Ja czułam, że to, co pisałam ostatnio z tym brakiem chęci pisania na blogu, czy jakoś tak, ma swoją ukrytą przyczynę. Ta przyczyna ujawniła się już dzień później, sprowadzając mnie całkowicie do parteru i nie dając możliwości wyprowadzenia żadnego ciosu obronnego, ale od początku...
Wtorek zaczął się dla mnie bardzo miło. Po godzinie 9tej, zadzwoniła pani z MOPS-u i poinformowała, że decyzja czeka - mam przyjechać. Godzinę później, parkowałam samochód przy ośrodku. Po opuszczeniu auta, uwagę moją przykuł gołąb, który dziwnie sobie siedział na trawie. Najpierw pomyślałam, że może się wygrzewa, bo na dworze występowała typowo wiosenna aura (19 stopni), ale im bliżej niego się znajdowałam, tym moje przekonanie bardziej szło w zapomnienie. Ów gołąb wcale nie uciekał, dopiero w ostatnim momencie, odleciał parę metrów dalej i spoczął na ziemi.Wtedy byłam pewna, że jest chory. Serce od razu mnie zabolało, bo ja to taka matka wszystkiego, co się rusza, chciałam biedakowi pomóc, ale nie wiedziałam, jak. Pudełka żadnego nie miałam, żeby go zabrać i zawieźć do schroniska, tam by mu na pewno pomogli. Postanowiłam, że po wyjściu z MOPS-u, przejdę się do sklepu i coś poradzę, miałam nadzieję, że ten moment, w którym mnie nie będzie, nie wpłynie niekorzystnie na biedne stworzenie. Decyzja od MOPS-u miło mnie zaskoczyła. Dostałam zasiłek celowy na okres do końca maja 2011 roku w kwocie 163 zł - na potrzeby w dojściu do zdrowia. Druga decyzja (otrzymałam dwie), o której nie miałam zielonego pojęcia została mi przyznana także do maja, a dotyczy pomocy w żywieniu, jako, że jestem osobą samotnie gospodarującą. Kwota to 160 zł rozdzielona na cztery raty. Teoretycznie, gdybym faktycznie była całkiem sama i rodzice nie pomagali mi, nie miałabym szans za 40 zł przeżyć przez miesiąc, tym bardziej, że moja dieta wymaga sporo białka dla dobrego gojenia się ran. No, ale na szczęście tak nie jest i bardzo się cieszę z przyznanych pieniędzy, pomoże mi to w jakimś stopniu zaspokoić moje bieżące potrzeby bez wsparcia rodziców. Nie mogę wiecznie na nich żerować. Dostałam kilka terminów na odebranie pieniążków, muszę zgłosić się po nie sama, a jak się nie zgłoszę, MOPS może przyznaną kwotę potraktować, jako marnotrawienie i cofnąć decyzję... Nie ma żadnej taryfy ulgowej, nie ma czegoś takiego, jak zdarzenie losowe... A co z odebraniem zasiłku przez kogoś z rodziny? Musi być upoważnienie, ale napisane w MOPS-ie, więc tatę czeka jeżdżenie, bo jak zaczną się komory, to nie będę miała jak być w dwóch miejscach jednocześnie...
Po wyjściu z MOPS-u, gołąbka już nie było i nie wiem, czy upolował go jakiś kot, czy może ktoś z dobrym sercem mu pomógł. Trzymam się tej drugiej opcji, żeby się nie zamartwiać. Jako, że MOPS podarował mi część zaległej kwoty, postanowiłam, że zrobię sobie zakupy i wrócę do domu. Pogoda była przednia, chciałam ją spożytkować na rowerze, a nie marnować się jeżdżąc w aucie, Chciałam...
Po powrocie, jakby ktoś włączył jakiś guzik. Nagle, zaczęłam czuć się inaczej, gardło jakby się ścisnęło, ścięgno dawało większy ból niż zazwyczaj... Hm - pomyślałam, nic tam. Obiad zrobię i na rower, nic mnie nie powstrzyma. Godzinę później, ledwo mieszałam składniki. Bolał mnie kręgosłup, mięśnie - wszystko. o godzinie 15tej, termometr pokazał 38,5 kresek. Pięknie! Ledwo żyłam. Smak się stracił całkowicie, więc każdy danie musiał sobie doprawiać we własnym zakresie. Ja nie zjadłam zupełnie nic, nie byłam w stanie... Musiałam jeszcze wyjść z psem, bo oczywiście nikogo w domu nie było... Było mi tak zimno... Po powrocie, rzuciłam się na łóżko, bo nie miałam siły na nic, nawet pójść do kuchni zrobić sobie coś ciepłego. Dreszcze, potworny ból głowy (wtedy mi się wydawało, że to jest potworny). Miałam na sobie dwa polary i bluzę, a i tak telepało mnie straszliwie. Nogi bolały przeraźliwie, ścięgno Achillesa wtórowało, jak mogło. Wyłam z bólu. Wiedziałam, że muszę dużo pić, że nie mogę się odwodnić, tylko że każdym łykiem, było mi coraz zimniej... Tak czekałam, aż rodzice wrócą, żeby mi zrobili PIĆ, żeby mi pomogli!!! Mama przyszła pierwsza... Hm..., i wiecie, co? Zobaczyła, że jestem chora i się obraziła, że to nie ona zachorowała (niestety , taka bywa moja mama). Nie zaglądnęła do mnie wcale. Widziała, jak wyglądam, ale jej mina mówiła wszystko - WALĘ NA CIEBIE FOCHA, NIE POMOGĘ! Jak się czułam? Strasznie, umarłabym i nawet by nie wiedziała. Było mi przykro, że mam taką mamę, ale..., chyba się przyzwyczaiłam do takich zachowań, mama jest osobą, która wymaga pomocy, tylko po prostu o tym nie wie... Godzinę później przyszedł tata... Zrobił mi wrzącej herbaty, dał też leki... Ten wrzątek, nie był dla mnie wrzątkiem. Temperatura rosła, zamiast spadać. Ból nie dał spać, ale myślenie było... Zastanawiałam się, co spowodowało gorączkę, czy może ścięgno, czy plecy, albo gołąb? Tego ostatniego nie dotykałam, więc nie mogłam się niczym od niego zarazić, dlatego obstawiłam, że to przeziębienie bez kataru i innych takich... Martwiłam się też, co z dniem następnym, przecież, miałam termin odbioru kolejnej kwoty w MOPS. Kiedy termometr pokazał ponad 40 stopni, myślałam, że to już koniec. Głowę rozsadzało, moja twarz po dotknięciu mogła oparzyć, miałam jakieś kurcze serca, oddech był szybki, nie byłam w stanie się ruszyć, mimo, że byłam przykryta po uszy, miałam takie dreszcze i było mi zimno, mimo tego, że również się pociłam. Podane leki, wcale nie chciały zbijać temperatury, obniżały tylko o kilka stopni, po czym wszystko rosło. Rok temu miałam podobną sytuację, leżałam wtedy w szpitalu, tam mnie odpowiednio nawodnili, nie musiałam się obawiać, że coś mi się stanie, teraz było inaczej... Nie byłam pewna, kiedy ścina się białko w komórkach, ale wiedziałam, że nie brakuje mi dużo. Miałam pić, ale pod koniec nie byłam już w stanie... Wszystko odbywało się w zaciszu mojego pokoju, gdzie byłam sama ze sobą, bo rodzice, potraktowali to, jakby nic się nie stało i poszli sobie spać. Resztką sił, namoczyłam chusteczkę w wodzie i obłożyłam sobie głowę, żeby chociaż troszkę ta temperatura spadła, żeby mnie ta głowa chociaż troszkę przestała boleć... Nie wiem, jak zasnęłam, ale obudziłam się w środku nocy mokrusieńka, musiałam się przebierać, włącznie ze zmianą pościeli. Był to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że nadal było mi cholernie zimno, i bolało mnie dosłownie wszystko, włącznie z cebulkami i paznokciami... Zmierzyłam temperaturę 39,5, ulżyło, że już nie widzę tam 40, ileś kresek... Najgorsze, że musiałam udać się do ubikacji... Nawet się załatwić nie mogłam, tak bolał pęcherz. Wyłam...U Później usnęłam, a o 4tej znowu to samo - mokrusieńka ja i pościel. Spać nie dałam rady, więc leżałam, znaczy wegetowałam sobie..., wiedziałam, że do lekarza nie dam rady iść, że ludzie mnie nie puszczą, że będę musiała tam stać, a ja nie jestem w stanie się ruszyć, a MOPS? Miałam nadzieję, że może nic się nie stanie, jak tego w terminie nie odbiorę..., chociaż wiedziałam, co czytałam dzień wcześniej. Tata pojechał do pracy, mama też wybyła z domu na badanie osteoporozy, a ja pozostałam sama ze sobą... Żal mi było 80 zł... Zażyłam lek obniżający temperaturę i liczyłam, że może troszkę lepiej się poczuję. Pogoda za oknem także nie była moim sprzymierzeńcem. Deszcz, wiatr powodował, że na sam widok byłam przerażona. Po godzinie 10tej, temperatura ciała wynosiła 38,5. Nie mogłam dłużej czekać, wsiadłam w autobus i pojechałam. Na szczęście, na moją korzyść, wszystko się zgrało i nigdzie nie musiałam czekać, 30 minut później byłam w domu. Nie pytajcie, jak musiałam wyglądać, bo się nawet nad tym nie zastanawiałam. Kolana mi się nie zginały, bolała każda kość, szyja przestała wykonywać skręty, wystąpiła sztywność, ale 80 zł drogą nie chodzi, musiałam jechać. Po powrocie - łóżko. Organizm prócz płynów nie domagał się niczego. Wiedziałam, że muszę jeść, jednak nie byłam w stanie, jogurt zjedzony na siłę na cały dzień musiał wystarczyć biednemu brzuszkowi. Dzień drugi zakończył się niższą temperaturą, bo 39,7... Znowu musiałam się przebierać i zmieniać pościel, jednak strasznie jest ciężko wykonywać powyższe czynności, kiedy organizm jest taki zmęczony, obolały i co chwilę oblewają go zimne poty...
Dzień wczorajszy to postanowienie, że IDĘ DO LEKARZA, inaczej się wykończę. Temperatura z rana ponad 38. Tata mnie zarejestrował i powłóczyłam nogami. Porównując gorączki, nie czułam się tragicznie. Mogłam lekko ruszać głową, tylko zniżenie jej i podniesienie powodowało taki ból, że szkoda gadać. Gardło też bolało. Angina - myślałam sobie... Doktor postanowił inaczej GRYPA!, i to ta agresywna. Jak mogłam trzy dni czekać? Mogłam się wykończyć... Ja to wszystko wiedziałam, ale nie byłam w stanie..., grunt, że przetrwałam. Dostałam mocny antybiotyk, inne leki też. 80 zł, akurat wystarczyło na opłacenie. Ścisłe łóżko przez tydzień. Jak nie doleczę grypy, skutki mogą być nie najlepsze. Na pewno doleczę! Po powrocie do domu - łóżko. Gorączka na wieczór znów wysoka, ale nie aż tak strasznie. Noc - znowu zlewne poty, wszystko mokre...
Dzień dzisiejszy, to poprawa. Mam stan podgorączkowy 37,8 jednak w porównaniu do dni poprzednich jest lepiej. Zresztą, skoro tu jestem, to dobry znak, chociaż i tak leżę w łóżku, mam troszkę sił, żeby coś tam naskrobać. Wracam też do norm jedzeniowych..., muszę dostarczyć trochę witamin, bo wszystko zostało zużyte na walkę z chorobą. Po wejściu na wagę - 3 kg mniej niż przed zachorowaniem. Nie jest dobrze - nie tak miało być, zbyt duży spadek wagi. W normalnych okolicznościach bym się cieszyła, że schudłam, ale nie w takim tempie. Widać, jakie wyniszczenie może spowodować choroba..., i to w 3 dni - masakra. Mój organizm zawsze reagował dużą gorączką, ale te ostatnie dni sprawiły, że myślałam nawet o tym, że umrę.
Dziękuję za odwiedziny i wpisy. Buziakuję, albo nie - bo zarażam. Przesyłam wirtualne całusy, one nie zarażają...