środa, 30 marca 2011

Błogie lenistwo w pełnym słońcu. Niach, niach, niach, jak ja uwielbiam. Pogoda świetna, chce się żyć, chce się biegać, skakać, latać, pływać w tańcu, w ruchu wypoczywać... No dobra, poniosło mnie, ale nastawienie do wszystkich rzeczy mam bardzo pozytywne. Wczorajszą wizytę u dentysty przeżyłam, aczkolwiek poszłam tylko zaplombować zęba, a zostałam naciągnięta jeszcze na wyrwanie. Niestety, górna szóstka dawno temu się rozsypała (efekt rozgryzania orzechów + otwierania piwa), i został mi tylko korzeń, który prosił się, żeby go usunąć, jednak ja, osoba panicznie bojąca się dentysty, nie spieszyłam się tego zrobić wcale. Wczoraj się wykonało. Pani powiedziała, że pójdzie szybko, bo takie korzenie usuwa się raz, dwa. Zastrzyki znieczulające (to była tragedia) i rach ciach!!! Ups, zapomniałam tylko powiedzieć dentystce, że ja jestem oryginalny egzemplarz i u mnie coś z pozoru łatwe, wcale takie nie jest. Co się kobieta naklęła nad tym moim "zębem", nie mogła go usunąć, moja buzia latała w każdą stronę, a ja miałam wrażenie, że za chwilę to jej dłuto przebije mnie na wylot. Czułam każde poruszenie narzędzi w mojej szczęce, a korzeń ani drgnął. Dopiero rozdrobnienie na kawałki i mozolne wyjmowanie po kawałku, doprowadziło do finiszu. Dopóki wszystko było znieczulone, czułam się świetnie, poza złudzeniem, że mi ślina wycieka z kącika ust ;) Wyskoczyłam nawet z Kisiołkiem na soczek pomidorowy... A wieczorem, ból straszliwy w miejscu wbitych zastrzyków, ból gardła i ból zębodołu. Gorączka też się przyplątała, ale nie zwalczałam. Zimna woda łagodziła dolegliwości bólowe i jakoś zasnęłam, a dzisiaj jest już lepiej, chociaż jeszcze czuję ból. Następna wizyta w piątek, wymiana plomby. OMG! Już się boję ;)

Dzisiaj też wyskoczyłam na rower, chciałam spożytkować energię, której znowu mam nad stan. 20 km zrobione, wiaterek nie był tylko moim sprzymierzeńcem, ale podołałam, wszak to dla mnie sama przyjemność. Mam nadzieję, że nie zachoruję po raz wtóry, ale odpluwam, żeby nie wykrakać, jak to ja.

To tyle, spadowywuję. Cmok ludki!

wtorek, 29 marca 2011

Hej, cześć i czołem!

Nadejszła wiekopomna chwila. Mamy wiosnę, dzień jest dłuższy, uwielbiam! Tylko czekać, aż zrobi się na tyle ciepło, że bez obaw będę mogła wyciągnąć rower i pojechać sobie siną w dal. Teraz jeszcze się boję, po takiej grypie, brrr. Dużo chodzę, jak to ja. Dbam też o zdrowie swojego psa, bo troszkę się Sonii spasło, a ja bym chciała, żeby żyła jak najdłużej, dlatego ciągnę ją wszędzie, ku jej ogólnemu niezadowoleniu. Moja psina jest typem kanapowca, nic jej się nie chce. Kiedy widzi, że idzie gdzieś dalej, automatycznie zatrzymuje swoje ciało i zapierając się, jak może, daje mi do zrozumienia, że ona dalej iść nie zamierza. Na nic proszenie, nie pójdzie i już! Szybko traci też orientację w terenie, chociaż wcale nie jest daleko od domu. Wtedy to spuszcza ogon i nerwowo rozgląda się wokół. Nie wie, gdzie jest - szkoda, bo przez to nie mogę jej puścić, mogłoby się to zakończyć tragicznie, zwiałabym mi. Z poprzednim psem, mogłam chodzić wszędzie bez obaw, a Sonia - cóż, ona jest po prostu inna, ale i tak kocham ją bałdzo mocno :)

Marzy mi się wyjście w góry.  Podświadomie czuję jednak, że chyba w tym roku nie będzie mi dane zdobyć już wcześniej zdobytych szczytów. Jakby to powiedzieć, czuję, że frekwencja nie dopisze. Ludzie idą w swoją stronę, czasami zapominając o pozostałych. Życie, ja wiem, ale kiedyś mimo życia, znajdowało się czas, dla innych Teraz, jakby każdy musi troszczyć się tylko o siebie, dlatego tyle czasu spędzam sama ze sobą... Typ samotnika ze mnie, choroba głównym sprawcą, ale mam nadzieję już niedługo. Potem powrót do normalności, tak wyczekiwanej przeze mnie..., i ja wyciągnę tę pozostałą frekwencję, niech się już boją! ;)

Za niedługo udaję się do dentysty. OMG, ja nie wiem, jak ja to przeżyję!

sobota, 26 marca 2011

Smutny dzisiaj dla mnie dzień. Adam Małysz pożegnał się ze sportem, i nawet niebo płacze...

Odkąd sięgam pamięcią, lubiłam oglądać skoki narciarskie. Kiedy rozpoczynał się sezon, zasiadałam przed telewizorem i kibicowałam skoczkom. Wtedy Adaś bywał daleko, ale z każdym jego skokiem miałam nadzieję, że może teraz mu się uda? Byłam kibicem bez względu na to, jakie miejsce zajmował Polak. Aż pewnego dnia 2001 roku rozpoczęła się dominacja Orła z Wisły, która trwała trzy sezony pod rząd. To były najpiękniejsze czasy, każdy jego skok przyprawiał mnie o ciarki na całym ciele. Kiedy wybijał się, wiedziałam, że daleko poleci, że nie ma na niego mocnych. Nie było. Zaciśnięte kciuki, dmuchanie w telewizor..., ech. 

Logiczne jest, że każdy kiedyś musi zakończyć karierę, ale ja jakoś nie dopuszczałam do siebie myśli, że Adama też to dotyczy, chciałam, żeby trwał zawsze, żeby nigdy nie powiedział - kończę. Rok 2011 ziścił to, czego tak bardzo nie chciałam usłyszeć. Adam jest tak wspaniałym, a do tego skromnym człowiekiem, że każdy powinien się od niego uczyć. Jego poczucie humoru, wielokrotnie sprawiło, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Nie wyobrażam sobie, że za rok nie zobaczę go już na belce, że zniknie z telewizji, że będzie inaczej, że skoki stracą swoją magiczność, że nie będzie transparentów "Leć Adać leć". Będzie inaczej. Łzy wzruszenia występują u mnie od rana. Dużo wspomnień, które na zawsze pozostaną w moim sercu. Dziękuję Ci Adaś za to, że przez tyle lat dostarczałeś nam tylu wspaniałych chwil. Jesteś Wielki i nikt Ci tego nie odbierze. Cieszę się, że mogłam Cię oglądać!!! ... 


czwartek, 24 marca 2011

Tydzień dobiega końca. Powoli zdrowieję, to znaczy, głos odzyskałam, ale kaszel nie chce odpuścić. Jest tak męczący, że boli mnie przepona i w momencie, kiedy chcę zakasłać, robię to jak ostatni paralityk. Grunt, że gorączka odpuściła, reszta też dojdzie do siebie (mam nadzieję). We wtorek miałam umówioną wizytę u dentysty, niestety musiałam ją przełożyć. Nie byłam w stanie usiąść na fotelu i nie kaszleć przez całą procedurę borowania zęba. Na tamten czas pobyt w zamkniętym pomieszczeniu, powodował nagły atak kaszlu, a co dopiero siedzenie z otwartą paszczą. Następna wizyta w przyszły wtorek, mam nadzieję, że już nic nie pokrzyżuje moich planów, bo ząb daje znać, że trzeba mu pomóc i nie jest to dla mnie zbyt komfortowe.

Wczoraj miałam komisję lekarską o ustalenie stopnia niepełnosprawności. Lekarz ustalający ten sam, co zawsze, ten sam, co zbagatelizował moje leczenie, kiedy chciałam mieć jak najbardziej sprawną rękę, ten sam, co nie potrafił dobrze prowadzić leczenia i teraz nie mam głowy kości łokciowej lewej... Rozmowa była krótka, papiery, dostarczone tam przeze mnie wcześniej, dotyczące mojej aktualnej choroby, chyba w ogóle nie zostały przez niego przeczytane ( a podobno miał się wcześniej zapoznać), gdyż nie był zorientowany w sytuacji. Musiałam sama mówić o tym, co ze sobą na plecach przyniosłam. Gdyby nie ja, pewnie w ogóle nie wziąłby tego pod uwagę. Siedziałam tam ok. 2 minut. Dla mnie to lekki szok, że na takiej podstawie oceniają chorych, którzy po coś w końcu na tę komisję przychodzą... Po wejściu do gabinetu wychodzi brutalna prawda - MAMY WAS W DUPIE! Porażką największą było czekanie na wizytę u psychologa..., marnotrawienie czasu, Pani w ogóle niekompatybilna z ludźmi i ich problemami ... Odbiór orzeczenia za tydzień. Ciekawe, czy ktoś zostanie cudownie uzdrowiony...

A dzisiaj? Dzisiaj chyba był dla mnie najważniejszy dzień. Wizyta w Siemianowicach. Pogoda dopisała, dojechałam do szpitala bardzo szybko. Kolejki do doktorów nie było, więc jak szybko przyjechałam, tak szybko weszłam do gabinetu, a tam..., dobre wieści. Posiewy pobrane miesiąc temu, bakterii nie wykazały!!! To już drugi taki posiew. Mówią, że do trzech razy sztuka. Dzisiaj posiew też został pobrany, i jak kolejny bakterii nie wykaże, prawdopodobnie nie będę musiała włazić do komory hiperbarycznej, tylko od razu położą mnie na stół i usuną nieprawidłową tkankę, gdyż to jej nieprawidłowa struktura jest przyczyną, organizm nie może zagoić takiego czegoś, bo jest to chore. Rana daje zapachy, ale dlatego, że przerośnięte tkanki zaczynają gnić. Jak się tego pozbędą, będę wolna!  Wiecie, co to oznacza? Ja widzę, że za niedługo skończę leczenie, że być może nie będę musiała tam dojeżdżać codziennie, że w końcu będę mogła zapominać. Oby kolejny posiew nie wykazał bakterii, proszę, proszę, proszę... Generalnie, jaki lekarz mnie tam nie przyjmuje, to i tak plan jest taki sam, usunąć to, co chore. Wg. lekarzy z mojego miasta, to się samo zagoi, nic nie robić... Wychodzi teraz, którzy bardziej dla pacjenta. W Siemianowicach jest taka miła atmosfera, nikt tam nie olewa pacjenta, u mnie w mieście mam wrażenie, że w stosunku do mnie odpuścili, olali moją chorobę. Gdyby nie Siemianowice, chodziłabym pewnie do swojego dochtóra w nieskończoność, a on sam nie robiłby nic, bo przecież to się samo zagoi, tia!  Już mu nie ufam..., to że mnie lubią, to nie wszystko..., nie robią nic, żebym wyzdrowiała, a tak naprawdę, drogę w kierunku zdrowia mam na wyciągnięcie ręki... 

Rozbiłam dzisiaj lusterko. Kurczę. Niby nie wierzę, ale gdzieś tam przez głowę przelatuje: BĘDZIESZ MIAŁA 7 LAT NIESZCZĘŚĆ!!! Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę! ;)

Jakubie, miałeś rację - wszystko się musi udać :D


poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwszy dzień Wiosny, myślałam, że będzie to zwyczajny dzień, który niczym nie wyróżni się od poprzednich. Miałam plan, że powolutku będę wracała sobie do zdrowia, że mój głos powróci. Plan nie został zaburzony, ale..., w ten pierwszy dzień wiosny dostałam upragniony telefon z Siemianowic Śląskich, że od dnia jutrzejszego czeka mnie komora hiperbaryczna... Co z tego, jak choroba, której się nabawiłam zdyskwalifikowała mnie z wyjazdu, a termin znowu odroczył się o jakiś pewnie miesiąc. Tyle mieli możliwości, żeby zadzwonić w każdy inny tydzień, ale nie, bo musieli akurat dzisiaj, gdzie ja jutro mam dentystę, w środę komisję... I zła jestem, bo o komorze powinni mnie poinformować kilka dni wcześniej, a nie dzień... I tak bym nie mogła przyjechać, bo Komisji Lekarskiej nie mogłabym przełożyć, a ząb? Też jest ważny, a terminy kolejne długie. Popatrzcie, jaka to ironia, jak nie ma nic, to nic, a jak się dzieje, to wszystko na raz. Ech.

"Idzie wiosna - radosna?"

niedziela, 20 marca 2011

Nadal sobie wegetuję. Wczoraj straciłam głos - niestety, kolejny urok grypy. Jakby nie było, zawsze zaatakuje mi krtań jest to najsłabsze ogniwo mojego organizmu, odkąd pamiętam. Najgorsze, że ciężko jest  później pozbierać głos do kupy. Długo trwa, zanim zacznę mówić, jak człowiek. Wyzdrowieć mi trza!

Przyjemnej niedzieli.

piątek, 18 marca 2011

Ja czułam, że to, co pisałam ostatnio z tym brakiem chęci pisania na blogu, czy jakoś tak, ma swoją ukrytą przyczynę. Ta przyczyna ujawniła się już dzień później, sprowadzając mnie całkowicie do parteru i nie dając możliwości wyprowadzenia żadnego ciosu obronnego, ale od początku...

Wtorek zaczął się dla mnie bardzo miło. Po godzinie 9tej, zadzwoniła  pani z MOPS-u i poinformowała, że  decyzja czeka - mam przyjechać.  Godzinę później, parkowałam samochód przy ośrodku. Po opuszczeniu auta, uwagę moją przykuł gołąb, który dziwnie sobie siedział na trawie. Najpierw pomyślałam, że może się wygrzewa, bo na dworze występowała typowo wiosenna aura (19 stopni), ale im bliżej niego się znajdowałam, tym moje przekonanie bardziej szło w zapomnienie. Ów gołąb wcale nie uciekał, dopiero w ostatnim momencie, odleciał parę metrów dalej i spoczął na ziemi.Wtedy byłam pewna, że jest chory. Serce od razu mnie zabolało, bo ja to taka matka wszystkiego, co się rusza, chciałam biedakowi pomóc, ale nie wiedziałam, jak. Pudełka żadnego nie miałam, żeby go zabrać i zawieźć do schroniska, tam by mu na pewno pomogli. Postanowiłam, że po wyjściu z MOPS-u, przejdę się do sklepu i coś poradzę, miałam nadzieję, że ten moment, w którym mnie nie będzie, nie wpłynie niekorzystnie na biedne stworzenie. Decyzja od MOPS-u miło mnie zaskoczyła. Dostałam zasiłek celowy na okres do końca maja 2011 roku w kwocie 163 zł - na potrzeby w dojściu do zdrowia. Druga decyzja (otrzymałam dwie), o której nie miałam zielonego pojęcia została mi przyznana także do maja, a dotyczy pomocy w żywieniu, jako, że jestem osobą samotnie gospodarującą. Kwota to 160 zł rozdzielona na cztery raty. Teoretycznie, gdybym faktycznie była całkiem sama i rodzice nie pomagali mi, nie miałabym szans za 40 zł przeżyć przez miesiąc, tym bardziej, że moja dieta wymaga sporo białka dla dobrego gojenia się ran. No, ale na szczęście tak nie jest i bardzo się cieszę z przyznanych pieniędzy, pomoże mi to w jakimś stopniu zaspokoić moje bieżące potrzeby bez wsparcia rodziców. Nie mogę wiecznie na nich żerować. Dostałam kilka terminów na odebranie pieniążków, muszę zgłosić się po nie sama, a jak się nie zgłoszę, MOPS może przyznaną kwotę potraktować, jako marnotrawienie i cofnąć decyzję... Nie ma żadnej taryfy ulgowej, nie ma czegoś takiego, jak zdarzenie losowe... A co z odebraniem zasiłku przez kogoś z rodziny? Musi być upoważnienie, ale napisane w MOPS-ie, więc tatę czeka jeżdżenie, bo jak zaczną się komory, to nie będę miała jak być w dwóch miejscach jednocześnie...

Po wyjściu z MOPS-u, gołąbka już nie było i nie wiem, czy upolował go jakiś kot, czy może ktoś z dobrym sercem mu pomógł. Trzymam się tej drugiej opcji, żeby się nie zamartwiać. Jako, że MOPS podarował mi część zaległej kwoty, postanowiłam, że zrobię sobie zakupy i wrócę do domu. Pogoda była przednia, chciałam ją spożytkować na rowerze, a nie marnować się jeżdżąc w aucie, Chciałam...


Po powrocie, jakby ktoś włączył jakiś guzik. Nagle, zaczęłam czuć się inaczej, gardło jakby się ścisnęło, ścięgno dawało większy ból niż zazwyczaj... Hm - pomyślałam, nic tam. Obiad zrobię i na rower, nic mnie nie powstrzyma. Godzinę później, ledwo mieszałam składniki. Bolał mnie kręgosłup, mięśnie - wszystko. o godzinie 15tej, termometr pokazał 38,5 kresek. Pięknie! Ledwo żyłam. Smak się stracił całkowicie, więc każdy danie musiał sobie doprawiać we własnym zakresie. Ja nie zjadłam zupełnie nic, nie byłam w stanie... Musiałam jeszcze wyjść z psem, bo oczywiście nikogo w domu nie było... Było mi tak zimno... Po powrocie, rzuciłam się na łóżko, bo nie miałam siły na nic, nawet pójść do kuchni zrobić sobie coś ciepłego. Dreszcze, potworny ból głowy (wtedy mi się wydawało, że to jest potworny). Miałam na sobie dwa polary i bluzę, a i tak telepało mnie straszliwie. Nogi bolały przeraźliwie, ścięgno Achillesa wtórowało, jak mogło. Wyłam z bólu. Wiedziałam, że muszę dużo pić, że nie mogę się odwodnić, tylko że każdym łykiem, było mi coraz zimniej... Tak czekałam, aż rodzice wrócą, żeby mi zrobili PIĆ, żeby mi pomogli!!! Mama przyszła pierwsza... Hm..., i wiecie, co? Zobaczyła, że jestem chora i się obraziła, że to nie ona zachorowała (niestety , taka bywa moja mama). Nie zaglądnęła do mnie wcale. Widziała, jak wyglądam, ale jej mina mówiła wszystko - WALĘ NA CIEBIE FOCHA, NIE POMOGĘ! Jak się czułam? Strasznie, umarłabym i nawet by nie wiedziała. Było mi przykro, że mam taką mamę, ale..., chyba się przyzwyczaiłam do takich zachowań, mama jest osobą, która wymaga pomocy, tylko po prostu o tym nie wie... Godzinę później przyszedł tata... Zrobił mi wrzącej herbaty, dał też leki... Ten wrzątek, nie był dla mnie wrzątkiem. Temperatura rosła, zamiast spadać. Ból nie dał spać, ale myślenie było... Zastanawiałam się,  co spowodowało gorączkę, czy może ścięgno, czy plecy, albo gołąb? Tego ostatniego nie dotykałam, więc nie mogłam się niczym od niego zarazić, dlatego obstawiłam, że to przeziębienie bez kataru i innych takich... Martwiłam się też, co z dniem następnym, przecież, miałam termin odbioru kolejnej kwoty w MOPS. Kiedy termometr pokazał ponad 40 stopni,  myślałam, że to już koniec. Głowę rozsadzało, moja twarz po dotknięciu mogła oparzyć, miałam jakieś kurcze serca, oddech był szybki,  nie byłam w stanie się ruszyć, mimo, że byłam przykryta po uszy, miałam takie dreszcze i było mi zimno, mimo tego, że również się pociłam. Podane leki, wcale nie chciały zbijać temperatury, obniżały tylko o kilka stopni, po czym wszystko rosło. Rok temu miałam podobną sytuację, leżałam wtedy w szpitalu, tam mnie odpowiednio nawodnili, nie musiałam się obawiać, że coś mi się stanie, teraz było inaczej... Nie byłam pewna, kiedy ścina się białko w komórkach, ale wiedziałam, że nie brakuje mi dużo. Miałam pić, ale pod koniec nie byłam już w stanie... Wszystko odbywało się w zaciszu mojego pokoju, gdzie byłam sama ze sobą, bo rodzice, potraktowali to, jakby nic się nie stało i poszli sobie spać. Resztką sił, namoczyłam chusteczkę w wodzie i obłożyłam sobie głowę, żeby chociaż troszkę ta temperatura spadła, żeby mnie ta głowa chociaż troszkę przestała boleć... Nie wiem, jak zasnęłam, ale obudziłam się w środku nocy mokrusieńka, musiałam się przebierać, włącznie ze zmianą pościeli. Był to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że nadal było mi cholernie zimno, i bolało mnie dosłownie wszystko, włącznie z cebulkami i paznokciami... Zmierzyłam temperaturę 39,5, ulżyło, że już nie widzę tam 40, ileś kresek...  Najgorsze, że musiałam udać się do ubikacji... Nawet się załatwić nie mogłam, tak bolał pęcherz. Wyłam...U Później usnęłam, a o 4tej znowu to samo - mokrusieńka ja i pościel. Spać nie dałam rady, więc leżałam, znaczy wegetowałam sobie..., wiedziałam, że do lekarza nie dam rady iść, że ludzie mnie nie puszczą, że będę musiała tam stać, a ja nie jestem w stanie się ruszyć, a MOPS? Miałam nadzieję, że może nic się nie stanie, jak tego w terminie nie odbiorę..., chociaż wiedziałam, co czytałam dzień wcześniej. Tata pojechał do pracy, mama też wybyła z domu na badanie osteoporozy, a ja pozostałam sama ze sobą... Żal mi było 80 zł... Zażyłam lek obniżający temperaturę i liczyłam, że może troszkę lepiej się poczuję. Pogoda za oknem także nie była moim sprzymierzeńcem. Deszcz, wiatr powodował, że na sam widok byłam przerażona.  Po godzinie 10tej, temperatura ciała wynosiła 38,5. Nie mogłam dłużej czekać, wsiadłam w autobus i pojechałam. Na szczęście, na moją korzyść, wszystko się zgrało  i nigdzie nie musiałam czekać, 30 minut później byłam w domu. Nie pytajcie, jak musiałam wyglądać, bo się nawet nad tym nie zastanawiałam. Kolana mi się nie zginały, bolała każda kość, szyja przestała wykonywać skręty, wystąpiła sztywność, ale 80 zł drogą nie chodzi, musiałam jechać. Po powrocie - łóżko. Organizm prócz płynów nie domagał się niczego. Wiedziałam, że muszę jeść, jednak nie byłam w stanie, jogurt zjedzony na siłę na cały dzień musiał wystarczyć biednemu brzuszkowi. Dzień drugi zakończył się niższą temperaturą, bo 39,7... Znowu musiałam się przebierać i zmieniać pościel, jednak strasznie jest ciężko wykonywać powyższe czynności, kiedy organizm jest taki zmęczony, obolały i co chwilę oblewają go zimne poty... 

Dzień wczorajszy to postanowienie, że IDĘ DO LEKARZA, inaczej się wykończę. Temperatura z rana ponad 38. Tata mnie zarejestrował i powłóczyłam nogami.  Porównując gorączki, nie czułam się tragicznie. Mogłam lekko ruszać głową, tylko zniżenie jej i podniesienie powodowało taki ból, że szkoda gadać. Gardło też bolało. Angina - myślałam sobie... Doktor postanowił inaczej GRYPA!, i to ta agresywna. Jak mogłam trzy dni czekać? Mogłam się wykończyć... Ja to wszystko wiedziałam, ale nie byłam w stanie..., grunt, że przetrwałam. Dostałam mocny antybiotyk, inne leki też. 80 zł, akurat wystarczyło na opłacenie. Ścisłe łóżko przez tydzień. Jak nie doleczę grypy,  skutki mogą być nie najlepsze. Na pewno doleczę! Po powrocie do domu - łóżko. Gorączka na wieczór znów wysoka, ale nie aż tak strasznie. Noc - znowu zlewne poty, wszystko mokre...

Dzień dzisiejszy, to poprawa. Mam stan podgorączkowy 37,8 jednak w porównaniu do dni poprzednich jest lepiej. Zresztą, skoro tu jestem, to dobry znak, chociaż i tak leżę w łóżku, mam troszkę sił, żeby  coś tam naskrobać. Wracam  też do norm jedzeniowych..., muszę dostarczyć trochę witamin, bo wszystko zostało zużyte na walkę z chorobą. Po wejściu na wagę - 3 kg mniej niż przed zachorowaniem. Nie jest dobrze - nie tak miało być, zbyt duży spadek wagi. W normalnych okolicznościach bym się cieszyła, że schudłam, ale nie w takim tempie. Widać, jakie wyniszczenie może spowodować choroba..., i to w 3 dni - masakra.  Mój organizm zawsze reagował dużą gorączką, ale te ostatnie dni sprawiły, że myślałam nawet o tym, że umrę.


Dziękuję za odwiedziny i wpisy. Buziakuję, albo nie - bo zarażam. Przesyłam wirtualne całusy, one nie zarażają...


poniedziałek, 14 marca 2011

Na dni parę zagościła wiosna, szkoda jednak, że od jutra (wszyscy trąbią) ma być jej pogorszenie. Mam jednak cichą nadzieję, że wcale nie będzie tak źle, jakby nie było  mamy jeszcze zimę, więc nie spodziewajmy się super pogody. Ostatnio nie chce mi się zbytnio pisać na blogu, sama nie wiem, czym to jest spowodowane. Łaknę wszystkiego, co nie jest związane z siedzeniem w domu i komputerem. Jedno i drugie budzi u mnie ogromny wstręt. Nawet farma nie sprawia  radości, i tylko level, na którym się znajduję powoduje, że  nie rzuciłam jej w cholerę.

Weekend sprawił, że sezon rowerowy uznałam za otwarty. W sobotę z Kisiołkiem pokonaliśmy 31 km (on ciut więcej ze względu, że musiał do mnie dojechać). Było super, jak zresztą każdy nasz wspólny wypad. Szkoda, że frekwencja nie była większa, ale cóż, każdy ma swoje zajęcia, i nie zawsze jest w stanie zarezerwować czas dla bicykli. Niedziela też nie była stracona, i chociaż wiatr wiał, jak oszalały, pojechałam sama siną w dal. 15 km zrobiłam, miałam okazję widzieć z bliska sarenkę i bardzo żałowałam, że nie wzięłam telefonu, byłoby świetne zdjęcie, ale cóż może innym razem. Generalnie same plusy, nawet wiatr nie jest przeszkodą, gdy się czegoś bardzo pragnie.

A dzisiaj..., znowu można powiedzieć, jak to się nie lubi poniedziałków. Z MOPS żadnej odezwy, więc poszłam tam dzisiaj o własnych nogach..., po raz kolejny na darmo, bo pani, u której załatwiałam pomoc, była nieobecna i nikt inny nie potrafił mi nic powiedzieć, mam przyjść jutro. Aż mi łzy poleciały z tego wszystkiego. Taki kawał drogi na nogach, ścięgno mi weszło do czterech liter, rana zakrwawiła nie tylko koszulkę, ale i kurtkę, ale spoko, przecież mogę chodzić, jak ten głupek! Po co obiecują, że zadzwonią, jak nie mają tego zamiaru robić. Dla mnie jest to nie do pomyślenia. Kiedy pracowałam także miałam kontakt z klientem, i jak obiecywałam, że zadzwonię - DZWONIŁAM! Czas mnie goni, a ja nie mogę ruszyć z miejsca. Pomoc społeczna - myślałby kto, a traktują człowieka, jak szmatę...

piątek, 11 marca 2011

Dawno nie było tutaj mojej bratanicy, dlatego trzeba to nadrobić. Przypominam, że Amelia skończyła w styczniu 3 latka. Jej umysł potrzebuje bodźców, żeby mógł się rozwijać. Misio rozmawia z zabawkami, a one  jej podobno odpowiadają, bawi się rzeczami, które tak naprawdę nie istnieją, a także bywa psem!  Czasami wciąga do zabawy babcię, która chodzi na smyczy.  Podobno jest to normalnie zachowanie w jej wieku, ale ja nie jestem pewna, czy aby u innych dzieci tak daleko posuwa się  ta zabawa, jak u nas. Jako, że codziennie mam ją pod opieką, a ona uwielbia siedzieć u mnie w pokoju, toteż zawsze prócz komputera jest włączony telewizor, gdzie leci kanał MiniMini, na którym są same bajki. Mała rzuca na nie okiem, ale szczególnie upodobała sobie "Marta mówi". Jest to bajka o psie, który po zjedzeniu literkowej zupy zaczyna mówić... Nie powiem, bo tę bajkę oglądam razem z nią, jednak mała chyba za bardzo wzięła ją sobie do serca. Kiedy przychodzi do nas, każe sobie przynosić miskę...., a zresztą, zobaczcie sami :)

Tresowana, prawda? Hehe, żeby tego było mało, mam jeszcze drugiego psa, który częstuje się, kiedy tylko może...
,
a później obrót o 180 stopni i do koszyczka ze zdobyczą....:)
Szalone jesteśmy, wiem..., a na koniec...


Marta, jak zwyczajny pies, robi paf i łaf, i, rzecz przedziwna dzieje się, gdy literkową zupę je. Po drodze gdzieś do brzuszka Marty, grupa liter zagubiona trafia do jej głowy i Marta – nawija, jak szalona. Mówi wciąż,
- Jak się żuje, co?
 Marta coś, mówi, mówi, mówi, mówi, mówi wciąż…
- Co tam piszą, co dziś na obiad? 
Mówi wciąż,
- Cześć Julka i spółka…
- Ja nie jestem Julka.
Może mylić się lecz i tak mówić chce.
– No, cześć!
Wyrazy zna, ma głos jak dzwon, wszystko ci opowie, poproś tylko ją, czasem może zrobić gdzieś błąd, ale Marta się tym nie przejmuje, skąd ten pies ma głos, taki los, Marta mówi, mówi, mówi, mówi, mówi,
-  Gada coś, wyjaśnia coś, wylicza coś, wygłasza coś, prawi coś, tłumaczy coś, bzdurzy coś, nawija coś i już, yhyhyhyhy, czasem ma już dość,
Marta uwierzcie mi mówi wciąż!

Jak można nie lubić zatem Marty ?

czwartek, 10 marca 2011

Czwartkowy pech.

Dawno nie byłam u swojego chirurgicznego dochtóra i dzisiaj, jako że był (znaczy jeszcze jest) czwartek, poczłapałam do kontroli, która oczywiście była umówiona, nie chodzę sobie ot tak, kiedy mi się chce. Jak zwykle troszkę musiałam poczekać, ale miałam ze sobą świetną lekturę 1981 Rok Niepełnosprawnych/Nagietki Taty , więc wcale mi się nie nudziło, ba mogłabym tak przesiedzieć nawet i dzień cały, bo nie mogłam się oderwać od czytania. Polecam Wam książkę! 

W gabinecie, jak to w gabinecie, każdy miał uśmiech od ucha do ucha. Podobno tęsknili za mną i byli spragnieni nowych wieści z Siemianowic. Jako przykładny pacjent wyłożyłam, co ma nastąpić, kiedy przejdę procedurę hiperbaryczną, rozłożyłam swe ciało na kozetce. Rana została oczyszczona, troszkę postękałam, bo kurczę bolało i to nawet dosyć sporo. To wszystko takie żywe jest, lekki dotyk a tyle krwi, że kiedyś niechcący przy zmianie opatrunku się wykrwawię. Nadmieniłam też dochtórowi, że boli mnie ścięgno i trzeszczy straszliwie, kiedy ruszam nogą. Powoduje to straszny dyskomfort, czy nie mógłby mi doradzić, co mogę zrobić, żeby nie bolało. Jak dochtór wymienił, co to mi się zrobiło, to nie zapamiętałam ani słowa..., nawet mówienie drukowanymi literami by nie pomogło ;) Wiem tylko, że na pewno przeszłam zapalenie ścięgna, że jest to sprawa poważna, że trzeba oszczędzać nogę, wiem, że nie wyleczy mi się to za pomocą maści, wiem że trzeba zażywać jakieś tabletki, które dochtór miał mi przepisać, i przepisał..., tylko, że ciamajda Aga, czyli mua, zapomniała zabrać recepty... A buuu, to była właśnie druga część pecha! Pierwszą zaliczyłam, po wyjściu z domu idąc do szpitala. Kto by pomyślał, że będzie ślisko? Ja na pewno nie, wylazłam w adidasach i wywinęłam takiego orła wchodząc w zakręt, że klękajcie narody. Ale to nie koniec, o nie!

Po powrocie to domu nastąpiła odsłona trzecia. Postanowiłam sobie zrobić herbatkę. Uwielbiam pić zieloną. Zazwyczaj dwie saszetki są ze sobą połączone i należy je rozerwać, żeby użyć jednej. Rozerwałam, tylko że źle i cała zawartość saszetki znalazła się w szufladzie, na podłodze i w kapciach..., jakoś to zniosłam, chociaż na usta cisnęły się same wulgaryzmy. Chciałam odkurzyć bałagan, podłączyłam sprzęt do gniazdka, potknęłam się o kabel i wyrwałam gniazdko ze ściany - czwarty objaw, czwartkowego pecha! 

Nastał czas obiadu, od kilku dni chodziły za mną naleśniki, problem był jeden, nigdy ich jeszcze nie robiłam, uwierzyłam jednak w swoje możliwości, odkąd zgłębiam tajniki kuchenne, nie boję się próbować, moment wahania też był, bo ktoś kiedyś mi powiedział, że nie robi naleśników, bo nie wychodzą, to co dopiero ja, która nigdy nie widziała, jak wygląda masa na naleśnika, wiem, wstydziłabym się ;)Wyjęłam, co potrzebne (mąka pełne ziarno, jajka, mleko, woda gazowana) i zaczęłam kucharzyć. Masę zrobiłam na oko ( zapomniałam dać soli!), i miała odpowiednią konsystencję, tata po drugiej stronie słuchawki mówił, że ma się lekko zlewać po ściance, to się zlewała. Uruchomiłam patelnie, rozsmarowałam lekko oliwę i poszło! Pierwszy naleśnik, naleśnika nie przypominał, bo wyszły problemy z niepełnosprawnością lewej ręki. Kiedy nalewałam masę na patelnię, a samą patelnię trzymałam w ręce lewej, zatracała mi się koordynacja ruchowa , był też ból, i nie mogłam sterować patelnią, żeby idealnie rozlać masę na całą jej powierzchnię. Sprawę rozwiązałam przy drugim naleśniku, chochelka do nalewania okazała się być idealną. (Czekacie na kolejną odsłonę pecha może?) Naleśników wyszło 9.

Kolejnym etapem było zrobienie nadzienia. Miałam smak na coś czekoladowego, a w lodówce był twaróg chudy, jogurt. Zgarnęłam te produkty, wzięłam też kakao, cynamon troszkę cukru. Kakao było nierozpakowane..., wtedy to pojawił się pech po raz piąty. Przy otwieraniu kakao użyłam za dużo siły i wszystko, ale to dosłownie WSZYSTKO, rozsypało mi się w całej kuchni (było to kakao naturalne)! Padło wtedy głośne KUTWA!!!! (proszę zamienić t na r) Sońka zwiała, żeby mi się nie narażać, a mnie cóż było robić, jak tylko odkurzyć bałagan. Do nadzienia potrzebowałam tylko łyżeczkę kakao, wzięłam więc z ziemi, a co mi tam... 

Postanowiłam nic więcej nie robić,  tylko usiąść i siedzieć, coby więcej nie wywoływać wilka z lasu. Udało się dotrwać jakoś do tej pory, ale naprawdę niczego się nie dotykałam, nawet z psem chodziłam na nogach, coby się w windzie nie zawiesić, a teraz udam się grzecznie spać, zmęczył mnie dzisiejszy dzień, wiecie? A tak BTW, straszna dzisiaj była pogoda, myślicie że to Święty Piotr wymiata resztki śniegu, a? Mam nadzieję!  To lecę, a poniżej moje naleśniczki -  i jestem z nich dumna, a były pyszne! Pochłonęłam trzy, podzieliłam się z mamą, tatą, Sonią i zostały mi jeszcze na jutro.
Pees!

Aaaaa,  ja wiedziałam, WIEDZIAŁAM! Ten pech się czaił! Po raz nie wiem który dzisiaj. Na kartce miałam napisany termin kolejnej kontroli u chirurga..., zgubiłam tę kartkę i teraz nie wiem, kiedy mi kazał przyjść. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!

środa, 9 marca 2011

 Wyznania Salanee cz.1
Długo się zbierałam do napisania tego "zdrowego" wpisu, który, jakby nie było przedstawi mnie w zupełnie innym świetle. Pamiętacie zapewne przeszłość blogową, moje problemy z jedzeniem, o których wielokrotnie wspominał W, czy też ja. Nigdy nie traktowałam jedzenia, jak czegoś potrzebnego,  mój tryb życia to sprawił. Po prostu nie odczuwałam głodu, katowałam swój organizm zupełnie nie mając pojęcia, jakie może to nieść konsekwencje. Choroba, nieoczekiwane schudnięcie, dawało mi pewną satysfakcję, że częściowo udało się pozbyć nadbagażu, chociaż fizycznie nigdy z nim nie czułam się źle, tylko w lustrze bardzo nie lubiłam się przeglądać. Człowiek dąży do celu, moim zawsze było, akceptować siebie. Słaba wola, brak umiejętności pokonywania słabości, a w końcu mieszkanie z rodzicami, nie pozwalały mi zauważyć tego, co złe. Mój organizm, jak już wspominałam wcześniej, działał na rezerwach. Nie jadłam śniadań, nie zawsze jadłam obiad, o kolacjach również zapominałam. Co jadłam? Zależało od dnia. Głównie było to śmieciowate jedzenie, które nie miało w sobie żadnych witamin. Nieregularność była jednak zabójcza. Organizm głupiał coraz bardziej, wyniki leciały w dół, źle się czułam, włosy zaczęły wypadać, ciągle było mi zimno. Zwalałam wszystko na chorobę tarczycy, bo przecież tak jest najłatwiej. Pamiętam ile razy W. tłukł mi do głowy, że trzeba jeść, byłam jednak mądrzejsza. Niekoniecznie we wszystkim miał rację, ale w tym, że trzeba , to na pewno, c.d.n...

wtorek, 8 marca 2011

Czasami się zastanawiam, czy ja naprawdę należę do tego świata i tej rodziny, w której się znajduję, czy przez jakiś niechcący przypadek się tu znalazłam? Jestem tak bardzo różna od pozostałych domowników, że nie potrafię się w  nich wkomponować i funkcjonować bez spięć i zgrzytów. Nie toleruję dwóch paskudnych cech u moich rodziców: fałszywość - przede wszystkim i agresywność wobec odmienności zdań wśród innych domowników - mama wiedzie prym, niestety. Ciężko jest przejść obojętnie, jeszcze z moim charakterem. Robi się wtedy straszne spięcie i następuje milczenie, które mi wcale nie przeszkadza, cenię sobie spokój i mogłabym tak długo nie rozmawiać, ale..., no właśnie nie chodzi o to, aby w życiu iść w zaparte, czasami trzeba ustąpić, żeby pozbierać siły na raz następny, bo na pewno takowy wystąpi. Ech, tylko niszczenie psychiczne jest najgorsze. Tak już niestety muszę żyć, ale przyjdzie taki dzień, w którym będę miała gdzie pójść, i nie będę musiała słuchać tych ich kłótni i obraźliwych tonów. Długo mnie nie zobaczą, długo... 

Dzisiaj obchodziłyśmy swoje święto. Pierwsze życzenia dostałam po godzinie 4 rano, mam kumpla, który mnie tak właśnie lubi, kiedyś go uduszę, ale to muszę go spotkać ;) Na blogu widzę pojawiła się nowa osoba, Grzechu dziękuję za życzenia i miło mi bardzo, żeś do mnie wpadł, proszę o więcej :D
Dostałam dzisiaj bardzo miłą przesyłkę, a w niej dwie książeczki. W pierwszej piękne wiersze, a w drugiej refleksje dotyczące życia i codziennej walki o przeżycie... Siostro Agnieszko, to dla mnie wspaniały prezent, na pewno coś z lektur wyniosę, nauczę się czegoś nowego i będę walczyć nadal, dziękuję.

Koniec marca zapowiada mi się bardzo intensywnie pod względem wizyt lekarskich. Tak bardzo bałam się, że np. komisja lekarska może mi kolidować z wizytą w Siemianowicach, bo jak ktoś jest pechowcem to różnie może być, ale prosiłam w duchu, żeby stało się wszystko po mojej myśli, żebym chociaż z jednym nie miała problemów. Między czasie zapisałam się też do dentysty  i wizyta także wypadła mi pod koniec miesiąca... Dzisiaj przyszła koperta, a w niej wezwanie na komisję lekarską, i ufff, udało się, komisja nie przeszkodzi mi w wyjeździe do Siemianowic, plan jest następujący:
22 marzec - dentysta
23 marzec - komisja lekarska
24 marzec - kontrola w Siemianowicach Śląskich.
Pomijam fakt, że na samą myśl o dentyście mam ciarki na całym ciele. Tak bardzo nienawidzę tej profesji, ale niestety muszę iść, bo plomby kawałeczek zgubiłam, a to jest ząbek, którego nie da się wyleczyć kanałowo ze względu na skomplikowane zakręcenia kanałów, to znaczy, dentysta się tego nie podejmie, bo pewnie gdybym poszła prywatnie, to by się dało wszystko, ale nie stać mnie.

MOPS nadal milczy, ale znalazłam dzisiaj informację, że na odpowiedź mają 30 dni, więc czego ja się spodziewam...
I jeszcze mam takie zapytanie..., czy kurczę blaszka możecie u siebie w mieście kupić mąkę żytnią lub pszenną pełnoziarnistą? Uwierzcie mi, że dzisiaj zaliczyłam wszystkie sklepy w moich okolicach, włącznie z marketami i nigdzie takiej mąki nie mają!!! Zdrowo się człowiek odżywiać chce, to mu dosłownie nie dają, a ja tak chciałam zrobić naleśniki w czwartek, chlip:( Jutro uderzam na Kaufland i sklepy po drugiej stronie rzeki...

Z pola walki:
Rana chyba przyzwyczaiła się do aplikowanej maści z antybiotykiem i Octaniseptem. 5 kompresów nie jest w stanie powstrzymać wycieku, i znowu brudzi mi ubranie... Jakieś pogorszenie zaczynam odnotowywać,to jest straszne, że bakterie tak szybko się uodporniają. Byle wytrzymać do komór, byle nie mieć stresów, może to też wpływa na to pogorszenie? Hm, dobrze, że ból potrafię znieść, że mogę chodzić i ukrywać to, co czuję.

Na dzisiejszy dzień przesłanie dla Was wszystkich. Niektórzy się śmiali, że lubię taką muzykę..., dla mnie to zaszczyt móc jej posłuchać :)
Dobranoc.

poniedziałek, 7 marca 2011

Nastało poniedziałkowe gotowanie Salanee, no bo niby dlaczego nie? Kiedyś nie potrzebowałam przebywać w kuchni, nie robiło mi różnicy, czy będzie obiad, czy też nie. Od pewnego czasu się to zmieniło, za dni kilka napiszę dlaczego - taką całą prawdę. Dzisiaj miałam dostęp do kuchni, byłam sama, nie wliczając w to chrapiącej pod drzwiami Sonii, która co jakiś czas tylko uchylała jedno ślepię, żeby zobaczyć, czy oby nie wznieciłam jakiegoś pożaru i ponownie zasypiała psim snem...Zabrałam się do przeglądnięcia lodówki.  Miałam w niej brokuł, jedną torebkę ciemnego ryżu i dwie puszki tuńczyka, które czekały, aby je zjeść do kanapek. Nie doczekały się jednak. Ostatnio znalazłam przepis na dyski tuńczykowe, więc postanowiłam wykorzystać okazję. Przepis bardzo prosty, nie potrzeba specjalnie biegać do sklepu, wykonanie też nie przysparza trudności, a kiedy dysk rozpływa się w ustach - chwila bezcenna...  

Co nam jest potrzebne?
- 2 puszki tuńczyka (koniecznie w sosie własnym);
- 2 jajka;
- 1 cebulę;
- 4 łyżki otrębów ( bez znaczenia jakich), ja użyłam pszennych;
- 1 łyżeczka sosu sojowego ( nie miałam i zastąpiłam maggi);
- 2 łyżeczki musztardy;
- 0,5 łyżeczki soli;
- 0,5 łyżeczki pieprzu;
- 0,5 łyżeczki papryki słodkiej;
- 0,5 papryki ostrej;
- 0,5 łyżeczki czosnku granulowanego ( nie miałam, użyłam pieprzu Cayene)

Dokładnie odcedziłam tuńczyka na sitku. Sos zmagazynowałam do osobnego pojemnika, jakby masa była za sucha. Dodałam jajka, musztardę, otręby, starłam na tarce cebulę. Następnie, dodałam wszystkie przyprawy i zagniotłam (tak, jak mięso mielone). Rozgrzałam patelnię, używając oliwy i troszkę oleju, zmniejszyłam gaz. Z masy ulepiłam małe kuleczki i położyłam na patelnię lekko przyklepując, żeby z kulki zrobił się dysk (jak nie wyjdzie idealny nic wielkiego się nie stanie :)) Smażyłam na wolnym ogniu i przewróciłam dopiero, kiedy jedna strona była usmażona.  Po przewróceniu podlałam wodą tak ok 4 łyżek i smażyłam do momentu, kiedy woda odparowała, a dysk zrobił się złoty. 

Ryż ugotowałam, a następnie rozpuściłam na patelni ok. 4 łyżek masła i smażyłam 10 minut. Po tym czasie, zalałam ryż bulionem warzywnym i gotowałam aż płyn wsiąkł . Brokuły to wiadomo, ugotowałam ( nie zapomnijcie tylko osolić wody ;)) 

Po ugotowaniu, wszystkie produkty nałożyć na talerz i smacznego! Brak osolonej wody nie przeszkodził  mi w niczym, gdyż ryż i dysk był odpowiednio słony :) Jedzenie bardzo syte, a do tego zdrowe, białka nigdy za wiele :)

niedziela, 6 marca 2011

Co niedzielę podczas Mszy Świętej mam przed oczami ten sam obraz. Przychodzi para starsza, to znaczy kobieta ma gdzieś ok 60ciu lat, mąż może też. Nie dość, że zawsze się spóźniają, chociaż mieszkają bardzo blisko kościoła, to jeszcze kobieta nałogowo żuje gumę, jak krowa dosłownie. Pech chce, że stają tak, że nie mogę od niej oderwać oczu i kusi mnie, żebym zwróciła jej uwagę. Jest to dla mnie całkowity brak szacunku dla miejsca, w którym się znajduje! Kobieta nie uczestniczy także w nabożeństwie, tylko skupia się na żuciu tej cholernej gumy, na obserwowaniu jak inni są ubrani. Jakby chciała odbębnić te 45 minut bez poświęcenia czasu Panu Bogu. Po co tacy ludzie chodzą do kościoła? Zresztą, nie ona jedna. Tam, gdzie stoję (tylko ze względu na dyskomfort psychiczny i zapach z rany rany stoję w chrzcielnicy) jest więcej "takich" obywateli, którzy są, bo są, ale jakby ich nie było. I kiedy uczestniczę na głos, wszyscy jakby zdziwieni, że się odzywam. Irytują mnie także pary z dziećmi. I tak nic z mszy tacy ludzie nie wyniosą, bo zajmują się krzyczącym tudzież głośno tuptającym maluchem. Dzieci ciut starsze przynoszą na mszę kilka zabawek, z reguły jakieś samochodziki i puszczają między sobą. Noż kutwa, ja rozumiem, że nie mają co z dziećmi zrobić, że trzeba to uszanować, ale bez przesady! Kiedyś miałabym wielkiego bulwersa i broniłabym takich par, ale teraz widzę, że im takie coś jest na rękę, wcale nie chcą się poświęcić Bogu...Ech, przykre to wszystko. Ja bardzo lubię pójść na Mszę Świętą. Mam czas na wyciszenie, na przemyślenie wielu spraw, na uczestniczeniu, tylko czasami przez te wrzeszczące dzieci niewiele słyszę, bo moja parafia różni się od innych kościołów... Za niedługo Wielki Post. Powoli robię rachunek sumienia i zacznę pościć na swój sposób. Jest mi to potrzebne.

Popołudnie spędziłam sobie chodząc - dosłownie. 7 km przeszłam z największą przyjemnością. W uszach towarzyszył Peter Gabriel i przyjaciele. Miałam spokój, byłam sama ze sobą, nie myślałam o problemach, tylko szłam, zimne powietrze obijało się o moją twarz, było przyjemnie. Ostatnio sama siebie zaskakuję, kiedyś nikt by mnie na taki spacer nie wyciągnął. Co się zmieniło? Ja, moje podejście do życia - mojego życia. Wprowadziłam wiele zmian, które na pewno wyjdą mi na lepsze. Lubię swoją samotność, lubię nie czuć dyskomfortu lecz chciałabym też, żeby w końcu ten dyskomfort poszedł sobie paszoł won, na zawsze!
Muszę jeszcze poczekać - wiem.

A teraz pozwolę pleckom wypocząć.




piątek, 4 marca 2011

Gdyby mój blog miewał tytuły wpisów, dzisiejszy zatytułowałabym "..., a droga długa jest", ale, że nie ma tytułów to jest zdjęcie ;)  Początek dnia był bardzo udany, ponieważ  pierwszy  raz od tamtego roku, wsiadłam na rower. Powód był banalny, wyprawa mamie po lekarstwa, ale dobre początkowe 5 km, w bardzo szybkim tempie. Chciałam sprawdzić swoją wydolność organizmu i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona.  Ścięgno tylko przeszkadzało, ale może w końcu przestanie mi tam zgrzytać i chrobotać. Pogoda do jazdy była odpowiednia, słoneczko, parę stopni na plusie. Zapomniałam tylko zabrać czapki, nie chcę mówić, jaki piekielny ból w uszach czułam, kiedy dojechałam do celu. Wiem Kisiole, że mam krechę za to, ale więcej się to nie powtórzy! Przechodzę aktualnie drobne zakwasy krokowe (kto jeździ, ten wie), ale do jutra myślę przejdzie.  Nie mogłam lepiej  rozpocząć piątku, cieszę się, że odzyskuję możliwość pasjonowania się jazdą.  A, co z bólem pleców w tym czasie? Jest, pozbędę się go dopiero po wyzdrowieniu, przemakam także straszliwie, ale czy to ważne? Nie zwykłam siedzieć i biadolić, jak to czegoś nie mogę. Staram się żyć normalnie, pokazać paskudnej chorobie, że mam ją w nosie, a za niedługo całkowicie się jej pozbędę z czaszki!

Po powrocie do domu, zastałam Amelkę, która bardzo czekała na ciocię, wystarczyło jedno moje słowo, czy idziemy na dwór? Od razu stała przy mnie na baczność. Ubrała się szybko, co zdziwiło pozostałą rodzinę, przecież ona się nie chce ubierać..., chce, wystarczy tylko sobie z nią rozmawiać, motywować, a nie pytać, czy chce się ubrać. Spędziłyśmy na placów zabaw dobre dwie godziny. Na topie była zjeżdżalnia. Amelka poznała kolegę, 2 i pół letniego Tomaszka i razem hasali. Problem był tylko, kiedy trzeba było iść na obiad. Nie obyło się bez płaczu, ale "twardym trza być, nie miętkim",  więc nie było ze mną lekko, nie dałam się przebłagać. Wygłodzone dziecko, obiad zjadło w tempie ekspresowym i postanowiłam wziąć ją jeszcze w plener, ku przygodzie :) Przygoda była taka, że padła mi jak zmięta stówka w Lidlu, dobrze że miałam wózek, sen mógł być kontynuowany w przyzwoitych warunkach :)  

Jak widać, dzień spędziłam bardzo aktywnie, sama się sobie dziwię, że dałam radę. Teraz cierpię, bo plecy nie są w stanie znieść takiej aktywności, ale myślę, że do jutra będzie lepiej. Oddalam się zatem, odpoczywać.

P.s.
Z MOPS-u nikt nie raczył do mnie zadzwonić, chociaż obiecali. Poczekam jeszcze, ale jak do końca przyszłego tygodnia nic się nie ruszy, osobiście się tam wybiorę.

czwartek, 3 marca 2011

Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła... 

Ruchomy, Tłusty Czwartek. Pewnie wielu z Was zajadało się dzisiaj pysznymi pączkami, które pobudziły  indeksy glikemiczne i skłoniły  Was do sięgnięcia po kolejne olejowe ciasto - Bon appétit! Przyznajcie się zatem, ile pączków dzisiaj zjedliście? Ja, nie skosztowałam ani jednego,chociaż w domu stało ich ze 20. Nie powiem,  kusiło mnie, ale wiedziałam, jakie konsekwencje niesie ze sobą zjedzenie pączka. Pomyślenie o zgadze, która wystąpi później wystarczyła, żeby cofnąć rękę. Poza tym, 250 kcal, wolę wykorzystać na inne dobrocie, aniżeli coś, co przyprawi mnie tylko o wyrzut sumienia i dyskomfort brzuszny. Tak bywa. Nigdy bym nie pomyślała, że tak zmieni mi się myślenie, że dostanę jakiegoś jobla na punkcie zdrowego odżywiania, chociaż nie uważam, żeby zjedzenie pączka było grzechem. Absolutnie! Pomyślałam sobie, że skoro nie jem pączków, to chociaż trochę sobie o nich popiszę, należy im się w takim dniu, jak dziś. Szkoda tylko, że patrzę na nie przez pryzmat kaloryczności, ale skoro mam jobla, to nic na to nie mogę poradzić ;) 
Przede wszystkim, jeden pączuś zawiera gdzieś około 250 kcal. Dla osób, które nie liczą swojego zapotrzebowania kalorycznego lub nie mają problemów ze skaczącą wagą, te liczby nie zrobią żadnego wrażenia, natomiast u tych, którzy chcieliby troszkę ograniczyć swoje kalorie, mogą wywołać drobne załamanie. 250 kcal, to jest porządne, zdrowe śniadanie! 250 kcal, to jest porządny, zdrowy obiad! Czy zjadając jednego pączka, człowiek się naje? Czy zaspokoi swoje podniebienie okrągłym, oblanym lukrem smakołykiem? Ciężko będzie, szczególnie kiedy lubi się jeść pączki. Podniebienie samo zawoła o kolejne, bo pobudzi się tylko receptory, które skuszą do złego. Pączki są dla ludzi - owszem, ale trzeba znać ich umiar. Mało tego, żeby spalić jednego pączka, należy poćwiczyć dobrą godzinę i to dość intensywnie na dodatek. Jeżeli  nie możecie się oprzeć jedzeniu pączków, to wybierzcie sobie te, które jako nadzienie mają konfiturę, a nie czekoladę - mniej kalorii. Ja nigdy nie lubiłam nadzienia, zawsze zostawiałam dla taty. A jeżeli nie robi to na Was żadnego wrażenia, to jedzcie do woli, wszak tradycja mówi, by w Wielki Czwartek zjeść jak najwięcej pączków. Wtedy przez najbliższy rok, nie będzie brakowało niczego, czego będziecie potrzebowali. Zobaczymy, jak się to przełoży na mnie, skoro nie zjadłam ani jednego. Na pewno napiszę  pod koniec roku? Chcę tylko jednego - być zdrową i wiem, że pączki mi w tym na pewno nie pomogą.

Parę słów do Kisiołka. 
nie nerwuj się mój bracie miły
ostatnie dni to sprawiły 
że jest mnie mniej niż być powinno
taki niestety jest  urok mój
zamykam się  gdy czuję ból

Obiecuję, że od teraz będzie lepiej!
Za jakoś rymów przepraszam, do Ciebie mi daleko, ale się starałam, naprawdę :) 
Za niedługo  już wyciągniemy rowery i wyruszymy na nich wraz z wiatrem we włosach i muchami w zębach, i znowu będziemy się śmiali, że nas bolą kolana, i znowu zapomnisz się wypiąć i w tempie powolnym polegniesz wraz z rowerem w pokrzywy, a ja znowu poskładam się ze śmiechu, który wywoła u mnie łzy. Zobaczysz, że tak będzie :)

środa, 2 marca 2011

Miło, że odwiedzają mnie nowe osoby,  że zostawiają po sobie ślad. Od razu dziękuję i proszę o więcej. Doskonałe potwierdzenie, że blog ma sens. Samotność, zaglądnę i do Cię. 

Od poniedziałku zbyt dużo czasu nie minęło, nadal myślę, aczkolwiek jakby przyzwyczajam się do pewnych stanów, które musiały nastąpić. Tak,omijam temat pewnie zastanawiacie się, o co chodzi - wiem. Obiecuję, że w najbliższej przyszłości napiszę, co mi na sercu ciąży, ale jeszcze nie teraz, nie mogę, mam skrupuły, czy wypada, czy na miejscu jest wywlekanie problemów, które nie dotyczą tylko mnie. Z drugiej strony jest to przecież mój blog, to prawda, jednak nie żyłabym w zgodzie z samą sobą, gdybym ot tak, napisała wszystko. Taka już jestem i nie zamierzam tego zmieniać.

Wracając do codzienności. Czy u Was też tak dzisiaj pierońsko wiało, jak  u mnie? A zimno takie, że szkoda gadać. Niby słońce, niby zalążki tego, co nastąpi, jak się skończy zima, ale ja chcę większych dowodów. Mój tato pojechał na pogrzeb. Zmarła moja kuzynka, jego siostrzenica, której notabene wcale nie znałam. Nigdy nie miałam z nimi kontaktów, nie lubiłam tam jeździć, sama nie wiem czemu. Jednak, co rodzina, to rodzina. Kuzynka zmarła na raka. Kurczę, kolejny nowotwór. Trochę mnie to przeraziło, ale... z tego, co mówią, unikała lekarzy, a gdy wykryli gada, było już za późno. Taty, więc nie było, a ja z tej okazji postanowiłam umyć samochód, bo aż się prosił, umyj mnie Salanee, a gdyby miał kolana, na pewno by klęknął w geście, że mu bardzo na czystości zależy. Pojechałam na BP, wszak nie ma to, jak myjnia ręczna bezdotykowa. 7 zł człowiek wyda, a samochód umyty i nawoskowany. Pominę fakt, że przy okazji prawie odmroziłam sobie palce, złym rozwiązaniem jest ciepła i zimna woda + duży, mroźny wiatr. Ból nie do opisania. Nie ma to, jak mieć zalane spodnie, nawoskowane okulary i ręce, których się w ogóle nie czuje. Grunt, żeby auto było czyste ;) 

Dobrej nocki życzę :)