wtorek, 28 lutego 2012

Widać ten śmiejący się pyszczek? To Nela, dała nam popalić od niedzieli, jeszcze wczoraj jeździliśmy po Międzybrodziu i rozklejaliśmy ogłoszenia, podczas rozmów nikt z nas nie mówił o Neli w czasie przeszłym, tak jakby wiadome było, że ona wróci. Odrzucaliśmy od siebie myśli o wnykach, w które czworonożka mogłaby wpaść, a opcji wpadnięcia pod samochód w ogóle nie braliśmy pod uwagę, bo Nela umiała zachować się na jezdni. Ogłosiłam zaginięcie na stronach internetowych, napisałam do schroniska w mieście, a dzisiaj miałam dawać info do schronisk w Bielsku, Żywcu i Andrychowie. Nie wiadomo, gdzie Nela mogła wylądować. Miałam. Jednak już nie muszę. O godzinie 10:00, zadzwoniła do mnie pani, która poinformowała, że suka od 2 dni koczuje pod jej domem, niedaleko miejsca, w którym jej szukaliśmy. Nie rusza się nigdzie, widać że czeka... Ogłoszenia dużo dały bo to właśnie dzięki nim, pani zdobyła numer telefonu. W te pędy zadzwoniłam do Jarka i wyruszyliśmy po odbiór zguby. Martwiliśmy się troszkę, bo Nela nie mogła być u pani na posesji, gdyż ta posiadała psa i mogłaby być wojna..., jednak kobieta zapewniła nas, że mamy się nie martwić, bo pies na pewno nie odejdzie, zrobiła sobie legowisko w śniegu i waruje... Nie da się opisać  tego, co było, gdy Nela zobaczyła nas, a my ją. Biegła ile sił w nogach, podskakiwała, a  mina jej była bezcenna, ja popłakałam się z radości i z tego, że ją widzą całą i zdrową!!! Podziękowaliśmy pani, Jarek dał podarunek za znalezienie, dobra kobieta na początku nie chciała przyjąć, ale w końcu dała się przekonać. Nie ma wartości, która mogłaby wynagrodzić Nelę. Gdy szliśmy do auta nie odstąpiła Jarka na krok, co chwilę się oglądała... Jeszcze w życiu nie widziałam psa, który by tak szybko wskakiwał do bagażnika... W drodze zasnęła spokojnym snem... Nigdy więcej nie chcę tego przeżywać drugi raz. Od niedzieli nie byłam sobą, gdy siedziałam w domu myślałam tylko o Neli, bo bardzo przywiązałam się do niej, mimo iż nie mam jej na co dzień. Jest częścią naszej paczki, kompanem podróży i myśl, że mogłaby już do nas nie wrócić lub, że cierpi gdzieś w lesie i jest jej zimno, że jest głodna, nie pozwalały mi funkcjonować. Już po wszystkim, Nela jest bezpieczna. To nie jest "tylko" pies...
On jest Twoim przyjacielem,Twoim partnerem, Twoim obrońcą, Twoim psem. Ty jesteś Jego życiem, Jego miłością, Jego panem. On będzie Twój, wierny i posłuszny do ostatniego bicia Jego serca. Ty jesteś Mu winien zasłużyć na takie oddanie.
Radość Neli powiedziała jedno... Jarek zasłużył na wszystko, co ona mu oferuje na co dzień, wiernie czekała na niego wiedziała, że on po nią wróci... 

Się pobeczałam z radości tym razem :D
Teraz można planować kolejną wycieczkę, tym razem Nelka odpocznie w domu ;)

Dzień zwariowany, składamy w domu z tatą meble, to znaczy składaliśmy, dopóki nie okazało się, że jedna deska jest pęknięta i trzeba ją reklamować, tym sposobem, składanie musi poczekać, aż otrzymamy nową deskę. Nienawidzę takich akcji, w pokoju bałagan, jakich mało :)

niedziela, 26 lutego 2012

Nie tak miało być. Magurka odeszła w zapomnienie, przestała się liczyć...

Wyjechaliśmy o 9:00. Kasia, Robert, ja, Jarek, Nela (pies). Pogoda zapowiadała się wyśmienicie, słoneczko, temperatura dodatnia, humory dopisywały. W Międzybrodziu Bialskim zaparkowaliśmy Zafirkę i wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Nowego Świata, a później miało być więcej... No właśnie i tu pozytywna część się kończy. Na szlaku puściliśmy Nelę, żeby mogła troszkę pohasać, Husky potrzebuje się wybiegać. Szła przy nas chwilkę i poszła w las, bo poczuła zwierzynę. Najpierw nie przejęliśmy się tym, że jej nie ma, bo zdarzały się już  podobne sytuacje, jednak zawsze wracała,  ale w miarę upływu czasu, zaczęliśmy się martwić. Neli nie było. Na nic gwizdania, nawoływania. Odbijało się tylko echo... Rozdzieliliśmy się, chodziliśmy po śladach, które mogły być śladami naszej kompanki czworonożki, wszystko na nic. Po 3 godzinach szukania poddaliśmy się. Postanowiliśmy wrócić do Międzybrodzia w dniu jutrzejszym, aby ponaklejać plakaty z jej podobizną, informacją i kontaktem telefonicznym..., jednak zrobiliśmy to jeszcze dzisiaj. Przed chwilą wróciliśmy. Plakaty są wszędzie, przeszliśmy jeszcze tym szlakiem, znowu nawoływaliśmy..., bez rezultatów. Nie mogę się ogarnąć, cały czas mam ją w głowie, wyobrażam sobie, że jest tam gdzieś sama w lesie, czy Bóg wie, gdzie indziej. Rano nie dostała jedzenia, Jarek miał jej dać na szlaku, będzie głodna, będzie jej się chciało pić, będzie zmęczona, sama w obcym miejscu, nie rozumiejąca co się stało, dlaczego ją zostawili, po raz kolejny? Dwa lata temu została znaleziona, trafił jej się dobry dom, chodziła na spacery, nie była głodna, każdy ją lubił... Nie wyobrażam sobie, że jej nie ma, mimo iż nie był to mój pies, to czuję, jakbym straciła część czegoś mojego, bo przywiązałam się do niej, była częścią paczki, a teraz? Pozostała smycz i miejsce w bagażniku, wyścielone specjalnie dla niej... Jakie są szanse na jej odnalezienie? Nie wiem. Chcę wierzyć, że ktoś zadzwoni z informacją, że się znalazła i jest zdrowa..., chcę wierzyć, że nawet, jak ktoś nie zadzwoni, to przygarnie ją i zagwarantuje jej taki dom, jaki dawał jej Jarek, chcę też wierzyć, że nie wpadła we wnyki... Tak bardzo chcę, żeby wróciła...
Nie wiem, kiedy pojawię się tu znowu. Odeszła mi ochota na cokolwiek.

sobota, 25 lutego 2012

Uwielbiam wstawać wcześnie rano. Uwielbiam przesypiać tylko 6 godzin wiedząc, że dzień będzie piękny, aktywny i na dodatek w dobrym towarzystwie. Magurko - witaj dzisiaj!

Wczorajszy wieczór spędzony w podskokach. Brzeszcze, koncerty, wygrane losy na loterii, a co najważniejsze pomoc niepełnosprawnej dziewczynce, która walczy o to, by żyć... A co teraz? Pozostała muzyka - polecam! Chłopaki wczoraj dali czadu, pokazali, jak za pomocą instrumentów można bawić się dźwiękami.




 Miałam też sen. Jechałam rowerem. To znak, dobry znak!

Życzę wszystkim udanej niedzieli, żyjcie tak, abyście później niczego nie żałowali. Ja nie żałuję!

poniedziałek, 20 lutego 2012

Niedziela spożytkowana należycie, aktywnie znaczy się. Zaległa wycieczka z PTTK na Hrobaczą Łąkę odbyła się właśnie w tym dniu. Ze względu, że część ludzi przebywała na dwudniowym wypadzie w innym miejscu, frekwencja uczestniczących, wynosiła około 30 osób, śmialiśmy się, że jesteśmy elitą, nie do pokonania zresztą :) Wyjechaliśmy o godzinie 8:00 do Porąbki. Tam, czerwonym szlakiem wyruszyliśmy na Hrobaczą. Warunki ekstremalne pod względem śniegu, halny wiatr umilał nam czas i nie był przeszkodą. Deszczu nie odnotowaliśmy. Przebijaliśmy się przez zaspy, które czasami sięgały pasa, gdy się w nie wpadło, trzeba było się nieźle natrudzić, żeby wyjść. Była to, że tak powiem dodatkowa atrakcja. Na Hrobaczej byliśmy po 2 i pół godzinach. Nie dało się szybciej, warunki nas ograniczały. W schronisku wypoczęliśmy. Było dużo śmiechu, dużo nalewek, które rozgrzewały do granic możliwości, były zdjęcia, generalnie było SUPER! Elita zwarta, pozytywnie nastawiona, mająca w sobie to coś, co przyciąga i sprawia, że chce się uczestniczyć w życiu PTTK - pasja! Niebanalne bycie częścią tego, dodatkowo motywuje mnie do tego, żeby w końcu poczuć się wolną, nie tylko od choroby, ale od zgiełku życia, które niejednokrotnie sprawia, że popadam w stany smutku i niechęci. Każda świadomość, że w weekend wypocznę, daje mi kopa do dalszego funkcjonowania.
Droga powrotna, czyli żółty szlak, skierował na do Kóz. Zanim jednak zeszliśmy, zdążyliśmy się nieźle wybawić, dosłownie niczym kilkuletnie dzieci, które czerpią niesamowitą frajdę z tego, że jest śnieg! W połowie drogi na rozwidleniu szlaków zatrzymaliśmy się, żeby poczekać na resztę uczestników, którzy zostali troszkę z tyłu. Przewodził Jarek (nie Konar :)), za nim szła Kasia i ja, za mną jej mąż Piotrek i Zdzichu (fajny człowiek).  Powolutku zaczęła dochodzić reszta ludu. Zaczęło się od jednej, niewinnej kulki w kierunku "naszych", a skończyło wojną na śnieżki, mnie się udało nie oberwać, bo schowałam się za wyższym od siebie ;) Kiedy już się nam to znudziło, zrobiłam sobie malutką kulkę i postanowiłam puścić ją z boku szlaku, spad był dosyć pokaźny, a ja robiąc to po prostu nie pomyślałam... Puściłam tę kuleczkę, a ona w kilka sekund obrosła w wielką kulę, która toczyła się i toczyła... Byście widzieli moje przerażenie w oczach, myślałam że wywołam lawinę! Powiedziałam Kasi i Jarkowi, najpierw nie uwierzyli, że to moja sprawka, a później sami zaczęli tworzyć kulki i puszczać je w dół. Rozpoczęła się tym sposobem kolejna walka, tym razem komu się większa kula utoczy:D Zapewne ktoś zrobił zdjęcia, więc jeżeli tylko będę je mieć, pokażę :)
I żeby tego było mało, w dalszej części schodzenia, Piotrek zaproponował utoczenie kolejnej kuli, którą mieliśmy zagrodzić szlak pozostałym :D Utoczona kula miała 150 cm wysokości... Normalnie, jak dzieci ;) Zakończyliśmy przygodę w pizzerii w Kozach. Tam się działo. Nie wiem ile wypiłam, ale wiem, że co chwilę przechylałam kieliszek! Było kolorowo w głowie, był banan na twarzy i wielkie poczucie humoru, brzuch bolał, w autobusie to samo! "Kapitan" chodził z flaszką i nie było sposobu, żeby się wykręcić! Wracaliśmy z Konarem uhahani..., w biały dzień..., jak dwa żulki, ALE trzymaliśmy klasę! Wieczorem przeszłam szybkiego kaca, wypiłam półtorej litra płynu i wszystko wróciło do normy.  Kładłam się spać, jako Peace and love.

Poznałam tylu fajnych ludzi, że właściwie to nie wiem, dlaczego wcześniej nie chciałam uczestniczyć w życiu PTTK. Wiem, że bardzo wiele straciłam, a szkoda. Dobrze, że jeszcze mam możliwość nadrobienia chociaż troszeczkę. Z niecierpliwością czekam na jeszcze więcej :)

A dzisiaj mamy początek tygodnia i powrót do codzienności. Bratanica jeszcze do przedszkola nie chodzi, ale może już od środy się uda jej pójść. 

piątek, 17 lutego 2012

Zima w pełni, nic tylko założyć cieplejsze spodnie, rękawiczki i wybyć na górki... Szkoda, że człowiekowi w pewnym wieku już nie wypada, chociaż? Gdyby bratanica była zdrowa, to bym ją wzięła ze sobą, że niby to ona chce zjeżdżać, a ja tylko do przypilnowania, ale akurat musiało dopaść ją przeziębienie, bidulka. Prycha, kicha, kaszle. Znowu nie chodzi do przedszkola, znowu zażywa antybiotyki. Nie chce też jeść, a powinna, bo brzuszek ucierpi. Spędzamy wspólnie południa, popołudnia. Gramy sobie w gry, układamy puzzle, oglądamy Pingwiny z Madagaskaru. Moim ulubieńcem jest oczywiście Julian, Amelka kocha się w pingwinach :) Śmiejemy się na tej bajce do granic możliwości, teksty Króla Juliana są bezcenne, zresztą nie tylko jego.

Jak tam wasze brzuszki po Tłustym Czwartku? Ja dzisiaj już doszłam do normy, ale wczoraj to miałam lekką tragedię. Nie chodzi o przejedzenie się, ale o jakość pączków kupnych. Mimo, iż upiekłam donaty , tata przyniósł po pracy pączki tradycyjne. Nie chciałam ich jeść, bo wiedziałam, że wystąpi zgaga, ale tak mi je zachwalał, że spróbowałam...,  i miałam za swoje. Cierpiałam długo, piłam herbatki, ziółka, brałam leki i nic. Żołądek bolał do tego, na nic patrzeć nie mogłam. W życiu nie dam się już na pączka namówić. Przez to wszystko, zjedli mi donaty i w sumie nic z tego wczorajszego dnia nie mam, chociaż nie, trochę mam, bo kilka sztuk robionych zjadłam zanim domownicy wrócili, po nich zero zgagi, bo pieczone w piekarniku, ale wiem też, że w życiu już ich nie zrobię, bo samo wyrabianie ciasta drożdżowego sponiewierało mi rękę i dzisiaj ledwo nią ruszam, same szkody :) Zdjęciem się jednak pochwalę, a co ;)
Poza tym, to jakoś płynie sobie ten czas. Zasłuchuję się w Myrze Rós, co tu dużo mówić, kobieta jest świetna. Konar wie, co człowiekowi w duszy gra. Cisza, spokój, harmonia... Polecam, wspaniałe ukojenie dla serducha.

środa, 15 lutego 2012

Fajnie jest zacząć dzień, kiedy to człowiek budzi się rano i wie, że za chwilę będzie smakował coś, bez czego nie wyobraża sobie dalszego funkcjonowania... W tych zasypanych i mroźnych czasach, ciepłe śniadanie to podstawa, OWSIANKA to podstawa! Dla człowieka oczywiście, dlatego od dzisiaj powstaje nowa kategoria: Śniadania, będę tam przedstawiała zdjęcia moich śniadaniowych wytworów, prawie zawsze owsianek, a może ktoś z was skusi się, aby przyrządzić podobną?
Owsianka na mleku granulowanym z nashi, śliwkami i morelami suszonymi, płatkami migdałowymi, orzechem włoskim, laskowym, fistaszkami, sezamem, płatkami wielozbożowymi, cynamonem.

Baza owsiankowa jest u mnie zawsze taka sama: 2 łyżki płatków orkiszowych, 2 łyżki płatków owsianych górskich, łyżka otrębów pszennych lub owsianych, lub żytnich. Płatki zalewam na noc wrzątkiem, centymetr ponad płatki, a rano dodaję mleka i gotuję.

Miałam dzisiaj dobry dzień. Wieczorna przechadzka, stos płyt, tajemnicza koperta, sprawiły, że moja buzia cały czas się śmiała. Walenty jednak o mnie nie zapomniał, to bardzo miłe :) Uciekam, idę zasłuchać się w płytach...

wtorek, 14 lutego 2012


Dzisiaj dotarły do mnie dokumenty, które zbliżą mnie do zostania dawcą :) Formularz wypełniłam, podpisałam, pobrałam wymazy... Jutro wszystko wyślę i będę musiała poczekać kilka miesięcy, aż przyślą mi kartę dawcy. Jupi! Nawet nie wiecie, jak jestem szczęśliwa z tego powodu. Uratuję komuś życie...

I smutniejsza wiadomość... Dzisiaj też dowiedziałam się, że mój kolega z Opola, z którym pracowałam ma białaczkę. Ironia losu - prawda?

poniedziałek, 13 lutego 2012

Nigdy nie ukrywałam, że nie jestem osobą specjalnie zadowoloną z siebie. Może teraz lepiej czuję się we własnej skórze, ale do momentu, kiedy przestało mi zależeć na opinii ludzi z zewnątrz, to strasznie cierpiałam z powodu swego wyglądu. Wkurzało mnie to, że na Dzień Kobiet chłopcy nie kładli mi tulipana na krześle, wkurzało mnie to, że nikt nie przysłał mi kartki z napisem "czy będziesz ze mną chodzić?"... Tylko dlatego, że odbiegałam od pewnych popularnych standardów urody... Denerwuje mnie to, że ostatnio fizyczność, estetyka zewnętrzna ma kolosalne znaczenie spychając inne wartości na margines... Osoby nie spełniające pewnych oczekiwań przepadają w przedbiegach, czy to w wyścigu o miłość, przyjaźń czy szczęście... Ja lubię wszystko, co potłuczone i kalekie... I chętnie porozpycham się łokciami, żeby dla takich ludzi zrobić trochę więcej miejsca... 
Kasia Nosowska 1999

poniedziałek, 6 lutego 2012

Dzisiaj z tatą zamierzamy zrobić kotom zadaszenie. Biedaki śpią pod gołym niebem, zasypane, że nie widać, gdzie przód, gdzie tył. Zwinięte w kłębuszek, pozostawione same sobie. Tata przywiózł już deskę i przybijemy ją do budy, żeby chociaż śniegu im oszczędzić. Z zimnem sobie muszą jakoś poradzić. Mają tę wielką poduszkę, sąsiadka dołożyła koc. Szkoda, że są dzikie, bo byłabym skłonna wziąć chociaż jednego do domu...

Amelka wyglądała w przebraniu cudnie. Pierwsza zabawa. Praktycznie były same wróżki ze skrzydełkami, taka moda - cóż ;)
Ktoś ma jakieś życzenia? Niech pisze w komentarzach, mam względy u wróżki ;)

niedziela, 5 lutego 2012

Aktywna niedziela. Wróciliśmy o 15:00. Małe sprostowanie, startowaliśmy w Rzykach,  spod ośrodka Czarny Groń, a skończyliśmy na Potrójnej.  Szło się  bardzo przyjemnie, słoneczko towarzyszyło nam przez większość czasu, zresztą tak jest zawsze, kiedy na wyprawę jedzie Robert z Jolą. Śniegu mnóstwo. Nela szalała, widać była w swoim żywiole. Parę podejść mieliśmy dosyć stromych, ale dla nas to żadna przeszkoda. Dla takich chwil, jakie przeżyłam dzisiaj warto żyć. Widoki - ach, nie sposób tego przekazać, dlatego kiedy tylko zdobędę zdjęcia, umieszczę kilka na blogu. 

Za tydzień Hrobacza Łąka :)

Jutro Amelka ma zabawę w przedszkolu. Będzie jednak wróżką ze skrzydełkami - różową na dodatek, gdyż jest to jej jeden z najulubieńszych kolorów, jak to ona mówi. Wezmę rano aparat i pstryknę małą, dobrą wróżkę :)

Siekiera - A gdyby 

A gdyby można było tak wyrzucić z serca urok zły
A gdyby można chociaż raz powiedzieć sobie
Powiedzieć sobie, oto, oto warto żyć
Oto warto żyć
Warto żyć
Oto warto żyć

A gdyby można było tak obudzić wszystkie nasze sny

A gdyby można jutro wstać i wołać głośno
I wołać głośno, oto, oto wstaje świt
Oto wstaje świt
Wstaje świt
Oto wstaje świt

A może jest, może, daleko gdzieś, daleko gdzieś

A może jest, może, daleko gdzieś, daleko gdzieś

Uciekam moi mili. Buźka.
 

sobota, 4 lutego 2012

Szkoda, że nie da się wymyślić życia od początku, chętnie bym je sobie zaplanowała jeszcze raz, a tymczasem...

Mało piszę, bo jakoś nic specjalnego się w moim życiu nie dzieje. Przerzuciłam się w jedno miejsce, w którym również prowadzę swój pamiętnik i to może dlatego jest mnie tu mniej? Chociaż nie, bo tam nie piszę o tym, o czym piszę tu. Inne światy, inne pisanie.

Jutro wybieramy się z Jarkiem, Robertem, Jolą i Nelką (psem Jarka) na przełęcz Zakocierską. Pójdziemy szlakiem, którym szliśmy w lecie, aż dojdziemy do schroniska Pod Potrójną, a potem na Potrójnej. Jarek dzwonił do człowieka, który mieszka w schronisku i możemy przybywać - jest czynne. Szlaki przetarte, nie można pragnąć niczego więcej. I nie pragnę, mróz też nie jest dla mnie żadną przeszkodą. Cieszę się na niedzielę wolną od siedzenia w domu, mimo ujemnych temperatur.

Bywajcie.