jedynie śnić przyszliśmy,
nie jest prawdą, że przyszliśmy na ziemię, żeby żyć.
W trawę wiosenną przyszliśmy się zamienić.
Udaje się zazielenić naszym sercom,
udaje się im rozchylić płatki;
kwiatem jest nasze ciało,
daje kilka kwiatów i schnie.
Siedzę i płodzę. Nie, nie dzieci, byłoby to z lekka nierealne, i dziwne. Wpis płodzę. Taki sobotni, postno – imprezowy - jednak. Akurat mi się wyszło ze szpitala dwa dni, przed imieninami taty, i chcąc nie chcąc, musiałam uczestniczyć w posiedzeniu rodzinnym, o ile rodziną można nazwać familię bratowej, która formalnie bratową nie jest – ot paradoks. Nie lubię takich imprez, nie podoba mi się wieczne nadużywanie alkoholu. Ja owszem, jestem osobą pijącą, ale wszystko w granicach przyzwoitości, a u moich, często jest tak, że ta granica następuje, ale oni umiaru nie widzą, i odbija się to na mnie, bo za bardzo to przeżywam, bo martwię się o ich zdrowie, o to, że coś może się stać. Włączają się lęki, z którymi sobie nie mogę poradzić. Nie chcę ich mieć, ale są, i nie da się nawet z nimi walczyć. Boję się konsekwencji czynów, ale nikt się ze mną nie liczy. Mój Czuwaczek zawsze mi powtarza, że za bardzo się przejmuję, i myślę o innych, zapominając o sobie, jako o osobie, która też, aby żyć, musi być zdrowa, bo kiedy już zdrowie szwankuje, to wszystko leci po kolei w dół, a jak już przestaje zależeć, to koniec jest bliski. Tylko, że nie potrafię tak sobie nie przybierać do serca, i za każdym razem boli mnie to ich picie, jakby życie bez tego nie miało prawa istnieć. Nigdy nie lubiłam wódki, wiadomo, że się ją piło, ale potem…? Ogólne samopoczucie do bani, wodogłowie mózgowe, świat wiruje, i nie jest to pozytywne. Uraz mi został, jak się za czasów młodości, popijało w/w trunek jogurtem… Było się takim głupim niestety, ale to dobrze, bo przynajmniej teraz tym się nie truję, bo do dzisiaj pamiętam konsekwencje, jakie miałam po zmieszaniu tych dwóch rzeczy. Spałam później w szafie, ale cóż, organizm sam chciał się tam schować, tam było pewnie bezpieczniej, i nikt nie zmuszał do picia. Zresztą, każdy z Was pewnie jeździł na wycieczki klasowe, to spanie w szafie, nie powinno być dla Was dziwne, pojedyncze przypadki tak mają;)
Późna pora, a tu jakoś spanie nie chce przyjść. Może policzę barany, albo owce – taką nowość sobie wprowadzę, a co. Taki rzut normalności sprawia, że nie mogę sobie poradzić, że nie ogarniam tego wszystkiego, że fizycznie też nie wydalam. Muszę się wdrożyć, bo jak widać, nikt się tu nie liczy z tym, że ja jeszcze trochę boju stoczyć muszę, aby być zdrową, aby móc tak naprawdę cieszyć się wiosną, i jej urokami, które za chwile przyjdą. Wsiąść na rower, założyć kask, i pomknąć przed siebie, po ścieżkach, po nierównościach, w tle widząc górskie szczyty, które mienią się pod naporem słońca…, a może ja po prostu za dużo od życia wymagam?
Czy jestem zdołowana? Nie. Po prostu, takie myśli mnie znowu ogarnęły, a że jedno powoduje drugie, i zaczyna mnie przerażać, to wylewam to w ten swój skromny, mały blogowy świat, lepiej tak, bo przynajmniej jakaś część mnie poczuje chwilową ulgę. Właściwie nie wiem, czemu ta ulga przychodzi, ale przychodzi, a jak przychodzi, to przecież nie będę jej wyganiać.
Dziękuję, że zostawiacie po sobie ślad, Bóg Wam w dzieciach? Wynagrodzi;)
Update:
A Justyna wywalczyła złoto w biegu na 30 km, i to jedyna dobra rzecz, jaka mnie spotkała w dniu dzisiejszym...
Opuściłam szpitalne włości. Ucieszona ma paszcza, bo o niczym innym nie marzyłam. Obiecywali dwa dni pobytu, a zrobił się tydzień. Nikt z nich nie był nastawiony optymistycznie. Na porannej wizycie usłyszałam, że pewnie za niedługo znowu przyjdę, kazałam ordynatorowi wypluć te słowa, chociaż sama nie jestem pewna tego, co będzie. Poprzednim razem cieszyłam się bardzo, zatraciłam się nawet w tym wszystkim, zapominając, że przecież zawsze może pójść coś nie tak. I poszło, dlatego teraz, nie mówię nic. Dietetyk postanowił za mną tęsknić – no, zawsze to jakaś nowość jest, tym bardziej, że głównie byłam zarazą oddziałową, którą się lubiło, bo nie miało się innego wyjścia. Zawiązałam z nimi specjalną nić, której nijak nie mogę przeciąć. Naprawdę, czułam się tam, jak w drugim domu, nie wiem, czemu nie mogę polubić „być”, kiedy muszę tam przebywać. Te poranne gilgotania po stópkach, które nie posiadają łaskotek, ale które potrafią mnie obudzić, jako że w ostatnim czasie mam duży problem z wstaniem, te szepty do ucha podczas wizyty, które mają mnie rozśmieszyć, i rozśmieszają, sprawiając, że cieszą wszyscy wizytujący. Ech, rodzino, żegnam Was, do niedzieli na pewno, później muszę się pojawić na opatrunku.
Czuć tę wiosnę, moje nozdrza po wyjściu ze szpitala, od razu zawołały o papierosa, tak na świeżym powietrzu, tak w cieple, wśród śpiewu ptaków ( poniosło mnie troszkę;)), WRÓĆ! Tak w cieple, wśród pędzących na sygnale karetek… Mój ostatni papieros, którego tak twardo od wczoraj trzymałam z postanowieniem, że nie zapalę, dopiero po opuszczeniu oddziału, kiedy to przekroczę próg wyjściowych drzwi, które ograniczały moją wolność, i dumnie wyciągnę cienkiego, pachnącego sosną, zatruwacza powietrza. Mój najbardziej smakowity, She! Mój ci on! Mój najlepszy na świecie papieros, został odpalony filtrem, i nici z przyjemności na świeżym powietrzu!
Nie wiem też, jakim sposobem wyniosłam ze sobą dwie zapchane reklamówki, pełny plecak, i obładowaną, tasię – dla niewatejmniczonych, torba zakładana przez ramię, przecież wcale tylu rzeczy nie brałam ze sobą. Jeszcze laptop, ale on nigdy mi ciążył nie będzie.
Powrót do domu, jak dobrze, och, ach, ech… Przywitała mnie Amelia, i nawet na buziaka zasłużyłam. Potem padło pytanie: „Aga, cio, maś dla Amelki…?” Jako, że nie miałam nic, to małą ucieszyła pusta paczka po papierosach. Grunt, żeby coś ofiarować, a bąkowi to i tak różnicy nie robi, ona lubuje się w otwieraniu, i zamykaniu ( i już wiem, czemu dostałam buzi).
Kąpać się nadal nie mogę, i bardzo nad tym ubolewam. Wiem, że są tu tacy, którzy doświadczyli nie używania wody przez czas jakiś, ale z obawy przed wymierzeniem niesprawiedliwej kary, Nickami operować nie będę, dlatego zapytam oficjalnie: Nie wiecie, po jakim czasie brud sam odpada? I to nie jest pytanie z natury podchwytliwe, ani żadne takie: uderzy w stół, a …?
W poniedziałek czeka mnie komisja lekarska… Ciekawe, co „mądre” głowy orzekną…?
Rana boli, i to nawet tak dosyć. Jeszcze się nie może zamknąć, dlatego mam tam wkładane nasączone miksturami gaziki, nie wyobrażajcie sobie nawet, jakie to jest uczucie, lepiej sobie nie psuć dnia.
A teraz, udaję się ratować bezdomne koty. Au Revoir!
Jak powszechnie wiadomo, nie zawsze bywam odpowiedzialna. Czasami, nie zdaję sobie sprawy z pewnych rzeczy, które mogą być konsekwencją różnych czynów. Wczoraj, o godzinie 20:00 wypiłam kawę. Niewątpliwie, był to feler, którego nie powinnam była wykonać, komentować tego nie trzeba, ja sama siebie przeklęłam, ale wiecie, jak się człowiekowi włączy zachciewajka,to nic na to nie może poradzić. Do tego czynu dodatkowo zmotywowała mnie pewna pani, która cały wieczór "uprzyjemniała" nam czas zwracaniem wszystkiego, co wrzuciła do gardła. Trwało to także w nocy, a więc ten sen dzisiaj był chwilowy, a budzenie się bardzo denerwujące. Po jakimś czasie, zaczęło się... Zzzz, Zzzz... Morfeusz zaczął mnie dopadać. Mięśnie stawały się coraz bardziej rozluźnione - raz, dwa, raz, dwa..., pierwsza faza rozpoczęta... Nagle - huk, a ja, znalazłam się w miejscu, w którym na pewno nie chciałam być. Las, góry, ścieżka, dookoła zupełnie nic, null, zero. Ruszyłam przed siebie, nie wiedząc, dokąd idę. Ciężko mi się szło, byłam jakaś taka duża. Nie mogłam się zobaczyć, widziałam tylko ręce, a w nich coś, co ciążyło mi najbardziej. Dziwnym trafem, nie mogłam tego wyrzucić, jakby mi ktoś przymocował ową rzecz na stałe. W miarę pokonywania kolejnych metrów, byłam coraz bardziej zmęczona. Szpitalna anemia zasnęła razem ze mną, więc trwała też podczas snu. Szłam ja, i ona. Ramię w ramię, taka moja towarzyszka życia. Nagle, coś mi zaszeptało do ucha: rogatka-tunel-wieża-brama... Że co? Kim jesteś, i o co Ci chodzi - zapytałam siebie w myślach. Cisza, nic nie odpowiedziało. Chciałam się zatrzymać, zawrócić, ale niestety, nie mogłam tego zrobić. Anemia, wtórowała mi dzielnie, chociaż była dla mnie strasznie uciążliwa. Pokonując kolejne wzniesienie, moje oczy zobaczyły domek, kilka murków..., w tle rozmawiali jacyś goście, ale nijak nie mogłam pojąć ich języka, pomyślałam - podbiegnę bliżej -, ale im szybciej chciałam to zrobić, tym bardziej moje nogi nie chciały oderwać się od podłoża... Z bólem dotarłam za murek i przycupnęłam. Słyszałam tylko swój oddech - bałam się... Ktoś mną musiał sterować, bo mimo woli - podskoczyłam..., wtedy to usłyszałam: Intruzer! Niewiele myśląc, nacisnęłam spust, który o dziwo miałam pod palcem. Strzeliło..., jeden, drugi, trzeci... Słychać było, jak umierają... Aaaa,ja zabiłam ludzi! Podeszłam do nich bliżej, zdając sobie sprawę, co za misję mam tutaj do wykonania... Nagle słyszę: "ratunku","ratunku"..., otwieram oczy..., widzę szpitalną salę... Wróciłam. Może to i lepiej, bo dalej byłoby jeszcze gorzej... To jest tak, jak się zacznie z Wolfensteinem.... W., łobuzie Ty jeden, niedobry, Ty wiesz co... :D