sobota, 30 stycznia 2010

Tyle myśli siedzi w mojej głowie, kłębi się gdzieś po tych zwojach mózgowych, a jakoś nie mogę sobie ulżyć, i przelać ich w ten blogowy świat. Paranoja jakaś. Niby tyle mam do powiedzenia, a jak przychodzi co do czego, to milczenie owiec... Dziwna ze mnie osoba, naprawdę. Sama dla siebie staję się powoli uciążliwa.  Jestem już zmęczona tym wszystkim, i to nie fizyczne zmęczenie jest ( chociaż do moich możliwości mi dużo brakuje), ale psychicznie siadam, i właściwie nie wiem - dlaczego? Przecież wszystko idzie w dobrym kierunku, powoli zdrowieję, czeka mnie jeszcze troszkę, ale co to jest w porównaniu z tym, co przeszłam. Myślę, że może dopiero teraz, wychodzi ze mnie cały ten  ból, który musiałam znosić, było tyle cierpienia, że to chyba nie może odejść  tak bez echa..., sama już nie wiem. A może za bardzo zaczęłam żyć życiem "szpitalnych ludzi", że już mnie to wszystko powoli przerasta? Gdzie nie pójdę, tak spotykam kogoś, kto mnie zna, kto mi mówi, a ty jeszcze leżysz? A ja tak patrzę na tę osobę, i sobie myślę: kto to kurna jest? Kojarzę z twarzy, ale nie pamiętam kiedy miałam tę przyjemność poznać..., a to przecież z oddziału chirurgii osoba, która była, i sobie poszła, której ja nie kojarzę, a przecież tyle już leżę, że przywitałam i pożegnałam mnóstwo osób, że powinnam pamiętać... W ich pamięci się zapisałam, bo podobno jestem sympatyczna, tia.. Wkurzają mnie wieczne pytania tychże osób, o stan mojego zdrowia, ale z drugiej strony, o co się mają mnie zapytać, jak ja niczego nie doświadczam? Alien jakiś się ze mnie zrobił, sama nie wiem, czego chcę. Może namacalnej normalności? Egoistka straszna ze mnie, chociaż ile razy to powiem, to obrywam, że głupoty gadam, że za dużo właśnie myślę o innych, a w ogóle o sobie...Nie zgadzam się. Czuję, że w tym wszystkim, jest we mnie za dużo myślenia, o mnie samej, patrzenia pod kątem "siebie", a ja tak bym nie chciała.

Zaczynam myśleć, co będzie za czas jakiś, znowu zaczynam się przejmować czymś, co na ten czas nie powinno mnie wcale interesować. Jestem gaszona, jest mi tłumaczone, ale po czasie to wszystko wraca. Może nie warto już nawet tłumaczyć, jak to i tak nie pomaga. Głupiego umysłu Salanee nie przeskoczy się. On sobie sam steruje, i dowodzi, nie dając Salanee wyboru. Ale ona wolałaby być normalna, nie przejmująca się tak wszystkim, i w ogóle. 

I takie to wszystko skomplikowane jest, że nawet nie chce mi się czytać  tego, co napisałam, bo i tak pewnie będzie to bez ładu i składu...

 Luar na Lubre..., lubię sobie odpłynąć w świat muzyki..., ale to już chyba wiecie. Gusta są różne, a ja  kocham tę swoją niebanalną odmienność...


Ech. Ciężki weekend. Niby dopiero sobota, a już jej mam dość. Z przepustką nie było problemów. Lekarz dyżurujący, puścił mnie, informując tylko, abym za dużo nie poimprezowała, bo w poniedziałek badania - dobre żarty, niby gdzie ja miałabym pójść z takimi plecami. Musiałam jednak coś z sobą zrobić, i w trosce o swój wygląd, udałam się do fryzjera. Wyszłam oberżynowo - króciutko ścięta. Taka długość włosów, odpowiada mi najbardziej, a już tym bardziej funkcjonalna jest przy pobycie w szpitalu. W domu, przywitała mnie Amelka. To dziecko przebywa u nas po 12 godzin dziennie. Przestaje mi się to podobać, i to już nie chodzi o to, że przez nią, nie mogę sobie nic zrobić. Dziecko powinno mieć swoich rodziców, a nie być non stop podrzucane. Jeżeli mam mieć przeszczep, to później będę potrzebowała spokoju, a przy niej go mieć nie będę, tym bardziej, że jest taka niedobra, i w ogóle nie słucha. Robi, co chce, i nie ma na nią mocnych. Mnie, jeszcze uda się ją ubrać, kwestia podejścia do rozwrzeszczanego dziecka, ale na dłuższą metę, takie coś nie ma prawa bytu - nie po przeszczepie. Jestem przemęczona, po kilku godzinach zajmowania się dzieckiem. Mało tego, babcia obraziła się na Amelkę, bo ta ją biła... Jak można się obrazić na dwulatka..., jak można szantażować dwulatka, jak można mówić dwulatkowi że jest niepotrzebny, i żeby sobie poszedł..., ale co ja się dziwię, jak ze mną kiedyś postępowała tak samo...


Pożytkuję sobie czas w samotności, przy meczu, który pewnie, przegramy, bo go oglądam, i przy piwku, które jakoś nie chce smakować, i żałuję, że przyszłam do domu. Gdyby nie to, że piję piwo, to kazałabym się odwieźć do szpitala. Tam jest moje miejsce, tam mi jest dobrze..., na dzień dzisiejszy...

Kala, Iva, pomogę Wam z blogami, jednak potrzebuję czasu. Taki czas nastanie po przeszczepie, kiedy już poczuję się lepiej.

czwartek, 28 stycznia 2010

Koniec tygodnia nastaje, a wraz z nim, szykują się nadzieje, aby pójść sobie na domowe weekendowanie. Jak zwykle,  sprawy lubią się komplikować, a więc skoro o tym piszę, to jakaś przeszkoda w  moim pójściu być musi... Otóż, dzisiaj ordynator zakwalifikował mnie na wtorkowy przeszczep... Mam sobie sama wybrać, z którego miejsca pobiorą mi skórę. Do wyboru mam: pośladek i udo... Za cholerę  nie wiem, co będzie dla mnie korzystniejsze? Czy nastawiać się na niewidoczność blizn, czy na możliwość jakiegoś funkcjonowania po operacji? Kto z was doświadczony w tych bojach,  proszę o zostawienie po sobie śladu, skąd wam brali skórę, i czy to później boli ?

Czuję, że finiszuję, że choroba odpuszcza na dobre, że to małe ropienie, to tylko resztka tego, co jeszcze wyjść musi, że ten ból, który się pojawił jest przez Granulfex, że to nic złego..., żeby mnie ktoś jeszcze o tym zapewnił, to byłabym już całkowicie spokojna, no i że te stany podgorączkowe, to przez rozległość rany, a nie, że w organizmie toczy się znowu jakiś stan zapalny. Faktem jest, że ubytek jest dosyć duży, więc może faktycznie tak musi być. Ogólnie, staram sie o tym nie myśleć, żeby nie zwariować.

Sezon na Diablo2 LoD nadal trwa, i to już nie jest śmieszne, większego nałogu od siebie nie znam. Spędzam nad grą ponad 12 godzin, czy ktoś mnie przebije? Czy ze mną jest wszystko w porządku, czy jednak po wyjściu ze szpitala, muszę zacząć się leczyć? Bez złośliwości mi tu  tylko proszę, no ! Ja chyba wiem, od kogo nabyłam nawyk grania, kto mnie tym zaraził, niech teraz mi powie, jak się mam tego pozbyć, jak sobie nałożyć szlaban na granie, i być do tego konsekwentną  ;)

Wracając do weekendowania w domu, problem polega na tym, że muszę być zdrowa do tej operacji,  i nie wiem, czy dostanę przepustkę, w domu mi się nic poważniejszego  w sumie nie stanie, więc mam nadzieję, że lekarz pozytywnie rozpatrzy mą prośbę, tym bardziej, że zostanę na sali sama przez weekend, a ja tak nie chcę. Poza tym, w domu może bym coś zjadła normalnego, bo tu mam zero apetytu, obiady takie niedobre, że nie da się ich jeść, jakby człowiek nosa nie zatykał. Wstrętne, śmierdzące...fuj!




Update:
 Yyyy, a to dzisiaj jednak nie jest piątek...?  Stanowczo za długo przebywam w tym szpitalu!


wtorek, 26 stycznia 2010

Dobrzy ludzie..., nie martwcie się, nie usunę bloga. Za dużo siebie tu włożyłam, żeby ot tak się tego pozbyć. Dziękuję za to, że mnie odwiedzacie, że dajecie mi znaki na różnoraki sposób, żebym trwała, że czytacie. Jest mi niezmiernie miło, nawet jeżeli nie komentujecie..., najważniejsze jest to, że jesteście. Codzienność pokazuje nam, jak bardzo potrafimy być zmienni, jak w jednym dniu jesteśmy  w rozsypce, a w drugim zbieramy siły. To tak, jakby uzupełnić swoje braki miksturką życia, zakupioną u jakiegoś kupca...

Odpoczywam, grając w Diablo2, znalazłam sobie sposób na nie myślenie o kłopotach :)

Z pola walki...
Czekam na to, na co czekają lub czego nie chcą dostać kobiety raz w miesiącu. Po tym czasie nadejdą decyzje, co dalej, czy przeszczep będzie, czy nie. Boję się decyzji...I gdzie ta cholerna @ ;)

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Mniej mnie ostatnio w tym świecie, powód - brak chęci. Jest  to główna przeszkoda, i  przez to, najpierw zaczyna się zaniedbywać bloga, a potem  to już  z górki na "klik", komunikat, "czy jesteś pewien, że chcesz usunąć bloga"... Kilkakrotnie miałam z tym stanem do czynienia, i zawsze kończyło się to jednym, "TAK, usuwam bloga", i wszystko, co było znikło, przestało istnieć, poszło w zapomnienie. Nigdy tego nie żałowałam, przecież był to tylko adres internetowy, składający się z paru literek, kropek, i ukośników... Sięgam pamięcią wstecz, i tak sobie myślę, po co właściwie założyłam tego bloga? Chciałam dać upust swoim emocjom, chciałam sobie ulżyć, chciałam gdzieś zaistnieć... Dziwne, nie? Ja i istnieć?  W tym wszystkim, nie myślałam jednak, że znajdą się ludzie, którzy będą tutaj regularnie wchodzić, którzy zaznaczą swoją obecność w komentarzach... Gdybym teraz miała usuwać bloga, byłoby mi trochę ciężko..., ale jakoś sens bloga mi się zatracił, i właściwie nie wiem, po co mam tu jeszcze być..., czasami coś się kończy, i nie ma z tego wyjścia. Traci się ten sens, jest się takim nijakim człowiekiem, zobojętniałym, przyjmującym wszystko, co ma być. Czy to zjawisko długotrwałe? Nie wiem, ale zaczyna to trwać,  i to nie jest dobre. Niby nie ma o czym pisać, a tak naprawdę, wiele się dzieje, tylko dla mnie nie jest to ważne..., już nie jest ważne, a czy kiedyś w ogóle było?  Muszę znaleźć takie lekarstwo, które mnie wyleczy z tego zobojętnienia, które pokaże mi, po co tutaj byłam do tej pory.

piątek, 22 stycznia 2010

Koniec filozofowania. Nie przynosi mi to żadnego pożytku. Skutki wręcz odwrotne. Czasami wydaje nam się, że jesteśmy normalnymi ludźmi, że przechodzimy przez to życie godnie, tak, jak ma być, że nie krzywdzimy innych albo, że staramy się tego nie robić. Kierujemy się swoimi postanowieniami, obieramy sobie cel, i do niego w jakiś sposób dążymy. Nie chcemy dla nikogo źle. Gdybyśmy mogli, pomoglibyśmy całemu światu, i najlepiej, żeby w ogóle tego zła nie było, wydaje się, że to coś jest do zwalczenia. Życie, jednak daje nam znać, że nie tak od razu, że są rzeczy, których  nie da się przeskoczyć, że czasami musimy zderzyć się z tą podłą rzeczywistością. Czasami mówimy za dużo, czasami przychodzi to w formie chwilowej złości, bo coś nie idzie po naszej myśli, bo coś, gdzieś tam uderza w nas, i sprawia,że robi nam się przykro, że zdajemy sobie sprawę, iż tak naprawdę człowiek staje się nieobliczalny, i zdolny do wielu rzeczy, że chwilowy impuls, może zepsuć wiele. Najgorsze jest to, że psuje się czasami to, na co człowiek sobie przez jakiś czas pracował, do czego dążył..., a do czego dążył? Chciał być po prostu w jakimś stopniu szczęśliwy, chciał cieszyć się z tego, że innym mógł sprawiać radość, że ktoś lubił z człowiekiem rozmawiać, i że sam człowiek też to bardzo lubił. Nie ma ludzi idealnych, każdy z nas ma jakieś wady, w sumie bez tych wad, to chyba byłoby nudno, niemniej jednak, czasami chcemy w sobie te wady zwalczyć, pozbyć się ich, bo one tylko utrudniają nasz żywot. Nie chodzi mi tu o wady wizualne, bo one nie mają żadnego znaczenia, bo jest to tylko "opakowanie", a najważniejsze to, co w nas - zawsze się tym kierowałam, zawsze było, i będzie to dla mnie ważne. Powiedzieć jest łatwo, gorzej to odwrócić. Nie mamy  i tak na to wpływu, życie zapewne pójdzie swoim torem. Warto walczyć o znajomości, warto, jeżeli te znajomości dużo nam dają, a już tym bardziej, jeżeli stajemy się dzięki nim lepszym człowiekiem. Czasami potrzeba czasu, żeby to zrozumieć, ja zrozumiałam, i dlatego koniec filozofowania..., nie lubię sprawiać przykrości innym, nie lubię być tą złą, niedobrą osobą, która tylko przeszkadza w życiu, a jak już coś powie, to skutkiem jest dobicie sobie gwoździa, do swojej trumny. W sumie, pracujemy sobie na to całe życie, koniec i tak będzie jeden...

Weekend, zbliża się wielkimi krokami. Dzisiaj do domu poszła p. Basia, z którą miałam przyjemność przebywać przez 3 tygodnie. Były to wspólne dole i niedole, były plotki, było dużo śmiechu, była jakby częścią tego mojego szpitalnego życia. Od dzisiaj będzie już szczęśliwsza,  bo w domu, cieszę się, że chociaż u niej wszystko w porządku, jednak smutno mi też,  bo kolejna osoba, z którą się zżyłam sobie poszła, i zostawiła mnie samą. 

Silna psychicznie niby jestem..., największe przekłamanie, o jakim kiedykolwiek słyszałam.

Z pola walki..., to w sumie i tak nie jest ważne. Wdarły mi się dzisiaj w ręce moje papiery. Kurde, wyniki krwi nadal są złe. Wszystko zaniżone, prócz dwóch pozycji, które są znowu za wysokie. Nie ma niczego, co byłoby na właściwym poziomie. Ale dopóki oni nie reagują, to ja się przejmować nie będę.



czwartek, 21 stycznia 2010

Dziękuję pamiętającym..., się zdziwiłam. Miło..., wzruszająco..., chlip ;)
Nie na darmo się jest Agnieszką... Dostałam wiadomość, ze znaczeniem mojego imienia, i tak sobie myślę, czy faktycznie jestem taka, jaką "mnie" opisują? Agnieszki są rozsądne, zdumiewają siłą charakteru, długo zachowują wygląd ( to pomińmy, bo ja już swojego nie zachowałam), są pogodne, i optymistyczne. Wujek Google pokazał mi znacznie więcej, i szczerze, nie wiem, czy taka jestem, bo najgorzej oceniać samą siebie. Najłatwiej jest znaleźć wady, i się ich trzymać, być realistką w tym wszystkim, znać swoje miejsce w szeregu, nie wybijać się. Niemniej jednak, jakaś magia w znaczeniu tych imion jest, i daje do myślenia...


Powoli wracam do normalności. Na weekend może dostanę przepustkę - ma się dar przekonywania, i robienia maślanych oczu, a więc zaczyna być  wszystko realne. Pobyć w domu ,chociażby  na parę godzin, to jest bardzo dużo, a jakbym mogła jeszcze się  tam przespać,  to dopiero byłoby super. 7 tygodni w szpitalu robi swoje, i chociaż czuję się tu, jak w domu, to jednak brakuje tej samotności, w moich malutkich czterech ścianach... Najbardziej tęsknię, za Amelką..., jednak...


W pracy, dzień wczorajszy to audit z Sony Ericssona... Ech, muszę, jak najszybciej tam wrócić, bo jak mnie nie ma, to wszystko leci na łeb, na szyję. Raport pokazuje, jak bardzo się opuścili, odkąd zachorowalam. Nie ma ludzie niezastąpionych, czy po prostu, inni nie przykładają się do swoich obowiązków, nie mają ambicji? Ja nie potrafię wykonywać czegoś byle jak... Tak,  jestem pracoholikiem, ale lubię tak, lubię poświęcić się pracy bez reszty, bez względu na konsekwencję. Kto nie ryzykuje, ten nie ma. Do pracy chcę!


Z pola walki... Przeszczep będzie bardzo ryzykowny... Boją się go, bo podobno mam uparty organizm, i nie wiadomo, jak się zachowa. Poza tym, to nie będzie zwykły przeszczep... Od tego wszystkiego, co mi naopowiadali, głowę mam za małą... Jakby pogadali ze mną o telefonach, to bym mogła błysnąć, ale w/w kwestii nie wiem nic, i nawet filozofowanie mi nie pomoże...

środa, 20 stycznia 2010

Pochłonęła mnie bez reszty, sprawiła, że nic innego się dla mnie nie liczy. Mogę bezustannie z nią obcować, jest tym, czym chcę, żeby była, jest dla mnie wytchnieniem, czymś prawdziwym, czymś, co mnie nigdy nie zdradzi. Zasypiam - widzę ją, wstaję -  widzę ją, zamykam oczy - widzę ją. Ech, ta Klątwa Montezumy...

wtorek, 19 stycznia 2010

Jak to dobrze, że blogger daje możliwość moderowania komentarzy. Tym sposobem, wiele niechcianych wpisów się nie pojawia. Dziwi mnie fakt, że ludzie bywają tak upierdliwi, tak narzucający się swoją osobą, i nie dają spokojnie żyć innym. Czy jest to zwykłe natręctwo, czy tacy ludzie po prostu nie mają swoich znajomych, i jak wrzody na dupie są tam, gdzie ich się nie chce?
Nie mnie oceniać... Na dzień dzisiejszy, wszystkie komentarze, zanim się pojawią, wpadają w moje ręce, więc mam tę przewagę, i nie pojawi się nic niechcianego. Jeden taki, panoszy się po blogach, i zawraca ludziom cztery litery, myśląc, że coś mu to da. Jemu może i da, dziką satysfakcję wyżycia się, a nam? Nam po raz kolejny udowodni, jak wielkim jest trollem... Samontość, podła jest... HOWGH!

Z frontu szpitalnego...
Dzisiaj założyli mi Granulfex - opatrunek hydrokoloidowy. Zaczynają przygotowywać ranę do przeszczepu. Wszystkie sączące się brudy wypływają - rana się czyści.  Żeby nałożyć przeszczep, wszystko musi być idealnie, każde niedociągnięcie, wiąże się z jego odrzuceniem.  Jeszcze trochę to potrwa. Dolegliwości bólowe mam, ale nie są już takie niekomfortowe, jak wcześniej. Zaczynam widzieć światełko w tunelu, byle ktoś lub coś mi go nie przysłoniło. Brzuch boli też,  niestety, blizny pozostaną. Kurde blade. Z każdej strony naznaczona. Akcja odżywania Salanee rozpoczęta, gdzie się nie spojrzy tam kiwi, mandarynki, pomarańcze..., i tylko żołądek się sprzeciwił, i na wszystko mówi NIE! Uszami mi wszystko wychodzi już. Frytki bym zjadła, i kurczaczki z KFC... chlip!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

W., odezwałam się troszkę później, niż po trzech dniach, więc pewnie rosołku już nie ma, ale to nic, zjem następnym razem, jak oczywiście mnie poczęstujesz ;)

Powróciłam. Dzisiaj tylko tutaj, ale już w najbliższych dniach, mam nadzieję, że odwiedzę także innych blogowiczów. Oj, podziało się przez te kilka dni. Operację przeżyłam - wbrew obawom mojej głowy. Skutki uboczne zabiegu oczywiście posiadam, jest to dosyć duże poparzenie II stopnia na brzuchu. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd..., podobno to od płytki uziemiającej, ale wg. lekarza tę płytkę miałam przyczepioną do nogi, nie do brzucha. Można sobie teraz wyobrazić, co robią z człowiekiem, kiedy go uśpią. Samopoczucie jako takie. Niepocieszający jest fakt posiadania dziury w plecach - dosyć pokaźnej. Opatrunki nadal bolesne, bo wykonywane przez lekarza, i traktowane szczypiącymi lekami. Zapachu z rany już nie ma. Środek rany ładny ( podobno), ale boki jeszcze nie chcą się poddać. Wysięk nadal jest, ziarnina znowu zaczyna przerastać, ale podobno teraz, jest to do opanowania, potrzeba tylko cierpliwości i czasu. Cierpliwość  mierna, czasu mam dużo.  Kiedy już wszystko będzie ładne, czeka mnie kolejna operacja. Przeszczep skóry na chore miejsce, gdyż taka dziura, jaką mam, sama się  nie zagoi. Póki co - szpital nadal pozostaje moim domem.

Tak bardzo mi brakuje normalności. Tutaj żyję w świecie innym, niż realny. Za niedługo przestanę porozumiewać się z ludźmi, bo będę mogła tylko rozmawiać, o ranach, opatrunkach, kroplówkach, wenflonach...Dziwnie tak mieć... Wszystko dzieje się poza mną. Świat o mnie zapomniał, albo inaczej - żyje beze mnie, i wcale mnie mu nie brakuje. I możecie sobie gadać co chcecie, ja i tak wiem swoje. Wyalienowana  Salanee, o!


...mój Misiu, moja mała Amelusia ma już całe 2 latka! Sto lat, mój kochany okruszku! Ciocia Cię kocha najmocniej na świecie :*

Pierwszy płacz  15.01.2008 godzina 17:40
Aaaaa.........
 
...kuku... :D


...a kiedyś byłam taka malutka...

wtorek, 12 stycznia 2010

Mały falstarcik wyszedł dzisiaj... Operacja nie odbyła się, ze względu na brak czasu - tak to w skrócie można nazwać.  Jestem podrasowana. Krew płynęła całą noc. Czekałam na nią dosyć długo, bo do 24, ze względu na to, że jechała do mnie z Krakowa. Mam rzadką grupę , i na miejscu takowej nie posiadali... Jak szybko można  polepszyć wyniki, to sobie nawet nie wyobrażałam. Przetaczanie krwi, jest podobno najczęściej wykonywanym zabiegiem.  Fajnie tak, aczkolwiek dyskomfort psychiczny jest, bo skąd mogę wiedzieć, kogo mam krew w sobie? Póki co - żyję, i nic mnie od środka nie zjadło.

Troszkę ubolewam nad faktem, że do zabiegu nie doszło dzisiaj, jutro znowu powtórka z rozrywki. Stres, bóle brzucha, a co gorsze, nie zjem proponowanego rosołku ;)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

No , i stało się. Jutro operacja. Niestety... Nie myślałam, że ta decyzja zostanie tak szybko podjęta. Mieli czekać na wyniki badań, TK dostali, nie ma żadnych przetok od organizmu, a więc sprawa dzieje się w tkankach miękkich i podskórnych. Przez weekend pogorszyło się dużo. Naciek rozszerzył swoje pole, rozwiązanie jest, i pisałam o nim wczoraj... Mam się przygotować na bardzo duży ból  po operacji, na straszny dyskomfort, na duże krwawienie... Jeszcze wyniki, które miały być złe, są tragiczne, i anestezjolog ma obawy. Każdy mi mówi, że blado wyglądam, ale żeby aż tak? Fakt, że cały dzień jestem zmęczona, senna, taka bez chęci do czegokolwiek, ale nie myślałam, że moje wartości będą na tych poziomach...,żeby prawie nie mieć Hemoglobiny? Białe krwinki, też się chyba poszły paść, gdzieś do kogoś innego. Czerwone ledwo dyszą... Wszyscy przeciwko mnie?

Boję się jutra, i to cholernie... Samego usypiania nie, ale tego, co będzie później. Tego strasznego bólu, tego cierpienia. Nie chcę znowu przez to przechodzić, tamten czas był dla mnie taki tragiczny, myślałam, że już mnie  to nigdy nie spotka, a jednak..., i to z ostrzeżeniem, od lekarza, że na pewno będzie źle.

Znowu  pobierali krew, znowu problem z krzepnięciem, ale mi się sypie organizm.
Mam anemię...
Dostanę  kogoś krew, całe 4 jednostki, potem zniknę na jakiś czas, a jak tylko dojdę troszkę do siebie - powrócę.
Dziękuję za dobre słowa wszystkim, i każdemu z osobna.

niedziela, 10 stycznia 2010

Widzimy ludzi i rzeczy nie takimi, jakimi są, ale takimi, jakimi my jesteśmy. Obieramy sobie  cel, i potem staramy się wg. tego żyć. Czasami możemy się rozczarować, ale to jest już wpisane w ryzyko życia. Obserwuję ludzi. Zastanawiam się na ile są sobą, a na ile grają. Jakie mają wartości? Co jest dla nich ważne? Czy celowo robią to, co robią? Ostatni czas, to pasma potyczek słownych, to udowadnianie, to wzajemne ubliżanie, to pretensje. Staram się tego unikać, staram się nie uczestniczyć, jednak nie zawsze mi to wychodzi. Przestaję wierzyć w szczerość ludzi, przestaję wierzyć w to, że ktoś, jak mówi : "A" - to znaczy "A", gdzieś podświadomie wydaje mi się, że dużo rzeczy jest robione pod publikę, tak przez jakiś czas, a potem można zapomnieć.

Wczoraj miałam kiepski dzień. Dzisiaj, zresztą jest podobnie. Od rana temperatura 38 stopni, opatrunki zmieniane już dwa razy dziennie, z solidnym kąpaniem, a później bolesnym płukaniem wodą utlenioną. Nie stosują nic innego, większość środków odkażających działa na moją niekorzyść. Ordynator, chce zobaczyć, jaki będzie wysięk z rany bez wspomagaczy..., i jak zapachowo się to wyklaruje. Nawet nie wiecie, jakim upokorzeniem dla człowieka jest mieć takie rany, jak człowiek czuje się, kiedy wie, że wszystko mu tam obumiera,i wydaje zapachy.  Kiedy to wszystko nie jest od niego zależne, i on sam nie może nic na to poradzić. Straszne to jest, obyście nigdy nie musieli się z takim czymś zmierzyć. To jest gorsze, niż największy ból fizyczny...Wyniki ogólne słabe, wartości poniżej normy. Na dniach powinny być wyniki TK, urografii,  histopatologii. Posiewy też. Pogorszenie stanu zdrowia, zapewne wynikło przez jakąś nową bakterię,póki co nie dostaję antybiotyku, żeby nie pogorszyć sprawy. Dzisiaj rano rozmawiał ze mną lekarz. Zaczął, jakby przygotowywać mnie na to, co może się wydarzyć, kiedy już dostaną wszystkie wyniki, i nie znajdą w nich powodu, dla którego nie goją się rany. Ponieważ jestem dziewczyną, nie chcieli na początku podejmować tak radykalnych kroków, niemniej jednak wygląd moich pleców, nacieki, opuchlizna, jakby utwierdza ich w przekonaniu, że trzeba do tego podejść jeszcze ostrzej, że trzeba wyrzucić z głowy płeć, tylko walczyć o zdrowie, bo przez ciągłe bakterie, obawiają się ogólnego zakażenia organizmu, bo to już za długo trwa. Muszą to przedyskutować wspólnie, ale wiem już, że prawdopodobnie czeka mnie operacja. Niestety. Wytną skórę z pleców, dosyć duży płat. Zakres będzie duży, i głęboki. Potem rany nie zaszyją.  W obecnym stanie, nie mają możliwości kontrolować tego, co dzieje się pod tkankami. Znowu zaczynać wszystko na nowo... Chlip... Znowu przechodzić ten straszny ból od początku... Teraz nie wiem, co gorsze. Blizny... ,one chyba są mało ważne, albo jeszcze do mnie nie dotarło, co to znaczy nie mieć kawałka pleców. Chciałabym być zdrowa. Chciałabym poczuć się komfortowo. Chciałabym, żeby w końcu mnie przestało boleć. Pójść sobie stąd, i już nigdy tu nie wracać. Zaszyć się, i nie wychodzić, nie musieć myśleć o tej chorobie. Od rana, do wieczora nic nie robię, tylko dumam, nad tym, co ze mną będzie, dlaczego to tak, i w ogóle.

Kiedyś miałam pracę, miałam przyjemności, a teraz nie mam nic... Pozostały mi tylko gry. Za oknem piękna zima, mój brat w Szczyrku na nartach, warunki podobno rewelacyjne - się popłakałam... Ech...

piątek, 8 stycznia 2010

40 dni i nocy. Już tyle tu jestem. Tu, czyli w szpitalu. A może - dopiero? Miałam gorsze dni, dałam to odczuć. Nie doszłam jeszcze do siebie, ale ten główny kryzys, powoli zaczyna mijać. Zbieram się.  Nieraz sobie myślę, dlaczego takie zachowania? Dlaczego ten system człowieka tak reaguje? Dlaczego wytwarzamy taką barierę, której nie chcemy przekroczyć? Nie wiem. Dzisiaj kolejne badanie, TK jamy brzusznej. Poszczę, więc nie na darmo dzisiaj wybił 40 dzień.

W szpitalu od rana chaos. Upierdliwa pacjentka wyżyła się na ordynatorze, wizyta na naszej sali trwała 39 minut. Pretensje, żale, oskarżenia. Gdybym to ja była na miejscu ordynatora, kobieta poleciałaby stąd z wielkim hukiem! Czarka goryczy przelała się w momencie, kiedy mąż owej pani powiedział, że wystarczy jeden telefon, a każdy zaczyna skakać, niech skaczą, przynajmniej się czymś zajmą!
Tego już było za wiele..., odezwałam się...

S: Pan myśli, że lekarze to nie mają co robić? Że sobie tylko siedzą, i plotkują? Oni podejmują decyzje, jeżeli mówią, że pana żona nie wymaga operacji, to dlaczego chce pan ją za wszelką cenę okaleczyć?  - ( zaznaczam, że kobieta zjadła protezę )
P: Mam żal do lekarzy, bo nie podeszli profesjonalnie!
S: Nie podeszli profesjonalnie? A ten stos badań, który wykonali? Przecież mówili, że trzeba czekać, że to jest chirurgia, a nie laryngologia... Czego pan jeszcze od nich chce?
P: Rekompensaty...
S: W jakiej postaci, mają panu stopy całować? Tutaj nie ma równych i równiejszych, tutaj każdego traktuje się tak samo, i wobec każdego się starają. No chyba, że panu się wydaje, że jest pan równiejszy?
Żona tego pana: Nie dyskutuj z tą panią ( to o mnie )
S: A dlaczego? Dlatego, że prawdę powiedziałam?
Żtp: Nie, ale dlatego, że nie zna pani realiów, jak w szpitalach jest...
S: A skąd taki wniosek? Leżę tutaj już miesiąc...
Chwila ciszy...
Żtp: Jak będzie pani musiała mieć operację, to pani sama zobaczy...
S: Jestem po 17 operacjach... Wiem, jak jest, i co? Na każdym kroku spotyka mnie życzliwość, bezinteresowność, i dobroć.... Ale ja nie krzyczę na lekarzy, bo cenię ich za to, że chcą mi pomóc! Nie żądam - bo mi się należy, tylko akceptuję wszystko, co postanowią. A pani, jak widzę ma z tym problem, bo pani się wydaje, że pani wie lepiej, i nawet nie da sobie wytłumaczyć, kiedy ordynator chce powiedzieć, dlaczego tak musi być. Więc, wydaje się pani, że jest pani równiejsza, czy nie?
Żtp: Nie będę z panią dyskutować...
S: Bo jak się nie da zaprzeczyć, to się nie dyskutuje...

Skończyła się ta rozmowa tak, że jak "Nowobogaccy" , pojechali sobie do Krakowa, to posypały się salwy pochwał w moim kierunku... Aleś im dogadała, brawo... Sami się już pogubili. Z ciebie to jest jednak niezłe ziółko.

Nic bym się nie odezwała, ale cwaniactwa nie zniosę!

Ale odbiło się to na mnie też... Nacinali mi dzisiaj mój malutki, biedny, paluszek, ała!

środa, 6 stycznia 2010

Wypadałoby coś skrobnąć, ale szczerze, nie mam ani na to ochoty, ani o czym pisać. Chyba puszczają nerwy. Opada wszystko. Co jest powodem? Wiele rzeczy. Wiem, że piszecie, iż jesteście ze mną, że wszystko będzie dobrze, że mnie przytulacie, ale już to wszystko zabrnęło tak daleko, że nie jestem w stanie zaakceptować w głowie, że tak faktycznie będzie. Nie miejcie mi tego za złe, ja bym nie chciała tak myśleć, ale to jest silniejsze ode mnie. Mam takie przejawy fajnych dni, jakby ktoś mi specjalnie przekręcał pokrętło, na którym byłoby napisane: dzień dobry, dzień zły... Dzisiaj dowiedziałam się, że mój rodzic rozmawiał  potajemnie z ordynatorem - wiem już, że jest źle, że to  nie jest nic śmiesznego, że sprawa jest poważna, nawet bardzo. Robią masę badań, po których czuję się fatalnie, strzelają mi żyły przy podawaniu kontrastu, przez co moje przedramię, na dzień dzisiejszy, to jeden wielki, fioletowy, spuchnięty siniak, który uniemożliwia poruszanie ręką. Boli to niesamowicie. Ech. Urografia  pokazała, że mam anomalię w prawej nerce. Dwa kielichy, i dwa przewody? Mogę komuś w gratisie po jednym oddać... Jestem inna, na całej linii.

Dziewczyny, piszecie o forum. Tak, czuję, że powoli kończy się mój żywot tam. Forum było mi bliskie, poznałam masę fajnych ludzi, z którymi w mniejszym lub większym stopniu utrzymuję znajomość, na których mi zależy, których nie chcę zawieść, i dzięki, którym po części dochodzą do mnie przekazy, które pozwalają mi jeszcze nie poddać się całkowicie, jakoś wierzyć, pomimo braku wiary..., Czuję, że to forum jest mi już obce. Brak mi klimatu, który był tam kiedyś, brak mi śmiechu, na każdym kroku są pretensje, i zarzuty. Występują tam, takie demotywatory, które skrupulatnie sprawiają, że nie jest przyjemnością tam być.  Anonimowy W. pisze, że mam się tak nie przejmować tym wszystkim,  trochę luzu..., tylko jak to zrobić, jak nie mogę przejść obojętnie wobec zarzutów, wobec robienia czegoś z premedytacją, wobec celowego psucia czegoś, co wypracowywało się przez tyle lat. To forum, to  była część mojego życia, i boli mnie zachowanie niektórych ludzi, i to, że tak łatwo przychodzi im ocenianie innych.

Ludzie, ludziska, ludki, nie wiem, jak to będzie. Szkoda, że nie mogliście poznać mnie przed chorobą. Byłam naprawdę inną dziewczyną, nie znałam słowa smutek. Uśmiech na mojej twarzy gościł cały czas. Miałam chęci, chciałam czegoś, brnęłam. Teraz, jest tego coraz mniej. Uśmiechu praktycznie nie ma, a jeżeli już wystąpi, to taki przyklejony, aby tylko był, na chwilę...Chciałabym umieć to, co potrafią niektórzy, znaleźć pozytywy w negatywach, ale nie umiem, bo jestem realistką.

Tymczasem się żegnam. Pamiętam o Was. Zawsze.

wtorek, 5 stycznia 2010

Jeżeli ktoś tego nie akceptuje - nie czytać. Wpis dołujący.

Coraz bardziej się odizolowuję. Od świata, od ludzi, od wszystkiego. Dlaczego tak mam? Bo wiem, iż, tak naprawdę nic nie znaczę. Jestem tylko numerem telefonu, loginem, nickiem, ksywką, szaraczkiem. Przerasta mnie to wszystko, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś jest szczere, robione z chęci, a nie konieczności odpowiedzi. Denerwują mnie ludzie, denerwuje mnie ich zachowanie, denerwuje mnie to, że ktoś poprzez swoją niepełnosprawność chce więcej od innych. Denerwuje mnie ten egoizm zakichany, to łaknienie, bo mi się należy, chcę więcej, bo mam gorszą niepełnosprawność, chcę więcej, bo tak! Denerwuje mnie to, iż nie szanuje się czyjejś pracy, nie szanuje się zasad.  Denerwuję się sama! Nienawidzę swojej osoby! Nienawidzę swojej choroby! Nie chcę tu być! Ja chcę do domu..., proszę... Chlip...


niedziela, 3 stycznia 2010

Znowu się zbiera - nie wiem, co. Znowu przychodzi - nie wiem skąd. Śnieg za oknem. Gawrony pod drzewami. Przyjemny mróz... Dzień dzisiejszy upływa mi na smutno. I ten smutek, który u mnie występuje nie jest spowodowany przykrościami. Ogarnęła mnie taka jakaś pustka, bezsilność, brak chęci. Mogę usiąść i godzinami wpatrywać się w jeden punkt. Dzisiaj za cel, obrałam sobie sterczenie w oknie. Mało co mówię, jestem, jakby to powiedzieć w innym świecie. Nawet na muzykę nie mam ochoty.  Gdybym była w domu, na pewno teraz szusowałabym po stoku, byłabym szczęśliwa, wśród pięknych widoków, a mróz, który czasami nieprzyjemnie szczypi w twarz, byłby przyjemny. I zagarniałabym tę przyjemność całą sobą, nie podzieliłabym się z nikim, byłabym egoistką. Tak mnie ciągnie w góry, tak mi brakuje ich widoku. Tak bym chciała zamieszkać z dala od miasta, gdzieś wysoko na polanie wśród drzew, najlepiej Bieszczady lub Beskidy... Ech. Marzenia, których podobno nie mam. Czasami wydaje  mi się, że tak niewiele do szczęścia jest potrzebne, cieszymy się z małych rzeczy, które po złożeniu, tworzą jedną całość. I ma być wtedy lepiej, ale dlaczego tego czasami nie ma? Czego ja od tego życia chcę, albo jaki plan ma to życie na mnie. Czego ja jestem częścią? Po co ja nią jestem? Mam tu jakiś cel? A jak tak, to jaki? I czy komuś to się przydaje, że tu jestem? Tak mi jakoś beznadziejnie.

Dziękować lekarzowi dyżurującemu, że jest jeszcze sylwestrowy, i nie będzie mi dzisiaj  pobierał wycinków. Przeniesione to zostało na wtorek - uff. Niech mnie już nie męczą. Chciałabym odpocząć. Nie chcę już tak. Kryzys, kryzys, kryzys...

sobota, 2 stycznia 2010

Piątek to? Sobota? Hmm, straciłam rachubę czasu. Z 2 stycznia, dziwnym trafem zrobił mi się 3, i nawet jednej siostrze wmówiłam, że na pewno tak jest.  Po włączeniu komputera, okazało się, że jednak jest dzisiaj 2... Ups :) Wczorajszy dzień, zaliczam do tragicznych. W życiu się tak podle nie czułam. Ząb tak bardzo dawał się we znaki, że nie mogłam skupić się na niczym konkretnym, plecy też zbuntowane, za bardzo mi siedzieć nie pozwalały. Gorączka, jak zwykle, więc zimno mi było cały dzień. Jak nigdy, poszłam spać po 20tej , z wykończenia, z bólu, ze wszystkiego. Dzisiaj jest ciut lepiej. Ząb, jakby mniej się odzywa, więc to niewątpliwy plus. Plecy , bez zmian, ale to dopóki nie podejmą leczenia, lepiej nie będzie, za to palec mnie boli, ałaaaa. Postrzał, czy zastrzał mi się zrobił. Pisać na klawiaturze nie mogę... - ktoś mi jeszcze coś chce ofiarować?

Na oddziale zbierają się ludzie. Przyjęto 3 kobiety, dumne to takie, ja nie wiem, jakby oddział  rewią mody był. Jedna to nawet brokat ma jeszcze we włosach. Ja wiem, że trzeba się prezentować, ale zobaczymy, jak one po zabiegach będą wyglądać...hihi, wredność ma, sięga zenitu, ale co na to poradzę, jak już tak mam ;)

piątek, 1 stycznia 2010

Albion...starodawna nazwa Wysp Brytyjskich...
Albion...prawdopodobnie białe wybrzeża hrabstwa Kent...
Albion...prawdopodobnie kiedyś nazywał się tak syn Posejdona...
Albion...6 osób...
Albion...rock progresywny...
Albion... Wabiąc Cienie
Albion... Broken Hopes...
Albion...opowieść o utraconych nadziejach, pragnieniach, złudzeniach, o walce, jaką toczymy na co dzień. Opowieść o człowieku, o jego losie, o tym co zyskał, o tym, co stracił. To lęk, to weryfikacja własnych uczuć, to pytania o sens i cel, w obliczu niespełnionych marzeń, to tęsknota za naiwną wiarą dziecka, któremu sprzedano bajkę o ideałach, do których tak naprawdę w dorosłym życiu nikt nie dąży. To stan zagubienia, w momencie, gdy wydaje Ci się, że wszystko już wiesz...

Albion..., Motyl...Wabiąc Cienie...




Albion..., Angel...Broken Hopes...




Urzeka, sprawia, że znowu zatracam się w innym wymiarze...magia tworzona za pomocą instrumentów, powodująca drżenie ciała... Inny, lepszy mój świat, bez zła, bez tych wszystkich problemów...muzyka, którą tak bardzo kocham, i bez której nie wyobrażam sobie życia - bez względu na to, jakie ono by nie było...

Nowy Rok nastał. Patrząc przez szpitalne okno stwierdzam, że nic się nie zmieniło. Ja też taka sama. Wczoraj, przy oglądaniu petard, łezka w oku się zakręciła, nawet kilka ich było. Wyobraziłam sobie ludzi, którzy bawią się w najlepsze, są szczęśliwi... Tutaj było tak pusto, szaro... Ciemność w pokoju, co chwile rozjaśniania różnymi kolorami... Parę minut po północy, poszłam spać, żeby już nie musieć sobie wyobrażać.