nieobliczalna i nie mogę tego wiedzieć na 100%, że nic złego by się nie wydarzyło.Poza tym, nie jestem też w stanie wstawać codziennie w nocy, żeby mierzyć jej poziom cukru, nie mam siły po całym dniu spędzonym w pogotowiu. Boję się gdziekolwiek wyjść w obawie, że gdy mnie nie będzie Sonii coś się stanie. Jej leczeniem zajmuję się tylko ja, nie wiem, czy mama by sobie poradziła. Wiele razy tłumaczyłam jej, co należy zrobić, kiedy cukier jest zbyt niski, ale ona i tak po 10 minutach zapomina. Poza tym, ona psu cukru nie zmierzy, bo nie potrafi obsługiwać się glukometrem, zresztą kłucie Sonii też do łatwych nie należy. Nakłuwacz nie powinien jej sprawiać bólu (próbowałam na swoich palcach), ale mój pies jest z natury strasznie niepokorny i nie da sobie robić krzywdy. Wiele razy na mnie kłapała, zaliczyłam parę wbitych zębów w rękę, ale cóż mam zrobić, muszę jej cukier sprawdzać. Ile razy się popłakałam przy pobieraniu, to tylko ja wiem. Tak bym chciała, żeby wszystko było po staremu, żeby tej choroby nigdy nie było, żebym mogła bez obawy wyjść z domu i nie myśleć o mojej biednej czworonożce. Teraz sobie smacznie śpi o 7 zjadła śniadanie, dostała insulinę. Powinnam jej zmierzyć cukier po śniadaniu, ale jeszcze czekam, nie chcę żeby miała mnie za tę złą, niedobrą pańcię, która robi jej krzywdę. Żeby tego było mało,  jeszcze wczoraj brat tak mnie zdenerwował, że głowa mała. Jego córka zachorowała, angina ropna czy coś, nie chce mi się w to wierzyć, bo widziałam dziecko, miała gorączkę, ale mówiła, że nic ją nie boli. Wiem, jak objawia się angina ropna, wiele razy przechodziłam. Gardło jest jak ostry oset, nie da się przełykać, nie da się funkcjonować, no ale dobra - ma anginę ropną. Dostała od lekarza syropki, których oczywiście nie chce pić! W każdym razie, dostałam wczoraj od niego telefon, żebym dzisiaj wpadła do bratanicy, bo jej babcia (Amelki mamy mama), nie wytrzyma z nią 8 godzin. Pytam się go, o której to ma być, bo nie dam rady siedzieć długo z małą, gdyż mam w domu chorego psa, którego nie mogę zostawić na ileś tam godzin, tym bardziej że moja mama wychodzi o 13 do pracy... Wystarczyło, że powiedział dwa zdania i mu rzuciłam słuchawką. Najpierw tekst, "pierdol psa", a potem "pies jest ważniejszy od mojego dziecka?" Tego już było dla mnie zbyt wiele. Pies jest ze mną od 10 lat jest  członkiem rodziny jest kimś ważnym nie tylko czworonożną zabawką... Amelka? Jest tak samo ważna, jak Sonia, ciosem poniżej pasa były wysunięte przez niego zarzuty. Nie stawia się na szali dwóch miłości mojego życia, o nie! Podziękowałam mu za te słowa i odłożyłam słuchawkę. Oddzwonił z jeszcze większymi pretensjami. Próby moich tłumaczeń, że mogę przyjść w czasie, kiedy mama jeszcze nie pójdzie do pracy spełzły na niczym, bo rzucił mi słuchawką kończąc, że wynajmie sobie nianię...  I jak tu żyć, powiedzcie mi? Gdzie mam uciec, żeby móc funkcjonować? Dlaczego są równi i równiejsi? Amelki babcia nie może się przemęczać i nie wytrzyma z dzieckiem 8 godzin tylko będzie siedzieć w kuchni i jeść lub nie wiem, co tam jeszcze, a ja będę zabawiać dziecko? Tak to powinno wyglądać? To ciocie, czy babcie powinny poświęcać najwięcej czasu wnukom? A tfu - to rodzice w pierwszej kolejności powinni poświęcać czas swoim dzieciom! Amelki mama jeszcze nigdy nie wzięła sobie zwolnienia, gdy dziecko zachorowało, to teraz by nie mogła? Chociaż 2 dni?  A gdzie w tym wszystkim moja osoba? Gdzie jakaś wdzięczność za codzienne wczesne wstawanie i odprowadzanie dziecka do przedszkola, gdzie głupie słowo "dziękuję" za wielokrotne przyprowadzanie, spędzanie czasu gdy ją podrzucali na dobre kilka godzin? Oni mają czas na wyjście, picie i wszystko inne, co pozwala  im być  bez dziecka, a ja? Ja jestem ta od przynieś, wynieś, pozamiataj, a jak się stawiam to wielka obraza majestatu, bo przecież ja nie powinnam mieć własnego życia, powinnam tańczyć, jak zagra mi wielmożny brat... Zupełnie go nie znam, to nie jest brat, którego miałam dawno temu, tamten skoczyłby za mną w ogień, ten tylko próbuje mnie wykorzystać, pozbawiając swojego życia i sprawiając, że każdy nowy dzień budzi w mojej głowie jedno zdanie - CHCĘ STĄD UCIEC!!!  Gdyby jeszcze to życie układało się w jakimś pozytywnym kierunku, to może jakoś bym to znosiła, ale nie. Wszystko jest nie tak, brak perspektyw, brak pracy, brak wszystkiego. Nawet nie liczę, ile aplikacji wysyłałam do pracodawców, zero odzewu. Coraz częściej wydaje mi się, że w tym kraju zatrudnienia nie znajdę, praca jest - owszem, ale musiałabym zmienić sobie płeć! Nie takie chciałam mieć życie, chciałam być szczęśliwa, nie jestem i raczej nie widzę szansy, że kiedykolwiek się to zmieni. 

Dobrze, że w jakimś tam stopniu mogę jeszcze odpocząć na rowerze, ostatni weekend pozwolił  na chwilę nie myśleć o tym wszystkim. Wybawcą  Kisioł - dzięki wielkie.

wtorek, 12 czerwca 2012

I znowu pada deszcz, który przytrzymuje człowieka w domu. Właściwie to i tak nigdzie praktycznie nie wychodzę, coby się spotkać z ludźmi, więc nie powinna taka aura mi przeszkadzać, a jednak. Chciałabym w końcu normalne słoneczne dni, w których każdy dzień witany byłby z radością taką, jak zawsze. Chciałabym znów mieć plany na poszczególne godziny, wiele rzeczy bym chciała, ale wiem, że części z nich już nigdy nie doświadczę. 

Po wielu kombinacjach mam glukometr dla Sonii. Lekarz przepisał tacie receptę na paski. 44 zł. Później będę zamawiała paski na allegro, wyjdzie połowę taniej. Ponieważ strzykawki insulinowe jeszcze do mnie nie dotarły, nie mogę podawać Sonii insuliny, dlatego glukometr będzie idealnym monitorem dla jej glukozy. Zanim go użyłam miałam nadzieję, że wynik będzie w normie, że te badania krwi, które miała robione u weterynarza podniosły wartości w warunkach stresowych... Niestety. Cukier u Sonii przed jedzeniem wyniósł 445, gdzie norma od 120-245 (dla tych pasków). Dobrze, że mam karmę, która jej go troszkę obniży, ale to i tak jest niedobrze. Widzę, że Sonia nie ma ochoty na nic, chociaż nie pije dużo. Sama już nie wiem, co to z nią będzie, czy sobie poradzę  z jej leczeniem? Może bym i sobie poradziła, gdybym nie miała mamy, która wiecznie bagatelizuje każdy problem. Co z tego, że ja ją karmię odpowiednim jedzeniem, jak ona non stop jej coś podtyka mówiąc, że to jej nie zaszkodzi! Dzisiaj się wystraszyła, gdy jej przeczytałam wynik, może to ją czegoś nauczyło. Jeżeli chodzi o badanie glukometrem, to wcale nie było prosto, bo jak mam ukłuć własnego psa igłą w ucho tak, żeby nie sprawić jej bólu? Płakałam normalnie przy tym. Sonia była w jeszcze większym stresie, co oczywiście mogło zafałszować wynik. Koniec końców nakłułam jej poduszkę i krew poleciała na pasek... Uff! Czuję się taka zła i niedobra...

piątek, 8 czerwca 2012

A jednak cukrzyca. Sama nie wiem, dlaczego miałam złudzenia, że to może wcale nie ona jest przyczyną polidypsji  i poliurii, która od pewnego czasu występowała u Sonii. Badania wyszły źle.  O ile z morfologią jest wszystko w porządku, o tyle z biochemią już nie. Mocznik 55 (20-45), Aspat 79 (1-45), Alat 115 (30-60), Glukoza 297 (70-120), Fosfataza alkaliczna 186 (20-155). Jak widać wątroba Sonii nie pracuje prawidłowo. Została zniszczona przez niewłaściwe odżywianie, które przyczyniło się do rozwoju cukrzycy. Oczywiście jest to po części naszą winą, dlaczego po części? Otóż, gdy Sonia była młoda, usunęliśmy jej macicę, żeby nie miała cieczki a tym samym nie przechodziła na starość katorgi związanej z powstawaniem guzów. Chcieliśmy ustrzec ją przed nowotworami wiedzieliśmy, że suki, które nie miały młodych bardzo często zapadają na różne poważne choroby układu rozrodczego. Operacja przebiegła pomyślnie, Sonia szybko wróciła do normy, ale weterynarze nie powiedzieli nam, że po sterylizacji trzeba psa karmić specjalną karmą, które zapobiegnie nadwadze i problemom hormonalnym, które zaczną występować po usunięciu macicy. Z roku na rok Sonia zaczęła przybierać na wadze. Kontrole weterynaryjne przy szczepieniu nie wnosiły nic nowego. Weterynarz informował nas, że pies jest za gruby, na pytanie czym mamy ją karmić, odpowiadał że wszystkim, tylko trzeba zmniejszać jej ilości... Sonia szybko dobiła do 16 kg, gdzie norma dla niej wynosi 10kg. Nie było rady na nią, faktem jest, że lubiła sobie zjeść, że dla ciacha, czy czekolady dałaby się pokroić żywcem, że jej oczy gdy widziały piwo, przesłaniały się łzami  radości... Pewnego razu ukróciliśmy jej dostęp do słodkości i napojów alkoholowych. Zamiast tego dostawała przekąski dla zwierzaków. Jakoś funkcjonowała, wszystko do czasu, kiedy zaczął się problem z nadmiernym spożywaniem wody. Weterynarze w lecznicy, w której leczyliśmy psa nigdy nie wpadli na to, żeby zrobić badania krwi, żeby sprawdzić, co może być przyczyną jej nadwagi, że tak naprawdę to może powiększona wątroba powodowała  nadmierną grubość, tym bardziej że Sonia w ostatnim czasie nie jadła dużo. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęła spożywać dużo wody i nocne utrzymywanie moczu graniczyło z cudem. Badania krwi pokazały w jakim stanie są jej narządy wewnętrzne. Weterynarza oczywiście zmieniliśmy. Odkąd się dowiedziałam, że mój pupil ma cukrzycę, spędziłam wiele czasu przy komputerze, zgłębiłam tajniki leczenia zwierząt z cukrzycą, stałam się biegła w tym temacie. To ode mnie zależeć będzie, jak długo Sonia pożyje. To ja będę badać jej cukier, to ja wykonam zastrzyk z insuliną, to ja zacznę ją karmić. Boję się tego, bo wiem, jakie powikłania mogą wystąpić... Specjalistyczna karma dla psów z cukrzycą zakupiona. Cena duża. 65 zł za 1,5 kg karmy. Do tego karma puszkowa 410g za 11 zł. 100 strzykawek insulinówek U40 - 35,50 zł - jeszcze zamawiane przez internet, bo niestety w aptekach już nie ma, gdyż od dawna ludzie wstrzykują sobie lek za pomocą penów. Niestety u psów się taka opcja nie sprawdza. Insulina wieprzowa  Caninisnulin w dawce 0,2 ml. Sonia będzie miała robiony zastrzyk jeden raz dziennie - koszt 30 zł i nie wiem na jak długo to wystarczy. Insulinę dostanie w przyszłym tygodniu, bo strzykawki jeszcze nie przyszły.  Najgorszy problem mamy z glukometrem, bo w aptece owszem jest, ale nie można go kupić. Cukrzycy otrzymują go za darmo, trzeba mieć tylko receptę na paski. No dobra, a jak się ma to do psów? Nijak. Dlatego tata z misją bojową udaje się we wtorek do rodzinnego lekarza, coby mu przepisał receptę na paski i tym sposobem dostanie glukometr. Mam nadzieję, że nie będzie problemu, tata ma podwyższony cukier, więc jakby nie było glukometr jest potrzebny. Rodzinny jest w porządku, mam nadzieję, że nam pomoże. Do tego wszystkiego Sonia bierze lek na wątrobę, witaminy etc. Wstaję o 6:00, wychodzę z nią, o 7:00 daję jej pierwszy posiłek, następny po 8 godzinach i na wieczór trochę, jako że Sonia nie wytrzyma wieczorem bez karmy. Tak jest nauczona, nie mogę tego zmieniać. Mam nadzieję, że do przyszłego tygodnia przyzwyczai się do takiego żywienia, nie będzie miała wyjścia, bo zanim wstrzyknę jej insulinę, musi zjeść. Oczywiście nie będzie jechać na samej karmie, bo byśmy nie wydolili finansowo, urozmaicę jej posiłki, ale będą one już zdrowe! Mama nie będzie miała dostępu do żywienia Sonii. 

Się rozpisałam. Boję się tego co będzie, ale mam nadzieję, że Sonia pomoże mi powalczyć o swoje życie. Trzymajcie kciuki.

Zmykam na Kokoko Euro Spoko ;)

wtorek, 5 czerwca 2012

A jednak cukrzyca :(
Od piątku zaczynamy walkę o godne, bezbolesne życie mojej czworonożki. Insulina i robienie zastrzyków stanie się dla nas (mnie i Sonii) codziennością. Do tego odpowiednia dieta, która będzie troszkę kosztować, jako że przejdziemy na specjalną karmę przeznaczoną tylko dla psów z cukrzycą. Żegnajcie zupy i przekąski, które występowały u Sonii na porządku dziennym.
Podobno pies upodabnia się do właściciela, a może jednak to właściciel upodabnia się do swojego czworonoga? Kto to wie, wiem jedno, że ja i Sonia wcale się od siebie nie różnimy. Mamy tyle cech wspólnych, że głowa mała. Kiedy się o tym dowiedziałam? Wczoraj. Poszłam z nią do weterynarza, zrobić badania krwi ponieważ nadal bardzo dużo pije i sporo schudła. Dawno temu była sterylizowana, więc na pewno macica nie jest temu winna i boję się, że może mieć cukrzycę. W każdym razie, wszystko było w porządku do momentu, gdy próbowali jej pobrać krew. Dostawali się do żyły, ale czerwona substancja nijak nie chciała lecieć. W tylnej łapie to samo. Męczyli się ponad 20 minut, zanim odpowiednia ilość krwi znalazła się w probówkach. Sonia swoje wycierpiała, bo takie pobieranie krwi boli, do tego ogolili jej łapy, coby mogła się od innych psów odróżniać. Kto śledził moje wpisy wie, gdzie tkwi analogia pomiędzy mną a nią, a kto nie wie, o co chodzi, to trudno. Zapłaciłam 60 zł, zaniosłam próbki do laboratorium  i dzisiaj będzie wynik. Nie wiem, czego się spodziewać. Jej pragnienie nie jest normalne, psy nie powinny tyle pić, nawet przy wzmożonych upałach. Nie przesypiam przez nią nocy, bo muszę wstawać na siku inaczej by nie wytrzymała. Jestem przemęczona, ale czego się nie robi dla swojego najlepszego przyjaciela. Właściwie tylko ona mi została, nie wyobrażam sobie bez niej dalszego życia. Pustka byłaby nie do zniesienia, jeszcze nie teraz. 

Poza tym wszystkim, to jakoś przędę. Przyzwyczaiłam się do tego, co przynosi mi każdy dzień, chociaż czasami bywa bardzo trudno. Zakończył się  pewien etap i wiem, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Ciężko się z tym pogodzić, ale czasami nic na to nie można poradzić. Najgorsze to wpychać się tam, gdzie już nie ma miejsca, dlatego nie zamierzam tego robić. Schowam się pod swoją miotłą gdzieś w zakurzonym kącie i cichutko, nie przeszkadzając nikomu będę sobie żyła.