Niestety, nie tak to miało wyglądać, ale zakończyło się tak, a nie inaczej. Ropień zaskoczył nie tylko lekarzy, ale i mnie samą, niby widziałam czerwony znak, ale umysł już tak sprawnie działa, że potrafi wmówić sobie, że to nic takiego, że to uczulenie, jakby włączał się mu mechanizm obronny przed tym, co może go czekać, przed powtórką z "rozrywki". Wczorajszy dzień, minął mi bardzo szybko. Na izbie przyjęć, podczas kwalifikowania na oddział, lekarz powiedział, że w moim przypadku, trzeba już niestety dmuchać na zimne, i dlatego muszę zostać, muszę mieć to nacinane i czyszczone. Jak każdemu, tak i jemu tłumaczyłam, że mnie nic nie boli, że może to samo, ble, ble ble..., na co on odpowiedział, że teraz nie boli, ale jak natną i wyczyszczą to zacznie... Zagiął mnie, i kłapaczkę tym sposobem zamknął (... bo, że nie kłamie, to wiedziałam).
O godzinie 10:00 znalazłam się na czwartym piętrze, przywitano mnie, jak domownika..., szkoda tylko, że ja nie czułam się podobnie. Pierwszy kłopot nastał, kiedy usiłowali pobrać krew, i wkłuć wenflon. Leciało bluźnierstw, oj leciało, 5 wenflonów szlag trafił też..., nie moja wina, że takie żyły zjechane mam...( komentarze do tego: "Papinia, z Ciebie to nawet kiepski narkoman by był" - nie wiem, czy to był komplement?),w końcu za 6 udało się, ale trza się z tym obchodzić, jak z jajkiem, bo nie zna się ani dnia, ani godziny, kiedy to "ćóś" przestanie działać - dlatego jeszcze mam zabandażowaną rękę... Następnie, dopadł mnie doktor, u którego leczę się w poradni, i od razu powiedział, że tym razem podczas wyjścia dostanę kopa, którego wymierza się ludziom, aby im się darzyło, i aby nie wracali... Zapytałam tylko, czy od wszystkich, bo przecież jak mnie tak skopie 11 lekarzy, 2 salowe, 5 sióstr, dietetyk, to ja z czwartego na pierwsze piętro, czyli na oddziale ortopedii się znajdę... Dostałam pojemniczek na mocz też..., wiadomo w jakim celu, a że pęcherz mój pusty był, to kubeczek powędrował do szafeczki, chociaż tata się ofiarował, że może nasikać za mnie ;) Tyle było z przyjemności. O 12, wzięli mnie na blok operacyjny. Kolejne rodzinne przywitania, bo ja tam już znam wszystkie instrumentariuszki i anestezjologów. Krótki wywiadzik, i poszło, a miałam takie postanowienie, że nie usnę, ale pojawiła się ciemność., i moje postanowienie szlag trafił ..! ...! ...! ...! Dalszych etapów nie pamiętam, ale wiem, że rozmawiałam z W., przez którego do dziś bolą mnie mięśnie brzucha ( ja Ci dam gadżeciarę ;-] ) Ból miejsca operowanego nastał wieczorem, i tak sobie trwa, aczkolwiek <- W., hihihi, nie daję tego po sobie poznać. W skali bólowej od 1-10, mój ból oceniam na 5, więc nie jest źle.
Opatrunek dzisiejszy też zapamiętam, nienawidzę wyjmowania setonów z rany, i zakładania nowych. Powtarza się to, z czym musiałam walczyć ok. 2 miesięcy. Nie jest to przyjemne, zawsze tego boję się najbardziej, wychodzę potem ubeczana, upocona, umorusana, i jeszcze parę słów na "u" można sobie dodać (wybór pozostawiam Wam).
Przepustkę mam do jutra. O 11 mam być na opatrunku, a potem..., cóż..., mam nadzieję, że dostanę kolejną przepustkę - do poniedziałku, z początkiem tygodnia pewnie mnie puszczą. Poza nową dziurką w plecach, czuję się dobrze, przyczyny muszę szukać gdzie indziej, a w szpitalu jestem niestety ograniczona. Ta bezsilność mnie przeraża, bo ja już nie chcę chorować, chcę być zdrowa, nie chcę wiecznie szwendać się po lekarzach. Tak się cieszyłam, zapomniałam, że istnieje coś takiego, jak ropień, tyle przeszłam, i znowu odwróciło się to przeciwko mnie..., to już nie jest śmieszne, i naprawdę się tym martwię. W każdej wolnej chwili myślę, zatracam się, wyłączam. Kalkuluję, co zrobić, i przede wszystkim, jak to zrobić, żeby było dobrze. Wiele razy pisaliście mi "bądź dobrej myśli" - za każdym razem się starałam, ale jak widać, nic to nie daje. Myśli nie pomogą, kiedy organizm uparty, i chce się po swojemu prowadzić...
Myślisz, że potrafisz odróżnić, raj od piekła, niebo od bólu? Czy odróżnisz zielone łąki,
od zimnych stalowych szyn...?Uśmiech od maski? Myślisz, że odróżnisz...?
od zimnych stalowych szyn...?Uśmiech od maski? Myślisz, że odróżnisz...?
Nie jest łatwo zachować dobry nastrój w takich sytuacjach. Ludzie... Ludzie często sami nie wiedzą co mają powiedzieć, ale najgorsze to milczeć, choć wspólne, refleksyjne milczenie bywa też przydatne. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńOczywiście,że nie jeteś gadżeciarą;).Ty po prostu tylko lubisz nowinki techniczne:P.Co do wczorajszej rozmowy to żałuję,że nie nagrałem;).Poza tym,że odpływałaś to wątki i myśli galopowały niczym rumak;).Taka narkoza to niczym serum prawdy,choć bez obaw neutralne tematy były;)...a może nie ;)?.Ech Ty Papinku przemiły z Twoim uporem pokonasz to paskudztwo i kolejna misja będzie za Tobą;).
OdpowiedzUsuńKolejny ropień - chciałeś chyba powiedzieć ;) Taki czarny humor mam nadal ;)W., cicho, nie lubię nowinek, one mi same do rąk wpadają, a jak nie wiem, jak to się dzieje ;)
OdpowiedzUsuńPamiętam dwa momenty rozmowy, a telefon pokazał, że gadaliśmy 50 minut, o żesz, to trochę mi się faktycznie urwało. Jakie tematy by nie były, to było na pewno miło :D Z Tobą się tak właśnie rozmawia, więc się nie obawiam o nic :) Dobrze, że mam doładowującego Muchomora, kiedy kończą mi się baterię, i zaczynam robić nieodpowiednie rzeczy, to się bardzo ceni :*
Zimbabwe, Ci powiem, że można o tym zapomnieć, chociaż na chwilę, a to już bardzo dużo jest. Samemu się nie da, ale jak się czuje, że się nie jest samym w tej walce, to wtedy wszystko idzie jakoś łatwiej :)
A teraz opuszczam internetowy świat..., nie wzięłam pod uwagę, że zastrzyk przeciwbólowy w końcu przestanie działać...:( Idę się położyć...
Oj tak, samemu jest najgorzej :(
OdpowiedzUsuńWiem z doświadczenia jak dużo nieraz potrafi dać wsparcie nawet zupełnie obcej osoby. Pozdrawiam :)