środa, 29 września 2010

Salanee czasem lubi powariować, poćwiczyć mimikę. Dzisiaj coś się Salanee stało z twarzą, i już nic nie będzie takie samo... Chlip..., zobaczcie :
Hehe, taki czas nastał, napięć nie ma, ale za to psychika cosik zwariowała i nie daje mi być normalną, co oczywiście widać, skóra lekko zaróżowiona, dziwne fałdy, starość to? Nie, to oczywiście cytrynowa maseczka z alg :) Się dba o cerę, wszakże starość nie...? No!

Ostatni czas jest do przodu. Motywacja, wychodzenie na prostą - pod takimi hasłami przemijają dni. Cieszę się z tego powodu, bo dostaję kopa, abym i ja coś z tym wszystkim zrobiła. Jutro czwartek i kolejna wizyta u doktora, pewnie znowu nic nowego mnie nie czeka, no ale pójdę, trzeba mi sączek w końcu wyjąć, bo się wrośnie w skórę...

Tymczasem, śpijcie dobrze, żegnam Was... Hator, Hator, Hator...!!!


poniedziałek, 27 września 2010


Wczoraj był dla mnie szczególny dzień, chociaż tak naprawdę, niczym nie różnił się on od innych. Data miała jednak znaczenie. 26.09..., lat dużo wstecz, pewna kobieta była w ósmym miesiącu ciąży. Nie oszczędzała się przez całą ciążę, pracowała w pocie czoła. Tak samo było i w tym dniu. Wtorek, dzień jak każdy inny. Pierwszy skurcz poczuła w pracy, ale nie przejęła się tym zbytnio, gdyż wcześniej występowały u niej podobne objawy. Myślała, że to nic takiego, że tak musi być. Do porodu pozostał jej przecież miesiąc, dlatego na skurcz odpowiedziała lekkim stęknięciem i znowu oddała się obowiązkom, jakie niosła ze sobą ciężka praca fizyczna. Pył, kurz, brud - z tym musiała walczyć każdego dnia. Do tego hałas, który wyrządził wiele szkód w jej życiu, chociaż ona sama nie zdawała sobie wówczas z tego sprawy. Nie zastanawiając się, pracowała nadal, aż kolejny skurcz oderwał ją od rzeczywistości, a następny, wraz z którym wystąpiło krwawienie,  przeraził ją, wiedziała, że dzieje się coś niedobrego, że tak nie powinno być. Sprawy od tego momentu potoczyły się bardzo szybko..., karetka, szpital...O godzinie 14:25 na świat przyszła mała dziewczynka, jej długość 45,32,29, waga 2250. Pomimo tego, że była wcześniakiem, dostała 10 punktów w skali Apgar, z czasem te punkty się zmniejszały, ale dziewczynka dzielnie walczyła o swoje życie, bo wiedziała, że będzie na tym świecie miała dużo do zrobienia... Ta dziewczynka zobaczyła wczoraj okrągłą liczbę, lat 30..., nie wydaje jej się, żeby dorosła, ona zawsze będzie czuła się tak, jak czuła się 10 i 20 lat temu, będzie sobą, będzie cieszyć się życiem, i zwalczać wszystkie przeciwności losu. Gdyby miało jej nie być, nie urodziłaby się, nie przetrwałaby tego ciężkiego okresu po porodzie... ale jest, JESTEM!!! 
Oko obiektywu też tam było, uwieczniając mnie od maleńkości...
 Malutka byłam, jak na wcześniaka przystało...
Szybko jednak nadgoniłam...
..., by móc uśmiechać się do wszystkich...

Dziękuję za pamięć, dziękuję za wszystko, co wnieśliście do mojego życia swoją osobą! Wierzę, że wszystko się poukłada. Wczoraj, nie mogłam wymarzyć sobie lepszego dnia. Oczy się cieszą, kiedy widzą walkę, nie tylko u mnie samej!  Dziękuję za każde doświadczenie życia, bo tylko dzięki tym doświadczeniom, będę silniejsza.

czwartek, 23 września 2010

Kto by pomyślał - pierwszy dzień jesieni. Zleciał ten czas, dopiero zaczęło się lato, teraz już jesień, za niedługo przyjdzie zima i znowu - byle do wiosny... Koło się kręci, życie toczy się dalej. Co jeszcze nam przyniesie wraz z nastaniem poszczególnych miesięcy? Kto to wie, wiem jednak, że trzeba być mocnym, bo jak się przetrwa te najgorsze chwile, to później łatwiej jest zrozumieć, przekalkulować, zastanowić się. Wyciąga się wnioski,  godzi się z wieloma rzeczami, starając się znaleźć wyjście, zaakceptować i powiedzieć sobie, że jak coś się dzieje, to tak po prostu musi być. Ile tych złych chwil jeszcze nas - jako ludzi czeka?  Nie wiadomo..., ale można się zgubić, zatracić, zwątpić. Czasami wielka szkoda, że nie można czynić cudów... 

Dzisiaj znowu się zwizytowałam u chirurga, hmm, na tym polu nie jest dobrze, jeszcze czekamy, ale w którą stronę by nie spojrzeć, wychodzi szpital... Tak nie chcę do niego pójść, ale podświadomie wiem, że jest to dla mnie jedyne rozwiązanie, bo z tym czymś na plecach żyć nie mogę.

Jesień - Starego Dobrego Małżeństwa, rozpoczynała moje życie blogowe w tamtym roku, dzisiaj chciałabym tę piosenkę przypomnieć...


wtorek, 21 września 2010

Straszne te dni są, ale jakoś trwam, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i za niedługo będę mogła się uśmiechnąć, czytając to, co pisałam tutaj przez ostatnie dni. Puścić w lekkie zapomnienie, wyciszyć emocje, wiedzieć, że najgorsze mam (mamy) już za sobą i teraz będzie tylko lepiej, i do przodu. Czuję jakiś wewnętrzny spokój. Staram się nie myśleć o rzeczach, które psują mi nastrój, o tych złych chwilach wierzę, że może jeszcze kiedyś będzie tak, jak dawniej, chociaż przychodzą momenty, w których przeraża mnie to, co jeszcze trzeba  będzie osiągnąć, żeby mogło tak być. I chociaż nie do końca wiem, co się dzieje, to wierzę, że walka trwa, walka o lepsze jutro. Nie chcę przestać wierzyć, nie chcę. Pusto mi strasznie nadal, nie można ot tak odzwyczaić się od tego, co mieliśmy na co dzień, a co zniknęło przez zło, które wystąpiło, ale nie mam innego wyboru jak tylko czekać i przy tej wierze mieć też nadzieję, że jeszcze się uśmiechnę tak, jak uśmiechałam  się, kiedy byłam najszczęśliwsza na świecie.

poniedziałek, 20 września 2010

List do syna

Jeżeli zdołasz zachować spokój,
chociażby wszyscy go stracili, ciebie oskarżając;
Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o Tobie zwątpili, licząc się
jednak z ich zastrzeżeniem;
Jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia,
jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami, jeżeli nie odpłacasz na nienawiść
nienawiścią,
nie udając jednakże mędrca i świętego; Jeżeli marząc - nie ulegasz
marzeniom;
Jeżeli rozumując - rozumowania nie czynisz celem;
Jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę,
traktując jednakowo oba te złudzenia, Jeżeli ścierpisz wypaczenie prawdy
przez Ciebie głoszonej,
kiedy krętacze czynią z niej zasadzkę, by wydrwić naiwnych albo
zaakceptujesz ruinę tego, co było treścią twego życia,
Kedy pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;
Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy i potrafisz
zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę, jeśli potrafisz przegrać i
zacząć wszystko od początku, bez słowa, nie żaląc się, że przegrałeś;
Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy, siły, by nie zawiodły, choćbyś od
dawna czuł ich wyczerpanie,
byleby wytrwać, gdy poza wolą nic już nie mówi o wytrwaniu;
Jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości
lub spacerować z królem w sposób naturalny, Jeżeli nie mogą Cię zranić
nieprzyjaciele ani serdeczni przyjaciele;
Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;
Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę, nadając wartość każdej
przemijającej chwili;
Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej i co - najważniejsze - synu mój -
będziesz Człowiekiem.


 Chciałam Wam dziewczyny bardzo, ale to bardzo podziękować. Wiecie, jak jestem wdzięczna za to, co dla mnie robicie, jak trafne są wasze wypowiedzi, jak motywują mnie do dalszego działania. W ostatnim czasie spadła na mnie nie tylko moja choroba, ale także choroba bliskiej mi osoby. Dźwigam oba te ciężary, bo mimo wszystko wierzę, że może się uda pokonać wszystkie przeciwności losu. Ubolewam nad faktem, że nie wszystko jednak zależy ode mnie. Ja mogę wspomóc słowem, mogę znaleźć wyjście, ale jeżeli nie będzie chęci z drugiej strony, nic nie zdziałam. I tak bardzo nie mogę się z tym pogodzić, tak bardzo pragnę, żeby wszystko było, jak dawniej. Gdybym wiedziała, że tak się to wszystko potoczy, inaczej rozegrałabym karty. Nie dopuściłabym do wielu rzeczy, nie pozwoliłabym się im rozwinąć. Wiem, że nie mogę się obwiniać, bo nie moją winą jest to, że ktoś zachorował, ale mimo wszystko, mogłam coś zrobić wcześniej..., nie byłam jednak na tyle oczytana, żeby wiedzieć, co się stać może. A przecież już przez to wszystko przechodziłam, dlaczego nie umocniłam się wcześniej? Podświadomie wierzyłam, że nic się już więcej złego nie stanie, że teraz to ja jestem silniejsza. Stało się jednak, i znowu powtarza się sytuacja z przed kilku miesięcy. Ja wiem, że prawdziwe one by tego nie chciały, że tu tak naprawdę ktoś za nie decyduje, a konsekwencje tego czynu, czasami mogą być już nieodwracalne. Gdybym mogła być realnie, byłoby inaczej, a być nie mogę. Zastanawiam się, dlaczego ja? Dlaczego Bóg mnie tak doświadcza? Może wie, że jestem mocna, że jeżeli na czymś lub kimś mi zależy, to zrobię wszystko, co mogę, żeby pomóc? Może we mnie jedyna nadzieja? Ale czy nadzieja pomoże mi w tym, aby ta osoba zaczęła walczyć? Samą nadzieją jeszcze nikt - nic nie zdziałał. Nie wiem. Poza tym znowu milczy, a dobrze wie, jak bardzo mnie to boli..., jak bardzo się martwię...A ja tak bardzo chciałabym, żeby ta osoba zaakceptowała to, co kiedyś zostało zrujnowane, i żeby zaczęła odbudowę tymi zużytymi narzędziami, tylko musi uwierzyć, że się da..., i musi chcieć...., i dobrze wie, że nie będzie w tej odbudowie sama, że jest kimś ważnym, kimś kto wielokrotnie pokazał mi właściwą drogę, kto motywował i powtarzał, że będzie dobrze!!! Nie może dać zwyciężyć egoizmowi, który czyni choroba, nie! Z takim egoizmem nie da się żyć, bo ten egoizm sprawić może, że pewnego dnia..., będę mogła tylko zapalić świeczki na grobie..., a ja tak bardzo tej osoby potrzebuję tutaj, teraz! Jednak milczy...

niedziela, 19 września 2010

"Są w życiu chwile, gdy myśli się, że jest tak źle, iż już gorzej być nie może. Wtedy właśnie okazuje się... że jednak może." 




sobota, 18 września 2010

"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy." 
"Łzy są kroplami krwi duszy.

piątek, 17 września 2010

"Coś opuściło moje życie
I nie mam pojęcia dokąd to poszło
Ktoś sprawił, że walczę z sobą
I to nie jest to, czego szukałam


Czy nie widziałeś mnie ,czy nie słyszałeś?
Nie widziałeś mnie stojącej tam
Dlaczego zgasiłeś światło
Czy wiedziałeś, że spałam?


Zmów modlitwę za mnie
Pomóż mi poczuć siłę, którą miałam
Moja tożsamość, czy ktoś ją zabrał?
Czy pęka mi serce? 


Wszystkie moje plany wypadły mi z rąk
Spadły przez moje ręce na mnie
W moich snach, to nagle wydaje się,
To nagle wydaje się
Puste…"


czwartek, 16 września 2010

Jakoś żyję, małymi kroczkami wygrzebuję się z tych dołów, które przyszły i trwały czas jakiś. Jeszcze nie jest idealnie, bo miewam chwile wahań, ale na pewno jest tego wszystkiego zdecydowanie mniej.  Na pewno byłoby mi łatwiej, gdybym widziała światełko w tunelu, tymczasem ja nadal go nie widzę i powolutku godzę się z przegraną mojego organizmu. Trwam, leczę się, znoszę cierpienie, ale rano nie patrzę już na rany z nadzieją, że dzisiaj będzie lepiej. Po prostu przyjęłam fakt, że nic nie działa i nie wiadomo, co ze mną będzie dalej, taka prawda. Dzisiaj znowu założono mi sączek, dostałam też antybiotyk, którym muszę traktować ranę. Czeka mnie też dermatolog, a  tym samym kolejny antybiotyk, który będę zażywała długi okres czasu. Żyć, nie umierać. Ostatnio brzuch daje mi się we znaki, a przypieczętowany lekami pewnie pokaże, co dopiero potrafi. Jeden plus w całym moim chorowaniu - nie palę!!! Dzisiaj poczułam, jak potrafi śmierdzieć palacz! Kiedy byłam taką osobą, nie odczuwałam zapachów, po papierosie guma do ust, umycie rąk, myślałam, że zapach się traci. Nieprawda! Ten zapach idzie za takim palaczem, powodując straszny niesmak u osób, które właśnie palić przestały. Oczyszcza mi się organizm z tych toksyn. Wszystko mi śmierdzi! Tabletki jeszcze posiadam, zażywam jak mi się przypomni, albo jak mi przypomni wolf. Właściwie to dzięki niemu je zażywam, bo ja już dawno chciałam je w spadku mamie zostawić, żeby i ona zaczęła rzucać, ale nie, bierz do końca - mówił. To samo z przygaszaniem mnie, kiedy gdzieś próbuję sobie przetłumaczyć, że kiedyś takie np. palenie do kawy, nie byłoby takie złe? Nie ma, rzucasz palenie, nie palisz wcale! Potrzeba mi takich, że tak powiem mądrych słów, bo w tej mojej głowie różne rzeczy klarować się mogą, mogę sobie pomyśleć, że już z nałogiem wygrałam, a on podstępnie tylko uspokoił się, żeby potem uderzyć na mnie ze zdwojoną siłą? Zresztą, wolfowi to ja zawsze dużo zawdzięczać będę, musi  biedny znosić moje złe dni, tłumaczyć do znudzenia, cierpliwie czekać, kiedy zatracam się w myśleniu, w końcu musi myśleć też za mnie, bo ja ostatnio obniżoną jakość umysłową posiadam. Ustępować też musi, pobłażać..., pocieszać, chociaż np. nie ma na dany moment odpowiednich słów, no prostu musi się ze mną męczyć, chociaż nie, bo gdyby nie chciał, to wcale by nie musiał..., że chce się ze mną męczyć... Pomaga mi to, pomaga uzmysłowić sobie, że jeszcze może gdzieś tli się nadzieja, może nie jestem aż tak bardzo beznadziejnym przypadkiem.  

Wiem, że jesteście wszyscy ze mną, jakkolwiek by nie było, że piszecie tutaj, że dajecie znaki. Dziękuję. Nie chcę absolutnie, żebyście się mną zamartwiali, żyjcie - cieszcie się tym życiem. Kisioł , Ty zostaw te hostessy w spokoju :D

niedziela, 12 września 2010

Czuję się wywołana do tablicy, więc jestem. Tak -  mam gorszy okres w życiu, tak -  tracę wiarę we wszystko, co robię,  tak -  nie wierzę w to, że wyzdrowieję. Nie mogę dłużej oszukiwać, że jest wszystko w porządku, że posiadam dobry humor, że mogłabym góry przenosić - nie. Nie mogę tłamsić w sobie tego, co się ze mną dzieje. Nawet moja rowerowa pasja nie pomogła, aby dojść do kondycji, w której mogłabym widzieć jakiś pozytywny przełom, wszystko później i tak wracało do stanu, w którym schodziłam na ziemię, który pokazywał mi, że nie wszystko mogę, że już nie jest tak, jak było kiedyś, że teraz muszę  myśleć..., myśleć o opatrunkach, o zapachach, o wszystkim... Każdy mi mówi, musisz wierzyć, psychika, psychika..., to tak naprawdę nie ma przełożenia na życie realne. Nie da się wierzyć w coś na ślepo, bo może kiedyś będzie lepiej. Nie da. Wierzyłam w cud autoszczepionki, nie zadziałało, to w jaki cud mam wierzyć teraz, że samo przejdzie? Tonący brzytwy się chwyta, więc może druga autoszczepionka pomoże, może te dawki to za mało, żeby pozbyć się tych bakterii, które we mnie siedzą, może, może, może..., i tak już 14 miesięcy. Ja wiem, że nie jestem w tym wszystkim sama, tylko czasami przychodzi do głowy taka myśl, że jakim prawem obarczam swoimi problemami innych, jakim prawem sprawiam, że oni się zaczynają martwić, przejmować i im też nie zawsze wychodzi to na korzyść. Spirala się nakręca, bo pojawia się wyrzut, że to wszystko przeze mnie. Cenię sobie szczerość, jakakolwiek by ona nie była, dla mnie jest to najważniejszą umiejętnością w życiu. Człowiek przede wszystkim ma wady, nie zalety i to od nich trzeba zacząć, kiedy poznajemy drugiego człowieka. Zawsze będę wolała najgorszą prawdę, niźli kłamstwo, które nie pomoże mi w niczym, które sprawi, że zatraci się cały mój sens... Jeżeli już o tych wadach mowa, to jedną taką najpoważniejszą u mnie, jak wspomniał wczoraj wolf jest niejedzenie. Nie wzięło się to znikąd.  Od pewnego czasu, czyli od momentu mojego najdłuższego pobytu w szpitalu, wystąpił wstręt do jedzenia, spowodowany ogólnym stanem zdrowia. Żołądek zaczął odzwyczajać się  od pokarmów, na oddziale chirurgii wszystko było takie jałowe, nie smakowało, a już tym bardziej wtedy, kiedy organizm zżerały bakterie, kiedy zapach wydobywający się z rany wywoływał u mnie odruch wymiotny. Nikt by nie jadł ze smakiem, a jeszcze ja, która nosiła to ze sobą na co dzień. Do tego lekarstwa, ciągły ból. I tak żyłam z dnia na dzień, przestałam czuć głód. Wiadomo, że coś tam zawsze przekąsiłam, ale nie były to wartościowe rzeczy, bo skończyło się to, straszną anemią, przetaczaniem krwi. Chudłam, bo pokazywała to waga, ale nie załamałam się z tego powodu. Odkąd zaczęłam dorastać, pojawiły się problemy, wcześniej byłam chudziną, niejadkiem... Wszystko zmieniło się w 1996 roku, kiedy stwierdzili u mnie chorobę tarczycy. Zaczęli wrzucać  w mój organizm hormony, które wcale nie były mi potrzebne, a sprawiały tylko, że tyłam - nigdy nie należałam do obżartuchów, dlatego dziwiło mnie, że tak przybieram kilogramy - i tak 12 lat. Miałam aktywność fizyczną, bo ćwiczyłam karate, grałam w siatkówkę, tenisa ziemnego ( do 2001 roku, wtedy straciłam ruchomość w nadgarstku, i musiałam pożegnać się z uprawianiem sportów. Przeżyłam pierwsze załamanie, a później była ciągła walka o uzyskanie jak najlepszej sprawności w ręce, liczne operacje, ciągły ból). Z moją nadwagą, nie czułam się ociężała, przeszkadzała mi ona tylko, kiedy patrzyłam się w lustro... Nienawidziłam się w nim, niska samoocena zrobiła swoje. Powodem tego wszystkiego była tarczyca, która owszem jest chora, ale póki co, nie wymaga leczenia hormonalnego. W tamtym roku trafiłam na dobrego endokrynologa, który odstawił mi hormony. Odstawienie było, kiedy już chorowałam, więc zrzucenie kilogramów okazało się łatwiejsze, właściwie bez żadnego wysiłku poleciałam z wagi 15 kg. Problem jednak wystąpił. Kiedy ludzie zaczęli mi mówić, jak Ty schudłaś - super, gdzie Ty się podziałaś? Co zrobiłaś, że tak schudłaś? Dobrze masz, też bym tak chciała..., zrobiło mi się tak bardzo przyjemnie, a w głowie pojawiła się myśl, udało się schudnąć bez większego wysiłku. Nie kierowałam się myśleniem, że dla organizmu jest to złe, bo on miał przez lata dostarczane tyle i tyle wartości odżywczych, które pomagały mu trwać, a teraz tego nie ma, i zżera swoje pokłady, które przez lata się odłożyły.  Miał naddatki, które były dostarczane bez potrzeby, dlatego musiał się przyzwyczajać do normalności, czyli do zmniejszonych ilości wartości odżywczych. Ja sama wiedziałam, że nie chcę więcej wyglądać tak, jak wyglądałam przedtem, bo najgorszą rzeczą u człowieka, to nieakceptowanie samej siebie, nawet kosztem siebie samej..., - niestety. Choroba trwała, a wraz z nią brak apetytu. Bo to nie jest tak, że w szpitalu schudłam 15 kg, nie. Tam waga pokazała 10 kg mniej, w domu zrzuciłam jeszcze 5. Pojawił się problem..., trwając w tym wszystkim, zaczęłam liczyć kalorie, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, kiedy coś zjadłam - cokolwiek. Stało się to moją obsesją, która narastała mimo woli. To nie jest tak, że ja nie jem nic, ja jem..., tylko mało. Teraz jest to praktycznie jeden pełny posiłek dziennie, oczywiście w zależności, jaki to dzień tygodnia. Nie czuję głodu, nie mogę przełknąć, bo każde przełknięcie wiąże się z wyrzutem w mojej głowie..., nie przekraczam 1000 kcal dziennie...wiem, że mam problem, zdaję sobie z tego sprawę, ale nadal nie robię nic, żeby to zmienić. To też nie jest tak, ja bym bardzo chciała być normalna, bardzo. Chciałabym nie mieć obsesji, chciałabym delektować się jedzeniem, a nie widzieć w nim tylko sprawcę tycia. Nie chcę tak mieć, nie chcę też przytyć, nie da się wytłumaczyć mojej głowie, że teraz jedząc nie spowoduję, że przytyję, bo ona przez lata nie mogła pojąć, jak można tyć jedząc mało... Nie mam niedowagi..., moja waga jest prawidłowa - w normie. Teraz nie tracę już kilogramów. Zatrzymałam się na 59 kg, nie spadam niżej.  Wiem, że organizm teraz żywi się rezerwami, które jeszcze we mnie są, ale ważę się codziennie, i kontroluję to.  I zdaję sobie sprawę z tego, na jakim podłożu chorobowym jest moje myślenie... Kiedy robiłam wyniki jakiś czas temu, były prawie w normie, hemoglobina za niska, wiadomo po anemii ciężko ją doprowadzić do normy. Inne wartości, takie jak białe krwinki w normie. Rozkład czerwonych za niski, i takie tam. Mój chirurg też kazał mi jeść, dużo białka, pomijać węglowodany, to tak czynię, a przynajmniej staram się. Rzuciłam palenie, trwam w tym, chociaż jest ciężko, zajadam się warzywami, nawet pietruszką, której nienawidzę, żeby żelazo się wzmocniło. Owoce jem, soki 100% piję, dostarczam organizmowi witamin. Zastępuję to, czego nie mogę zjeść czym innym. Wiem, że to jest grubo za mało do tego, co powinnam, ale postarajcie się mnie zrozumieć chociaż troszeczkę, ja nie robię tego na złość sobie, ja po prostu nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie umiem z tego wyjść, nie umiem tego zmienić, bo wszystko przekładam na tycie... Nie jestem już tą osobą, którą byłam kiedyś. Zmieniłam się, zmieniła mnie choroba, chciałabym znaleźć jakieś pozytywne aspekty, ale nie potrafię, bo wszystko się zwala na głowę, rodzina mi nie pomaga, czuję się jak kula u nogi, jakby moje istnienie było nikomu  niepotrzebne - jest to jest, a jak nie ma, to też nic się nie dzieje. Tak bardzo się od nich różnię... Do tego dochodzi koniec zasiłku rehabilitacyjnego problemy, co  będzie później, jak sobie poradzę, a kiedy przychodzi wybieganie w przyszłość, to dopiero pojawia się kaplica, bo wtedy nie widzę już nic..., czyli jednym zdaniem - straciłam wiarę w to, że moje życie może się jeszcze zmienić, że wyjdę z tego wszystkiego, że kiedyś tylko blizny będą mi przypominać o tym, ile cierpienia musiałam znieść. Ból też mi nie pomaga. Każda wizyta u lekarza, to łzy w oczach przed wejściem, to myślenie, że znowu będzie bolało, że znowu ich rozczaruję widokiem ran. Oni tak bardzo chcieliby zobaczyć światełko w tunelu, a ja tak bardzo chciałabym nie być dla nich problemem... I nachodzą mnie złe myśli, i chciałabym w końcu odpocząć. Czuję się taka bezsilna. Wiem też, że nie zmusi się mnie  do niczego szantażem, proszeniem. Szantaż nie jest dobrym wyznacznikiem, bo spotęguje tylko poczucie winy, bo dobije jeszcze bardziej, bo pomniejszy we mnie samoocenę, którą i tak mam bardzo niską, nie wiem, jak można do mnie dotrzeć, skoro ja sama do siebie nie mogę. A ja tak bardzo chciałabym znowu uśmiechać się do komputera, żartować, rozmawiać, tak bardzo chciałabym pojeździć na rowerze, ale bez myślenia o plecach, bo to nie jest przyjemność jeżdżenia, kiedy w głowie są tylko jedne myśli, chciałabym być sobą, taką prawdziwą, jaką część z Was mnie zna, za jaką zapewne czasami tęskni. Ja sama za sobą tęsknię, nawet nie wiecie, jak bardzo :(

Wpis osobisty..., ale prawda tego wymaga.

Do tej pory sobie jakoś radziłam, albo starałam się radzić. Wychodzi na to, że tak naprawdę tylko zamazywałam to, co działo się ze mną w środku. Teraz wiem, że chyba potrzebuję pomocy..., bo nawet jeżeli za dni parę się polepszy, chociaż wolf świadkiem, że kryzys mój trwa dłużej, aniżeli poprzednie, to potem i tak to wróci do mnie, ze zdwojoną siłą. wolf, tak bardzo chciałabym wierzyć w to, że jutro będzie lepiej..., umieć myśleć tak, jak Ty.

sobota, 11 września 2010

Dobry Wieczór Wszystkim .
Dawno nie pisałem,ale dzisiaj jakaś krótką notkę postanowiłem wyskrobać .Tylko o czym?Może o Salanee;)?.Więc jestem z Niej dumny,że daje radę z niepaleniem.Dzielna z Niej "dziewczynka",choć to chyba wpływa na Jej psychikę ,bo ostatnio ma jakieś dziwne,trudne dni.Każdego wieczoru Jej powtarzam ,że jutro będzie nowy dzień,jutro będzie lepiej i choć ja muszę w to wierzyć :).Może to tylko takie przesilenie letnio-jesienne.Ona za dużo myśli ;), druga sprawa ,że ma o czym ,a ciężko bardzo trudno tak się pozbyć tych czarnych scenariuszy.Ale poszukam gdzieś łopatki i zakopiemy wspólnie ten Jej dołek ,a potem nawet zagrabię i udeptam,aby nie wydostał się już więcej;).Jeszcze jedno mnie martwi...Ta Kobieta to Niejadek ! Jak już niejednokrotnie pisałem,ale żeby tak przez cały dzień zjeść kawałek kabanosa i jeszcze narzekać ,że brzuszek boli ?!No jak ma nie boleć ?!No ręcę opadają normalnie ,ale Ona wie ,ma już zapowiedziane ,ze to się znów zmieni i będzie powrót do dni kiedy jadła przy mnie ;).I to na razie tyle,może i mi wena wróci .Pozdrawiam Wszystkich:)

czwartek, 9 września 2010

Pogoda nadal nie sprzyja, jesień wkracza pełną parą i jakby człowiek ją od siebie odrzucał, to ona i tak przyjdzie, czy mu się to podoba, czy nie. Deszcz, wiatr, chłód - typowe jej symptomy. Jeszcze ja - taki zmarzluch, odkąd odeszły upały, siedzę w warstwach na sobie, a i tak mi zimno. Ręce już nie pamiętają, co to znaczy być ciepłymi, stópki to samo. Kołdra też nie czyni swojego zadania, nie grzeje, nie jest przyjemnie pod nią być, bo jakaś taka zimna  i sprawia, że ząbki lubią poobijać się o siebie, a właściciel ząbków zwija się w kłębek i czeka, aż ciut cieplej mu się zrobi, zazwyczaj wcześniej zaśnie niż się zagrzeje, cóż - bywa i tak. Jak sobie pomyślę, co to będzie  w zimie, to aż się boję, chyba będę spała w szaliku i rękawiczkach.

Dzień zleciał szybko, trochę czasu spędziłam też u chirurga. Cóż mogę powiedzieć, nie idzie ku lepszemu, wszystko zatrzymało się na etapie, który nie jest dla nikogo zadowalający, totalne dno. Sączek został wyjęty, przerwa przez tydzień i później znowu "przyjemności" zakładania go do mojego ciała. Ile razy jeszcze będę musiała cierpieć, - nie mam zielonego pojęcia,  każda wizyta to dla mnie niewyobrażalny stres i obawa, że usłyszę słowa, które skierują mnie na oddział szpitalny. Nie chcę już leżeć w szpitalu, za długo był moim domem. Dodatkowo, załatwiam też papiery o kontynuację zasiłku rehabilitacyjnego. Dwa miesiące mi pozostaną, a co później, jeżeli się nie zagoję? Nie wiem, może poszukam jakiejś "gałęzi" albo czegoś podobnego, bo nie wyobrażam sobie, jak będę miała żyć bez odpowiednich środków? Miesięcznie, na same opatrunki wydaję ponad 200 zł, a gdzie jakieś lekarstwa do tego, gdzie inne potrzeby, które posiadam? Jeżeli uda się uzyskać zasiłek, który wyniesie 150 zł, to nawet na opatrunki nie wystarczy. Przeraża mnie to, czuję się, jakbym była bombą, która gdy się nie zagoi - wybuchnie i sprawi, że nie będę miała się za co leczyć. Ja nie wiem, kto tworzy te wymagania, które należy spełnić, żeby dostać rentę, przecież zdarza się tak, że ktoś choruje, a nie ma przepracowanych tylu lat, ile oni wymagają do jej przyznania. Jeżeli to ma być wyznacznik, to ja dziękuję za takie coś. Nie odprowadzałeś składek przez określony czas? Żegnaj, męcz się sam, renty nie dostaniesz, za mało nam dałeś!  Przecież choroby sobie nikt nie wybiera..., do kroćset!!! Jak tu być nastawionym pozytywnie, jak wszystko idzie nie tak?  Póki, co nie będę się zadręczać, jeszcze trochę czasu mam.

Nadal nie palę! :D
"Nie powiem Ci nic, choć krzyk sam ciśnie się do ust..."



środa, 8 września 2010

Jak już pisałam wczoraj, wzięło mnie na zmianę wizualną bloga - nie po raz pierwszy zresztą. Jakoś tak lubię sobie od czasu do czasu wprowadzić coś nowego, stare kolory zastąpić innymi. Nie zawsze są one ciepłe, ale nie oznacza to, że popadam w jakieś permanentne doły, które chcę też przekazać poprzez szablony, nie! Jak każdy człowiek, miewam swoje lepsze i gorsze chwile, jak każdy potrzebuję czegoś nowego, żeby polepszyć swój nastrój, nawet jeżeli czasami są to czarne barwy. W życiu miewam czarny humor, dlatego tutaj nie może być inaczej, nie czułabym się sobą - po prostu. Jest jeszcze jeden powód, rok prowadzę tego bloga, kto by pomyślał, że to tak zleciało, że wytrwałam, że nie rzuciłam tego w cholerę, przecież wielokrotnie lubiłam się zniechęcić, poddać, i im dłużej tutaj przebywam, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że nie umiałabym stąd odejść, dałam stronie życie, podzieliłam się tą stroną ze współtwórcą, wylałam tutaj swoje myśli, które w przeszłości nigdy nie wypłynęłyby na światło dzienne, bo nie umiałam i w sumie nie chciałam ubierać ich w słowa, nie chciałam się z nikim dzielić uważałam, że są tylko moje, że nikt inny nie zrozumie tego, co w mojej głowie siedzi, że przecież każdy ma swoje życie, co kogo obchodzi moje... I kiedy blog z miesiąca na miesiąc trwał, kiedy zaczęły pojawiać się komentarze od Was, zdałam sobie sprawę, że jesteście, że są ludzie, którzy mnie czytają, którym się to podoba, i którzy chcą mnie komentować..., bo dla mnie ważną rzeczą jest to, że zostawiacie po sobie ślad, daje mi to dowód, że warto pisać, warto wylewać myśli, warto się uzewnętrznić, bo jest dla kogo. Jesteście moją częścią, dopełniacie całości. Dziękuję, że nie odchodzicie bez echa jest to dla mnie bardzo ważne.  Dziękuję też anonimowym, może za niedługo założą sobie konto google, i będą mogli stać się nickiem? Kto wie? Mnie jednak nadal będzie miło, bez względu na to, czy się nim staną, czy nie :) Wszystkim tym,  którzy tutaj zaglądają, ale nie zostawiają po sobie śladu ( tak na marginesie, to w tej kategorii znalazłeś się i Ty - wolfiku) - też dziękuję..., milczycie, lub nagle zamilkliście, ale widzę, że jesteście. To już rok...,szok! A ile jeszcze przede mną? Nie wiem, nie liczę, i jak kiedyś miałoby się to skończyć, to pamiątkę będę mieć na całe życie.

"Kształć swój niedosyt zanim wyidealizujesz.
Motywuj swój gniew by sprawić że się spełnią.
Wspinając się na góry
Nigdy nie schodź w dół.
Psując zadowolenie,
Nigdy nie spadaj. "



wtorek, 7 września 2010

Od pewnego czasu miałam zepsute głośniki, nie działał jeden z nich i musiałam się tym zadowalać, bo w domu nie miał nikt czasu, aby mi pomóc i zobaczyć, czy aby coś się nie odlutowało. Miałam w planach kupić nowy kabelek, bo przychodziło mi do głowy, że to może jego wina, gdyż po poruszaniu zaczynało działać, ale zmyliło mnie to, że pomimo tego poruszania nie grał jeden głośnik, dlatego winą obarczyłam super woofer, do którego wpina się owe kabelki, a które później łączą się z komputerem. Dzięki Kisiołowi, mogę dzisiaj zasłuchiwać się w muzyce, która dobiega do mnie z każdego głośniczka. Winowajcą okazał się jednak kabelek łączący woofer z komputerem. Dziękuję bałdzoooo :)

Dzień, który właśnie przeminął nie był dla mnie zbyt korzystny. Najpierw noc, która przerwała mój sen o 3 nad ranem, i nie pozwoliła zasnąć, powodem bolący brzuch i dyskomfort w plecach. Kiedy już jakoś udało się zamknąć oczy i oddać swoje ciało Morfeuszowi we władanie, zostałam obudzona o 9tej. Zazwyczaj wstaję w tych godzinach, ale potrzebuję jeszcze czasu, aby sobie poleżeć, aby całkowicie dojść do siebie i dopiero wtedy mogę wyjść z łóżka, z humorem odpowiednim dla mnie. Kiedy ktoś przerwie moją procedurę, sprawa się rypie, bo automatycznie psuje mi to nastrój na pierwszą połowę dnia. Dałam odczuć moje samopoczucie, wiem i przepraszam. Nie jestem idealna, czasami nie radzę sobie sama ze sobą, nie kontroluję pewnych zachowań, nie potrafię udawać. Pokazuję całą siebie, ja wiem, że nie lubi się mnie w takim stanie, ja sama nie lubię taka być, ale nic nie mogę na to poradzić, taka już jestem, i jakbym się starała to zmienić, nie potrafię. Dlatego tak łatwo przychodzi mi zawieszenie się, wtedy wkraczam w swój świat, który nie pozwala zrobić krzywdy innym..., bo nie chcę ranić ludzi, bo nie chcę, aby przeze mnie czuli się źle, aby było im smutno. Rozwiązanie nie jest idealne - wiem, ale nie znajduję innego wyjścia, męczę się sama ze sobą, czasami z tego powodu odechciewa mi się czegokolwiek, tracę zapał, chęci i wiarę. Nie pomaga mi też rzucanie nałogu i napięcia te, co dopadają każdą kobietę. Koło się toczy, a ja samej siebie mam dosyć i najgorsze, że nie da mi się pomóc, a im więcej czasu posiadam dla siebie, tym gorzej. Pewnie to wszystko powiązane z przedłużającym się chorowaniem, z brakiem perspektyw, co do przyszłości. Wszystko jest jedną, wielką niewiadomą, a mnie już męczy to wszystko, nie chcę tak całe życie mieć, tego nie da się znieść, kto by chciał żyć w takiej dziwnej świadomości, kiedy każdy dzień nie przynosi nic nowego, żadnego przełomu ku lepszemu. Chyba muszę przejść się do psychologa, może on pomógłby mi jakoś pogodzić się z tym wszystkim, może on sprawi, że znajdę jakieś pozytywy, które odblokują mój mózg i sprawią, że rany zaczną się goić. Tylko, że ten mózg z każdym dniem przygotowany jest na to, że kiedy rano obudzi się i uda się z właścicielką do łazienki, której ręce za jego rozkazem odkleją plastry, a jej oczy oddadzą mu obraz, który przechodząc przez wszystkie nerwy i zwoje powie mu: rana jest ładniejsza!!! Zasypiam, i budzę się z nadzieją, że dzisiaj na pewno będzie lepiej, nastawiam się na wyzdrowienie każdego dnia, i każdego dnia się rozczarowuję, wręcz zawodzę się na sobie, że nie jestem na tyle mocna, że nie potrafię zwalczyć tego gównianego gronkowca złocistego, a przecież zawsze w życiu osiągałam to, co sobie założyłam... Teraz przeciwnik jednak mocniejszy okazał się, w starciu bezpośrednim wygrywa - właściwie to właśnie wdeptuje mnie w ziemię.

Dobrze, że są jeszcze chwile, w których mogę się cieszyć całą buzią, tak było np. wczoraj. Dziękuję Wolfiku, za trafienie w samo sedno, za funkcjonalność tego trafienia, i za trud. Nie trzeba było - naprawdę. Nie jestem nauczona brać, wolę dawać, zresztą mało kto, w taki sposób o mnie pamięta. Kiedyś na pewno tę funkcjonalność wykorzystam, a teraz będę ją szanować, niech czeka na lepsze czasy. Dziękuję:*





Pees...,

Jak widzicie, zmieniłam szablon, część z Was komentuje to, co wypocę, dlatego teraz, żeby zamieścić komentarz, trzeba kliknąć na liczbę w chmurce, otworzy się nowe okno. Jeżeli ktoś chce po sobie pozostawić ślad, to w taki właśnie sposób musi to uczynić.

poniedziałek, 6 września 2010

Ostatnio w obowiązki Salanee zakradło się codzienne odkurzanie w pokoju, powodem jest bratanica, która jak się tylko u Salanee pojawi, robi spustoszenie w każdym dostępnym miejscu jej pokoju. Właścicielka pokoju nie może później na ten bajzel patrzeć, i wyciąga magiczne urządzenie, które naje się z ziemi do syta. Odpowiada to Salanee, bo lubi odkurzać, przyjemne łączy z pożytecznym, porządek będzie, a i kalorii mniej, bo Salanee ma straszną misję na ich liczenie, o czym przekonali się niektórzy i nagadali się przy tym pod nosem, toteż Salanee nie wszystko usłyszeć mogła, ale nawyków nie zmieni, liczenie kalorii weszło jej w krew, a ona sama w sobie uparta jest, i czasami można jej powtarzać do znudzenia a ona i tak "mundrzejsza" okaże się. Ona to wie, i jej strasznie przykro ;) Salanee zaraz zacznie robić to, co sobie zaplanowała tylko przestanie funkcjonować, jako imadło... Tak to jest, jak postanowi się skleić buta i nie doczyta się, że po sklejeniu trzeba mocno dociskać przez 30 minut..., więc Salanee siedzi i dociska, i ręka już ją boli, i palec, bo to właśnie nim uderza w klawiaturę. Byle but dobry był, bo Salanee go lubi :)

Pees...
I jeszcze sobie Salanee przy okazji pokleiła palce...



Blogger Templates

sobota, 4 września 2010

Kichaniem i prychaniem rozpoczęłam niedzielny poranek, który zaczął się dla mnie wcześnie. Poranek, który z każdej strony napotyka deszcz, nieprzestający padać od wczoraj. Temperatura 10 stopni ponura, szara jesień. Nie pamiętam, żeby o tej porze roku tak bywało zawsze, kiedy organizowali Święto Miasta było ładnie, ciepło, a teraz? Z drugiej strony, ludziom wcale nie przeszkadzała pogoda, szaleli na karuzelach, co chwile słychać było ich piski, bo karuzele to chyba największa atrakcja, gdzie tam koncerty. Gwiazdami wieczoru był Myslovitz, i uwaga Ewelina Flinta, przed której występem konferansjer powiedział, żeby nie nagrywać jej koncertu na żadne telefony i kamery, w trosce o prawa autorskie..., ale zdjęcia można robić! Dla mnie żenua! Flinta gwiazdą? O masakro, do czego to doszło. I chociaż nie mam nic do tej dziewczyny to zniesmaczyło mnie takie traktowanie ludzi, jak oni mogliby to wykorzystać, no jak? Wrzucając na YT, żeby np. pokazać rodzinie, która mieszka dalej, albo żeby przedstawić na blogu lub na innym portalu? Jaką jakość muzyki by zaprezentowali, gdyby chcieli to rozpowszechnić, niektórym to się w głowach poprzewracało dosłownie.

Dzisiaj też się nie wybieram na żaden stadion, nawet jeżeli przestałoby padać, pielęgnuję bycie odludkiem, a doszły mnie słuchy że więcej osób ma predyspozycje na pozostanie takowymi ludźmi, więc może zorganizujemy jakieś odludkowe spotkanie, na którym poodludkujemy się razem? Zim, Ci powiem, święta prawda. Czasami wśród ludzi czujemy się tak bardzo samotni, dlaczego tak jest? Nie znalazłam jeszcze odpowiedzi...

Rzucam nałóg nadal, chociaż przeżywam niesamowite kryzysy z niepaleniem. Jakby mi ktoś wydzierał serce, a ja broniłabym się rękami i nogami, żeby tego nie robił. Staram się nie myśleć, ale każda myśl, każdy obraz w telewizji przypomina mi tylko o jednym. To jest straszne, ale jakoś trwam, boję się tylko, że jakaś podła chwila może spowodować, że znowu zacznę palić. Oby takiej nigdy nie było!

Wszystkim Wam, życzę przyjemnej niedzieli, mam nadzieję, że chociaż u Was świeci słońce. Odpoczywajcie!


Od dzisiaj rozpoczęło się u mnie Święto Miasta. Może byłoby inaczej, gdyby była pogoda, ale w takich okolicznościach nie chce mi się nigdzie wychodzić. Zaszyć się w domu i siedzieć - to bym chciała i jeszcze przeleżeć cały dzień, bez robienia czegokolwiek. Nie wiem, co mi jest, ale nie jest mi najlepiej. Pewnie przejdzie, jak wszystko inne tylko, że smutno jakoś tak, dziwnie... Podobno staję się odludkiem.

czwartek, 2 września 2010

I jak się tu nie denerwować, a do tego rzucać palenie! Od wczoraj ciągłe problemy z internetem. Nie działa praktycznie nic, prócz komunikatorów, które notabene i tak przestają po chwili reagować a w głośnikach występuje charakterystyczne iuuuuuuu, klik! - i tak co kilkanaście minut. Ja nie wiem, wszystko jakby się sprzysięgło przeciwko mnie. Wolf natomiast nazywa rzeczy po imieniu i mówi, że to siła wyższa sprawia, że dostaję ograniczenie na komputer w trosce o mnie - oczywiście. Ja mu dam! Łobuzowi! Tak się nade mną pastwić! A buuu :( Niech mnie ogranicza w nocy, kiedy śpię, a nie w momencie, kiedy chcę miło spędzić wieczór. Wychodzi ze mnie uzależnienie? Naprawdę? Nie może być! Uwielbiam siedzieć w sieci, szwendać się po stronach, szukać udogodnień czy to do telefonu, czy do komputera, fertalizować farmę ( tiaaa!) Nie można mi tego odbierać, bo wtedy nic mi nie pozostanie, telewizja mnie nie zadowala, i nie mam co robić w domu, a czytanie ostatnio jakoś nie idzie... Jeżeli widzicie ten wpis to znaczy, że internet został włączony, ale to nie zmienia faktu, że nie godzę się na takie coś, bo jutro znowu może być tak samo.

Dzisiaj zaliczyłam kolejną wizytę u doktora... Poszłam wyluzowana i na kozetce wyszła brutalna prawda. Trzeba założyć sączki – przykro mi! Jednak doktor na tyle swój człowiek, że nie chciał mi aż takiej krzywdy robić postanawiając, że sączek założy za pomocą specjalnej igły kulkowej. O ile sama igła nie sprawiła mi aż takiego bólu, to sączek tak. Ciężko jest opisać, co się czuje, podczas takiego zabiegu, dlatego nawet nie staram się Wam tego przedstawić, po prostu mam nadzieję, że nigdy tego nie doświadczycie. Kolejna wizyta w poniedziałek, tym razem płukanie sączków. A na co są same sączki? Pomagają wydobywać się brudom na zewnątrz, nie mogą być we mnie wiecznie, gdyż to także za niedługo będzie siedlisko bakterii, biorąc pod uwagę, że wszystko, co złe – przyciągam.

Rzucanie nałogu trwa. I gdyby nie wolf, to pewnie dawno by mnie szlag trafił i zaczęłabym palić. Kiedy jeszcze mam zajęcie, to tak nie myślę, gorzej w momencie, kiedy siedzi się bez konkretnego celu, łapki same szukają czegoś cienkiego, dłuższego z filtrem, i delikatnym zapachem mięty... ( wolf by właśnie powiedział: „Nie denerwuj mnie nawet” !) Jeden pozytyw jednak znajduję..., fajnie jest pójść sobie do sklepu, i wyjść z dyszką w kieszeni. Dziękuję Ci motywatorze, naprawdę twoje tłumaczenia powodują, że się trzymam i faktycznie – ja kalkuluję, hehehe, zdziwieni? Ja tak!

Kisioł!!! Net włączyli :D Zapłać im teraz :D

Uciekam teraz się kąpać, żeby mieć dowód w postaci godziny, że poszłam o przystępnej godzinie. Dobranoc robaczki odwiedzające mnie :*