Myśli. Za dużo myśli. Nie lubi myśleć, bo wtedy nie jest sobą, wycisza się, popada w stany, z których ciężko jest jej wyjść. Potrafi godzinami gapić się w okno i nie widzieć w nim nic. Potrafi zasłuchać się w muzyce, która niekoniecznie poprawia jej stan, ale kiedy myśli, nie może słuchać czegoś, czego nie chce, jej palce same wybierają słowa zapisane w nutach, i jest to najbardziej odpowiednie dla jej samopoczucia. Czasami bywa i tak. Cóż..., może to dlatego, że zaczął się poniedziałek, a ona go przecież straszliwie nie lubi?
Wiosno, czekam z utęsknieniem na Cię!
piątek, 25 lutego 2011
..., i kiedy już zaczynałam widzieć światełko w tunelu, które mknęło do mnie, aby pomóc mi wyzdrowieć, drogę zagrodził mu kamień, który przyniósł ze sobą niepewność, mnóstwo myśli i ból głowy. Wiedziałam, że w przyszłości może się to wydarzyć, bo takie plany były, ale że tak nagle, to się nie spodziewałam. Wczorajszy dzień przyniósł smutny koniec. Jest z niego wyjście, ale nie od razu może przyjść. Pośrednio sprawy dotyczą mnie, bezpośrednio osoby mi najbliższej... No nic. Mam nadzieję, że jakoś się to ułoży i nie będę musiała się martwić o leczenie.
Była dzisiaj pani z MOPS, za tydzień decyzja, czekamy.
czwartek, 24 lutego 2011
Nadal zimno. Niby mróz ma odpuszczać, według niektórych mądrych głów (czyt. mojego taty), ale coś chyba to polepszenie pogody nie chce przyjść, jakby komuś chciało zrobić na złość?! Pfff, wytrzymam każdą aurę. Skoro piszę, to znaczy, że przeżyłam wyjazd do Siemianowic Śląskich, ale działo się, oj działo... Jak zwykle prowadził mnie Krzysztof Hołowczyc, którego podczas jazdy zwyzywałam dobre 5 razy, ale to tak z samych trzewi na niego krzyknęłam, bo wyprowadził mnie z równowagi maksymalnie. Głównym jego problemem było to, że opóźniał najważniejsze skręty, czyli mówił, kiedy ja już nie byłam w stanie podporządkować się jego komendzie. W efekcie padało: "jesteś poza trasą, nowa będzie lepsza". Zaczęła się ta przygoda dlatego, że postanowiłam zamiast dotychczasowej trasy (Bieruń, Tychy), pojechać przez Imielin, który doprowadził mnie do S1, a następnie umożliwił zjazd na A4, z której łatwo mogłam zjechać na drogę prowadzącą m.in. do Siemianowic Śląskich. Dlaczego piszę "mogłam", bo oczywiście nie zjechałam tam, gdzie powinnam. Mapy mam niezaktualizowane i niestety trasa po remoncie nie jest na mapę naniesiona, dlatego Krzysiu postanowił prowadzić mnie prosto przez Dolinę Trzech Stawów, autostradą na Wrocław. Według tego, co widziałam na Zumi, miałam skręcić na Sosnowiec i ble ble ble. Intuicja podpowiadała mi, skręcaj, nie pomylisz się, ale jak zwykle jej nie posłuchałam... - to już ostatni raz, ona mnie nigdy nie zawodzi, nie wiem dlaczego się jej sprzeciwiam. No, ale nic. Pobluźniłam trochę po cichu, a w mózgu zaczęły się otwierać odpowiednie klastry, które wyciągały obrazy, kiedy to jeździłam do pracy i próbowały odnaleźć na autostradzie na Wrocław, jakieś zjazdy na miasta, które doprowadziłyby mnie do Siemianowic... Niestety, nie odnalazłam nic, coby mogło wywołać na mojej twarzy uśmiech. Odezwał się wtedy Hołowczyc, za 50 metrów skręć w prawo... Oho! Pierwsze przerażenie. On prowadzi mnie do centrum Katowic, tylko nie to! Znowu mózg otworzył klaster, tym razem ze słowami ludzi, którzy mówili mi, że lepiej, jak się na Siemianowice pojedzie przez Spodek. Czyżby obawy miały się spełnić? Nadzieja, że jednak ominiemy to tragiczne rondo trzymała mnie jeszcze w ryzach. Tata, który robił za pilota, był w ogóle niezorientowany, podobnież do mnie, ja też nie wiedziałam, gdzie jestem ;) Jednak, miałam jakiś wewnętrzny spokój, dopóki Krzysio nie wprowadził mnie w błąd po raz drugi. Jadę i maszyna mówi mi, że mam trzymać się głównej drogi. Główna droga biegła po łuku w lewo, więc tak pojechałam, a szanownemu Hołowczycowi chodziło, że jednak trzeba jechać w prawo przed tym łukiem. Znowu komenda, jesteś poza trasą, nowa będzie lepsza. Trzy razy jeszcze informował mnie zbyt późno o zjeździe, aż tu nagle - stało się! Tato, ja Ci nic nie chcę mówić, ale tam widzę Spodek! O nie. Przesiadaj się, ja nie pojadę przez to Rondo :) Tata w śmiech i mówi, Ty nie dasz rady? Taka niby forma podbudowania mnie... Pomyślałam sobie, a co mi się może stać, zaufam tej maszynie po raz kolejny. Sprawa była o tyle ciężka, że ułożenie GPS uniemożliwiało mi patrzenie na ekran, słońce odbijało obraz, poza tym, musiałam poświęcić całą uwagę na to, co działo się na drodze... Na szczęście zobaczyłam upragniony znak informujący mnie o zjeździe na Siemianowice Śląskie. Rondo, które miało być tak bardzo przerażające, wcale takie nie było, gdyż zjazd na mój cel był pierwszy, więc nie musiałam zbytnio kombinować. Radość po zjeździe z ronda - bezcenna! Dalsza część trasy przebiegła pomyślnie, chociaż mieliśmy pomyłki, ale do celu dotarliśmy. Trasa miała być krótsza... ;) Postanowiłam, że absolutnie nie kombinujemy z powrotem do domu. Jedziemy tą samą trasą, co zawsze, Bóg pozwolił mi przeżyć jazdę do szpitala, nie będę narażać się drugi raz. To nie na moje nerwy ;)
Oczywiście, mówię wiele rzeczy, ale czasami daję się namówić! No - to dzięki tacie, który stwierdził, że damy radę wrócić inną trasą, po załatwieniu sprawy w szpitalu, ustawiłam przyrząd GPS na szybka trasa...Yhyhm. Wcale nie była szybka. Znowu czekały na mnie centra i inne tego typu przeszkody z tramwajami włącznie. Masakra! Ale przeżyłam.
Podsumowując;
Ilość stworzonych zagrożeń na drodze: 0
Ilość wepchnięć się na ładny uśmiech: 3
Ilość przeproszeń : 1
Ilość pomyłek:8
Ilość win zwalonych na Krzysztofa H.:8
Ilość spalonych kalorii ze stresu: 255
Bez GPS nie dałabym sobie rady, i chociaż parę razy źle oszacował i wprowadził mnie w błąd, to i tak znajdował alternatywy, które w efekcie doprowadziły mnie tam, gdzie nigdy nie chciałam trafić, no ale, dzięki temu wiem, że nie ma się czego bać, teraz jestem w stanie jechać gdziekolwiek w nieznane. GPS - tak, ale jeszcze przytomność umysłu jest potrzebna. Dobrze, że posiadam. Następnym razem zaufam intuicji ;)
Rozpisałam się o dojazdach, a tu jeszcze trzeba zdać relację, co doktor ciekawego powiedział mi. Przede wszystkim, pierwsza operacja wycięcia zropiałej torbieli była źle przeprowadzona. To jej zawdzięczam obecny stan. Po wycięciu "obcej", nie powinni byli mi rany zaszywać... Zaszycie spowodowało, ze bakterie, które zostały w ranie, rozprzestrzeniły się na plecy i dlatego wyglądam, jak wyglądam i mam takie problemy, jakie mam. Dostałam leki, a komora z tego, co wiem, czeka mnie za około 2 miesiące. Plan po niej też jest. Ona zabije mi bakterie, a później doktorzy z Siemianowic wytną ranę z przerostami i zszyją ją na nowo... Musi być tylko sterylna... Cieszę się, że jest plan, że nie tkwię w kropce. Nie będę miała długiego procesu gojenia, nie będę narażać się na kolejne ataki bakterii, bo rana będzie zaszyta, a co najważniejsze, będzie w środku czysta! Jupi!!! Jestem bardzo zadowolona z leczenia w Siemianowicach. Same konkrety, bez owijania w bawełnę!
To teraz sobie podskoczę z radości i uciekam robić obiadek. Dzisiaj mięsko z ryżem w sosie słodko-kwaśnym. Mniam;)
środa, 23 lutego 2011
Spadł śnieg! STOP W ogóle mi się to nie podoba STOP Jutro wyjazd do Siemianowic Śląskich STOP W taką pogodę? Po prostu super! STOP!!!
wtorek, 22 lutego 2011
Jak tam się czujecie? Ja zbieram się do kupy. Ból gardła poszedł sobie siną w dal, katar takoż, tylko to ścięgno Achillesa nie chce odpuścić. Grzecznie smaruję nogę maścią dla sportowców i cierpliwie czekam na jakiś efekt. Jeżeli jest to coś przewlekłego, to ja się po prostu "zabiję". Pamiętam, że dawno temu, podczas grania w siatkówkę, wyskoczyłam do piłki nie przygotowując wcześniej stopy, i poczułam takie dziwne oparzenie z tyłu nogi, dokładniej nad piętą. Chwilkę bolało, ale grałam dalej. Kiedy mięśnie ostygły, zaczęło się. W domu zauważyłam obrzęk, noga bolała. Oczywiście nic rodzicom nie powiedziałam, bo chciałam oszczędzić niepokoju i zbytecznego gadania, które na pewno by mnie zdenerwowało, jako że byłam na etapie buntu. Męczyłam się dobre kilka tygodni. Jeżeli wtedy było to coś poważnego, jakieś naderwanie ścięgna, czy coś i naprawiło się to bez usztywnienia, to mogły powstać nieprawidłowe struktury wewnątrz nogi i teraz objawiło się to bólem po przeciążeniu nogi na steperze. Wina oczywiście moja, bo na steper nie wolno wchodzić bez rozgrzewki, kurczę blaszka :)
Sprawy z MOPS-em idą pełną parą. Formularze wypełnione, pani odwiedzi moje mieszkanie w piątek. Czego będzie tu szukać? Pewnie chce zobaczyć, jak mieszkam i czego mi brakuje. Szkoda, że czasami na podstawie takiego czegoś, ludzie nie otrzymują pomocy. Obawiam się, że w moim przypadku tak może być, skoro mam w pokoju telewizor, komputer, to przecież mogę to sprzedać, żeby kupić opatrunki? Chciałabym się mylić, ale jeżeli tak będzie, to ja powiem, co myślę. Kiedy w pokoju socjalnym wypełniałam formularze, przyszedł tam chłopak, lat ok 35. Twarz miał opuchniętą, co oznaczało, że odłożyła mu się woda w organizmie... Jaka przyczyna? Ta najgorsza. Chłopak był alkoholikiem. Ledwo chodził, nie potrafił się podpisać, bo wypłukany magnez z organizmu sprawił, że jego ręce potwornie się trzęsły. Chciał rozmawiać, ale nie bardzo mu to wychodziło. Był kilka razy na leczeniu zamkniętym, ale jak widać, nic to nie dało. Dlaczego? Nie chciał z tym skończyć, podobało mu się takie życie. MOPS dawał zasiłek, a on go przepijał. Kiedy kończyły się pieniądze, szedł na detoks, żeby jakoś przetrwać czas, zanim MOPS znowu nie przyzna zasiłku. Wczoraj też chciał pieniądze na kroplówkę, żeby jakoś funkcjonować. Pani dała mu tylko 2 złote, a ja bym zamiast tych pieniędzy, kupiła taką kroplówkę. Alkoholikowi się nie wierzy, nie w momencie, kiedy jest na głodzie. No, ale nie mój interes, ja pracownikiem socjalnym nie jestem, boli mnie tylko fakt, że czasami osoby, którym na niczym nie zależy, mają więcej od osób, które za wszelką cenę chcą wyzdrowieć.
sobota, 19 lutego 2011
Czasami, zanim coś napiszę powinnam pomyśleć dwa razy. Szkoda, że mądra bywam z reguły wtedy, kiedy jest już za późno. Może będzie to dla mnie nauczką na przyszłość, żeby nie ufać wszystkiemu i wszystkim, a już w szczególności owocom, warzywom i witaminom, które notabene miały uchronić mnie przed zachorowaniem. Niestety, nie uchroniły - jestem chora, CHORA! Co ja sobie myślałam, że przebywając wśród chorych nic nie złapię? Najpierw kolegi mama, która w niedzielę prychała na mnie, następnie sąsiadka, która z wielką gorączką przyszła pożyczyć cukru i na dzień dobry kichnęła ze dwa razy. Nie wspomnę o powrocie na nogach z MOPS-u w najbardziej wietrzną i mroźną pogodę. A, i jeszcze pani w MOPS-ie zakatarzona była... Cóż, tak oto złapałam skumlowane cholerstwo, które zaczęło nasilać objawy od dnia wczorajszego. W godzinach wieczornych dały upust swojej sile i spowodowały, że mój prawy migdał przybrał gigantyczne kształty, a towarzyszący temu ból, nie pozwalał normalnie funkcjonować. Do tego gorączka, która na szczęście nie przybrała na sile, tak jak poprzednicy, ale i tak spowodowała, że czułam się parszywie niczym flak, który wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Gdyby na tym poprzestało, jakoś bym to zniosła, ale u mnie nic nie może być normalnie... Straszliwie boli mnie prawe ścięgno Achillesa. Uniemożliwia normalne założenie buta, chodzenie, a już w szczególności przekichane jest, kiedy muszę schodzić i wychodzić po schodach. Przyczyny mam dwie, albo powrót z MOPS-u to sprawił, albo steper, którego zajeżdżam regularnie od grudnia (za niedługo biedak wyda z siebie ostatnie tchnienie). Dużo na nim chodzę, może przeciążyłam nogę? Mam delikatny obrzęk i tkliwość miejsca nad piętą. Kiedy rozgrzeję nogę na steperze, przestaje boleć, po czasie znowu zaczyna, dziwne. Na razie stosuję maści przeciwzapalne i czekam, aż przejdzie, bo innej opcji nie widzę. Czuję się, jakbym jakąś kumulację chorób wygrała, nie odnosicie podobnego wrażenia czytając mojego bloga?;)
Żeby nie było tak chorobowo, ciotkuję od wczoraj. Zapowiadało się całkiem niewinnie, a skończyło na nocce spędzonej u mnie. Nie chcę się denerwować, więc nie napiszę dlaczego tak wyszło, nie jest to dla mnie żaden powód do dumy. W każdym razie, spałam 6 godzin. Amelka trochę dłużej. Pozycje dzieci podczas snu są rewelacyjne. Nie zdawałam sobie sprawy, że można w ogóle tak się wygiąć, żeby znaleźć się w nogach. Cieszę się, że mam z Amelką tak dobry kontakt, mała łapie każde moje słowo, robi o co proszę. Jestem dla niej dużym autorytetem..., miłe to bardzo. Kiedy mówi, że mnie kocha, łzy same napływają do oczu. W takich momentach cieszę się, że żyję. Kocham tego bąbla miłością bezwarunkową. Ona jest takim moim małym światełkiem w chorobie, daje siłę... Chciałabym dla niej jak najlepiej, żeby jej niczego nie brakowało, żeby znała tylko dobro, a nienawidziła zła, żeby miała wszystko, co najlepsze. Amleka jest dobrym człowieczkiem. Tak, jak ja uwielbia zwierzęta, a dobrych ludzi poznajemy przecież po ich stosunku do zwierząt... Kiedy Misio dorośnie, na pewno tak jak ciocia, będzie przynosiła do domku wszystko, co biedne, czworonożne i bezdomne :)
czwartek, 17 lutego 2011
Szaleństwo! Tydzień spisany na straty. Od poniedziałku nie załatwiłam kompletnie nic, pisałam, że kobiety z MOPS-u w poniedziałek nie było i miałam przyjechać we wtorek - przyjechałam. Miła pani poinformowała mnie, że dzisiaj osoby, do której przyjechałam również nie ma, i będzie dopiero w czwartek. Mówiła to z uśmiechem na twarzy, była miła. Nawet przeprosiła, ale..., dla mnie naprawdę ciężką rzeczą jest wybrać się na drugi koniec miasta, nie mógłby ktoś wcześniej upewnić się, zanim sprzeda nierzetelną informację? Nic nie powiedziałam, bo akurat trwał u mnie dzień dobroci, ale swoje sobie pomyślałam. To nic, że zużyłam dwa opakowania kompresów, żebym mogła przetrwać transport tam i z powrotem, tym bardziej, że jechałam autobusem w jedną stronę, a w drugą wracałam na nogach. Ważne, że się dotleniłam, było mi to potrzebne. Spacerek w minusową i wietrzną pogodę jest naprawdę spełnieniem marzeń. Nie można wiecznie wozić się samochodem tudzież autobusem. Każdy ruch jest dobry, żeby dać poczuć mięśniom, że na coś są potrzebne. Zdrowie, a raczej dążenie do niego jest dla mnie najważniejszym priorytetem, dlatego chodzę kiedy tylko mogę, nie daję wygrać bólowi, który idzie wraz ze mną. Przyzwyczaiłam się do niego, w końcu jest to część mnie. Najważniejsze, że nie biorą mnie żadne przeziębienia, grypy, anginy.Widać działa to, co jem i nawet włosy przestały mi wypadać. To dobry znak dla organizmu, zdrowe odżywianie rulez! Z tej okazji zrobiłam pyszną, owocową sałatkę, dzielcie się! Smacznego :)
P.s.
Dzisiaj w MOPS-ie również nic nie załatwiłam, moja pani już była, tylko poprosiła mnie, żebym przyszła w poniedziałek, żebyśmy miały dużo czasu. Przeżyję :)
poniedziałek, 14 lutego 2011
Rach, ciach i znów poniedziałek - zimny na dodatek. Mam nadzieję, że są to jednak resztki zimy i za niedługo wszyscy będziemy mogli cieszyć się wiosną. Pełno spraw na głowie i jak zwykle części nie załatwiłam. Dokumentów do MOPS-u nie oddałam, bo kobiety zajmującej się moim terenem nie było. Chyba jakieś pieniądze dzisiaj rozdawała instytucja, bo ludzi pełno i jakoś nie każdemu dobrze z oczu patrzyło... Ja wiem, że nie należy człowieka oceniać po wyglądzie, ale jak się człowiek przy okazji nasłucha, to częściowo zdanie zmienia. Połowa z tych, co tam przychodzą to dla mnie śmierdzące lenie, którym się nie chce pracować - taka prawda. Słyszałam rozmowę pomiędzy dwoma mężczyznami, gdzie jeden mówił do drugiego, że odrzucił ofertę pracy, za wcześnie trzeba by było mu wstać.Woli przyjść do MOPS-u po zasiłek, a resztę pieniędzy ma ze sprzedanych puszek i innych takich. Pomyślałam, że te puszki to pewnie na śmietniku szuka, więc nie wiem, czy nie lepiej by mu było pracować, jak człowiek, a może ja mam inne pojęcie normalności? Z twarzy można było wyczytać, że większość z nich lubuje się w alkoholu, wygląd potrafi w tym wypadku dać rozeznanie w sytuacji. Rozumiem, że jakoś przetrwać muszą, ale czy jedynym rozwiązaniem problemu jest alkohol? Nie można spróbować żyć godnie? Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo byli tam i ludzie biedni, którzy robią, co mogą aby zapewnić przyszłość dla siebie, swoich dzieci, i każdy grosz odkładają, żeby tylko dla pociech było. Serce płacze, kiedy widzi się sytuację, gdzie dzieci biją się o jednego małego lizaczka, bo mama kupiła im na pół..., więcej pieniążków nie miała. Widziałam dzisiaj dużo. Zastanawiam się, czy pasuję do tych ludzi, przecież w domu mi niczego nie brakuje, rodzice pomagają, mam ciepłe miejsce, nie cierpię głodu, czy mam prawo prosić o pomoc? Czy nie zabiorę innym jakiejś ich części? Pomijam już moją psychikę i poczucie godności, boli fakt, że nie mam nawet na jedno opakowanie kompresów gazowych, kiedy widzę, że kończą mi się opatrunki mam od razu stres, że znowu będę się musiała prosić rodziców. Nie lubię tak... Staram się nie myśleć kategoriami, że mi się nic nie należy, bo w domu jest wszystko. Nie da się wytłumaczyć, co czuję w środku, że nie mam własnych pieniędzy na leczenie..., nikomu nie życzę znaleźć się w takiej sytuacji, ale pewnie i tak mielibyście więcej szczęścia ode mnie. Znając życie, to pewnie nie dostanę nic też z MOPS-u, bo zarobki rodziców są takie, że na osobe przekracza 315 zł..., co kogo obchodzi, że leczenie miesięcznie wychodzi o wiele więcej..., a jak jeszcze pomyślę, że czekają mnie dojazdy do Siemianowic... Na razie jednak wyrzucam to z czaszki..., nie chcę się nakręcać, bo automatycznie widzę bezsens mojego życia.
Kto mnie zna wie, jak bardzo uwielbiam zwierzęta. Na blogu też o tym wspominałam, więc kto czyta, może wyczytał, że taki fakt u mnie istnieje :) Wczoraj przytaszczyłam do domu rudego kota, ale nie ubiegajmy faktów... Jak w każde niedzielne popołudnie, wyszłam z psem na dwór (chodzę też w każdy inny dzień). Moja Sonia, uwielbia gonić koty, tak dla zasady, bo gdy kot przystanie, nastroszy futerko i zacznie prychać na Sonię, ta zdziwiona, poburczy jeszcze troszkę na niego i odejdzie, jakby nic się nie stało. Mina jej taka, jakby chciała powiedzieć, ale o so chodzi... Przy bloku mamy parę bezdomnych stworzeń, które są dokarmiane przez część dobrych ludzi. Koty mają swoje miseczki, które zapełniamy jedzeniem, mają rozłożone styropiany, żeby im w łapki zimno nie było, brakuje tylko dachu nad głową, ale już w tym roku nic nie zdziałam. One i tak śpią w innym miejscu, mam nadzieję cieplejszym niż dwór. Dzięki nim, nie ma przy blokach szczurów i innych takich gryzoni (chociaż ja szczury uwielbiam, ale te hodowlane ma się rozumieć) Kilka dni temu, zauważyłyśmy z mamą, że do bandy 6 kotów, dołączył nowy. Rudzielec, jak się patrzy, widać, że nie głodujący. Wyjadał z miseczek, wygrzewał się na styropianie. Pojawiał się i znikał. Wczoraj, podczas mojego spaceru, Sonia jak zwykle dojrzała kota - burego. Pogoniła biedaka, dostała ode mnie burę, że tak nie wolno robić! Podeszłam w miejsce, gdzie kotek się wylegiwał, chciałam mu powiedzieć, żeby się nie bał, że już sobie idziemy. Zaczęłam go wołać, chociaż i tak wiedziałam, że nie przyjdzie, przecież to dziki kot. Tradycyjnie zawołałam, kici, kici, kici... Ku mojemu zaskoczeniu zza ogrodzenia wyłonił się rudzielec, który dumnie zaczął do mnie kroczyć... Przycupnęłam, żeby go nie wystraszyć i zawołałam podobnie. Rozległo się wtedy takie żałosne MIAUUUUU, łapki szybko przybiegły do mnie i stworzenie zaczęło się ocierać o moje nogi... Futerko miał takie mięciutkie, kiedy go głaskałam, tak fajnie mruczał...Sonia po drugiej stronie trawy, przystanęła zdziwiona, nie podbiegła do mnie, postanowiła się obrazić. Głaskałam go chyba ze 20 minut, po czym oznajmiłam, że muszę iść do domu, na co on do mnie MIAU, MIAU, MIAU..., i to jego wołanie było takie żałosne, że aż mi się płakać zachciało. Wytłumaczyłam, że musi tu zostać, bo ja mam psa, nie mogę go zabrać... Niech się schowa, bo zimno idzie... (tak, gadałam z kotem, uwielbiam to robić)... Ruszyłam do Sonii, a ten biedak ogon do góry i za mną, wesoło miaucząc. O nie! Widziałam tragedię, która się zaraz wydarzy, bo Sonia patrzyła..., i patrzyła..., i patrzyła, a ten podbiegł do niej, a ona NIC! Szok mnie ogarnął, on się jej nie boi, ona mu nic nie robi? Nie może być! Co tu robić - pomyślałam. Ja w lewo, kot i Sonia za mną, ja w prawo, oni za mną. Mama w domu śpi, taty nie ma, help?! Pomyślałam, wezmę go na chwilę do domu, dam mu wody, kiełbaski i wypuszczę, to jest dorodny kot, da sobie radę. Gdyby nie tata, to kociak zostałby pewnie na zawsze, ale... Kiedy mama mnie zobaczyła ze stworzeniem i Sonią, od razu było...- Ło rany, jaki śliczny, i blebleble... Musiałam wytłumaczyć, co to się narobiło, że ja go tylko chciałam pogłaskać, nie myślałam, że będzie chciał ze mną podróżować. Koniec końców, kot sam chciał iść na dwór, więc napojony i najedzony opuścił me włości, a ja odstawiając go w miejsce, gdzieśmy się spotkali, czmychłam ile sił w nogach, żeby nie pobiegł za mną. Droga przy bloku jest uczęszczana przez samochody, nie wiadomo, co by się biedakowi mogło przytrafić... Nie każdy człowiek ma serce dla zwierząt. Dzisiaj Rudzielca nie widziałam, ale na pewno jeszcze trawi wczorajsze strawy :) Kiedyś nadejdzie taki dzień, że w moim domu znajdzie swoje miejsce jakiś kot, nie ma innej opcji.
piątek, 11 lutego 2011
Od niepamiętanych czasów, moje centrum dowodzenia przeniosło się z biurka na łóżko. Jakoś tak postanowiłam, że dzisiaj coś zmienię. Laptop przystosowany do przenoszenia, ale zawsze traktowałam go, jak swoją ukochaną stacjonarkę. Dbałam, żeby miał odpowiednie chłodzenie, żeby nic nie ograniczało jego dostępu do otworków, którymi wydobywa się cała ciepłota styranych od pracy układów i układzików :) Miałam ochotę ułożyć się wygodnie i coś Wam skrobnąć..., błogo mi się zrobiło na parę chwil, głowa przywarła do poduszki w tle rozbrzmiewał Pendragon, zamknęłam oczy...Uszy słyszały tylko jedną melodię, powoli zaczęłam odpływać do swoich marzeń, bo jak każdy człowiek je posiadam, chociaż kiedyś wydawało mi się, że wcale tak nie jest. Oddaliłam się w kierunku górskich szczytów, pomiędzy którymi znajdują się polany... Na jednej z nich stoi sobie drewniany domek, z komina wydobywa się dym, który przyciąga mnie do siebie. Nie mam oporów przed wejściem. To jest mój wymarzony domek , w którym chciałabym spędzić część swojego życia, w którym byłoby samo szczęście, w którym z uśmiechem witałabym każdy dzień. Górski wiatr kołysałby mnie do snu, a szczyty górskie witałyby ze mną każdy nowy dzień. Ech..., ale byłoby pięknie. Siadałabym sobie na ganku i tak mogłabym przesiedzieć cały dzień, a kiedy zrobiłoby się mi zimno, rozpaliłabym ogień w kominku i delektowałabym się tym zaciszem domowym. Ogień trzaskałby co jakiś czas, dając znak, że nie jestem sama, że cieszy się z mojej obecności..., a ja dorzuciłabym mu drewna, żeby rozjaśniał pomieszczenie najlepiej, jak może... I tak bym sobie siedziała i siedziała... Brakowałoby mi tylko jednego - Przyjaciół, na szczęście w tych marzeniach jest i dla nich miejsce. Puk, puk, puk... Zuska, aleś się zaszyła. Nie mogliśmy tu dojść - padłyby słowa. Pewnie przysadziłabym jakimś tekstem, że to magiczne miejsce i nie każdy ma tu dostęp, a potem, napilibyśmy się tradycyjnego Żywca i prowadzilibyśmy wspólne rozmowy w świetle blasku z kominka... Bo ten wymarzony domek wcale nie byłby malutki...
czwartek, 10 lutego 2011
Uchhhhhhhhh, dzień się skończył. Intensywny czwartek. Czaszka mi nie chce współgrać z pozostałymi częściami ciała, ale zmuszę ją jeszcze do napisania paru słów w tym blogowym świecie Salanee, a potem padam na pysk, żebym tylko nie zapomniała zdjąć okularów, bo bez nich ślepo widzę swój dalszy żywot, a raczej nie widzę go wcale ;)
Dzisiaj odbyła się kolejna kontrola u mojego dochtóra. Chyba mogę pisać o nim "mój" w sumie zna mnie na wylot, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szkoda, że lepiej od tej drugiej strony, no ale - choroby się nie wybiera ;) A serio. Dochtór J. był moim sąsiadem, nigdy bym go nie podejrzewała o to, że specjalizuje się w chirurgii miękkiej, aż tu nagle pewnego dnia spotykam go na oddziale, kiedy po raz pierwszy musiałam być operowana. Żuchwa mi opadła, a umysł powiedział, to jest lekarz? O nie, oby tylko mnie nie operował...Oczywiście, że mnie operował , a potem zmieniał opatrunki, grzebał, drenował, wkładał setony, w kilku słowach, oferował wiele szpitalnych przyjemności. Każdy pacjent jest nieśmiały, kiedy musi odkryć swoje części, których na co dzień nie pokazuje (mam na myśli tył, nie przód :P), nie odbiegałam od normy, też się wstydziłam, jednak z czasem musiałam się przyzwyczaić. Większość leczenia oferował mi doktor J., więc chcąc nie chcąc, stał się "moim" doktorem, który pomagał w wielu kwestiach, niekoniecznie stricte medycznych. Dzisiaj na tapecie było np. przedszkole. Jego dzieciaki już do niego chodzą, a moja bratanica dopiero pójdzie. Dochtór powiedział, od której trzeba koczować pod przedszkolem, i co trzeba mieć ze sobą. Dla mnie to jakiś szok, że godzina 6 i stój człowieku w kolejce... Marzec zbliża się wielkimi krokami, a jakoś nie uśmiecha mi się stanie w zimie bladym świtem, a największy ból będzie, jak po tym staniu mała się nie dostanie, tfu tfu! Poza przedszkolem, to rana jak wyglądała, tak wygląda. Ze strony chirurgicznej nic więcej nie da się zrobić, rana opracowana ma się goić, a się nie goi, i? I nic! Wygląda to wszystko, jakby toczyła się na mnie III wojna światowa, której co jakiś czas się przeszkadza zmianami opatrunków. Nie wiem, co mam myśleć, jak się nastawiać, długi czas oczekiwania na komorę mnie przeraża, powoli mi się przestaje cokolwiek chcieć, sił brakuje, więc walę focha na ranę, ot co!
Co to ja jeszcze chciałam? Aha! Mam tak sklerotycznego brata, że szok. Dzwonię dzisiaj do niego, bo chciałam numer do księgowej. Ostatnio miał mi wysłać sms z wizytówką i oczywiście tego nie zrobił, więc postanowiłam, że dzisiaj nie dam mu się zmyć i ten numer mi poda bezpośrednio. Miałam w planach jechać do księgowej po kontroli chirurgicznej, a nie chciałam jechać w ciemno! I tak byłam spóźniona, bo do gabinetu lekarskiego weszłam jako ostatnia po godzinie 12tej. Dzwonię, dryń, dryń, dryń...
A. - Haj Młoda, co tam?
Ja - Cześć brat, słuchaj potrzebuję numer do księgowej. Ostatnio miałeś mi go wysłać sms-em...
Chwila ciszy w słuchawce...
Ja - A., jesteś tam?
A. - No? Co to chciałaś?
Ja - Weź mnie nie denerwuj, tylko daj mi numer do księgowej!
A. - ..., a nie wysyłałem Ci go?
Ja - gdybyś mi wysłał, to bym nie dzwoniła :P
A. - to zaraz ci wyślę sms-em...
Ja - O, nie! Ostatnio też mi miałeś wysłać i nie wysłałeś, podaj mi go teraz, mam kartkę i długopis (siedziałam w poczekalni, milion oczu było wpatrzonych we mnie...)
A. - Młoda, ale ty mnie wkurwiasz, kurde, nie chce mi teraz działać wyświetlacz, wyślę Ci wizytówkę sms-em... (ściemniał, znam własnego brata)
Ja - Ej, nie, bo zapomnisz...
A. - Nie zapomnę, jak się rozłączymy to wyślę... obiecuję!
Ja - ..., ale jak zapomnisz to Cię zamorduję.
A. - Młoda, no jak mogę zapomnieć, rozłączam się i wysyłam..
Ja. - A., to dla mnie bardzo pilna sprawa, proszę nie zapomnij.
A. - Obiecuję!
Czekałam 10 minut...ZAPOMNIAŁ! Mój rodzony brat, krew z krwi :) Mam tylko nadzieję, że ja w jego wieku aż takiej sklerozy mieć nie będę...Pominę fakt, że jestem niekonsekwentna w działaniu. Przed rozmową obiecałam sobie, że dopóki mi nie poda numeru, nie rozłączę się. Nie wzięłam tylko pod uwagę, że to on się może rozłączyć ;) Na szczęście księgowa była w biurze..., ale miała kontrole z ZUS-u, więc i tak nic nie załatwiłam, ale załatwię jutro, bo mi to obiecała :) o ironio!
Przebrnęłam jakoś. Samopoczucie ciut lepsze, ręka już tak nie rwie, ale znowu żołądek strajkuje. Hm. No, co - trochę frytek zjadłam. Chyba był to duży błąd - wyjałowienie trwa. Dobranoc.
Kisioł - dla Cię :)
Pees.
Jeżeli ktoś z Was korzysta z komunikatora TLEN i dostanie taki komunikat:
"Witaj ! Jesteś zagrożony/a! Nie aktywowałeś/aś konta,grozi to dożywotnim banem. Aktywując konto wyślij sms o treści: AP.PTM25 na numer 92568 (Darmowy!) Do godziny 0:00 trzeba aktywować konto,inaczej zostanie ono USUNIĘTE! Wystarczy napisać kod zwrotnym z sms'u na podany e-mail kontaktowy/: aktywacja-konta-tlen@tlen.pl Bądź odpisz. Kod aktywacyjny na wiadomość na tlenie. Kod jest dożywotni i jednorazowy! Zespół Tlen.pl", niech absolutnie nie wysyła żadnego sms-a. Zespół Tlen.pl nie wysyła żadnych takich wiadomości do swoich użytkowników! Takie spamy mają za zadanie wyłudzić określone profity od użytkownika. Co robić? IGNOROWAĆ!!!
środa, 9 lutego 2011
Dziękuję Emilu za reakcję odnośnie bloga, to tak na wstępie. Od tygodnia nosiłam się z zamiarem częściowej zmiany szablonu na inny, ale zawsze odkładałam to sobie na później. Taka forma lenistwa, wytłumaczona na moją korzyść. Dzisiaj musiało się stać, nieczytelność w komentarzach przelała czarkę, która dokonała zmiany. Uff. Znowu większość dnia stracona. Wieje. Pogoda zmienia się i ja to czuję. Nigdy nie bolała mnie ręka na zmianę, a od wczoraj cierpię - w dosłownym tego słowa znaczeniu. Najlepiej to odcięłabym przedramię, żeby nie czuć tego pulsującego bólu, na który nie pomaga nic przeciwbólowego. Mniej boli, kiedy się biję po ręce, ale przecież sadomasochistką nie jestem, nie mogę się tak okładać. Noc praktycznie nieprzespana, do tego dochodzą oczywiście plecy, które też postanowiły boleć mnie bardziej niż zwykle. Jeżeli do jutra mi nie przejdzie, zwalę winę na brak jakiś witamin w organizmie, bo posiadam jeszcze straszne zawroty głowy przy podnoszeniu się z pozycji leżącej tudzież siedzącej. Anemia to? Hm, na swoje piętro wbiegam w tempie ekspresowym i zmęczenia nie odnotowuję, a przy anemii miałam problem z wyjściem z pierwszego na czwarte, kiedy leżałam w szpitalu. Symptomów niedoboru magnezu też nie mam, bo nie mruga mi powieka, a to u mnie pierwszy objaw braku witaminy. Czego jeszcze nie mam - nie wiem, ale niech to już przejdzie. Samopoczucie: -10!
wtorek, 8 lutego 2011
Kochany, choć nie znany adresacie. Lub raczej - kochany, bo nie znany. Nie znając cię, nie znam twoich przywar, odstręczających właściwości twojego ciała i twojego charakteru, co mi pozwala zwracać się do ciebie z nieskrępowaną sympatią. Lecz dlaczego właściwie (jeżeli cię nie znam) miałbym odczuwać dla ciebie sympatię? Odpowiedź: sympatia jest uczuciem krzepiącym, zdrowym, pozytywnym, miłość bliźniego jest zalecana przez wszystkie systemy kościelne i świeckie. To cnota zarówno duchowa jak i socjalna. Funduję ją sobie, abym z kolei ja tobie wydał się sympatyczny. Nie wiem, czy jesteś mężczyzną czy kobietą, stary czy młody, biały czy kolorowy. To niezmiernie ułatwia korespondencję i w ogóle nasze stosunki. Jakże zwulgaryzowałyby się one i skomplikowały, gdybym znał atrybuty twojego poszczególnego istnienia. Chwała Bogu, nic o nich nie wiem i dzięki temu możemy odnaleźć się swobodnie, ty i ja, ja z tobą, my razem - w szeroko zakreślonym, ale jakże miłym dla humanistycznego ucha pojęciu: ludzkość.
Czy muszę dodawać, że z tego samego względu, aby nie psuć symetrii i tobie z kolei nie utrudniać sympatii do mnie - powstrzymam się od wyjawienia mojej płci, wieku, rasy oraz jakiejkolwiek innej cechy osobniczej? Niech twoja sympatia do mnie kwitnie równie bez przeszkód jak moja do ciebie. Po tym wstępie przystąpmy do rzeczy. Otóż pragnę gorąco ci zakomunikować, że mamy do spełnienia, to znaczy ty i ja, to znaczy ludzkość wielką i szlachetną misję. Nie pytaj mnie o szczegóły. Wszelkie szczegóły ograniczyłyby nas niepotrzebnie i odebrałyby naszej misji niewątpliwy nadrzędny i ogólny charakter. Szczegóły zawsze prowadzą do nieporozumień, podczas gdy ogólność i nadrzędność nie podlega dyskusji. Poza tym, pytając mnie o szczegóły, przyznałbyś się do niewiedzy w tej wielkiej i wszystkim nam leżącej na sercu sprawie, a to bardzo brzydko by świadczyło o tobie. Zaś chyba dostatecznie jest jasne, że ja komunikuję bynajmniej nie po to, żeby zakomunikować coś, co ja wiem, a czego inni by mogli nie wiedzieć, lecz pragnę jedynie zakomunikować, że wiem to samo co wszyscy.
Mam nadzieję, mało, wyrażam głębokie przekonanie, że nasza korespondencja, tak owocnie zaczęta, będzie trwała dalej. Wymiana myśli w stosunkach opartych na wzajemnej sympatii jest nie tylko przyjemna i pożyteczna, lecz również jest naszym obowiązkiem wobec społeczności. Ona to bowiem, ta wymiana, stanowi więź i sprawia, że my, mieszkańcy planety, tworzymy - bez względu na nieistotne, ponieważ pomijane różnice - ogólną, myślącą i sympatyczną społeczność, czyli ludzkość w obliczu zadań.
Czekam więc na odpowiedź z pewnością, że wkrótce nadejdzie i będzie tak samo sympatyczna jak mój niniejszy list do ciebie. Adresu nie podaję, żeby nie obniżać poziomu naszych relacji i nie kazić wymiany naszych myśli niesmaczną drobiazgowością. Wystarczy włożyć odpowiedź do butelki, zakorkować i wrzucić do najbliższej wody. Tak jak ja to właśnie robię.
/Sławomir Mrożek, List w butelce/
poniedziałek, 7 lutego 2011
Siedzę sobie i słucham płyty, którą podarowano mi w dniu wczorajszym. Mogłabym tak przesiedzieć cały dzień. Zamykam oczy i przenoszę się w inny, muzyczny świat, który jest dobry, w którym nie ma złych emocji, który daje nadzieję, że można osiągnąć bardzo wiele, nawet jeżeli niektórzy w to nie wierzą. Słowa padające w poszczególnych utworach nakierowują mnie na właściwy tor, dają do zrozumienia, że wiele z tych słowach zawarte jest, że znajduje się, jakby jedność pomiędzy ludźmi, wspólne zamiłowania, może gdzieś też jakieś cele, swoistego rodzaju uzupełnienie. Mowa oczywiście o zespole Pendragon i Kisiole, bo to On podarował mi tę płytę. Wiedział, że przeżyję coś w rodzaju ekstazy, dobrze mnie zna skubany. Z drugiej strony, jak może mnie nie znać, jak znamy się prawie całe życie, a Pendragon poznałam dzięki niemu. Padam na twarz za to :) Niedziela zarezerwowana dla Kisiołka, udała się :) Był też i Leszek - chwała Ci za to ;) Bardzo miło spędziłam popołudnie - dziękuję :) Końcówka dnia to pomidor..., i przypłaciłam to całonocnymi dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Nie piję też więcej Pepsi, bo w połączeniu z nią wyszła ze mnie lekka masakra!
Dzisiejszy dzień poświęcony dla kserowania wypisów ze szpitala. Całe przedpołudnie zmarnowane, ale załatwiłam prawie wszystko. Miałam jeszcze odwiedzić księgową, która musi mi wypełnić zaświadczenie potrzebne do MOPS-u, ale jak zwykle jej nie było! Może jutro uda się ją dopaść.Wkurza mnie to, że pracuje sobie w kratkę, przez nią wszystko się opóźni, ale już nic nie mówię, bo postanowiłam, że się nie będę w dniu dzisiejszym denerwować. Za oknami wiosna, cieszycie się?
sobota, 5 lutego 2011
Sobota. Zdziwiłam się, że to już koniec kolejnego zresztą tygodnia, a ja ostatni raz byłam tutaj we wtorek... Hym? Luty gna swoim tempem nie pytając się, czy dla mnie jest to tempo właściwie i w związku z tym chciałam powiedzieć, że mnie się to wcale nie podoba, niech troszkę zwolni, bo zadyszki dostanę i nie wyrobię, no! Macie przesilenie zimowe, może? Ja tak i kurczę, sama się dziwię, że to piszę, ale chcę normalnie wiosnę, chcę zobaczyć budzące się do życia kwiaty, kwiatuszki, chcę dostrzec zieleniejącą się trawkę, ciepły powiew wiaterku i słoneczko, które będzie delikatnie zaczepiać mnie po twarzy, a ja nie chcąc być niegrzeczną, nie założę okularów przeciwsłonecznych, na ten czas oczy nie będą dla mnie najważniejsze. Takie poczucie wcale nie jest przez to, że choruję i nie mogę poszaleć na stoku - wcale! Nie mogę po prostu patrzeć na te bagna znajdujące się tam, gdzie w lecie jest trawa, na te odchody zwierząt i na piasek, który brudzi wszystko i wszystkich. Aura niekorzystna bardzo, żal mi też zwierząt, one cierpią chyba bardziej ode mnie, szczególnie, kiedy przychodzi duży mróz, więc: zimo, schowaj już kły, zwijaj ten nastrój zły, bo już powoli zbliża się pora na kiełki, delikatnie kiełki, takie zieloniutkie kiełki... Będę szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza jak to śpiewało SDM, potrzeba mi tylko jednej... WIOSNY!
Życie się kręci, a mnie jest wstyd, że nie mam czasu dla brata, takiego najlepszego z najlepszych, takiego, którego nigdy nie miałam. Tyle razy obiecuję, że wpadnę do Lali (bar), i tyle samo razy nie przychodzę tudzież nie przyjeżdżam. Zawsze coś mi wypadnie, albo tata auto zabierze, albo Amelka zaszczyci mnie swoją obecnością, albo rana da o sobie znać, albo sprzątam, albo spaceruję z Sonią, albo, albo, albo... Dlatego obiecuję wszem i wobec, że dzień jutrzejszy o ile bratu Kisiołkowi coś nie wypadnie jest zagospodarowany tylko i wyłącznie dla niego! Nie widzieliśmy się tak długo, chociaż mieszkamy w jednym mieście, więc trzeba przełamać tę barierę braku czasu! Zimą zawsze jest nas mniej, nie lubię tak. Nie ma jeszcze wspólnych pasji, które można uprawiać o tej porze roku, ale tylko do czasu, za rok i ja zaczynam biegać na nartach, będzie nas trójka, uch już się boję ;) Żeby nie było, że tylko o Kisiole myślę, Szanowny Banderasie, Leszku i Konarze, który tu pewnie i tak nie wchodzi, Wy też macie swoje miejsce w moim serduchu, na pewno dobrze o tym wiecie. Wszystko, co dobre jest przez Was wszystkich razem wziętych :) Nie czujecie się winni? ;)
Się będzie działo na nowej płycie!!!
wtorek, 1 lutego 2011
Pojawiło się światełko w tunelu. Być może wpadnie mi troszkę grosza do kieszeni w niedalekiej przyszłości, ale to jeszcze daleka droga. Wybrałam się w końcu do MOPS-u, pani przeprowadziła ze mną wywiad społeczny wymagany dla Powiatowego Zespołu Orzekania o Stopniu Niepełnosprawności, chodziło o moją niesprawną rękę, która tak naprawdę dużo potrafi, dlatego wcale nie czuję się niepełnosprawna, potrafię sobie poradzić, wiele razy udowodniłam, że pokonam wszelakie przeciwności losu, najpierw musiałam uczynić tylko jedno, zaprzyjaźnić się z moją chorą ręką, i chociaż do dzisiaj wstydzę się jej pokazywać, bo blizny pokrywają sporą część okolicy nadgarstka ,do tego dochodzą niedobory, a także naddatki skórne, to z każdym nadejściem lata staram się coraz bardziej przyzwyczajać i wychodzić bez opaski nadgarstkowej. Kiedy przebywam ze swoją bracią rowerową tudzież szlakową, nie mam oporów, ich się nie wstydzę, bo byli ze mną prawie od zawsze, gorzej z ciekawskimi spojrzeniami osób, których nie znam i tego nie potrafię jeszcze zaakceptować, ale staram się. Po prostu wstydzę się blizn, ale wracając do wywiadu, kiedy przeszłyśmy do rubryczek dotyczących zdolności prowadzenia gospodarstwa domowego, czy też uczestniczenia w życiu społecznym, szybko odpowiedziałam, że nie mam trudności... Dla mnie lekki ból, to nie jest ból, zaciskam zęby i robię dalej, a jak czegoś nie daję rady, bo ręka się np. nie obraca to proszę o pomoc, albo przełożenie do drugiej ręki. W każdej sytuacji staram się radzić, siąść i biadolić to zbyt proste, a ja nie lubię w życiu iść na łatwiznę... Pani zaznaczyła wszędzie tak, jak chciałam, ale sytuacja diametralnie się zmieniła, kiedy do tego wywiadu miałam wziąć pod uwagę mój obecny stan zdrowia, czyli choroba współistniejąca - niegojąca się rana po usunięciu torbieli włosowatej rozprzestrzeniona na część lędźwiową i pośladkową... Kiedy składałam wniosek o ponowne przyznanie mi stopnia niepełnosprawności odnotowałam fakt choroby dodatkowej. Okazało się, że na nią także mogę dostać niepełnosprawność. Hm, jakoś nie wpadłam, że wywiad może być przeprowadzony nie tylko pod kątem ręki... I kiedy wywiad zaczął być przeprowadzany od nowa, okazało się, że większość rubryczek, w których "nie miałam problemów", stały się być "niewykonalne" Łzy poleciały w momencie zaznaczania: nie jest w stanie korzystać z imprez kulturalnych , ze spotkań towarzyskich, z imprez o charakterze sportowo-rekreacyjnym...To chyba najgorszy dla mnie temat, wobec którego nie wypracowałam sobie jeszcze kontrolowania swoich emocji... Boli, że nie mogę robić tego, co tak bardzo kocham. Przed oczami stanęły głównie górskie szlaki i stoki narciarskie. Tak mi tego brakuje...ech. Dużo osób na MOPS narzeka, ale mnie udało się trafić na bardzo sympatyczną panią. Dostałam wytyczne, co mam zrobić, żeby mogli mi pomóc, bardzo pomocny byłby dla mnie umiarkowany stopień niepełnosprawności, ułatwiłby otrzymanie zasiłku, biorąc pod uwagę mój obecny stan, nie będzie z tym pewnie żadnego problemu. Wobec powyższych, czeka mnie kserowanie wypisów, które muszę przedłożyć do Powiatowego Zespołu Orzekania o stopniu Niepełnosprawności, zanim będzie komisja lekarska, żeby lekarz mógł się zapoznać z historią choroby. Jak widać człowiek uczy się całe życie. Gdyby nie pewni ludzie, w życiu nie poszłabym do MOPS-u. Bożenko, bardzo Ci dziękuję za twoje dobre serce, za chęć pomocy i za twoją mamuśkę, bardzo dużo mi pomogłyście, bardzo. Jakkolwiek by się sprawa MOPS-u nie zakończyła i tak będę wdzięczna. Jestem jednak dobrej myśli, bo nadzieja umiera ostatnia. Dobrze, że Was wszystkich mam w tym swoim świecie realnym, czy też blogowym. Dziękuję :*