niedziela, 28 lutego 2010

Zatraćcie się razem ze mną..., odpłyńcie w inny świat, na pewno bardziej magiczny od tego,który macie na co dzień...!

Pieśń Indian Nahua


Jedynie spać przyszliśmy,
jedynie śnić przyszliśmy,
nie jest prawdą, że przyszliśmy na ziemię, żeby żyć.
W trawę wiosenną przyszliśmy się zamienić.
Udaje się zazielenić naszym sercom,
udaje się im rozchylić płatki;
kwiatem jest nasze ciało,
daje kilka kwiatów i schnie.


sobota, 27 lutego 2010

Siedzę i płodzę. Nie, nie dzieci, byłoby to z lekka nierealne, i dziwne. Wpis płodzę. Taki sobotni, postno – imprezowy - jednak. Akurat mi się wyszło ze szpitala dwa dni, przed imieninami taty, i chcąc nie chcąc, musiałam uczestniczyć w posiedzeniu rodzinnym, o ile rodziną można nazwać familię bratowej, która formalnie bratową nie jest – ot paradoks. Nie lubię takich imprez, nie podoba mi się wieczne nadużywanie alkoholu. Ja owszem, jestem osobą pijącą, ale wszystko w granicach przyzwoitości, a u moich, często jest tak, że ta granica następuje, ale oni umiaru nie widzą, i odbija się to na mnie, bo za bardzo to przeżywam, bo martwię się o ich zdrowie, o to, że coś może się stać. Włączają się lęki, z którymi sobie nie mogę poradzić. Nie chcę ich mieć, ale są, i nie da się nawet z nimi walczyć. Boję się konsekwencji czynów, ale nikt się ze mną nie liczy. Mój Czuwaczek zawsze mi powtarza, że za bardzo się przejmuję, i myślę o innych, zapominając o sobie, jako o osobie, która też, aby żyć, musi być zdrowa, bo kiedy już zdrowie szwankuje, to wszystko leci po kolei w dół, a jak już przestaje zależeć, to koniec jest bliski. Tylko, że nie potrafię tak sobie nie przybierać do serca, i za każdym razem boli mnie to ich picie, jakby życie bez tego nie miało prawa istnieć. Nigdy nie lubiłam wódki, wiadomo, że się ją piło, ale potem…? Ogólne samopoczucie do bani, wodogłowie mózgowe, świat wiruje, i nie jest to pozytywne. Uraz mi został, jak się za czasów młodości, popijało w/w trunek jogurtem… Było się takim głupim niestety, ale to dobrze, bo przynajmniej teraz tym się nie truję, bo do dzisiaj pamiętam konsekwencje, jakie miałam po zmieszaniu tych dwóch rzeczy. Spałam później w szafie, ale cóż, organizm sam chciał się tam schować, tam było pewnie bezpieczniej, i nikt nie zmuszał do picia. Zresztą, każdy z Was pewnie jeździł na wycieczki klasowe, to spanie w szafie, nie powinno być dla Was dziwne, pojedyncze przypadki tak mają;)

Późna pora, a tu jakoś spanie nie chce przyjść. Może policzę barany, albo owce – taką nowość sobie wprowadzę, a co. Taki rzut normalności sprawia, że nie mogę sobie poradzić, że nie ogarniam tego wszystkiego, że fizycznie też nie wydalam. Muszę się wdrożyć, bo jak widać, nikt się tu nie liczy z tym, że ja jeszcze trochę boju stoczyć muszę, aby być zdrową, aby móc tak naprawdę cieszyć się wiosną, i jej urokami, które za chwile przyjdą. Wsiąść na rower, założyć kask, i pomknąć przed siebie, po ścieżkach, po nierównościach, w tle widząc górskie szczyty, które mienią się pod naporem słońca…, a może ja po prostu za dużo od życia wymagam?

Czy jestem zdołowana? Nie. Po prostu, takie myśli mnie znowu ogarnęły, a że jedno powoduje drugie, i zaczyna mnie przerażać, to wylewam to w ten swój skromny, mały blogowy świat, lepiej tak, bo przynajmniej jakaś część mnie poczuje chwilową ulgę. Właściwie nie wiem, czemu ta ulga przychodzi, ale przychodzi, a jak przychodzi, to przecież nie będę jej wyganiać.

Dziękuję, że zostawiacie po sobie ślad, Bóg Wam w dzieciach? Wynagrodzi;)


"Wszyscy wiedzą że żyjemy w świecie,gdzie pięknym rzeczom dają złe imiona..."
"...Jesteś silny, by być, miej odwagę, by być, miej nadzieję, by być..."



Update:
A Justyna wywalczyła złoto w biegu na 30 km, i to jedyna dobra rzecz, jaka mnie spotkała w dniu dzisiejszym...

piątek, 26 lutego 2010

Opuściłam szpitalne włości. Ucieszona ma paszcza, bo o niczym innym nie marzyłam. Obiecywali dwa dni pobytu, a zrobił się tydzień. Nikt z nich nie był nastawiony optymistycznie. Na porannej wizycie usłyszałam, że pewnie za niedługo znowu przyjdę, kazałam ordynatorowi wypluć te słowa, chociaż sama nie jestem pewna tego, co będzie. Poprzednim razem cieszyłam się bardzo, zatraciłam się nawet w tym wszystkim, zapominając, że przecież zawsze może pójść coś nie tak. I poszło, dlatego teraz, nie mówię nic. Dietetyk postanowił za mną tęsknić – no, zawsze to jakaś nowość jest, tym bardziej, że głównie byłam zarazą oddziałową, którą się lubiło, bo nie miało się innego wyjścia. Zawiązałam z nimi specjalną nić, której nijak nie mogę przeciąć. Naprawdę, czułam się tam, jak w drugim domu, nie wiem, czemu nie mogę polubić „być”, kiedy muszę tam przebywać. Te poranne gilgotania po stópkach, które nie posiadają łaskotek, ale które potrafią mnie obudzić, jako że w ostatnim czasie mam duży problem z wstaniem, te szepty do ucha podczas wizyty, które mają mnie rozśmieszyć, i rozśmieszają, sprawiając, że cieszą wszyscy wizytujący. Ech, rodzino, żegnam Was, do niedzieli na pewno, później muszę się pojawić na opatrunku.

Czuć tę wiosnę, moje nozdrza po wyjściu ze szpitala, od razu zawołały o papierosa, tak na świeżym powietrzu, tak w cieple, wśród śpiewu ptaków ( poniosło mnie troszkę;)), WRÓĆ! Tak w cieple, wśród pędzących na sygnale karetek… Mój ostatni papieros, którego tak twardo od wczoraj trzymałam z postanowieniem, że nie zapalę, dopiero po opuszczeniu oddziału, kiedy to przekroczę próg wyjściowych drzwi, które ograniczały moją wolność, i dumnie wyciągnę cienkiego, pachnącego sosną, zatruwacza powietrza. Mój najbardziej smakowity, She! Mój ci on! Mój najlepszy na świecie papieros, został odpalony filtrem, i nici z przyjemności na świeżym powietrzu!

Nie wiem też, jakim sposobem wyniosłam ze sobą dwie zapchane reklamówki, pełny plecak, i obładowaną, tasię – dla niewatejmniczonych, torba zakładana przez ramię, przecież wcale tylu rzeczy nie brałam ze sobą. Jeszcze laptop, ale on nigdy mi ciążył nie będzie.

Powrót do domu, jak dobrze, och, ach, ech… Przywitała mnie Amelia, i nawet na buziaka zasłużyłam. Potem padło pytanie: „Aga, cio, maś dla Amelki…?” Jako, że nie miałam nic, to małą ucieszyła pusta paczka po papierosach. Grunt, żeby coś ofiarować, a bąkowi to i tak różnicy nie robi, ona lubuje się w otwieraniu, i zamykaniu ( i już wiem, czemu dostałam buzi).

Kąpać się nadal nie mogę, i bardzo nad tym ubolewam. Wiem, że są tu tacy, którzy doświadczyli nie używania wody przez czas jakiś, ale z obawy przed wymierzeniem niesprawiedliwej kary, Nickami operować nie będę, dlatego zapytam oficjalnie: Nie wiecie, po jakim czasie brud sam odpada? I to nie jest pytanie z natury podchwytliwe, ani żadne takie: uderzy w stół, a …?

W poniedziałek czeka mnie komisja lekarska… Ciekawe, co „mądre” głowy orzekną…?

Rana boli, i to nawet tak dosyć. Jeszcze się nie może zamknąć, dlatego mam tam wkładane nasączone miksturami gaziki, nie wyobrażajcie sobie nawet, jakie to jest uczucie, lepiej sobie nie psuć dnia.

A teraz, udaję się ratować bezdomne koty. Au Revoir!

czwartek, 25 lutego 2010

Jak powszechnie wiadomo, nie zawsze bywam odpowiedzialna. Czasami, nie zdaję sobie sprawy z pewnych rzeczy, które mogą być konsekwencją różnych czynów. Wczoraj, o godzinie 20:00 wypiłam kawę. Niewątpliwie, był to feler, którego nie powinnam była wykonać, komentować tego nie trzeba, ja sama siebie przeklęłam, ale wiecie, jak się człowiekowi włączy zachciewajka,to nic na to nie może poradzić. Do tego czynu dodatkowo zmotywowała mnie pewna pani, która cały wieczór "uprzyjemniała" nam czas zwracaniem wszystkiego, co wrzuciła do gardła. Trwało to także w nocy, a więc ten sen dzisiaj był chwilowy, a budzenie się bardzo denerwujące. Po jakimś czasie, zaczęło się... Zzzz, Zzzz... Morfeusz zaczął mnie dopadać. Mięśnie stawały się coraz bardziej rozluźnione - raz, dwa, raz, dwa..., pierwsza faza rozpoczęta... Nagle - huk, a ja, znalazłam się w miejscu, w którym na pewno nie chciałam być. Las, góry, ścieżka, dookoła zupełnie nic, null, zero. Ruszyłam przed siebie, nie wiedząc, dokąd idę. Ciężko mi się szło, byłam jakaś taka duża. Nie mogłam się zobaczyć, widziałam tylko ręce, a w nich coś, co ciążyło mi najbardziej. Dziwnym trafem, nie mogłam tego wyrzucić, jakby mi ktoś przymocował ową rzecz na stałe. W miarę pokonywania kolejnych metrów, byłam coraz bardziej zmęczona. Szpitalna anemia zasnęła razem ze mną, więc trwała też podczas snu. Szłam ja, i ona. Ramię w ramię, taka moja towarzyszka życia. Nagle, coś mi zaszeptało do ucha: rogatka-tunel-wieża-brama... Że co? Kim jesteś, i o co Ci chodzi - zapytałam siebie w myślach. Cisza, nic nie odpowiedziało. Chciałam się zatrzymać, zawrócić, ale niestety, nie mogłam tego zrobić. Anemia, wtórowała mi dzielnie, chociaż była dla mnie strasznie uciążliwa. Pokonując kolejne wzniesienie, moje oczy zobaczyły domek, kilka murków..., w tle rozmawiali jacyś goście, ale nijak nie mogłam pojąć ich języka, pomyślałam - podbiegnę bliżej -, ale im szybciej chciałam to zrobić, tym bardziej moje nogi nie chciały oderwać się od podłoża... Z bólem dotarłam za murek i przycupnęłam. Słyszałam tylko swój oddech - bałam się... Ktoś mną musiał sterować, bo mimo woli - podskoczyłam..., wtedy to usłyszałam: Intruzer! Niewiele myśląc, nacisnęłam spust, który o dziwo miałam pod palcem. Strzeliło..., jeden, drugi, trzeci... Słychać było, jak umierają... Aaaa,ja zabiłam ludzi! Podeszłam do nich bliżej, zdając sobie sprawę, co za misję mam tutaj do wykonania... Nagle słyszę: "ratunku","ratunku"..., otwieram oczy..., widzę szpitalną salę... Wróciłam. Może to i lepiej, bo dalej byłoby jeszcze gorzej... To jest tak, jak się zacznie z Wolfensteinem.... W., łobuzie Ty jeden, niedobry, Ty wiesz co... :D



Pees:
Paj...,brnij do mnie szybciej, bo za niedługo rozwalę z nerwów myszkę :D

A poza tym, to w domu wszyscy zdrowi, a takich snów, to ja nie mam na co dzień, tylko jak mi się włączy misja, na misję, i przypieczętuję to kawą. AMEN!

wtorek, 23 lutego 2010

Nim skołataną głowę złożę...

W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda zaś kapała Po wypróbowaniu kilku domowych srodków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) - sprowadziłem ślusarza.
 
ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedzial:

- Ferszlus trzeba roztrajbować.

Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:

- A dlaczego? 

ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:

- Bo drozelklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje.

- Acha - powiedzialem - rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?

- Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby śtender udychtować.

Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:

- Nawet sfychac.

ślusarz spojrzał dość zdumiony:

- Co słychać?

- Słychać, że śtender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie, ferszlus będzie roztrajbowany.

I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym spojrzeniem.

Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować.

- Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja - wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny - kosztować będzie... 7 złotych i 85 groszy.

- To niedużo - odrzekłem spokojnie. - Myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co zaś dotyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.

ślusarz był blady i nienawidził mnie. Usmiechnął się drwiąco i
powiedział:

- Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel krypować? żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.

- No, wie pan - zawołałem, rozkładając ręce - czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest robiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on na litość Boga jest krajcowany?

- Jak to gdzie? - warknął ślusarz. - Przecież ma kajlę na iberlaufie!

Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:

- Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na iberlaufie jest kajla. W takim razie - zwracam honor: bez holajzy ani rusz.

I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na iberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zaś krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakrypować lochbajtla w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie śtendra, aby roztrajbować ferszlus, który dlatego Źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje. 

-
Julian Tuwim - ślusarz 1927
Idzie wiosna?

Tak mogłoby się wydawać, za oknem piękne słońce, wszystko zaczyna budzić się do życia, nawet człowiek, jakiś taki radośniejszy jest, chociaż obawia się  teraz o swoją nadpobudliwość, która przyjdzie wraz z wiosną. Ciężko będzie go utrzymać w ryzach, ale znajdą się tacy, którzy skrupulatnie wygaszą tę przypadłość, i sprowadzą na ziemię, o ile do tego czasu się oczywiście nie zagoję. Rower na mnie czeka...chlip..., ale wiem, że nie będzie prosto na nim usiąść, przyjdą wtedy konsekwencje, których nie będę chciała mieć. 

Góry..., a góry? Właśnie, co z nimi, czy dane mi będzie wraz z wiosną, zdobyć jakiś zdobyty już wcześniej szczycik? Taka Magurka na przykład... Nie wysoko, ale jednak wysiłek jest, czy moje plecy zdołają udźwignąć ciężar, znieść tyle obciążenia przy schodzeniu? Pewnie jeszcze nie teraz...

Hmm, jakie ja miałam jeszcze przyjemności?
A..., a narty? Czy do maja uda mi się zamienić pidżamę na spodnie narciarskie, i poszusować?

Nie, nie nie! I ja to wiem... chlip...

Niemniej jednak, zimo - schowaj już te kły, i  zwijaj nastrój mdły!

Z życia szpitalnego:

Dzisiaj przyszły wyniki posiewu. Paciorkowiec mnie dopadł - jak nie wóz, to przewóz. Liczny wzrost. I jakoś nie usłyszałam magicznego słowa - do domu! Ledwo tu wytrzymuję, i to chodzi o moje ogólne nastawienie, nie chcę tu być!

niedziela, 21 lutego 2010

Aloha SKA!

Żeby Wam się poniedziałek nie rozpoczął źle, tupnijcie sobie nóżką, w rytm SKA!

Wstawać śpiochy !





Update:

Tak się nastawiłam na wyjście ze szpitala w dniu dzisiejszym, i nic z tego nie wyszło. Szłam ucieszona, i w miarę upływu czasu, coraz bardziej nie byłam tego pewna. Opatrunki takie bolesne, jejku, kiedy będzie jakiś koniec, bo już naprawdę ciężko jest mi wytrzymać. Dodatkowo, ZUS mnie tak denerwuje, że aż brakuje słów, aby wyrazić zdanie, co sądzę o tej bandzie! Wyobraźcie sobie, że znowu dostałam wezwanie na komisję w sprawie przyznania zasiłku rehabilitacyjnego. I nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie to, że ten "polecony" list dotarł do mnie dzisiaj, a komisja też miała być... dzisiaj, na 10:40, listonosz przyniósł przesyłkę później.. List polecony szedł 10 dni! Data nadania od nich 11 luty... Pomijam już fakt, że i tak nie dotarłabym na tę komisję, bo znajduję się w szpitalu. Znowu musiałam załatwiać zaświadczenie... Nie rozumiem tych ludzi. Piszą pismo, 10 lutego, w którym wzywają mnie do stawienia się w dniu 22 lutego. Ja w tym czasie przebywam  na leczeniu szpitalnym. Wychodzę dzień później, czyli 11 lutego, i za 7 dni znowu trafiam tutaj z powrotem. Teraz nie wiem, czy oni będą mnie tak wzywać bez końca, nic nie załatwią zaocznie? Robią to chyba specjalnie, dlatego mój tata już nie wytrzymał, i zrobił odpowiednie poruszenie. Pani obiecała, że jutro do niego zadzwoni, i wszystko wyjaśni..., już się nie mogę doczekać. Patrzą tylko, jakby zrobić, żeby komuś, czegoś nie przyznać... Ech...
Niegodziwością byłoby, gdybym dzisiaj nie napisała, o jakże pięknym, wczorajszym występie naszego Adama... Gratuluję mu tego, że udowodnił, jak wielkim jest sportowcem, i że wiek mu nie robi różnicy. Płynął w powietrzu tak, jak za czasów, kiedy wygrywał wszystkie zawody. Nie zdobył złota, ale zdobył srebro, które dla niego jest równie ważne, z którego potrafi się szczerze cieszyć, do którego ma szacunek. Simon, był lepszy, był nie do pokonania, ale nic tam - jego też lubię, i należało mu się zwycięstwo. Media, jak zwykle wszystko pokolorowały, zanim zawody się rozegrały, dlatego niektórzy będą czuli niesmak, i można zobaczyć to w komentarzach, czy na Onecie, czy na WP. Wiecznie narzekający malkontenci, którym się nigdy nie dogodzi. O tyle jeszcze było przyjemniej, że pierwszy raz, nie oglądałam tych zawodów sama. Po drugiej stronie światłowodów siedział W., nie ma to, jak pokonwersować rzeczowo, pośmiać się przy tym szczerze, i odległość wcale nie sprawia różnicy, bo jak jest odpowiednia osoba, to można się świetnie bawić, jedni np. dmuchają w telewizor, drudzy machają łapkami, żeby ktoś spadł na bulę..., no co, no - nobody is perfect, nie? Było miło, i zapomniałam o bólu, z którym walczyłam cały dzień, ale W., to chyba już wie, jak bardzo jestem mu za wszystko wdzięczna, fajnie mieć takiego "czuwacza" -  jest najlepszym lekarstwem, na wszelakie zło, niestety - nie do kupienia w aptekach :D

Nocka minęła, nastał ranek (żadna nowość). Punkt 11:00 (no dobra, spóźniłam się trochę), zgłosiłam się na zmianę opatrunku. Akuratnie, dzisiaj dyżur pełni doktor K. Mówią na niego "zimny doktor", w sumie nie na darmo. Wymiana setona, zakończyła się płaczem, i jest to "przyjemność", która przez najbliższy czas będzie występować u mnie codziennie. Wiem już, dlaczego ropień, który był wielkości dwuzłotówki nie bolał mnie. Brudy, który się  zebrały, zrobiły sobie ujście do zakończeń przeszczepu, i tam wyciekały, a ja tym sposobem nie czułam dyskomfortu. Walka rozpoczęła się chyba na nowo. Wysięk nadal jest, ból też. Jedno pocieszenie, przeszczep zaczyna się wypłaszczać, aczkolwiek są miejsca, które nie do końca się goją, m.in. tam, gdzie jest to nieszczęsne ujście... Wg., doktora, jak najbardziej mogłabym być w domu, i gdyby to od niego zależało,wypisałby mnie jutro, no, ale to decyzja szefa, i muszę czekać. W szpitalu jest dużo bakterii, w domu bezpieczniej. Widziałam w jego oczach, że się boi tego, że mogą być takie same problemy z tym nowym nacięciem, jak z poprzednimi. Nie jest sam, ja boję się jeszcze bardziej... Co ma być, to będzie, nie mam na to wpływu, pozostaje chyba to zaakceptować, i przyjąć już, jako codzienność życia... Płacz nic nie da, bunt też. 

Cieszę się, że jestem w domu, zastrzyk przeciwbólowy działa - jest dobrze...
Jutro, punkt 7:00 - mam być na oddziale...
Żeby ta niedziela trwała wiecznie...

sobota, 20 lutego 2010

Witam przepustkowo.

Niestety, nie tak to miało wyglądać, ale zakończyło się tak, a nie inaczej. Ropień zaskoczył nie tylko lekarzy, ale i mnie samą, niby widziałam czerwony znak, ale umysł już tak sprawnie działa, że potrafi wmówić sobie, że to nic takiego, że to uczulenie, jakby włączał się mu mechanizm obronny przed tym, co może go czekać, przed powtórką z "rozrywki". Wczorajszy dzień, minął mi bardzo szybko. Na izbie przyjęć, podczas kwalifikowania na oddział, lekarz powiedział, że w moim przypadku, trzeba już niestety dmuchać na zimne, i dlatego muszę zostać, muszę mieć to nacinane i czyszczone. Jak każdemu, tak i jemu tłumaczyłam, że mnie nic nie boli, że może to samo, ble, ble ble..., na co on odpowiedział, że teraz nie boli, ale jak natną i wyczyszczą to zacznie... Zagiął mnie, i kłapaczkę tym sposobem zamknął (... bo, że nie kłamie, to wiedziałam).
O godzinie 10:00 znalazłam się na czwartym piętrze, przywitano mnie, jak domownika..., szkoda tylko, że ja nie czułam się podobnie. Pierwszy kłopot nastał, kiedy usiłowali pobrać krew, i wkłuć wenflon. Leciało bluźnierstw, oj leciało, 5 wenflonów szlag trafił też..., nie moja wina, że takie żyły zjechane mam...( komentarze do tego: "Papinia, z Ciebie to nawet kiepski narkoman by był" - nie wiem, czy to był komplement?),w końcu za 6 udało się, ale trza się z tym obchodzić, jak  z jajkiem, bo nie zna się ani dnia, ani godziny, kiedy to "ćóś" przestanie działać - dlatego jeszcze mam zabandażowaną rękę... Następnie, dopadł mnie doktor, u którego leczę się w poradni, i od razu powiedział, że tym razem podczas wyjścia dostanę kopa, którego wymierza się ludziom, aby im się darzyło, i aby nie wracali... Zapytałam tylko, czy od wszystkich, bo przecież jak mnie tak skopie 11 lekarzy, 2 salowe, 5 sióstr, dietetyk, to ja z czwartego na pierwsze piętro, czyli na oddziale ortopedii się znajdę... Dostałam pojemniczek na mocz też..., wiadomo w jakim celu,  a że pęcherz mój pusty był, to kubeczek powędrował do szafeczki, chociaż tata się ofiarował, że może nasikać za mnie ;) Tyle było z przyjemności. O 12, wzięli mnie na blok operacyjny. Kolejne rodzinne przywitania, bo ja tam już znam wszystkie instrumentariuszki i anestezjologów. Krótki wywiadzik, i poszło, a miałam takie postanowienie, że nie usnę, ale pojawiła się ciemność., i moje postanowienie szlag trafił ..! ...! ...! ...! Dalszych  etapów nie pamiętam, ale wiem, że rozmawiałam  z W., przez którego do dziś bolą mnie mięśnie brzucha  ( ja Ci dam gadżeciarę ;-] ) Ból miejsca operowanego nastał wieczorem, i tak sobie trwa, aczkolwiek <- W., hihihi, nie daję tego po sobie poznać. W skali bólowej od 1-10, mój ból oceniam na 5, więc nie jest źle.
Opatrunek dzisiejszy  też zapamiętam, nienawidzę wyjmowania setonów z rany, i zakładania nowych. Powtarza się to, z czym musiałam walczyć ok. 2 miesięcy. Nie jest to przyjemne, zawsze tego boję się najbardziej, wychodzę potem ubeczana, upocona, umorusana, i jeszcze parę słów na "u" można sobie dodać (wybór pozostawiam Wam). 

Przepustkę mam do jutra. O 11 mam być na opatrunku, a potem..., cóż..., mam nadzieję, że dostanę kolejną przepustkę - do poniedziałku, z początkiem tygodnia pewnie mnie puszczą. Poza nową dziurką w plecach, czuję się dobrze, przyczyny muszę szukać gdzie indziej, a w szpitalu jestem niestety ograniczona. Ta bezsilność mnie przeraża, bo ja już nie chcę chorować, chcę być zdrowa, nie chcę wiecznie szwendać się po lekarzach. Tak się cieszyłam, zapomniałam, że istnieje coś takiego, jak ropień,  tyle przeszłam, i znowu odwróciło się to przeciwko mnie..., to już nie jest śmieszne, i naprawdę się tym martwię. W każdej wolnej chwili myślę, zatracam się, wyłączam. Kalkuluję, co zrobić, i przede wszystkim, jak to zrobić, żeby było dobrze. Wiele razy pisaliście mi "bądź dobrej myśli" - za każdym razem się starałam, ale jak widać, nic to nie daje. Myśli nie pomogą, kiedy organizm uparty, i chce się po swojemu prowadzić...

Myślisz, że potrafisz odróżnić, raj od piekła, niebo od bólu? Czy odróżnisz zielone łąki,
od zimnych stalowych szyn...?Uśmiech od maski? Myślisz, że odróżnisz...?

czwartek, 18 lutego 2010


Ech, nie tak to miało wyglądać.

Dzień, zaczął się bardzo sympatycznie, pierwsze przetarcie oczu, udanie do ubikacji, toaleta w łazience, komputer - tam przyjemna i pożyteczna konwersacja. Amelka, jak co dzień, była punktualnie - po 9:00. Wydawało mi się, że mam dużo czasu, bo u chirurga miałam być na 11:00, dlatego zupełnie nie rozumiem, jak mogłam  sobie ubzdurać, że jadę autobusem o 11:24..., po 10:00 dopiero włączył mi się trybik, i jak to ja, ubieranie w pocie czoła, kryzys też pojawił się, bo jak zwykle wszystko ginie, kiedy zajmie się tym Amelka, tym razem pozbawiła mnie kluczy, po serii bluźnierstw pod nosem, znalazłam je, i po raz kolejny powtórzyłam dziecku, że: "nie wolno cioci  rzeczy zabierać". Mały łobuz, tylko szyderczo się uśmiechnął, i odpowiedział: "wolno ziabierać, bedem". Przemilczałam to bo sił mi brakło, i czasu też. Pędem udałam się na przystanek, o 10:35 stałam już w autobusie, jeszcze kierowca na przywitanie do mnie: "Bilecik proszę pokazać", z wywieszonym jęzorem odpowiedziałam, że: "chciałabym kupić dopiero". W normalnych okolicznościach, pan pewnie zapytałby się, dlaczego nie kupiłam w kiosku, ale jako, że dyszałam, to  zrozumiał, że spieszyłam się bardzo, a że starość nie radość, to i kondycja już nie ta.

W samym szpitalu byłam o 10:58, wbrew mojemu przekonaniu, o kolejce ludzi kłócących się, była tylko jedna kobieta, która uprzejmie poinformowała , że doktor, który dzisiaj miał przyjmować jest nieobecny, zastępuje go inny, ale  ze 30 minut temu wyszedł na oddział, za niedługo ma wrócić. Po 10 minutach od mojego przybycia - powrócił. Najpierw poszła pani, później ja, z tym, że jak mnie zobaczył, to od razu było, że Papinów nie przyjmujemy..., phi. Wepchnęłam się sama, potem sprawy kozetkowe, czyli pokazywanie pleców. I wtedy nastała cisza..., pomacał tylko okolice lędźwiowe, nie czułam żadnego dyskomfortu, dlatego spokojnie sobie leżałam. Postanowił wezwać mojego doktora, który opiekował się mną na oddziale. Przyszedł, razem z zastępcą ordynatora, pierwsze jego słowa: "ale co się stało, przecież rana była ładna w poniedziałek", na co doktor z poradni odpowiedział: "rana jest ładna, zobacz obok..." Wtedy już wiedziałam, że coś jest nie tak. Z-ca ordynatora pobrał posiew, potraktował mnie jeszcze narzędziami, sprawdzając, jak głęboka jest jama..., nadal nic nie czułam... Padły słowa: "Musimy to rozciąć, musisz iść do szpitala, przykro mi", "ale jak to do szpitala, jak to rozciąć, przecież dzisiaj jest 7 dzień, od mojego wyjścia, nie rozumiem. Nic mnie tam nie boli, a poprzednio, jak mi się robiły ropnie, czułam od razu, bólu się nie dało znieść"  - odpowiedziałam... Wtedy, doktor nakierował moją rękę na to miejsce. Wszystko takie twarde, wiedziałam już, co to oznacza. Jest zbiornik z płynem w środku. Rozpłakałam się, z bezsilności, z braku pojęcia - dlaczego, jakim cudem. Doktor K.,chciał jeszcze czekać, ale pozostali lekarze zgasili jego zamiary mówiąc, że: "jak się to przedłuży, to te przetoki pójdą dalej, zejdą do pośladka, im szybciej to zrobimy, tym lepiej". Potem, wszystko się potoczyło szybko, skierowanie, i jutro powtórka..., szpital, operacja, setony...

Nie mogę tego pojąć, nawet myślałam, że może to przez to, że w domu przebywam, ale lekarz powiedział, że to się robi na zdrowej skórze, i nie ma nic wspólnego z ranami, poza tym, rany są ładne - goją się. Chyba nawet już nie muszę mówić, co w związku z tym wszystkim sobie myślę. Nie mam sił,  i ręce opadają. W ogóle, szkoda gadać...

środa, 17 lutego 2010


Zasiadam do komputera... Właściwie, to cały dzień spędzam przy nim, w mniejszych lub większych odstępach czasu, ale teraz, kiedy jest już późno, jakoś lepiej przychodzi mi zbieranie myśli. Jest ciemno. Mój pokój oświetla tylko podstawka, która ma za zadanie chłodzić komputer, a że dodali do niej diodki, to daje mi niesamowitą poświatę... (w normalnych okolicznościach, świeciłaby się lampka, ale akurat dzisiaj musiała się spalić żarówka).Tak sobie rozmyślam, właściwie o niczym szczególnym. W tle Peter Gabriel,  to jemu ostatnio poświęcam swój wolny czas. Wsłuchuję się w brzmienia, przenoszę  w inny wymiar, kolejna magia tworzona za pomocą instrumentów. Nie, nie siedzę sama, towarzyszy mi dzielnie jakaś mała muszka, która co chwilę przysiada na matrycy (pewnie czyta, co piszę), nie - nie zabiję jej, niech sobie leci, a może muzyka ją ukołysze? Jest  też Sonia, potocznie zwana "Siusią", śpi sobie spokojnie na dywanie, obok mnie. Odpoczywa, jakby wiedziała, że jutro znowu zostanie wymaltretowana przez Amelkę. Inni domownicy też już śpią, a tylko ja nie mogę.  O dziwo, nie jest to efekt wypitych kaw... A na dworze jest tak  jasno, śnieg jednak ma swój urok, nawet jak się mieszka na piątym piętrze, i widzi tylko dachy... Tak mi się jakoś nic nie chce, jakby wszystko przestało mieć znaczenie, dziwne uczucie. Niech się dzieje, co chce? Byłoby to normalne z mojej strony, wszak co któryś wpis biadolę. Nadal mam wrażenie, że to życie toczy się jakby poza mną. Codzienne czynności, są tak powtarzalne, że aż niedobrze się od tego robi, a tu jeszcze tego nie wolno, tamtego nie wolno..., a ból pleców nadal jest, i jeszcze dzisiaj  moim oczom ukazała się czerwona plama, która wystaje spod plastra. Nie odlepiam opatrunku, bo jest tam specjalna siatka trzymająca przeszczep, więc nie mogę zobaczyć, co to jest, ale martwię się tym, i mam wielką nadzieję, że to tylko uczulenie od kleju... I jeszcze noga  - powróciły na nią opatrunki, człowiek smaruje maściami, a to i tak wszystko jedno wielkie G..., bo jak ma pękać, to i tak będzie, a mówili, że miejsce po pobraniu przeszczepu szybko się goi..., a mnie to boli..., i spać się przez to nie da. Żołądek też mi się zbuntował bardzo, i cierpię od wczoraj.  Jestem już tym wszystkim zmęczona, naprawdę. Radość z bycia w domu (mimo wszystko), zamieniła się w duże zniecierpliwienie, bo już niby finisz, a tu jeszcze coś wyskakuje. Gdzieś by się wyszło, pogadało z ludźmi, zapomniało o wszystkim, a to nie tak prosto... Oj, marny ze mnie rekonwalescent, nieodpowiedzialny, mało sumienny, leniwy, i ja to wiem...


Luty, powoli dobiega końca, czekam na decyzję w sprawie zasiłku rehabilitacyjnego,  ciekawe, czy mnie zaskoczą. Spokoju też nie dają mi w pracy, i zanosi się na to, że za niedługo praca przyjedzie do mnie, do domu... Póki co, będą to tylko części, a później może i telefony. Chociaż nie mam na to warunków, no i możliwości fizycznych jeszcze, a poza tym siły na to też nie mam,  a kwestię obrażania się w związku z tym przez brata, uważam za bezzasadną. Jeżeli się nie rozumie drugiego człowieka, to nigdy nie będzie się dobrym pracodawcą. Niestety.

A jutro znowu czekają mnie "przyjemności"  lekarskie, te kolejki, i te kłótnie pomiędzy pacjentami o to, kto był pierwszy... W takich miejscach, można zobaczyć, jacy tak naprawdę potrafią być chorzy i jak bardzo przejmują się ludźmi, którzy cierpią. Wtedy jakoś ich choroby idą precz, zapominają o swoich dolegliwościach, czy tak naprawdę więcej w tym pozoranctwa? W sumie, gila mnie to, ja tam mogę każdego przepuścić, byle mnie przyjęto, chociaż nie chcę tam wcale iść, ale muszę, i mogę sobie nie chcieć ( jakby to powiedział pewien osobnik płci męskiej)...

A namacalna kompanija,  wymienia już akcesoria rowerowe na sezon, który  za czas jakiś zostanie otwarty, czy będzie mi dane zacząć go normlanie, razem z nimi? Oby, w sumie innej odpowiedzi nie mam, nawet jak coś mi przeszkodzi w plecach, to nie przeszkodzi w nogach. Dłużej, siedząc nie wytrzymam, muszę powrócić do aktywności, o mój kręgosłup się teraz rozchodzi. Potrzebna mu rehabilitacja..., więc, i ja zacznę odkurzać swój rowerek, a co... Gorzej z kondycją, ale upór prowadzi mnie zawsze do celu, więc  chyba dam radę pokonać parę górek, nawet bez tej koleżanki kondycji. Fizyczne zmęczenie jest najlepsze na świecie, wtedy człowiek wie, że żyje..., a ja chcę to właśnie poczuć..., i znowu mieć te zakwasy, przez które  nie da  się chodzić, i znowu napić sie tego zimnego piwka, po wysiłku. Mrrrr, się rozmarzyłam...

A jeżeli przyjdą  tutaj jakieś Nocne Marki, to pożyczam dobrej nocy..., niech Morfeusz nikogo z Was nie udusi...

A..., dobranoc!

Pees...
W., sprawco moich bolących policzków, dzisiaj też dziękuję, chyba nawet nie muszę mówić, za co. Tylko mi potem rachunku nie wystaw, bo wiesz jaki marny żywot osoby chorującej jest ;)

wtorek, 16 lutego 2010


Wyobraźcie sobie człowieka, który od samego rana chodzi i skrzeczy na każdego, bo wstało mu się lewą nogą. Człowieka, który wali focha dla zasady, który ma gorszy dzień, bo tak mu się wydaje, i nie podlega to żadnej dyskusji. Człowieka, który zjadł tyle kiwi, że biega do ubikacji co chwilę, a na dodatek chyba zapomniał dobroci umyć, bo zrobiły mu się w buzi afty..., człowieka, który ma postanowienie, że w dniu dzisiejszym będzie smutny, i nikt tego nie zmieni, i w końcu, wyobraźcie sobie człowieka, któremu plan bierze w łeb, bo pojawia się W., i cały podły humor przepada :), ale żeby tego było mało, to ten dobry humor, wcale takowy być nie powinien, gdyż, ludzie naprawdę mają problem, kiedy to w domu psuje się piec CO, i z +22 zrobi się +12 stopni,  żeby przetrwać, trza np. kręcić fajki ;) W., ja, za ten śmiech, to sama sobie karę wymierzę , czarny humor posiadam dziś ;)  Pechowcy są wśród nas..., czasami więksi ode mnie. W., zawsze Ci mogę drugą kołdrę pożyczyć, pamiętaj, żeby nie było, "żem"  bez serca ;)

Ale tak naprawdę, to ..." Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu."  - dlatego W., dziękuję Ci, że dzięki tobie, tego gruntu nie straciłam, no i, że pojawia się u mnie uśmiech w momencie, kiedy sobie myślę, że już nie wystąpi... :-)

I chucham  na Ciebie, mam nadzieję, że trochę ciepełka doleciało... :-)

poniedziałek, 15 lutego 2010


Wizyta na oddziale - zaliczona. Muszę bardzo na siebie uważać. Naskórek, który się wytwarza jest za słaby, wszystko pęka. Mam się nie forsować, nie dźwigać,.. Dużym problemem jest zniżenie się, to przez ubytek skórny, praktycznie niemożliwe jest dla mnie założenie obuwia. Lekarz mówi, że tak będzie, dopóki nie wytworzy się właściwa blizna, później wszystko ma się naciągnąć, ale na to potrzeba czasu, i cierpliwości, kombinowanie teraz, mogłoby zepsuć przeszczep, który i tak stawia jeszcze opory, ale Balsam Szostakowskiego ma zdziałać cuda - zobaczymy. Od czwartku wizytuję się tylko w poradni chirurgicznej, znowu się zacznie, jak ja tego nienawidzę. Oby tylko nie kazali mi przychodzić codziennie..., no i wiem też, jaka to choroba wyjęła mnie z życia na tyle miesięcy. Ropowica skóry, powikłanie po torbieli, wystarczyło obniżenie odporności, a bakterie zdziałały swoje. Ta odporność jeszcze u mnie kuleje, bo białe krwinki grubo poniżej normy są, ale mam nadzieję, że się szybko odbudują, a ja pozbędę się w końcu tej anemii. Kolejnym etapem będzie też dermatolog...,ale to jeszcze mam trochę czasu. Chciałabym odpocząć od tych białych fartuchów..., a do tego czasu, górna część pleców się sama zagoi, albo co. Na zimę zawsze bardziej tę wodę chlorują, a delikatniejszy organizm cierpi. Wszystko swędzi, później pojawiają się Chrostki - strasznie swędzące..., i tak w kółko. Cieszę się, że już nie mam takiego bólu, jak wcześniej, i chociaż czasami zaboli w tych plecach,  tak jak wtedy, kiedy zaczynało się ropienie, to póki co się nie martwię, może teraz takim bólem plecy dają znać, że się goją, chociaż troszeczkę.  Tak więc -  zdrowieję, i oddział chirurgii mnie już nie zobaczy :D

sobota, 13 lutego 2010

Czasami człowiek miewa gorsze momenty w swoim życiu, bywa zły, i chce w jakiś sposób sobie ulżyć, tylko nie wie jak. Jest mu smutno... Wtedy pojawia się ta mała "dama" po lewej, i sprawia że całe zło na chwilę znika. Wystarczy jej jeden uśmiech, aby ulec, aby przestać się złościć, aby ją przytulić,  a ona odpowiada wtedy : "Kofam  Agę".  To jest naprawdę taka chwila, w której chce się żyć, tym bardziej, że mała do tej pory do każdego mówiła, że go: "Nie Kofa".  Tak bardzo się zmieniła przez te dwa miesiące mojej nieobecności, że sobie nawet nie wyobrażacie. Dla mnie dzieciaki są największym dobrem tego świata, tylko czasami trzeba im pomóc wkroczyć na tę właściwą drogę. Ja, Amelusi muszę pomóc, bo większego łobuza od niej nie widziałam. Uśmieszek niewinny, a w oczkach chochliki..., ale takie urzekające, że czasami aż żal ukrócać złe zachowanie. Wszyscy mówią, że charakterek odziedziczyła po cioci, podobno w dzieciństwie  zawsze robiłam na odwrót. Z Amelką jest identycznie. Kiedy się jej mówi, żeby coś położyła, ona automatycznie odpowiada: "Nie połozić"..., i tak jest ze wszystkim. Z cudem graniczy ubranie ją, kiedy ona sama tego sobie nie życzy..., rodzicom brak konsekwencji, a ciocia sama nie podoła, jak  inni się nie dostosują. Na szczęście, gdy jesteśmy same, umiem sprawić, że się ubierze..., wystarczy ją podejść..., się ma ten dar psychologiczny ;) Jak się ją pyta, a kim jest Amelka, ona odpowiada:"Amejka jeśt Łobuź, taki pod siufit". Wszystko, znajdujące się w domu lub poza domem, na dzień dzisiejszy, oczami Amelki jest koloru..., zielonego, a jak się mówi, że wcale nie, to odpowiada: "Aga, ciichoo","Baba, ciichoo", "Sionia, ciichoo",  weź tu z taką pogadaj ;) Ona wszystko "lubim", wszystko "kupim", wszystko "psiniesim"... Podczas zabawy w kolory, na pytanie kim chce być, odpowiada: "diabjem", a jak się mówi, że trzeba być aniołkiem, to oczywiście pada: "Amejka diabej, nie anioj". Druga babcia poszła w zapomnienie, kiedy tylko do nas przychodzi, Amelka mówi: "Baba Jenia, Ty do domu ić, ubjejaj się, Amejka jest z Agą"

2 latka i 2 miesiące, tyle już istnieje na tym świecie..., czasami się złoszczę, że większość dnia spędza u nas, że nie mam możliwości odpocząć, ale potem zdaję sobie sprawę, że to dziecko potrzebuje bliskości, że po to jest ciocia, aby być przy niej, kiedy mnie potrzebuje, aby się z nią bawić, aby dać jej trochę świadomości, że bycie dzieckiem, to najpiękniejsze chwile na świecie, i te chwile powinna spędzić jak najlepiej, a nie być tylko przepychaną, pomiędzy domownikami. Rodzice, zajęci swoimi sprawami, często nie mają czasu dla swojego maludka, ale jest już Aga, i Amelka wtedy jest szczęśliwa...

Ciocia, zresztą też, chyba widać, a że dzisiaj 14 luty, to jak najbardziej jest tu miejsce na filmik, zaproponowany przez pewnego osobnika płci męskiej ;) W ten oto sposób uwidocznię, jak ważna dla mnie jest ta mała istotka, znajdująca się powyżej..., nie wpatrywać się w obraz, tylko słuchać...;)

Odebrałam dzisiaj wypis ze szpitala. Nowa choroba przybyła, ale kto by się tym przejmował, jak  ona sama  położy mnie kiedyś do łóżka,  zacznę żałować wypowiedzianych słów, a tymczasem wyrzuciłam ją z pamięci. Sobota na oddziale wyglądała  zupełnie tak samo, jak za mojej kadencji, i nawet "stara" ekipa się zebrała na opatrunek. Fajnie się tak spotkać po czasie. Było dużo śmiechu zarówno przed, jak i w trakcie opatrunku. Co do mojego gojenia, to w sumie lekarz nic mi takiego nie powiedział, ja sama, największa skleroza na świecie, zapomniałam najważniejszego -  specjalnego balsamu, który miał być wlany do rany. No nic. Bywa... To tak jest, jak się wszystko na ostatnią chwilę robi. Doktor mnie na szczęście nie zabił, dał w zamian inną maść. Kolejna wizyta w poniedziałek, ordynatorzy chcą sobie mnie zobaczyć. Jakoś to "zniesę", chociaż szczerze, nie chciałabym wracać już na ten oddział, nawet na opatrunek. Poczułam za dużą wolność, i prawie zapomniałam, że leżałam tam dwa miesiące. Umysł człowieka szybko się regeneruje, i zapomina o krzywdzie, jaką się przeszło przez ten cały czas.

Wieczorem spożytkuję smakowitą grę, dostarczoną przez sympatycznego Muchomorka, a tymczasem zamieniam się w kibica olimpijskiego. Szalik i czapkę w czerwonych barwach zamieniłam na piwo! HOUK!

piątek, 12 lutego 2010


Żeby zakończyć pewien etap swojego życia, postanowiłam dokonać też zmian na blogu. Ci, co mnie trochę znają wiedzą, że w normalnych okolicznościach nie miałoby to miejsca, ponieważ szybko tracę zapał, ale jako, że byłam zmuszona siedzieć przy komputerze, bo pobierał mi się duży plik, a nie mogłam po prostu ot tak odejść, gdyż jak na złość, uaktualnił się system, i co 15 minut chciało mi komputer wyłączać, to połączyłam przyjemne z pożytecznym, i oto  jest... nowy szablon, a także gratis dla uszu. Wytrwali usłyszą, niekoniecznie polubią, ale mówiłam, że jestem inna pod każdym względem, wszak banalne byłoby zbyt nudne, nie?

Szara rzeczywistość, odbija się na mnie w każdym momencie mojego bytowania. Powróciłam do normalności, jakże przeze mnie nienawidzonej. Tutaj nie ma miejsca na użalanie się nad sobą, tutaj nikt nie pomyśli, że to wszystko jeszcze niezagojone, tutaj nikt nie zdaje sobie sprawy, że ja  poza fizycznym dojściem do siebie, potrzebuję także psychicznego ukojenia... Ech. Dobrze, że mam obok siebie osoby, które pozwalają mi zapomnieć, dzięki którym mogę pocieszyć do monitora, i odizolować się od tej rzeczywistości, każdy ułamek sekundy jest  wtedy warty zmarnowania. Dzięki nim jakoś trwam, i próbuję dochodzić do siebie, chociaż nie wiem, czy do końca mi to wyjdzie, bo zbyt łatwo idzie mi rzucanie wszystkiego w cholerę... Ech...

czwartek, 11 lutego 2010


A jednak czwartek, i to na dodatek tłusty..., to właśnie dzisiaj pożegnałam się na zawsze z Oddziałem Chirurgii Ogólnej  - jeżeli chodzi o "leżenie" tam. Wiem, sympatyczny W., że jestem "mikrobikem"( wolę to, aniżeli małą zarazę), ale tylko takim "malutkim", i chyba wybaczone będę miała, że grzecznie zapytałam lekarzy, czy mogę udać się do domu dzień wcześniej... Oni sami nie wyrazili sprzeciwu. Na oddziale panuje straszna bakteria, głupio byłoby zarazić się nią w ostatnim dniu.  Poranna wizyta od samego początku skazywała mnie na wygnanie . To wszystko za sprawą zastępcy ordynatora, który widział wczoraj ranę, i stwierdził, że wszystko jest dobrze - mogę iść, nawet w dniu dzisiejszym. Uśmiechnęła się ma gęba, wszak mnie dwa razy pewnych rzeczy powtarzać nie trzeba. Ordynator ostudził mój zapał mówiąc, że to nie tak szybko, że musi mnie widzieć ordynator Chirurgii Dziecięcej, który wraz z moim doktorem K. wykonywał przeszczep. Nie może tak być, że wypuści mnie bez ich wiedzy, niech oni sami zadecydują, czy nadaję się do wyjścia. Czekałam na opatrunek, przyszła ekipa. Sama nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Miałam dzisiaj podcinane naddatki, które tworzą się w kątach rany, zbiera się tam płyn, i może powodować to stan zapalny. W niektórych miejscach zaczyna tworzyć się naskórek, a inne części rany pozostają osłabione, i nie tworzy się tam nic, jakby nie było ukrwienia. Występuje też przeczulica tego miejsca. Ogólnie rzecz biorąc, jest w miarę, aczkolwiek mój doktor K powiedział, że dwa dni wcześniej wyglądało to o wiele lepiej..., niemniej jednak nadaję się do wyjścia, ale muszę przychodzić jeszcze na oddział, jak będzie dyżurował doktor K., wtedy będę miała zmieniane opatrunki. Muszę też kupić pas brzuszny, który będzie podtrzymywał mi opatrunki na plecach. Miejsce, które mam chore jest w takim miejscu, że jak się nie ruszę, to wszystko  odklejone...W domu nie wolno mi zbytnio się nadwyrężać, czyli zero podnoszenia, zginania , mam leżeć lub siedzieć w wyprostowanej pozycji, im więcej zginania, tym plecy bardziej narażone. Się zastosuję, bo i tak zniżyć się nie mogę, ograniczenie w plecach jakieś mam, i mnie nie puszcza. Nie tak to sobie wszystko wyobrażałam, chyba za dużo chciałam. Ech, brakuje mi tej cholernej cierpliwości... Noga, za sprawą Granuflexu zagoiła się, to samo brzuch. Teraz mam tylko czerwone blizny, takie niezbyt ciekawe, może kiedyś znikną. 

Dzisiaj mi się łezka w oku zakręciła. Wychodzi na to, że naprawdę mnie tam lubili, taka moja druga rodzina. Każdy przyszedł się ze mną pożegnać, było dużo uścisków, i nawet łez z drugiej strony. Nie myślałam, że tak będzie, wydawało mi się, że ja, to tylko kolejny przypadek, kolejny numer zapisany w księdze. Człowiek potrafi się przyzwyczaić do drugiego. Powiedzieli , że zawsze na mnie łóżko czekać będzie..., mogę wracać, i powinnam dostać medal, za ogromną cierpliwość, i dzielne znoszenie  cierpienia, jakim mnie obdarowywali w najgorszych momentach. Jestem podobno wielkim człowiekiem...Tak dziwnie o sobie słuchać, bo nie wydaje mi się, żebym taką była. Po prostu, lubię pomagać, lubię się uśmiechać, lubię ludzi, którzy ofiarują mi kawałek siebie, którzy są otwarci, którzy nadają na podobnych falach do mnie. Nie znoszę udawania, sztuczności. Po prostu jestem taki fajnutki Papinek, jak to kiedyś powiedział mi doktor...

Powrót do domu = szara rzeczywistość.

środa, 10 lutego 2010


Z poniedziałku zrobiła się  środa... Finiszuję. Chciałabym skończyć to leczenie, poczuć ten smak codzienności,  takiej normalnej, a nie tej, którą zapewne będę mieć po wyjściu ze szpitala. Boję się tego wdrożenia, że znowu zatracę się w czymś niewłaściwym, a przecież wiele razy sobie mówiłam, że już tak nie chcę, że sobie na to nie pozwolę. Wymiękam, bo stanowczo za dużo myślę. Cieszę się, że w tym wszystkim, jednak nie jestem sama, że mogę na kimś polegać, że mogę się wygadać, i tej drugiej stronie ucho nie odpada, że chce mnie słuchać, i że potrafi zmienić moje myślenie, chociaż troszeczkę, ale jest to dobra droga, w utwierdzeniu mnie, że robię coś niewłaściwie,  i kiedy zaczynam się zastanawiać nad wypowiedzianymi słowami, to już jest coś. Trafić do mnie jest ciężko, bo z reguły było tak, że jednym uchem mi wpadało, a drugim wypadało. Zmienia się priorytet wtedy, kiedy czuje, że druga strona walczy razem ze mną, że to, co robi, nie wypływa z tej osoby, "bo wypada" tylko, "bo chce". I szanuję to bardzo, dlatego staram się robić wszystko, aby nikt się na mnie nie zawiódł. Oczywiście, jestem tylko człowiekiem, bywa, że się gubię,  brakuje mi cierpliwości, i szybko się poddaję, dlatego czasami trzeba mnie sprowadzić na ziemię po kilka razy... Dziękuję losowi, za to, że dał mi osoby, dzięki którym się zbieram, jest to dla mnie bezcenne. Niekoniecznie trzeba być namacalnym, aby wiele znaczyć dla drugiego... Nienamacalny W., pół namacalna Syrga - o  Was szczególnie mowa jest. To z Wami, mogę sobie porozmawiać na swój szczególny sposób, otworzyć się bardziej, niż przed innymi, jesteście "niezwyczajni", wiecie o tym? Nie wiem, jak się odwdzięczę za to, co dla mnie zrobiliście przez  cały ten czas mojego chorowania..., wdzięczność to zbyt małe słowo, na tak wielki gest w waszej strony, czasami wcale nie trzeba zrobić wiele,czasami trzeba tylko "być". Jakim mianem mam Was określić, nie wiem, w każdym razie...,  jesteście dla mnie ważni, dziękuję :*

Nie mogę zapomnieć też o tych "namacalnych", dzięki nim się najadłam tyle mandarynek, że "Ło Panie"... Czas nas uczy pokory, i pokazuje, co dla nas jest ważne, później  wyciągamy wnioski, i staramy się poprawić to, co zepsuliśmy. Jedno sprawia drugie. I to działa, muszą tylko chcieć  tego obie strony. Kisiole wredny, o tobie mówię, i pomimo tego, że niby tu nie wchodzisz, to wcale nie chce mi się w to wierzyć. Dziękuję Ci, za czasowe umilanie szpitalnego czasu, za donoszenie co u "Lali" piszczy, za frytki w wielkiej potrzebie, za "zepsucie" rolet...:P
Pani Lidio, Karolu, dziękuję też, piwka się jeszcze napijemy, jakiem Zuska!


Iva, Kala, Ruciński, nie daliście o sobie zapomnieć, dziękuję :)


Zabrzmiało to wszystko, jak jakieś pożegnanie. Pierwszy raz przeczytałam to, co napisałam ( z reguły tego nie robię), i łezka się w oku zakręciła... Kończę etap szpitalny, piątek będzie dla mnie wielkim dniem, jakże wyczekiwanym. A rany..., co ma być, to będzie, trzeba wrócić do codzienności, jakoś. Jeszcze pewnie nie raz komuś przeze mnie ręce opadną, ale mam nadzieję, że nie poniżej poziomu morza... Ja się będę starała, aby tak się nie stało, bardzo, bardzo. Papinki tak już mają , że się starają, ale im czasami nie wychodzi... Wiedzą jednak, że mają oparcie, i to im pomaga trwać na tym świecie :*

poniedziałek, 8 lutego 2010

Monotonią byłoby wieczne powtarzanie, jak ja nie lubię poniedziałku. Żadnego faktu tym nie zmienię, tak więc powtarzać już więcej nie zamierzam. Efektem wypicia w dniu wczorajszym trzech kaw, było straszne samopoczucie, samoczynne otwieranie oczu po zamknięciu, i wiele innych niewłaściwych czynników, których nie powinno być w momencie, kiedy człowiek układa się do snu o przyzwoitej porze. Dzisiaj wydaje mi się, jakbym popiła nie wiadomo jakiego napoju alkoholowego, mam za swoje...

Komisja ZUS-owska w sprawie przyznania zasiłku rehabilitacyjnego jest dzisiaj, głównej zainteresowanej, czyli mnie, nie będzie. Zwolnienie, oczywiście zostało dostarczone, teraz czekać, co postanowią. Nie wydaje mi się, żeby obyło się bez problemów, u mnie nic, nigdy tak nie przebiegało. Nie zdziwię się, jak odrzucą mój wniosek, przecież oni zawsze wiedzą lepiej, nawet nie widząc...

Z pola walki...
Hmm, jakby to powiedzieć. Skomplikowany przypadek jestem, i nie wszystko, co dla innych jasne i oczywiste, dla mojego organizmu będzie takim samym. Przeszczep stawia opory - niestety. Dolne części nie przyjęły się. Górne, i środkowe póki co, też nie, ale jeszcze nie rokują najgorzej. Wydobywa się też wydzielina, której nie powinno być, nie wiadomo czy jest na podłożu bakteryjnym, czy nie. Ogólnie, takiego  nigdy do tej pory  nie mieli, ale oczywiście przyszłam ja... Miejsce pobrania przeszczepu - to samo, u innych po założeniu Granuflexu zagoiło się w przeciągu kilku dniu, u mnie nadal ból tego miejsca, rana. Płytka, która poparzyła mi brzuch podczas operacji, normalnie może poparzyć człowieka, ale przy długim zabiegu, mój  aż taki nie był, a jednak brzuch z II stopniem oparzenia jest. Granulfex też nie za bardzo sobie radzi z leczeniem tego miejsca. W ogóle, sama zmiana opatrunków, to jest dla mnie jakaś masakra, trwa to wszystko ze 25 minut, trochę tych chorych miejsc teraz mam... Lekarz mi powiedział, że mój organizm jest delikatny. Jeżeli, np. mając 50 lat ( najpierw trzeba tyle dożyć), dostanę jakiegoś owrzodzenia na nodze, to na bank mi ją utną... Hmm, ciekawa perspektywa.., i w sumie na dzień dzisiejszy, wcale bym się nie zdziwiła...Wiem też, że pierwotne przesunięcie płatów skóry, które mieli w planach, ległoby w gruzach, i lekarze teraz dziękują Bogu, że jednak się nie skusili na ten rodzaj zabiegu..., a ja dziękuję tylko jednemu, bo to jego zasługa.

Nie wiem, co mam o tym wszystkim sobie już myśleć. W ogóle, wydawało mi się, że położenie przeszczepu skróci mi czas chorowania, a tu wcale tak nie jest. Jeszcze się to jakoś trzyma, ale szczerze wątpię, że to się przyjmie. Ileż tych dobrych myśli może być. Ileż tego pocieszania, że nie jest aż tak źle... Pacjent nie jest głupi, a już szczególnie taki, jak ja. Za dużo się tu naoglądałam, zbyt sprytna jestem, żeby  dać się wkręcić. Mam nadzieję, że na dniach wypiszą mnie do domu, teraz opatrunki będą zmieniać codziennie, taka konieczność. Pod koniec tygodnia się wszystko okaże. Weekend w domu, to by było coś..., nie ważne z jakim skutkiem, właściwie jest mi to obojętne. Już mi się nie chce walczyć, ode mnie nic tu nie zależy...

No, i jadu mam się pozbyć...

I niech pójdzie precz,  ten prześladujący mnie czarny humor...

I nie krakać mi tu, że co drugi dzień mam doły, wbrew pozorom tak nie jest, i to nie jest oszukiwanie samej siebie, to realizm...


niedziela, 7 lutego 2010

Sobota przeminęła. Odbiło się to na mnie bardzo, a to za sprawą nadmiaru odwiedzających. Tak, dobrze czytacie. Za dużo ludzi, potrafi zmęczyć człowieka, a jak jeszcze każdy przychodzi z mandarynkami, to już w ogóle klops. I to nie, że " nie lubię" tylko, że staram się ograniczać, bo "pożeram" je z nadmiarem, przypłacając to potem, bólem brzucha i straszną zgagą. Jestem od nich tak uzależniona, że potrafię je łączyć ze wszystkim, i ma to niekoniecznie dobre skutki końcowe..., ale to spostrzegawczy na pewno wiedzą, bo kwestia mandarynkowego pomieszania, żołądkowego, była na blogu przerabiana. Jeden, na pewno wie, bo on chyba wie wszystko ;* W każdym razie, część mandarynek została rozdana, drugą część zjedli goście, a ja skromnie, coby znać umiar, dziabnęłam parę ze statku... Zresztą, w szpitalu tak się przyjęło, że kto przychodzi w odwiedziny,  przynosi jakieś łakocie. Z reguły są to owoce, i słodycze. Na nic słowa, że nie potrzeba, oni i tak swoje..., a przecież w szpitalu wcale  nie ma  się smaku na takie "dobrocie", i to wszystko, albo się marnuje, albo się rozdaje, albo się wyrzuca, bo zdąży zgnić. Witaminki trza jeść, zapewne powiecie, ale prawda jest taka, że mandarynki w poprawieniu wyników wcale nie pomagają, i trza mi się odnałogować od nałogu ;)

Niedziela, prawie niczym nie różni się od soboty, prócz tego, że dopiero znajduje się tu odwiedzających, ale na szczęście, nie u mnie. Ja mam reżim, w sensie katar, kaszel, chrząkanie - precz! Ze względu na obniżoną moją odporność, i dużą ranę, nie mają do mnie wstępu takie osoby, doktor wydał prikaz...,oczywiście pomijam fakt, że on sam, taki właśnie kaszląco-chrząkająco-zakatarzony na porannej wizycie był, kiedy oznajmiał, co następuje w dniu dzisiejszym..., same absurdy na tym oddziale normalnie, ale ja się nie buntuję..., ja jestem grzeczna, a kto nie wierzy, niech uwierzy, Papinki to wzorowe pacjenty są ;) 

W., banany też lubię ;), ale bardziej liczyłam na ten obiad, bo tutaj dzisiaj było licho, i jak szybko przyszło, tak szybko poszło, stare ziemniaki, mięsko po trzecim życiu...itede... ;) Moje filozofowanie czasami jest dziwne, więc zrozumienie tego trochę kosztuje. Hmmm, ale jak się mnie nazwało filozofką, to teraz trza myśleć, co ta filozofka ciekawego wymyśliła, i ewentualnie sprowadzić ją na ziemię, wszak wiadomo, że ona czasami bywa nieodpowiedzialna, i jeszcze parę innych słów można by tu wpisać... ;) Nie każdy potrafi zrozumieć mój skomplikowany przypadek, czytać między tym, co napisane, i słuchać tego wypowiedzianego... , a poza tym, trzeba ćwiczyć umysł ;) Cieszy mnie też to, że dzięki mnie, się uśmiechniesz, bo dawać komuś radość, to jest to, co Papinki lubią najbardziej. Personalnie się odniosłam troszeczkę, ale mogę, bo to mój blog. Howgh! Tylko  nie obrastaj mi tu w piórka, bo jeszcze odfruniesz, i kto będzie ten śnieg odśnieżał, no kto?

Trzecią kawę dzisiaj piję, i normalnie nic się lepiej nie czuję, jakiś parszywy dzień ze stanem podgorączkowym...

A mój brat znowu na nartach..., i o tym fakcie poinformowała mnie Amelka... "Tatuś nalty, nie z Amelką..." Chlipnę sobie dla zasady, chociaż wiem, że w tym roku nie zaznam przyjemności stokowo-wyciągowych...

sobota, 6 lutego 2010

Aj! Jak ja nie lubię. Nie wiem czego, ale nie lubię - to słowo zbyt często występuje w moim słowniku potocznym. Nie lubię, i już! Przemęczenie organizmu trwa. Na oddziale ponury tydzień, albo złe wiadomości, albo śmierć. Dzisiaj odeszła kolejna osoba... Przez cały mój pobyt, zmarło 9 osób. Dużo to, kurna, i najgorsze, że z większością z nich wcześniej rozmawiałam. Wierzyli, że będzie lepiej, chcieli żyć. Nie udało się. Pozostały mi tylko numery telefonów, do rodzin tychże ludzi, bo że tak powiem, byłam punktem informującym...siostra miłosierdzia...

Tak to już chyba musi być, że nastaje początek, a później przychodzi koniec,czasami zupełnie nieoczekiwanie. Wtedy też pogłębia się nasze myślenie o życiu, o tym, jak kiedyś my zakończymy ten swój żywot, czy będziemy wtedy zupełnie samotni, czy będzie ktoś obok nas...Kiedy jesteśmy w pełni sił, nie zastanawiamy się nad szczegółami, nie dbamy o to, co będzie, i czy będzie. Zajmujemy się sprawami, które na dłuższą metę nie mają żadnego znaczenia. Obchodzą nas rzeczy, które tak naprawdę wcale nie są ważne, i nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Nagle, ktoś wylewa na nas kubeł zimnej wody, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że jak sobie tego życia jakoś nie zorganizujemy, to czeka nas to, czego byłam świadkiem  w szpitalu..., umieranie w samotności..., i pomimo tego wszystkiego o czym tu piszę, nadal nie mam pomysłu na to swoje życie. Nie umiem go sobie zorganizować, nie mam nawet sił podjąć starań. 

Nigdy nie pragnęłam więcej, aniżeli sama mogę dać, dlatego cenię sobie bardzo te najmniejsze przejawy sympatii. Wielką przyjemnością dla mnie jest otrzymanie sms, z porannym: dzień dobry, to tak niewiele, a jednak tak dużo. I wyzywanie mnie od maniaczek sprawia mi radość , i wszelkie inne nazewnictwa też ;) Muchomor nie zawsze musi być zły, trujący - niech pamięta, chociaż z założenia takowy być powinien, albo koniec muchomorowania... ;)

Uciekam..., goście nadchodzą, oby tylko nie mieli mandarynek...

piątek, 5 lutego 2010

Jestem, w nie najlepszej kondycji psychicznej, ale tak już chyba musi u mnie być. Przeszczep przeżyłam, nie było żadnych niespodzianek, aczkolwiek znowu wróciłam z poparzonym brzuchem, tym razem po drugiej stronie. Oparzenie II stopnia...

Czas leci, i czasami nie zdajemy sobie sprawy, ile może nas kosztować to życie, i jak czasami możemy je zakończyć. Kiedy przyszłam do szpitala ( 30 listopada), była wśród chorych niejaka Jola*, która leżała na oddziale 3 tygodnie. Powodem była duża rana na śródstopiu, która nijak nie chciała się goić. Lekarze walczyli o nią, i udało się, położyli później przeszczep - przyjął się. Było dużo śmiechu, pomimo wielu problemów, była to fajna dziewczyna, z którą utrzymywałam kontakt, która odwiedzała mnie po wyjściu na oddziale, która czasami pozwalała zapomnieć o tym bólu. 31 grudnia, wtedy to po raz ostatni odezwała się. Złożyłyśmy sobie życzenia, miała wpaść w tygodniu, kiedy będzie do kontroli. Nie przyszła. Zadzwoniłam do niej - nie odebrała. Wysłałam sms - nic. Zostawiłam wiadomość na NK - bez odzewu. Zaczęłam się martwić. Po tygodniu pomyślałam, że może wyjechała gdzieś, ale spokoju mi nie dawało to, że po przeszczepie trzeba długo na kontrole chodzić, i ona nie mogła ot tak sobie olać leczenia. Po czasie dowiedziałam się od sióstr, że Jola* miała problemy z alkoholem, że odebrano jej dzieci, że załamało ją to całkowicie, że straciła swój sens. Znowu zaczęłam dzwonić, telefon był głuchy... Wtedy to Jola, wpadła w rytm picia..Minął miesiąc...W piątek mój doktor, robił jej sekcję zwłok, zapiła się na śmierć... Znaleźli ją w domu. Przez cztery dni ciepło zrobiło swoje, lekarz podczas sekcji by jej nie poznał, gdyby nie przeszczep na nodze...Zabiło mnie to, nie mogę w to uwierzyć. Cały czas mam ją przed oczami. Zabrano jej wszystko, ona sama miała nałóg..., ale czemu nikt nie próbował jej pomóc, czemu mi nie powiedziała... Dzieliłam z nią pokój, pomagała mi, a ja nie mogłam pomóc jej... Kolejne istnienie przeminęło... Jaki sens jest walczyć o cokolwiek, jaki...

poniedziałek, 1 lutego 2010

2 miesiące w szpitalu. Długi to czas -  kiedyś niewyobrażalny, a tu jednak okazuje się, że można tyle wytrzymać. Dałam radę, mimo lepszych i gorszych dni - zawdzięczam to również paru osóbkom, bez których na pewno byłoby gorzej. Dobrze jest mieć przy sobie takie  bratnie dusze, które milczą, kiedy trzeba, i mówią, kiedy trzeba, tak niewiele, a jednak tak dużo...

Jutro wielki dzień, ostatnia operacja, przed całkowitym wyzdrowieniem. Boję się, ale to chyba normalne, żeby tylko morfologia wyszła dobrze, bo ostatnio to jakoś tak nijak, nic mi nie smakuje, mało zjadam, mało wypijam, wszystko mało. Najgorsze, że człowiek chciałby jeść, a tu się nie da.Taka jakaś dziwna zależność, i ma tu ją większość pacjentów. Chciałoby się rzec,  "w domu nabiorę sił", ale się nie rzeknie, bo prawda jest inna. Rana wygląda ładnie. Podczas przeszczepu będą ją musieli pogłębić, ale mnie to chyba różnicy nie zrobi, byle nie było takich blizn, byle bym mogła się schylać, siadać bez problemu, i co najważniejsze - opierać się! Marzeniem pozostaje położenie się na plecach... Ból w końcu też przejść musi, bo ileż można. Taka już jestem tym wszystkim zmęczona, że sobie nawet nie wyobrażacie. Trudno mi nawet o tym pisać, najciężej zawsze pod koniec, walczę, ale w sumie, bez przekonania. Dlaczego? Powrotu do normalności się boję. Ogarnia mnie lęk przed tym wszystkim, nie wiem, co mam robić, żeby zmienić swoje życie, rzucić pracą jest łatwo, ale znaleźć coś  w zamian, to jest sztuka. Zmienić miejsce zamieszkania, pójść, i zacząć żyć na własny rachunek, mieć spokój w domu, nie być od nikogo zależną, jednym słowem: mieć w nosie kłopoty rodzinne, i wieczne obarczanie. Jeżeli tego nie zmienię, to nie będę mogła walczyć o siebie, a to już chyba najwyższy czas, bo ani się obejrzę, i życie przeleci mi między palcami, a nic mnie w nim dobrego nie spotka. Sami sobie wyznaczamy tę naszą drogę, i tylko od nas zależy, jak to przeżyjemy. Tylko czasami ciężko jest podjąć ten pierwszy krok, bo może się to wiązać z poważnymi konsekwencjami...

Trzymajcie za mnie kciuki. Znowu znikam... Bywajcie...