czwartek, 10 marca 2011

Czwartkowy pech.

Dawno nie byłam u swojego chirurgicznego dochtóra i dzisiaj, jako że był (znaczy jeszcze jest) czwartek, poczłapałam do kontroli, która oczywiście była umówiona, nie chodzę sobie ot tak, kiedy mi się chce. Jak zwykle troszkę musiałam poczekać, ale miałam ze sobą świetną lekturę 1981 Rok Niepełnosprawnych/Nagietki Taty , więc wcale mi się nie nudziło, ba mogłabym tak przesiedzieć nawet i dzień cały, bo nie mogłam się oderwać od czytania. Polecam Wam książkę! 

W gabinecie, jak to w gabinecie, każdy miał uśmiech od ucha do ucha. Podobno tęsknili za mną i byli spragnieni nowych wieści z Siemianowic. Jako przykładny pacjent wyłożyłam, co ma nastąpić, kiedy przejdę procedurę hiperbaryczną, rozłożyłam swe ciało na kozetce. Rana została oczyszczona, troszkę postękałam, bo kurczę bolało i to nawet dosyć sporo. To wszystko takie żywe jest, lekki dotyk a tyle krwi, że kiedyś niechcący przy zmianie opatrunku się wykrwawię. Nadmieniłam też dochtórowi, że boli mnie ścięgno i trzeszczy straszliwie, kiedy ruszam nogą. Powoduje to straszny dyskomfort, czy nie mógłby mi doradzić, co mogę zrobić, żeby nie bolało. Jak dochtór wymienił, co to mi się zrobiło, to nie zapamiętałam ani słowa..., nawet mówienie drukowanymi literami by nie pomogło ;) Wiem tylko, że na pewno przeszłam zapalenie ścięgna, że jest to sprawa poważna, że trzeba oszczędzać nogę, wiem, że nie wyleczy mi się to za pomocą maści, wiem że trzeba zażywać jakieś tabletki, które dochtór miał mi przepisać, i przepisał..., tylko, że ciamajda Aga, czyli mua, zapomniała zabrać recepty... A buuu, to była właśnie druga część pecha! Pierwszą zaliczyłam, po wyjściu z domu idąc do szpitala. Kto by pomyślał, że będzie ślisko? Ja na pewno nie, wylazłam w adidasach i wywinęłam takiego orła wchodząc w zakręt, że klękajcie narody. Ale to nie koniec, o nie!

Po powrocie to domu nastąpiła odsłona trzecia. Postanowiłam sobie zrobić herbatkę. Uwielbiam pić zieloną. Zazwyczaj dwie saszetki są ze sobą połączone i należy je rozerwać, żeby użyć jednej. Rozerwałam, tylko że źle i cała zawartość saszetki znalazła się w szufladzie, na podłodze i w kapciach..., jakoś to zniosłam, chociaż na usta cisnęły się same wulgaryzmy. Chciałam odkurzyć bałagan, podłączyłam sprzęt do gniazdka, potknęłam się o kabel i wyrwałam gniazdko ze ściany - czwarty objaw, czwartkowego pecha! 

Nastał czas obiadu, od kilku dni chodziły za mną naleśniki, problem był jeden, nigdy ich jeszcze nie robiłam, uwierzyłam jednak w swoje możliwości, odkąd zgłębiam tajniki kuchenne, nie boję się próbować, moment wahania też był, bo ktoś kiedyś mi powiedział, że nie robi naleśników, bo nie wychodzą, to co dopiero ja, która nigdy nie widziała, jak wygląda masa na naleśnika, wiem, wstydziłabym się ;)Wyjęłam, co potrzebne (mąka pełne ziarno, jajka, mleko, woda gazowana) i zaczęłam kucharzyć. Masę zrobiłam na oko ( zapomniałam dać soli!), i miała odpowiednią konsystencję, tata po drugiej stronie słuchawki mówił, że ma się lekko zlewać po ściance, to się zlewała. Uruchomiłam patelnie, rozsmarowałam lekko oliwę i poszło! Pierwszy naleśnik, naleśnika nie przypominał, bo wyszły problemy z niepełnosprawnością lewej ręki. Kiedy nalewałam masę na patelnię, a samą patelnię trzymałam w ręce lewej, zatracała mi się koordynacja ruchowa , był też ból, i nie mogłam sterować patelnią, żeby idealnie rozlać masę na całą jej powierzchnię. Sprawę rozwiązałam przy drugim naleśniku, chochelka do nalewania okazała się być idealną. (Czekacie na kolejną odsłonę pecha może?) Naleśników wyszło 9.

Kolejnym etapem było zrobienie nadzienia. Miałam smak na coś czekoladowego, a w lodówce był twaróg chudy, jogurt. Zgarnęłam te produkty, wzięłam też kakao, cynamon troszkę cukru. Kakao było nierozpakowane..., wtedy to pojawił się pech po raz piąty. Przy otwieraniu kakao użyłam za dużo siły i wszystko, ale to dosłownie WSZYSTKO, rozsypało mi się w całej kuchni (było to kakao naturalne)! Padło wtedy głośne KUTWA!!!! (proszę zamienić t na r) Sońka zwiała, żeby mi się nie narażać, a mnie cóż było robić, jak tylko odkurzyć bałagan. Do nadzienia potrzebowałam tylko łyżeczkę kakao, wzięłam więc z ziemi, a co mi tam... 

Postanowiłam nic więcej nie robić,  tylko usiąść i siedzieć, coby więcej nie wywoływać wilka z lasu. Udało się dotrwać jakoś do tej pory, ale naprawdę niczego się nie dotykałam, nawet z psem chodziłam na nogach, coby się w windzie nie zawiesić, a teraz udam się grzecznie spać, zmęczył mnie dzisiejszy dzień, wiecie? A tak BTW, straszna dzisiaj była pogoda, myślicie że to Święty Piotr wymiata resztki śniegu, a? Mam nadzieję!  To lecę, a poniżej moje naleśniczki -  i jestem z nich dumna, a były pyszne! Pochłonęłam trzy, podzieliłam się z mamą, tatą, Sonią i zostały mi jeszcze na jutro.
Pees!

Aaaaa,  ja wiedziałam, WIEDZIAŁAM! Ten pech się czaił! Po raz nie wiem który dzisiaj. Na kartce miałam napisany termin kolejnej kontroli u chirurga..., zgubiłam tę kartkę i teraz nie wiem, kiedy mi kazał przyjść. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!

2 komentarze:

  1. A nie masz numeru telefonu do tej poradni gdzie jest ten chirurg? Może warto tam zadzwonić i po prostu się zapytać, myślę że się nie zdziwią :) Naleśniki wyglądają jak naleśniki więc nie jest źle :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zim, no właśnie - wyglądają :D Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy :)

    Przejadę się do szpitala, musi to być czwartek, bo tylko wtedy jest mój doktor. Ja nie wiem, gdzie ta karta się zapodziała.

    OdpowiedzUsuń