niedziela, 31 października 2010

Mama jest chora mówi, że nie może wstać. Mój młodszy brat robi się głodny. Muszę pójść do wioski i prosić o jedzenie. Pomożesz mi?
- Pewnie Connie, pomogę Ci.
- Zawsze czuję się dobrze, kiedy jesteś ze mną...
- Jesteś moją przyjaciółką Connie.
- Czy zawsze będziesz, nawet wtedy, kiedy dorosnę..., będziesz?
- Przysięgam z całego serca.

czwartek, 28 października 2010

Ile mogą znaczyć i jak bardzo potrafią do nas dotrzeć słowa? Słowa, zarówno te, usłyszane, czy też przeczytane, jak i te, które tkwią gdzieś w środku nas i nigdy nie ujrzą światła dziennego. Czy są w stanie zdziałać cuda sprawić, że znowu spojrzymy na wszystko inaczej, z nowymi pokładami energii? Ona sama jest przecież bardzo potrzebna, aby przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Wiara też, bo ona jest częścią sukcesu, a jak wiara, to i psychika, bo to od niej podobno wszystko się zaczyna. Łańcuch, dzięki któremu można osiągnąć sukces... słowa+psychika+wiara= SUKCES? Mam nadzieję, że tak! A słowa, ile one są warte? Ano tyle, ile osoba, która je wypowiada, czy też pisze.

Kolejna wizyta zaliczona. Pierwsze zdziwienie, a co za tym idzie, opadnięcie szczęki, wystąpiło u mnie, kiedy przekroczyłam mury szpitalne i udałam się na pierwsze piętro, gdzie to mieszczą się poradnie przyszpitalne. Dotychczas wszystko zawalone przez chorych pacjentów, dzisiaj świeciło pustkami... Raptem dwie osoby do mojego miłego rzeźnika były. Toż to szok panie starszy! Grzecznie poczekałam, przecież nie będę się wpychać, ja cierpliwa jestem. Kiedy nadeszła moja kolej - poczłapałam do gabinetu. Rana od kilku dni daje się porządnie we znaki. Dochtór mnie "pomacał" po okolicach lędźwiowo-pośladkowych i orzekł, że może się tworzyć nowy naciek zapalny, trzeba obserwować, miejsca nad wyraz bolesne są szczególnie zagrożone, bo występuje twardość tkanki. Może się tam tworzyć zapalenie, które obrodzi w nową przetokę. Oby nie. Za tydzień czeka mnie pobieranie posiewu, który pokaże mi, na co wrażliwy ten mój gronkowiec złocisty jest i kolejna poracja antybiotyków mnie czeka. Potrzeba czasu i cierpliwości, aż to się wszystko zacznie goić. Nie jest dobrze, ale też nie umieram - póki co. Chociaż nie powiem, żebym czasami nie miała myśli, że lepiej by mi było, jakby mnie nie było. Mniej problemów, mniej cierpienia i bólu... Egoistycznie zapędy mi się włączyły - wiem, ale uwierzcie, że czasami można sobie powiedzieć dość, nie dam już rady, nie chcę już tak żyć i żadne szczęśliwe momenty nie są w stanie nam pomóc. Nie wiem, dlaczego tak jest, może dlatego, że na dłuższą metę i tak wracamy do punktu wyjścia, w którym to musimy zmierzyć się z tym, co w nas tkwi? Hmm.

ZUS nadal bez odzewu.

Dzisiaj spotkałam koleżankę, dziewczynę która wie, co to znaczy życie. Urodzona z porażeniem mózgowym, które opóźniło ją w rozwoju. Całe życie wyśmiewana przez innych, skazana na samotność wśród ludzi. Własna matka i siostra się jej wstydzą, siostra która jest psychoterapeutką! Dziewczyna, o której tu piszę, w życiu wiele razy zboczyła z odpowiedniej drogi. Był butapren, rozpuszczalniki, wina... Pierwsze dziecko urodziła chore, zrzekła się go, dla jego dobra. Poszła na odwyk. Wyszła z tego gówna, bo chciała wyjść, bo wiedziała, że ćpając i pijąc, życia sobie nie polepszy. Poznała faceta. Pojawiła się ciąża. Po porodzie, przez jakiś czas było dobrze. Synek jej rósł, opiekowała się nim najlepiej, jak umiała - dziecko zawsze było czyste, najedzone, uśmiechnięte. Babcia dziecka, nie chciała małego, ani mojej koleżanki widzieć. Nie godziła się z tym, że ojciec dziecka jest z jej córką. Po pewnym czasie osiągnęła co chciała, ojciec dziecka zostawił ich... Matka mówiła, ze sobie nie poradzi, że nie utrzyma mieszkania, nie będzie ją stać! Po raz kolejny udowodniła, jak bardzo jej mama się myli. Poszła, gdzie trzeba, załatwiła i węgiel, i środki z darów. Synek rósł, szybko zaczął mówić, z sadzaniem na nocnik nie było problemów. Potem przedszkole, a wraz z nim choroby. Wiele razy dawałam jej na jedzenie, bo leki, które musiała kupować dla małego powodowały, że nie starczało jej na życie - mamy jej nie było! Wyznawała zasadę: Twoje dziecko, twój problem! FUCK!!!
Przez tyle lat wszystko było dobrze, aż dzisiaj dowiedziałam się, że małego jej odebrali, że stwierdzili niezaradność matki. No, ja się pytam - jak to!!! Gdzie byli przez 5 lat, gdzie byli, jak chłopczyk potrzebował pomocy, no gdzie? Rozłączyli ich teraz tylko dlatego, że matka opóźniona w rozwoju i nie będzie potrafiła zapewnić dziecku należytej opieki, jak mały pójdzie do szkoły? Czy, że choruje często? Brudny nigdy nie chodził! Najedzony zawsze był! Kochał swoją mamę - byłam świadkiem, jak bardzo! Odebrali jej go z rąk - wyrwali. Jeszcze kazali nie wydziwiać, nie histeryzować! Dla mnie to nie są ludzie, nie mają w sobie za grosz wrażliwości. Nie liczy się to, że mały płakał, że kocha mamę, że nie chce iść, że tu mu dobrze. To dla jego dobra - podobno. Może i tak, ale nie można matce zabronić spotykania się z dzieckiem, nie można ograniczyć kontaktu, to zabiją ją i jego! Koleżanka walczy o niego, odwiedza codziennie i obiecuje..., że będą razem. Płakać się chce, bo serce rozdarte, jakie rozwiązanie byłoby dla nich najlepsze :(



środa, 27 października 2010

Dobrze, że człowiek posiada instynkt samozachowawczy. Mój, kazał mi wczoraj posprzątać mieszkanie, a że ja zawsze przykładam się do tego, co robię to trochę mi zeszło i przez kilka godzin wszystko błyszczało, a już szczególnie mój pokój, gdyż to w nim spędzam najwięcej czasu... Dlaczego tylko kilka godzin? Moja czworonożka, straszliwie się leni, gubi kudły na potęgę, dlatego dzisiaj pokój wygląda, jakby wcale sprzątane w nim nie było. Syzyfowe prace zatem dzieją się, ale dzisiaj nie sprzątam. Instynkt samozachowawczy kazał odpocząć. Się zastosuję.

Mam nadzieję, że dzień dzisiejszy spędzę w spokoju, bez wizyty małej A., chociaż kto wie, czy nie nawiedzi mnie po południu, trochę rzeczy w nocy podziało się w związku z czym, może być u nas w ramach odpoczynku jej mamusi. Ona to wylądowała w szpitalu. Powód? Omdlenie. Robią jej teraz wszystkie badania, na pewno wyjdzie z murów szpitalnych, ale zapewne odpocząć będzie chciała...Cóż. Z mojego wnioskowania wychodzi, że pewnie biedaczka nabawiła się anemii, bo wiecznie się odchudza i praktycznie nie dostarcza witamin organizmowi. Weekendy to alkohol, więc wypłukała się ze wszystkiego, co posiada. Nie ma to, jak efekt pustych kalorii. Konsekwencje to niewygodne łóżko, wenflon, płyn wieloelektrolitowy, pobieranie krwi, EKG, takie tam przyjemności szpitalne. Mądrość z tego taka: jak pijecie, to uzupełniajcie później braki, albo lepiej: nie pijcie wcale!!!





Update:
Nie na darmo nie jestem lekarzem. Bratowa już w domu, wyniki w normie. Lekarz postawił przyczynę omdlenia: "Jak się za szybko wstanie na siku, to czasami może się zakręcić i w konsekwencji omdleć..." Vivat służba zdrowia!

wtorek, 26 października 2010

Zły czas trwa, smutny też. Jakbym była epicentrum tych wszystkich negatywnych emocji, które gdzieś tam sobie wiszą w otchłani czeluści. Męczę się ze sobą straszliwie, nie jestem w stanie wykrzesać niczego pozytywnego, a rzeczy dziejące się wokół, tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Martwię się. Dzisiaj mija tydzień czasu, jak byłam na Komisji Zusowskiej. Nie otrzymałam w związku z tym żadnych papierów, które mogłyby mi cokolwiek powiedzieć. Poza tym, co odebrałam bezpośrednio po badaniu: "Częściowo niezdolna do pracy" Za tydzień minie termin składania odwołania, a ja nie wiem, czego mogę się spodziewać... Chociaż z drugiej strony, to nie mam się też od czego odwoływać, bo przecież zasiłku rehabilitacyjnego mi nie wrócą, tam muszę rokować powrót do zdrowia. Przyszły poniedziałek jest dniem wolnym, więc czasu na zrobienie czegokolwiek coraz mniej. Niby mam czekać na pismo, ale czy aby na pewno ono przyjdzie? Tego, że mam czekać dowiedziałam się od osoby trzeciej, która co prawda pracuje w ZUSie, ale nie zajmuje się tym bezpośrednio... Nie wiem.

Pole walki też nie wypada najlepiej. Boli, nie jest to ładne, nie dzieje się nic.
Hasła typu: będzie dobrze - straciły na wartości.



poniedziałek, 25 października 2010

Wczoraj pisałam o ulubionych serialach. Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć jeden z nich, który powoduje u mnie, że płaczę, ale na szczęście ze śmiechu. Jest to dla mnie najlepsze zakończenie dnia, czekam z utęsknieniem na każdą godzinę 22 w niedzielę.

Spadkobiercy. Tematem tej improwizacji jest parodiowanie innych seriali, takich jak np. Moda na sukces, albo Dynastia. Pomysłodawcą jest Dariusz Kamys ( założyciel kabaretu POTEM,i Hrabi).
Rzecz dzieje się w Los Angeles. Mieszka tam Jonatan Owens (Artur Andrus) - głowa rodziny, biznesmen, wdowiec. Ojciec trojga dzieci - George'a (Robert Górski-Kabaret Moralnego Niepokoju), Billy'ego (Marcin Wójcik-Ani Mru Mru)i Dorin (Joanna Kołaczkowska-Kabaret Hrabi). Billy jest starszy, i to jemu ojciec powierzy następstwo po jego śmierci. George znów, nie interesuje się biznesem - pali, pije, taka "czarna owca" w rodzinie Owensów, ale wrażliwa i sentymentalna.. Jest w stałym konflikcie z ojcem, gdyż kiedyś ten nie chciał zapłacić okupu za porwaną córkę, czyli jego siostrę - Dorin. W mieście żyje też Frank Dealey (Janusz Rewers-Kabaret Ciach), wróg Jonatana Owensa i konkurent w interesach. Jest to człowiek zły, niegdyś przyjaciel, ale poróżnił ich Wietnam. W każdym serialu musi być dobry duch, tak w tym też jest ktoś, kto wspiera Owensa dobrymi radami. Jest to Warren (Wojtek Tremiszewski-Kabaret Limo). Dorin - wspominana wcześniej przeze mnie córka Owensa - odnalazła się po czternastu latach, które spędziła w sierocińcu. Wszystko przez to, że ojciec, który wyznawał żelazne zasady, nie chciał zapłacić okupu porywaczom. Dorin ma też narzeczonego Kena Heighly (Wojtek Kamiński-Kabaret Jurki), który jest czeskim emigrantem (jako dziecko, został wywieziony z Czech w bagażniku). Jest też Harriet Fergusson (Agnieszka Litwin-Sobańska-Kabaret Jurki), była agentka FBI, pracująca najpierw dla Owensa, później zakochuje się w Dealeyu i zostaje z nim. John McPherson (Piotr Bałtroczyk)to kolejna postać, która walczyła w Wietnamie z Jonatanem i Dealeyem. W serialu gra twardego i zawziętego, który ma za zadanie zemścić się za pozostawienie go na polu bitwy na pastwę Vietcongu. Przekonany przez Jonathana o jego niewinności rezygnuje z zemsty i zostają przyjaciółmi. John, poznaje Harriet, pociąga go, ale wie, że jest to kobieta Dealeya...

Tak to było na początku..., teraz do obsady dołączyli jeszcze - Doktor Dreyfus (Marek Grabie-Kabaret Grabiego Marka) - jest lekarzem wszystkich specjalności, szalony i nieobliczalny, kierujący się swoją własną pokrętną logiką. Każdy do niego biegnie z problemem, bo jest w tym serialu jedyny. Maggie Mekintosz Owens (Maria Czubaszek), to matka Jonatana i babcia Dorin, Billego i Georga. Do typowych babć ona nie należy. Jej obecność w domu Owensów, zamiast łagodzić - generuje nowe problemy. Wraz z wnukami, pretenduje do dziedziczenia fortuny Owenów. Musi zdobyć pieniądze, gdyż ma poważne długi hazardowe, zaczynają ją ścigać wierzyciele. Harry natomiast (w tej roli Michał Wójcik - Kabaret Ani Mru Mru), to brat Harriet. Ma za sobą przeszłość kryminalną. Aktualnie przebywa na zwolnieniu warunkowym - odnajduje siostrę, licząc na jej pomoc, a jakby nie było pomocy potrzebuje, bo nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma gdzie mieszkać, a do tego jest uzależniony od wszystkiego, prócz zielonej herbaty. Można nim łatwo manipulować.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że dialogi są improwizowane bezpośrednio na scenie. Każdy odcinek ma od 6 - 8 scenek. Przed wyjściem, Dariusz opowiada im, o czym ma być dany odcinek. Publiczność poinformowana wcześniej, że aktorzy nie mają gotowych tekstów, a improwizują, ma uciechę, gdyż aktorzy czasami w widoczny sposób męczą się na scenie, rzucają do siebie złośliwymi tekstami, i wpuszczają się w maliny. I te ich słabości są największą siłą tej udawanki, bo najlepsze jest to, co dzieje się niezapowiedzianie. Dlatego tak często płaczę ze śmiechu!

W każdym odcinku występuje gość specjalny, który nie wie, co go będzie czekać po wejściu na scenę.

Aktualnie w Spadkobiercach chodzi o to, że Ken odnalazł swojego ojca, okazał się nim John McPherson. Cofnął się też do dzieciństwa, żeby nadrobić stracony czas. Babcia Meggy mu w tym pomogła. Nie jest z tego zadowolona Dorrin, bo Ken stał się innym człowiekiem, próbuje go zmienić, ale jej się to nie udaje. Szuka pomocy, gdzie może. Ken miał też problem z pumą ( co to jest puma, domyślcie się sami ;))
Dla zachęty wrzucam jeden odcinek, gdzie gościem specjalnym jest Andrzej Piaseczny. Wyłam na nim ze śmiechu. Z odcinka, na odcinek jest coraz bardziej śmiesznie. Warto zatrzymać się na chwilę i obejrzeć.







Więcej odcinków znajdziecie TU

niedziela, 24 października 2010

Niedziela. Kolejna kartka z kalendarza wyrwana. Za tydzień, będziemy raczyli się ostatnim dniem miesiąca październik, i przejdziemy na czas zimowy, który to skróci nam i tak krótki dzień. Przedostania niedziela przywitała mnie słoneczkiem i temperaturą za oknem 13 stopni. Taka powinna być jesień - drzewa pod blokiem pożółkłe, część z liści leży już na trawie i czeka na sprzątnięcie... Wszystko się starzeje. Nie lubię tak, chociaż jest to nieuniknione. Nie mam jak korzystać z tych ostatnich błysków słońca, chociaż siedzenie w domu też ma swoje dobre strony. Psychicznie nie muszę się męczyć. Siedząc w pokoju, nie zastanawiam się, czy komuś coś będzie przeszkadzać, czy zwróci mi uwagę, czy zrobi dziwną minę, ale przy tym nic mi nie powie, bo grzeczność mu na to nie pozwoli. Jednak, brakuje mi takiej niedzieli, w której nikt nie zaszczyci mnie swoją obecnością. Nie chodzi tu o znajomych, bo Oni akurat, że tak powiem "dali mi spokój"... Dziwne, nie? Człowiek powinien brnąć do ludzi, a u mnie jest zupełnie na odwrót. Mnie oni strasznie męczą, nie mam z nimi o czym rozmawiać, nie jestem wdrożona w to codzienne życie, bo przecież ja i oni, to teraz dwa różne światy. Chciałabym tak przeżyć parę dni bez codziennych wizyt najmłodszego z członków mojego rodu, żebym nie musiała się zastanawiać. Tak bardzo nie lubię tego robić. Chciałabym nie być pod napięciem, czuć wewnętrzny spokój. Przez najmłodszą tego nie mam i nawet niedziela nie różni się niczym od pozostałych dni tygodnia. A, stała się codziennością, na którą nie do końca wyrażam zgodę. Chcę mieć swoje życie, móc decydować..., tutaj zostaję postawiona przed faktem dokonanym i nie mam na nic wpływu z jednej prostej przyczyny - nie mieszkam sama! Całe życie z rodzicami tylko dlatego, że to mieszkanie jest na mnie? Coraz mniej mi się ta opcja podoba, ale nie mam jak zmienić panujących realiów, albo inaczej - nie mam za co. Każdy człowiek w pewnym wieku chciałby jakiejś wewnętrznej stabilizacji, mnie teraz ona jest najbardziej potrzebna, a czuję, że tracę wszystko, co tam kiedyś osiągnęłam. A perspektyw póki co nie mam, i nie wiem czy w ogóle przyjdą. Co mi ten los jeszcze zaoferuje. Kiedyś dał mi dużo, ale teraz jakby mi to powoli odbierał.

Niedziela ma też swoje dobre strony, np. Ludzie Chudego i Spadkobiercy. Dla tych seriali, warto dotrwać do końca dnia, bo uśmiech na zakończenie gwarantowany. Polecam!



sobota, 23 października 2010

Kisioł, jak mi podrzuci muzykę, to od razu zostaję zahipnotyzowana. Od niedzieli - tamtego tygodnia do soboty, trochę czasu minęło, ale grunt, że w końcu otworzyłam ten komunikator i dotarło do mojego ucha to pięknie brzmienie, i to oko połączone z tymi dźwiękami. Kisioł - Ty wiesz, co dobre, i co lubi mi w duszy grać... I perypetie tego zespołu, który szedł do przodu, mimo braku akceptacji połączonej wręcz z nienawiścią, kiedy wychodzili na scenę i zaczynali grać. To coś jak ja, mnie nienawidzi moja choroba i chce mnie zniszczyć, a ja wbrew niej, jakoś sobie z tym wszystkim radzę. Szkoła przetrwania. Ja jestem dobrem, ona złem, wielka walka! W każdym razie Abraxas - zakorzenił się u mnie, porwał mnie, i znowu pozwolił przenieść się w inny, lepszy świat. Zamykam oczy i widzę wszystko, ten klimat to, co chcą przekazać... Teatr ze słowami i muzyką... Rewelacja, ciarki pokrywają ciało me! Polecam zwolennikom, Kisiołowi dziękuję - Ty mnie znasz, mój bracie jeden z dwóch :) Zresztą, dzięki Tobie poznałam progresywny rock i w nim trwam, i jestem z tego dumna!


piątek, 22 października 2010

Ależ ja sama siebie denerwuję. Nie wiem, co się ze mną dzieje, co jest nie tak, że całymi dniami potrafię nic nie robić, siąść zapatrzyć się w jeden punkt i tak się w niego gapić, doprowadzając tym samym oczy do wściekłości. Brak mi jakiejkolwiek motywacji do brnięcia w tym lepszym kierunku. Właściwie, to nie widzę nic, co by miało polepszyć mi przyszłość, co pozwoliłoby zobaczyć jakieś światełko w tunelu. Ogólnie o to życie mi chodzi, czy robię w nim to, co powinnam, czy tak sobie dawno temu zakładałam, czy tego chciałam? Właściwie, to nie wiem, co chciałam, od samego początku zabierali mi to, o czym marzyłam. Najpierw pasje, które utraciłam wraz z chorobą ręki, później studia pedagogiczne, na które nie mogłam pójść ze względu na chorobę zawodową nauczycieli, przez rękę również, a teraz ta choroba, która zabrała mi nie tyle pasje zimowe, ile zmieniła mnie całą, pod kątem psychicznym głównie. Kiedy psychika jest chora, to chociażby człowiek się starał nie wiem, jak bardzo, choćby miał milion pocieszycieli, choćby każdy mu dobrze życzył - nie da rady zmienić swojego myślenia, kiedy nie dzieje się u niego nic, co mogłoby mu pomóc w wychodzeniu na prostą. A co mogłoby? Jedni mówią - cierpliwość, drudzy - wiara, a trzeci - zielarz. Cierpliwości mam dużo, znoszę wszystko, co mi się przytrafia. Wiara, hmm tu pojawia się problem, tyle razy wierzyłam, że teraz będzie lepiej i każdorazowo wystąpiło rozczarowanie w bardzo krótkim czasie - dodam. Co, do zielarzy i w ogóle do ludzi, którzy innymi sposobami leczą ludzi. Nie potrafię się do nich przekonać, nie wierzę w jakieś inne moce, a tym samym - boję się eksperymentować. Dlaczego? Wystraszyłam się raz, kiedy podstępem zabrali mnie do wróżki, a po całych jej obrzędach, cierpiałam całą noc. Gorączki, schizy i w ogóle wszystko, co złe. Moja sąsiadka ma siostrę, która jest bioenergoterapeutką, Ona też próbowała mi pomóc..., chyba na mnie jej moce przestały działać, bo nie stało się zupełnie nic, bo przecież ręce nie wygrają z gronkowcem złocistym. To samo z zielarzem - jeżeli autoszczepionka, która jest robiona z moich bakterii nie działa, to jak On sam może mi pomóc? Po prostu nie potrafię się przekonać..., sorki Aniu... I tak, od początku coś psuło mi plany, komplikowało założenia aż w końcu, przestałam planować, co robić będę, walczyłam o rękę, mimo wielu niedogodności, a później poszłam do pracy, która wycięła mnie z życia i w efekcie pozwoliła rozwinąć się chorobie, z którą walczę teraz..., gdybym nie bagatelizowała tych bóli, może nie miałabym problemów?

I boli mnie to, że wszyscy chcecie mi pomóc, a ja jestem taka nieprzystępna, zamknięta w sobie, małomówna. Na pewno niektórym brakuje mnie takiej, jaką mnie poznali - ja to wiem. Staram się powrócić do kondycji, ale nie umiem, nie potrafię, nie widzę też sensu, bo ile razy był wzlot, tyle razy później następował upadek. Boję się każdego następnego upadku, bo mogę sobie już w ogóle nie poradzić. Jak to mówi W., - do Ciebie można mówić, a Ty i tak swoje. Niestety - ma rację. Nie da się zmienić czegoś, co na siłę wdziera się do głowy i nie pozwala być tamtą radosną Salanee, która występowała w początku swojej choroby. Przecież wtedy nie było samym złych chwil - coś się działo, coś potrafiło wykrzesać ze mnie te pozytywne pokłady, gdzie to się podziało teraz, jak tego szukać, co zrobić, żeby to wróciło. Dobrze, że jeszcze mam dla kogo wstawać rano, a później kłaść się spać. Gdybym teraz została sama, tak całkiem sama, popadłabym w permanentny dół i nie chciałabym już z niego wychodzić, nie walczyłabym. Nie miałabym siły, aby pozbierać się i znaleźć jakieś pozytywy, byłoby mi łatwiej nie robić nic. Dlaczego o tym piszę? Ile razy wylałam z siebie obawy, tyle razy było później lepiej. Mam nadzieję, że i tym razem się to sprawdzi. Chcę brnąć do przodu, chcę dawać radość swoją osobą, nie chcę tak siedzieć, bez celu, bez chęci, bez niczego. Wiem, że kiedy jestem smutna, czy też zamknięta w sobie, nie pomagam też odbiorcy, a że z W. spędzam trochę czasu, to On najbardziej pokrzywdzony przeze mnie jest. Dobrze, że sobie zajął czas graniem, przynajmniej nie ma takiej ciszy w słuchawkach.

Wyszedł tu jakiś taki całkoształt mnie, który można opisać jednym słowem - LEŃ! Narzeka, a nie robi nic, żeby to zmienić. Coś jej świta, ale druga myśl od razu negatywna jest i tym samym skreśla to świtanie. Doświadczenia życiowe to chyba sprawiły... Gdzie się podziały te moje dobre drogowskazy? Wiem, że w ich poszukiwaniu nie będę sama, ale w którym kierunku trzeba pójść, aby je znaleźć i tym samym wyrzucić z mojego życia to lenistwo? Może krzykiem coś się da osiągnąć? Dlaczego tak mi się wydaje? Otóż... w ostatnich dniach jadam kolację. Nie mam innego wyjścia, nie mam możliwości dyskutowania, czuję się w tym momencie malutka strasznie..., i zjadam, chociaż nie czerpię z tego przyjemności. Każdy gryz to wyrzut, ech :( W osiągnął to, co kiedyś tam sobie zamierzył, nie wiem jak to się stało, ale przyszło to zupełnie niespodziewanie. Podszedł mnie i nie pozostawił już wyboru - dla mojego dobra... :* Nie obyło się bez mocniejszych akcentów, dlatego to lenistwo, które we mnie siedzi też tym lub podobnym sposobem będzie można wypłoszyć, żeby już mnie nie maltretowało tak?

I kiedy tak sobie to wszystko piszę, naszło mnie takie pytanie, czym jest życie? Odpowie mi na nie najlepiej bł. Matka Teresa z Kalkuty...



”Życie jest Błogosławieństwem - przyjmij je
Życie jest szansą - korzystaj z niej
Życie jest pięknem - podziwiaj je
Życie jest laurem - osiągnij go
Życie jest szczęściem - skosztuj go
Życie jest snem - uczyń z niego rzeczywistość
Życie jest wyzwaniem - sprostaj mu
Życie jest walką - podejmij ją
Życie jest przygodą - ośmiel się na nią
Życie jest zadaniem - wypełnij je
Życie jest grą - zabaw się nią
Życie jest drogocenne - strzeż go
Życie jest miłością - ciesz się nią
Życie jest smutkiem - pokonaj go
Życie jest hymnem - śpiewaj go
Życie jest tajemnicą - przeniknij ją
Życie jest obietnicą - wypełnij ją
Życie jest bogactwem - zachowaj je
Życie jest życiem - obroń je”.

czwartek, 21 października 2010

Kolejny czwartek. Tak, jakby wszystko toczyło się wokół nich..., hm właściwie to się toczy. Pobudkę Salanee miała o godzinie 8, zacny głos W., postawił ją na nogi po kilkunastu minutach, później chirurg. Nic nowego się nie dowiedziałam - jak zwykle zresztą. Pozostaje czekać na to, co organizm sobie postanowi zrobić z tymi ranami. Gentamecynę nadal mam stosować, chociaż niby ona opóźnia gojenie. Dziwne, ale jak doktor nadal każe to będę jej używać.

Ostatnie dni, znaczy po komisji nie wpływały na mnie korzystnie. Jestem osobą, która martwi się, jeżeli coś nie jest klarowne. Nie mogę być pewna tego, czy dostanę tę rentę, dlatego humor mój nie był najlepszy, co dałam odczuć, bo nie umiem udawać, że jest ok, jak wcale nie jest. Po raz kolejny, udowodniliście mi, że nie jestem sama z problemami, że każdy z Was na swój sposób stara mi się jakoś pomóc. Kisioł - bardzo Ci dziękuję, że próbowałeś się czegoś dowiedzieć, że niby ma być wszystko dobrze. Wolf, o Tobie chyba nawet nie muszę mówić, bo Ty wiesz, jak mi pomagasz. Te małe rzeczy, udowadniają mi, że w najgorszych dla nas chwilach, nawet najmniejszy gest potrafi w człowieku wypracować odrobinę nadziei, że Wy musicie mieć rację w tym, co mówicie..., ja zawsze byłam ostrożna, wolę nie cieszyć się przed czasem, bo później mogę się gorzko rozczarować. Nie wiem, czy dostanę rentę - wierzę, że Wy wiecie to ode mnie lepiej. Muszę wierzyć, inaczej zwariuję. To jest straszne, kiedy człowiek nie może być pewny swojej przyszłości, kiedy jego życie uzależnione jest od jakiegoś zakładu. Szkoda tylko, że mnie przytrafił się ZUS - dobrze wiemy, jak oni są dla ludzi... Dlatego tak się boję.

Zawsze, kiedy siadam to bloga mam tyle myśli, które chciałabym tu przelać i kiedy otwieram edytora, wszystko wylatuje mi z głowy...

wtorek, 19 października 2010

Dziękuję Wam za trzymanie kciuków, ale tak naprawdę jeszcze nic nie jest przesądzone, więc w wolnych chwilach możecie trzymać je dalej. W sumie to - nie wiem nic. Zasiłek rehabilitacyjny mogłam jeszcze otrzymywać przez 3 miesiące. W trakcie badania pani orzecznik powiedziała, że rany w takim stanie nie zagoją się przez ten określony czas, który jeszcze mi przysługuje... Zaczęłam się obawiać, co to może dla mnie oznaczać, w głowie kłębiły się różne myśli, nie myślałam, że tak to się może potoczyć... Kobieta po czasie powiedziała, że zasiłku nie dostanę, ale zostanie mi przyznana renta z tytułu częściowej niezdolności do pracy, na okres 1go roku, gdzie niezdolność datowana jest na rok wstecz, kiedy to usuwali mi torbiel pilonidalną... Poryczałam się tam z bezsilności, z emocji, z poczucia braku jakiejkolwiek kontroli nad swoim organizmem. Tak naprawdę miałam nadzieję, że te 3 miesiące pozwolą mi wyzdrowieć w jakiś cudowny sposób, a orzecznik uzmysłowiła mi, że wcale tak nie będzie, że jest to nierealne, bo rany są brzydkie... Z gabinetu wyszłam w szoku, nie zdążyłam nawet odebrać należnych pieniędzy, które zwracają za dojazd na komisję. Czynne do 14, ale o godzinie 13:50 nikogo już tam nie było - świetnie 9,50 zł... I kiedy tak sobie szłam do samochodu, pojawiła mi się myśl, która występowała już w styczniu 2010... - brak okresów składkowych do przyznania renty, żeby ją otrzymać, musiałabym mieć 4 lata okresów składkowych i nieskładkowych... Ja przepracowałam w sumie 3 lata, z czego część była na 1/2 etatu okres składkowy, a wcześniej to Urząd Pracy - okres nieskładkowy - kilka lat i szkolenie, które trwało 2 miesiące - okres wychodziłoby na to, że składkowy. Nie wiem, jak ZUS sobie to wszystko policzy, według mamy mojego znajomego, która pracuje w ZUS-ie, nie spełnię wymogów. Świetnie! Nie rokuję powrotu do zdrowia - póki co i może też się okazać, że z tego tytułu nie dostanę nic i nawet te pieniądze, które mogłam otrzymywać jeszcze przez trzy miesiące, będą tylko wspomnieniem, bo ZUS mi nie przyzna już świadczeń, bo nie rokuję... NIE ROKUJĘ!!! Boże..., jak to brzmi. Jest to dla mnie straszna perspektywa, nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć nic, jak mam żyć? Ech... Pani orzecznik chciała mi pomóc, nie ciągać już po komisjach, a może się okazać, że mi tylko zaszkodziła. Ona przecież nie wie ile ja mam przepracowanych lat... Pozostało teraz czekać, aż pocztą przyjdą dalsze wytyczne, co mam robić, czy coś się należy, czy nie... Do tego czasu, będę kłębkiem nerwów, będzie mi to spędzać sen z powiek, będę uciekać myślami..., jak ja tak nie lubię. Tak bardzo chciałabym wierzyć, że się uda, że te lata, co mam wystarczą do renty, że mam słuchać jak mówią do mnie starsi, że będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej. Tak bym chciała umieć zmienić swoje myślenie, ale nie potrafię, bo fakt, że mogę nie mieć nic jest dla mnie przerażający, tyle przecież kosztują mnie opatrunki, mam też swoje minimalne potrzeby, które mogły być zaspokajane do tego czasu, a teraz? Wiem, że w rodzicach mam wsparcie, ale prosić się ich o każdy grosz jest dla mnie poniżający... Chlip...

Z nerwów, ze wszystkiego mój brzuch już nie wydala...

poniedziałek, 18 października 2010

Zimno, brrr. Cały dzień szarość panuje, człowiek wstaje, a wrażenie ma, jakby w ogóle się nie kładł i to noc dopiero się zbliża. Cóż, trzeba się przyzwyczaić do takiej aury. Dzień spożytkowałam drobnymi wyjściami. Sklep + fryzjer. Musiałam skrócić te moje włosy, bo nijak nie chciały się już układać. Zastanawiam się, jak kiedyś mogłam urzędować w długich fryzurach, jak teraz nad krótkimi spędzam tyle czasu w łazience. Odświeżyłam też swój kolor i teraz błyszczę leśną jagodą. Tak sobie patrzyłam dzisiaj w to lustro, widziałam swoje oblicze i wpadłam na pomysł, że odświeżę sobie kolejną dziurkę w uszku. Taki mały progres ku lepszemu - mam nadzieję. Kolczyk wyląduje w górnej części ucha tam, gdzie kiedyś już był, ale się stracił na jakiejś imprezie, dawno temu. Człowiek dziwaczeje na starość - wiem, ale ja lubię być inna. Kiedy już przełożę siły na zamiary, wybiorę się do apteki po igłę, a później... sruuu i ałaaaa :)

Jutro komisja lekarska, właściwie to pochodzę do tego na luzie, panuje wewnętrzny spokój, chociaż zdaję sobie sprawę, że dwa miesiące miną bardzo szybko i jak się nie zagoję to będzie ze mną bardzo źle. Bez podstawowych potrzeb, które posiadam, nie wyrobię, a te potrzeby zostaną zaspokojone wtedy, kiedy będę otrzymywała środki płatnicze, a jak ich nie będzie, to będzie marnie... O ile w ogóle mi ten zasiłek rehabilitacyjny przedłużą, mogę się przecież bardzo niemile zaskoczyć, wszak ZUS potrafi sprawiać takie niespodzianki... Wolę nie myśleć. Już sobie wyobrażam tę grobową minę orzecznika... Brrr...

Trzymajcie kciuki, będą mi jutro potrzebne...



Nasze Przebudzenie...

sobota, 16 października 2010

Niedziela będzie umuzyczniona. Wiecie, że słucham różnych dźwięków, mam swoje zapatrywania na to, co niebanalne. Wychowana na punk rocku, później poszerzone nuty do progresywnego rocka, muzyka filmowa, etniczna i w ogóle - różna, no. Jednym z moich ulubionych wykonawców jest jeden Pan, który prócz tego, że śpiewa, gra na akordeonie guzikowym. Jego muzyka niewątpliwie jest niebanalna, ma w sobie trochę z kabaretu, trochę z rocka i trochę z punk rocka. Sam muzyk określą ją, jako alternatywny pop z nutką punk rocka - też oryginalnie. Pamiętam, kiedy dostałam do posłuchania płytę..., nie wydawało się, że przypadnie mi do gustu. Był to błąd, po wczytaniu wiedziałam, że tak szybko się nie rozstaniemy. Tak właśnie zaprzyjaźniłam się z Czesławem :) Kto nie zna, niech zapozna się z tym, co Czesław Mozil reprezentuje, gwarantuję, że Wam się spodoba, a tymczasem posłuchajcie sobie o Żabce, co szła sobie na peryferiach miasta...



Podobało się? Niedziela tak naprawdę dopiero zapukała do drzwi. Po północy jest już. Cisza, taka głucha, że aż strach. Wszyscy śpią, nawet drzewa szumieć przestały widać, same ukołysały się do snu. Moje oczy też chcą już spać, niestety - na własne życzenie, przez nierozważność mą muszą czekać, zboże trza zebrać przecież ;)

Dla farmy człowiek czasami może zrobić wiele. Można to kwitować na milion różnych sposobów, i tak zaprzeczę, bo przecież to wcale nie jest uzależnienie ;) Wcale się nie tłumaczę, wcale to nie jest zapobieganie czemuś, co może wystąpić, aczkolwiek - wcale nie musi :P
Dobranoc, muszę pójść, zostałam pogoniona - a kysz, a kysz, aaaa... Zzzz, Zzzz ;)


"Kiedy Edi wracał ciemną, pustą ulicą wielkiego miasta, każdego dnia marzył, marzył, aby tam, dokąd zmierza paliło się światło, płonął ogień, aby tam było ciepło, był Ktoś, Kto na niego czeka i wita go pogodnym uśmiechem, a wokół roznosiły się zapachy potraw gotowanych w domowej kuchni. Zmęczony, smutny, ze spuszczoną głową samotnie kroczył ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dali i choć jeszcze mrok nie pokrył okolicy, było jeszcze jasno, nie widział nic z otaczającego go świata. Dostrzegał nic wokół siebie, mijanych domów, pędzących samochodów, gwaru dochodzącego z otwartych okien. Przed oczyma miał tylko obrazy, które powstały w jego wyobraźni, marzeniach, snach, pragnieniach, a może to koszmary, które dręczyły jego pragnienia?. Jak senne miraże przesuwały się przed jego oczyma ściany w ciepłych, spokojnych kolorach, jego domu, ściany, na których wisiały najdziwniejsze przedmioty, najczęściej pamiątki z dalekich podróży, wspomnienia, fotografie znajomych miejsc, odtwarzające przeżyte przygody, z ram wiszących na ścianach spoglądały twarze bliskich, uśmiechających się do niego, serdecznych, kochanych osób?
Już od wejścia czuć było ciepło, dziwny spokój i nawet uczucia unoszące się delikatnie w powietrzu, wszystko to drażniło zmysły, a rozchodzące się z kuchni aromaty gotowanych potraw i kwiaty, wszędzie kwiaty witające go radosnym uśmiechem wypełniające całe pomieszczenie sprawiały ze na duszy, w serce robiło się tak miło, ciepło, bezpiecznie.
Było tutaj tak cicho, tak ciepło, przytulnie, panował cudowny spokój, specyficzna cisza, choć z głośnika dobiegała przyciszona muzyka, choć za otwartym oknem słychać było gwar przechodzących ludzi, odgłosy przejeżdżających samochodów, głosy dochodzące z oddali tętniącego życiem ogromnego miasta.
W tym skromnym azylu domowego zacisza, w każdym jego miejscu czuło się ciepło płomieni domowego ogniska, dobroci, zrozumienia, spokoju, bezpieczeństwa, miłości,...Tutaj z każdego zakamarka uśmiechały się do niego wspomnienia pięknych wspaniałych chwil spędzonych w gronie przyjaciół, kolegów, bliskich kochanych serdecznych osób.
Każdy mebel, każdy sprzęt, miał tu dusze i starał się szeptać ciepłym głosem- jestem z tobą, dla ciebie. Kiedy siadał w fotelu wydawało się jakby otulały do ramiona ukochanej osoby, delikatnie, czule. Stół, biurko zapraszały dziwnym ciepłem, jakby szepcząc usiądź przy mnie, wydawało się to wszystko takie zaczarowane, bajkowe a jednak takie zwykłe, normalne, codzienne.
Wśród tych wszystkich, czasem dziwnych przedmiotów bijących blaskiem, zawsze świeciło słońce, unosiła się nad nimi nutka radości i zawsze było zielono, ciepło, miło, bezpiecznie, dobrze, tak bardzo dobrze. Czasem, kiedy widział to wszystko miał wrażenie, że musi gdzieś być takie miejsce a na pewno jest, to musi to być Eden, Raj.
Tylko w TAM, właśnie tam, Ktoś bliski, kochany wita go pogodnym uśmiechem, dobrym ciepłym słowem, całuje na powitanie, na stole stawia gorący pachnący posiłek, troszczy się myśli i martwi o niego. To cudowne uczucie, ta świadomość, że jest się Kimś ważnym, potrzebnym, bliskim i kochanym,...
Czasami to pragnienie wyciskało łzy w jego oczach, bolało serce, strudzone, biło tak mocno, że wydawało się, iż wyskoczy z piersi, pęknie z tęsknoty za tym marzeniem. Wszystkie te myśli sprawiały, że marzył, marzył o popołudniowym spacerze, wieczorze przy świecach w ramionach ukochanej, o snuciu planów na dziś, jutro, przyszłość... Pragną przed snem objąć ramionami wszystko, wszystko, co bliskie, kochane, dobre, wszystko co ma i trzymać w tym uścisku aż do utraty tchu, aż do świtu. Do chwili, w której słońce delikatnymi, porannymi promykami obudzi nowy, kolejny dzień z reszty jego życia.
Kiedy jednak otworzył oczy, czar marzenia prysł, znów zobaczył tylko szarość, wokół samotność, smutek, pędzący do przodu świat, zabieganych ludzi o kamiennych ponurych obliczach, którzy w tym pędzie nie zauważali nic wokół siebie. Poczuł się taki obcy w tym świecie, tylko pustka, samotność a serce przepełniała gorycz i rozpacz po stracie tego, co miał, chciał, pragnął mieć, o czym marzył i co miało być piękne, dobre, cudowne, co stanowiło esencje życia dawało poczucie bezpieczeństwa, spokoju, radości.
Zadawał sobie często pytanie, dlaczego tak jest? Dlaczego ten świat, ludzie nie dostrzegają tego, co jest takie piękne, dobre i daje spokój, radość spełnienia? Nie umiał sobie wytłumaczyć tego pędu przed siebie, tego zgiełku zamieszania, pogoni za tak do końca nie wiadomo czym, w której zapomina się, gubi te drobne, ale jakże ważne chwile, dzięki którym jesteśmy ludźmi, uśmiechamy się do siebie, podajemy dłoń na powitanie. Nie mógł zrozumieć, dokąd zmierza ten świat i ludzie, bo są przecież ludźmi tylko trochę zagubionymi w tym chaosie życia, codzienności. Czy to tak trudno zwolnić, zatrzymać się, spojrzeć wokół siebie. Zobaczyć choćby staruszka, siedzącego na ławeczce, dziecko na huśtawce, kwiaty na klombie, ptaki szybujące po niebie? Usłyszeć śpiew ptaków, szum wiatru w koronach drzew, ciepły radosny śmiech drugiego człowieka. Czy to w ogóle możliwe, czy jest takie miejsce i gdzie?
Jeśli wiesz, znasz takie miejsce, to dbaj o nie, pielęgnuj i powiedz, powiedz o tym ludziom, światu, aby i oni mogli spełnić swoje marzenia, marzenia o zwykłym prostym radosnym życiu. Może kiedyś i Edi odnajdzie takie miejsce, przyjdzie i dla niego taki czas, może... Tylko, czy wystarczy na to życia? Biegnie przecież tak szybko, mijają chwile, tak szybko mija dzień za dniem, godzina za godziną..."

piątek, 15 października 2010

Na spacerek mnie wysyłacie, co? Mnie, takiego zmarzlucha, który nie pamięta już, jak smakują ciepłe ręce, który ich ciepłoty doświadcza tylko pod prysznicem? Nie nadaję się panie dziejku do spacerowania, nie nadaję. Jedyne moje wietrzenie występuje, kiedy wychodzę z czworonożką, która sama dyktuje mi, jak daleko chce pójść. Tak, tak. Z nią nie ma łatwo, zaprze się i możesz waść ciągnąć za smycz, a nie ruszysz uparciucha. Nie ma znaczenia, czy zaparcie występuje na chodniku, czy też na środku drogi, która notabene jest uczęszczana przez inne samochody. Nie ma różnicy, czy częstotliwość występuje, czy też nie. Psica się zaprze i po spacerowaniu. Siła perswazji oczywiście jest po mojej stronie, wyższy i dwunożny w starciu z małym i czworonożnym, choć silnym - zawsze wygrać musi. Pogoda też pogorszyła się straszliwie. Pada - znów pada..., bez opamiętania. Zimno też jest. Żadnych dobrych rzeczy w związku z tym - nie ma... Zasnąć i obudzić się na wiosnę...

Czuję, że za niedługo trzeba będzie naoliwić moje części, bo się zużywają i myślenie negatywne znów występować zaczyna. Może jakoś zwalczę.


czwartek, 14 października 2010

Przeżyłam i czwartek. Dzień dobiegł końca, zostałam ja, klawiatura i włączony telewizor. Mogę powiedzieć, że dzisiaj wcale nie było strasznie. Właściwie, to nawet nie bałam się pójść do doktora, miałam w sobie wewnętrzny spokój. Nie pomyliłam się, bo była ta lepsza z dwóch sióstr, które towarzyszą doktorowi w gabinecie. Ona to sprawia, że nie cierpię tak bardzo, podczas zmian opatrunku. Poprawy żadnej nie ma, dostałam dzisiaj po raz kolejny antybiotyk, którym mam płukać rany. Teoretycznie, tak aplikowany antybiotyk nie powinien pomóc, ale u mnie można a wręcz nawet trzeba spróbować. I tak zostawiam w tych aptekach po kilkadziesiąt złotych, bez żadnych efektów. Jeszcze musiałam sobie zapłacić 100%, bo mój doktor poprawił receptę i tym sposobem stała się ona nieważna ...KLOPS!

Na dworze masakryczna jesień. Zimno, szaro, mglisto. Żadnych przyjemności. Człowiek zostałby w łóżku cały dzień najlepiej, bez robienia czegokolwiek. Właściwie, to nie pamiętam, jak wygląda polska jesień, ale taka prawdziwa, gdzie liście lśnią jeszcze na drzewach ostatkami swoich sił... Tak być sobie na szlaku i zasmakować takiej jesieni, zanurzyć się w tych kolorach i nie ruszać się nigdzie. Tymczasem..., nie ma prawdziwej jesieni, nie ma szlaków, nie ma nic. Już nie narzekam :)

Kisiołku, przepraszam Cię, że zapomniałam dać znać... - wybacz.

środa, 13 października 2010

Się narobiło. Tyle tragedii w jednym czasie, że nie sposób tego ogarnąć. Ludzie chcąc zarobić na chleb są w stanie zrobić wiele, nawet kosztem swojego życia o czym mogliśmy się przekonać wczoraj, kiedy to śmierć na miejscu poniosło 18 osób w zderzeniu busa z samochodem ciężarowym. Bus, którym jeździć mogło tylko 6 osób... Kogo za to winić? Kierowcę busa, bo ich zabrał czy ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że tak nie wolno jeździć, ale mimo wszystko wsiedli, bo chcieli dla swoich rodzin trochę grosza. Wyszli ze swoich domów, jak każdego dnia z jedną, małą różnicą... - już nigdy do nich nie wrócą. Przerażenie mnie bierze, kiedy sobie o tym pomyślę, to nasze życie jest tak bardzo kruche, wystarczy jeden moment i już nas tutaj nie ma. Przestajemy istnieć, a nasze rodziny muszą żyć ze świadomością, że już nigdy nas nie usłyszą, nie zobaczą, nie dotkną, że już nie będziemy wpisani w ich rozkład dnia, że już nigdy nie powiemy sobie "cześć, jak się spało"? Śmierć to jest nic, przeszliśmy niby do pokoju obok, ale ciężko jest pogodzić się ze świadomością, że już nic nie będzie takie samo, że trzeba będzie uczyć się żyć na nowo... Zadałam sobie pytanie, czy gdybym to ja miała wsiąść do takiego busa i wiedziałabym, że nie wolno jechać w tyle osób, to czy bym wsiadła? Odpowiedź jedna - TAK! Gdybym miała być kierowcą takiego busa, to czy zabrałabym ludzi ponad stan? To zależy od kilometrów, które musiałabym z nimi przebyć. Kilkadziesiąt dla mnie stanowczo za dużo, nie podjęłabym się takiego ryzyka jednak, gdyby miało to być kilka lub kilkanaście, to dlaczego nie... Czy byłoby to moją nieodpowiedzialnością? Hm..., na pewno i to skrajną, jednak najpierw liczyłabym się z ludźmi, a wiedząc, że Oni dzięki temu, że ich wezmę zarobią na cukierki dla swoich dzieci, postawiłby mnie w kropce i nie potrafiłabym powiedzieć "NIE"..., Różniłabym się od tego wczorajszego kierowcy. Jechałabym wolniej, wiedząc ile żyć ze sobą wiozę i jak dużo ode mnie zależy.

Ech. Nie działa mi farma na Facebook, na początku myślałam, że to chwilowe, ale teraz to już przestało być śmieszne. Zbierać i sadzić mogę, ale tu się moja władza kończy. Nie jestem w stanie wysyłać zapotrzebowań na części, nie mogę wysyłać ludziom prezentów, nie mogę odbierać prezentów od innych, nie mogę zabierać tego, co dadzą na stronie głównej..., dodatkowych aplikacji też nie mogę otwierać. Pojawia się nowe okienko, ale poza tym nic... "trwa oczekiwanie na facebook" , potem biała strona i tak cały czas. Pisałam do Zyngi, która tworzy grę, mili ludzie odpisali mi, ale właściwie to nic nowego nie wnieśli, nie pomogli też usunąć problemu. Najgorsze, że tak dzieje się u mnie, korzystam z internetu Vectry. To samo ma jeszcze moja kumpela, której dostawcą też jest Vectra. Objawy na farmie, podobne do moich. Reinstalowałam nawet Windowsa - nic nie pomogło! Dobrze, że ssaczek mi pomaga, i wysyła zapotrzebowania, bo tak to bym chyba się załamała. Taki wysoki level i wszystko się sypie. Bez dodatków, nie jestem w stanie nic rozbudowywać. Wiem, wiem - uzależnienie od FV... W chorobie takie uzależnienie jest potrzebne, wtedy nie myślę o tym wszystkim, można się chociaż na chwilę odstresować i zapomnieć. Dlatego, musi mi wszystko działać, musi! Gdyby też chodziło o samą farmę, ale ja także nie mogę dodawać zdjęć, bo przy końcu dodawania nic się nie dzieje, "trwa oczekiwanie na facebook", a później nic, szaaaa...

Jutro kontrola chirurgiczna, a we wtorek Komisja Zusowska - o masakro!


Pees

Do tej pory 13 był dla mnie dniem pechowym. Zawsze coś mi się przytrafiało, kiedyś nawet walczyłam o życie, przez niedoświadczenie anestezjologa, ale dzisiaj mogę powiedzieć, że dzień taki jak 13 okazał się być szczęśliwy. Farma się naprawiła!!! Wolfik - jesteś wolny :)
Dziękuję, dziękuję, dziękuję :*

niedziela, 10 października 2010

Trochę mniej mnie tutaj, ale to dlatego, że nie za bardzo mam o czym pisać, a pisanie o niczym, jakoś mnie nie przyciąga. Nic się u mnie w życiu takiego nie dzieje, nie mam się czym podzielić, nie posiadam też przemyśleń, bo jakoś umysł opadł z sił, więc głównie przebywam u Was i uśmiecham się czytając wasze opowieści blogowe. Dobrze, kiedy każdy dzień u człowieka przynosi coś nowego, kiedy wstaje i wie, że coś się wydarzy, coś zrobi. Moje życie kręci się tylko wokół chorowania..., i w sumie zbrzydło mi to już straszliwie, bo to nic nowego, ble! Kiedy zajmuję się czymś twórczym, to jeszcze potrafię z głowy wyrzucić pryzmat choroby i perspektyw jakie niesie ona ze sobą, ale kiedy coś kończę, wszystko wraca do poprzedniego stanu. Czas twórczy trwał dni kilka, powstały prezentacje, które przekazałam dalej, które dla kogoś są wspomnieniem. Cieszę się, że mogłam się na coś przydać, że mogłam zaplanować, ułożyć i w końcu przedstawić życie za pomocą slajdów. Lubię takie rzeczy, lubię zatracić się w Power Poincie.

Dzisiaj wzięło mnie na wspomnienia... Cofnęłam się do 2003 roku, kiedy to życie kręciło się wokół Parku, wokół koncertów, wokół ognisk. Te ostatnie zawsze były najlepiej zapamiętane. Przychodziło nas dużo osób z ekwipunkiem, który należało wziąć ze sobą. Organizacja na pięć z tym, że patyki zawsze musiały zbierać dziewczyny, chłopaki woleli otworzyć magiczne butelki z czerwonym trunkiem i wlać w siebie. Czasami rozcieńczane z wodą mineralną dla bardziej wybrednych, czasami wypijane z piwem, gdzie na efekty nie trzeba było długo czekać. Ech. To były czasy godne zapamiętania, czasy do których większość z nas tęskni. Była beztroska, człowiek nie martwił się, co przyniesie kolejny dzień, było fajnie! Frekwencja zawsze spora, bo taka była nasza ekipa - ekipa Punkowców... Jedno zdjęcie udało mi się zdobyć, nie wiem, gdzie się na nim znajduję, ale na pewno na tym ognisku byłam :)
Ogniska zawsze mieliśmy "pod mostem" Było to takie nasze miejsce, blisko rzeki, ale za to z dala od ludzi. Nie chcieliśmy być wyrzucani przez straż miejską, która nas nigdy nie lubiła, a po którą dzwonili ludzie, nie chcieliśmy nikomu zawadzać. Mieliśmy swój świat i szukaliśmy miejsc, w których moglibyśmy pograć na gitarze, zaśpiewać, napić się i do tego coś zjeść. Zgrana paczka! Młodzież. Dookoła drzewa, czysta natura... Imprezy takie trwały do bladego świtu, miło budzić się wraz z szumem Soły, a jak człowiek zmarzł, to tylko wie człowiek, który tam był ;)... Ech... To były dobre czasy :)

czwartek, 7 października 2010

Dziękuję Wam bardzo mocno. Przeżyłam dzisiejszy dzień, chociaż wszelakie rzeczy, które przyplątują się do człowieka, kiedy ma stres - występowały. Zabieg okazał się praktycznie bez znieczulenia być przeprowadzany, ponieważ tkanki moje są tak chore, że doktór nie był w stanie wprowadzić lekarstwa, które mogłoby mnie znieczulić. Więcej tego się wylało na plecy, aniżeli zostało dostarczone pod skórę. Jedynym mym wspomagaczem przeciwko bólowi, miało być zamrożenie tych miejsc. Bałam się straszliwie, jeszcze chyba nigdy tak nie miałam, jak dzisiaj. Kiedy leżałam w szpitalu, to przed każdą operacją dostawałam coś zobojętniającego, a tu nic takiego zaoferować nie chcieli. Zresztą, dochtór mój powiedział, że dzisiaj to będzie tylko lekka kosmetyka, tia..., ja dziękuję za takie efekty wizualne. Podczas samego zabiegu operujący i pielęgniarka, zagadywali mnie cały czas, dzięki czemu nie skupiałam się aż tak bardzo na bólu i jakoś to wszystko zniosłam. Nawet bardzo nie płakałam :) Dobrze, że w całym tym nieszczęściu mam takiego fajnego lekarza, to naprawdę dużo daje, kiedy widzi się uśmiech, serdeczność i ciepło, jakie sobą ktoś oferuje. Nie wiem, jakbym przeżyła kogoś sadystycznego, a taki był właśnie doktor K., kiedy leżałam na oddziale. On nie przejmował się, że boli, robił to, co miał do zrobienia. Ja wiem, że lekarz musi być stanowczy i w ogóle, ale po drugiej stronie jest przecież człowiek, który ma swoją odporność na ból. Z rany wycieka bardzo, opatrunki nie pochłaniają tego wszystkiego, efektem są poniszczone koszulki, ale tak już musi być..., następna wizyta w czwartek..., jeszcze nie myślę o tym, co może mnie czekać.

Dalsza część dnia, upłynęła mi bardzo miło, jak każde Skypowe popołudnie.

Udaję się teraz do łóżeczka... dobranocki.

środa, 6 października 2010

Tak nie chciałam, żeby ten tydzień szybko zleciał, tak nie chciałam zbliżającego się czwartku, tak cieszyłam się, że mam jeszcze tyle czasu i nie muszę myśleć o tym, co mnie czekać będzie u chirurga. Od pewnego czasu, nie tylko plecy dają mi się we znaki, prawy jajnik też jakby za bardzo pracuje - sama nie wiem. Skurcze i kłucie - mam to praktycznie codziennie, chociaż już nie powinno tego być, bo ciężkie dni nastały. Bałam się, że przez to moje skromne jedzenie, mogę sobie coś zaburzyć, ale na szczęście przyszło w terminie, tylko ten ból..., nie jest normalny, nigdy nie miałam takich długich dolegliwości. Szukałam porady u Wujka G., ale on pokazał mi to, co u mnie nierealne, że często taki skurcz oznacza zagnieżdżanie się jajeczka w macicy..., a do ciąży, jakby nie było trzeba dwojga, więc u mnie odpada :D Zobaczę, jak będzie za kilka dni, jeżeli nie przejdzie, to znaczę się martwić. Na razie mam potworny stres przed jutrem, przed bólem, przed tym, co mnie czeka. Niby odważna i dzielna, a tak naprawdę w zderzeniu z rzeczywistością mała, szara, wystraszona myszka... Żeby tylko przeżyć to bez dużego bólu... Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 4 października 2010

Niedziela bez komputera okazała się być. Nie, wcale nie chciałam sobie od niego odpocząć, wszystko za sprawą awarii internetu, która trwała mogłoby się zdawać - wieczność. Orzeknięto mnie maniaczką, uzależnioną od łącz, które wychodzą na świat..., nie neguję, nie potwierdzam ;) Wytrzymałam dzień wczorajszy, chociaż nie powiem, że było łatwo. Czułam się, jakby mi poodcinano członki. Dobrze, że telefony jeszcze istnieją, chociaż to i tak nie to samo.

Zaczął się tydzień, a wraz z nim, szara rzeczywistość. Pogoda typowo jesienna, tyko czekać, aż spadnie śnieg... Dzisiaj, Światowy Dzień Zwierząt, moja czworonożna Sonia otrzymała z tego tytułu swoje smakołyki, które oczywiście spałaszować chciała w całości - jak na śmietnikarę przystało. Nie na darmo się tak pieszczotliwe zowie. Mówimy na nią też Atleta - ze względu na jej posturę, a zresztą..., zobaczcie sami:



Dobrze, że ją mam, że jest zdrowa, pełna życia, taka mądra dziewczynka. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła, jak ogarnęłabym ten świat. Dlaczego tak piszę? Sonia ma się dobrze, ale inny piesek, chociaż pewnie chciał żyć, to nie dał rady zwalczyć tego, co siedziało w jego brzuszku. Smutno tak jakość, bo zdaję sobie sprawę, że cierpiał, a właściciel musiał na to cierpienie patrzeć i nie miał, co zrobić... Ech..., pozostaje wierzyć, że teraz już mu jest dobrze, że przekracza właśnie Tęczowy Most...

..., bo kiedy odchodzi zwierzę, które było szczególnie komuś bliskie, trafia właśnie na Tęczowy Most. Za nim są łąki i wzgórza, na których wszyscy nasi mali przyjaciele mogą bawić się i biegać razem. Jest tam mnóstwo wody, jedzenia i słońca, a naszym przyjaciołom jest ciepło i wygodnie. Wszystkie zwierzęta, które były stare i chore, powracają do czasów młodości, te które były ranne lub okaleczone, są znów całe i silne, tak jak je zapamiętaliśmy w naszych snach...

Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, z wyjątkiem jednej, małej rzeczy: one tęsknią za kimś bardzo wyjątkowym dla nich, kogo musiały zostawić tam na dole... Jednak biegają i bawią się razem. Lecz przychodzi taki dzień, gdy jedno z nich zatrzymuje się i spogląda w dal. Lśniące oczy są skupione, a ciało zaczyna drżeć. Nagle odłącza się od grupy i zaczyna pędzić ponad zieloną trawą, a jego nogi poruszają się szybciej i szybciej! To Ciebie dostrzegł... I kiedy wreszcie Ty i twój Przyjaciel spotykacie się, padacie sobie w ramiona i nigdy się nie rozdzielacie! Deszcz szczęśliwych pocałunków pada na twoją twarz..., twoje ręce pieszczą ukochany łeb, a Ty znów patrzysz w ufne oczy swego Przyjaciela, który na tak długo opuścił twe życie, ale nigdy nie opuścił twojego serca...

Następnie, przekraczacie Tęczowy Most razem...!

piątek, 1 października 2010

Pendragon, od zawsze był dla mnie ukojeniem, na każdą gorszą minutę mojego życia, kiedy ich słucham, mam wrażenie, że wszystko, co złe odchodzi w zapomnienie, przestaje być ważne, ból też jest jakby poza mną... Pendragon, to także Peter Gee, basista, który poza zespołem wydał m.in. swoją solową płytę Vision of Angels...



Warto posłuchać...
Studenci - powodzenia w tym roku akademickim. Dacie radę! Ino się uczyć, a nie imprezować .

W październik wkroczyłam z ponurą pogodą, 6 stopni ciepła, bez słońca. Czekam na ten śnieg, co to tak zapowiadają, że wystąpi. Brrr, zimorodek ze mnie straszliwy. Wczorajszy dzień upłynął sympatycznie, nie wliczam w to oczywiście wizyty u chirurga. Tam najprzyjemniej nie było. Dzisiaj czuję ból mięśni brzucha, które naciągnęły się wczoraj, kiedy to na kozetce sprawiali mi ból. Zastanawiam się, ile jeszcze będę musiała znieść i czy fizycznie podołam. Jest mi tak ciężko, niby człowiek wytrzymałą istotą jest, ale takiego bólu nie sposób wytrzymać. Za tydzień będzie jeszcze gorzej. Doktor zadecydował, że trzeba rozciąć skórę w miejscu, gdzie toczy się proces zapalny i występuje przetoka. Znieczulenie miejscowe, ale nie na całej długości. Będzie bolało - zapowiedział. Ech, jakby wszystko na nowo się rozpoczynało. Każde nacięcie = brak gojenia. Boję się.

Papiery o przyznanie zasiłku rehabilitacyjnego zaniosłam, teraz tylko czekać na komisję. Kartoteka skserowana, nawet nie musiałam płacić. Dobrzy ludzie jednak są!
Poza tym, stuknęli mi samochód. Nie wiem, jak można nie używać lusterek, kiedy się cofa. Przejechane przednie drzwi od pasażera i na pewno uderzający samochód był koloru czerwonego. Wiem, bo zostawił swój ślad. Niestety, nic nie byłam w stanie zrobić, bo w tym czasie, kiedy ktoś uderzał, siedziałam w kolejce do doktora. Jak zwykle, żadnych ludzi, coby to mogli widzieć. Bywa. Drzwi się naprawi, bo nie jest tragicznie, ale sam fakt nieostrożnego cofania mnie przeraża.

Życie toczy się dalej!