sobota, 31 grudnia 2011

Ostatnie spotkanie...

Przyszedł czas na zamknięcie wielu spraw. Tak na szybko, chciałabym życzyć wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku! Bawcie się dzisiaj lub spędźcie go z najbliższymi. Dużo się uśmiechajcie, ja też będę. Jest to dla mnie szczególny czas, bo od 2 lat nigdzie nie byłam na Sylwestra. Dzisiaj nadrobię. Wybieram się na skromną domówkę i będę się dobrze bawić :) Sprawy dzisiaj pozamykane, jutro otworzą się na nowo :)

Papa. Czas się szykować. Bywajcie.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wigilijne przygotowania czas zacząć. Wielkie zakupy uczynione, pozostaje jeszcze uzupełnienie zapasów. Prezenty zakopane głęboko w szafie, mieszkanie posprzątane, odkurzone najodleglejsze zakamarki, do których nie trafia się na co dzień, dając w ten sposób możliwość schronienia się wszelakim pajączkom, robaczkom, czy innym, cichym mieszkańcom  tego domu. Choinka stoi w swoim kącie, dostojna, błyszcząca, uśmiechająca się. W tym roku ubrana przez najmłodszego członka rodziny, z małą pomocą cioci Salanee. Jeszcze się nie świeci, na to przyjdzie czas jutro. Za oknem mróz i resztki śniegu. Szkoda, że tylko tak, ale cieszę się, że chociaż troszkę śniegu się pokazało. Jakoś nie wyobrażam sobie świąt bez niego. 

Pewnie jutro nie będzie już czasu, dlatego to właśnie dzisiaj chciałabym życzyć Wam wszystkim, aby te święta przyniosły radość, pokój i zaufanie. Pozbądźcie się wszystkiego, co złe, nie dajcie się omamić, nie knujcie, nie plujcie na drugiego. Żyjcie godnie, abyście kiedyś niczego nie żałowali. Niech te święta będą dla Was bajkowe, takie jakie byście chcieli. 

wtorek, 20 grudnia 2011

No dobra, Lisek mnie przeprosił i zaczął działać, ma zwierz szczęście ;)
 
Po wczorajszym artykule w gazecie zwanej Fakt jestem w strasznym niesmaku, co sobie o tym pomyślę, dosłownie robi mi się niedobrze. Najgorsze, że ma prawo mi tak być. Artykuł dotyczył tych wszystkich dodatków, które dajemy do ciast, mas makowych, twarogów, polew i posypek. Do tych ostatnich chciałabym się odnieść. Zawsze kupowałam sobie w Kauflandzie posypki do ciast. Stosowałam je, jako dodatek do porannej owsianki. Do wczoraj! Przeczytałam, że niektóre posypki są barwione emulgatorem E120. Skrót mi nigdy nic nie mówił, zresztą, kto by się cyferkami przejmował. Do wczoraj! E-120, inaczej koszenila. Ok, niech będzie i koszenila, nazw się nie czepiam, ale gdy przeczytałam, cóż to takiego, poczułam odruch wymiotny. Koszenila jest naturalnym, czerwonym barwnikiem, otrzymywanym z mszyc żerujących na kaktusach rosnących w tropikalnych rejonach Ameryki Północnej i Centralnej. Barwnik pozyskiwany jest zarówno z robaczych odwłoków, jak i składanych przez nie jaj. Żywe owady zabija się zanurzając w wodzie, a natępnie doprowadzając do ich wysuszenia. Alternatywnym sposobem jest  poddanie mszyc działaniu słońca, pary wodnej albo cieplarki o podwyższonej temperaturze. W ten sposób można uzyskać różne odcienie barwnika, co umożliwia dywersyfikację produktów. OMG! Czy ludzie sobie zdają sprawę z tego, co jedzą? W ogóle, czy robi to na nich jakieś wrażenie? O żesz :) A żeby było jeszcze ciekawiej dodam, że większość jogurtów, serków, kefirów, ptasich mleczek, dżemów, etc, etc, które mają zabarwienie czerwone jest nafaszerowane właśnie emulgatorem E- 120! Bon appetit!  

 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Toż to jest jakaś masakra. Człowiek stara się mieć porządek w komputerze, bardzo często usuwa pliki tymczasowe, hasła i blebleble, żeby komputer działał sprawniej. Człowiek nie lubi bałaganu i ceni sobie szybkie uruchamianie się sprzętu, przeglądarek. I nie wie człowiek, co jest przyczyną, ale po dzisiejszym czyszczeniu, lisek działa tak wolno, że własny blog człowieka wczytywał się ok 7 minut. Szok! Doh!  Zobaczy człowiek, co będzie jutro, ale zapewne skończy się to reinstalacją rudzielca. Tyle :)

A co u mnie? Przeżyłam 4 dni, jak widać. Samopoczucie nie było najgorsze, poza wysypką, bólem ręki w miejscu 1 szczepionki, ogólnym zwieszeniem i bólem głowy, czułam się świetnie ;) Czas poświęciłam na oglądanie filmów, tematyka mroczna, bo horrory. Był mi potrzebny dreszczyk emocji, taka samo terapia, zalecona przez MUA.  Doszłam do siebie. Zniknęły stany z poprzednich dni, cieszę się, że mam możliwość regeneracji siebie, że mam wpływ na swoją psychikę, że potrafię się pozbierać. Wiem, że takie stany na dłuższą metę nie są normalnie, że faktycznie, może rozmowa z psychologiem mogłaby pomóc, ale. Nie wydaje mi się, że ktoś mógłby zmienić moje myślenie. To wszystko tylko słowa, które wpadają i wypadają. Ja sama muszę dojść do tego, jak pozbierać siebie do kupy. I jak widać zbieram. Nie ma dołków, z których można by nie wyjść. Trzeba chcieć, a jak widać, mimo wszystko, potrafię jeszcze o siebie zawalczyć.  Liczę, że przyjdzie taki czas, w którym uwolnię się od problemów, pójdę do siebie, i będę miałam "tam" swój azyl.

Jutro czas zakupów. Się mi nie chce, ale muszę :)

Dobranocki i pozdrowienia dla wszystkich.

niedziela, 11 grudnia 2011

Nie wiem, jak to jest, ale bardzo mnie się to podoba i niech trwa. Każda niedzielna msza święta sprawia, że wychodzę z nabożeństwa silniejsza psychicznie, zmotywowana i mająca przekonanie, że teraz już będzie lepiej.

sobota, 10 grudnia 2011

Moje życie. W gorszych momentach wydaje się, że  otaczające mnie nieszczęścia, są tylko chwilowo przeplatane stanami radości, beztroski i spokoju, tak żeby rozmyć te pierwsze, żeby przez chwilę  poczuć się psychicznie normalnie. Potem wszystko i tak powraca do stanu poprzedniego. Czy to moje egzystowanie ma na celu zagarniać tylko same złe rzeczy? Jeżeli miałoby to być zło całego świata i dzięki temu, że przychodzi do mnie, inni zmieniliby trochę swoje życie, to nie ma sprawy, przyjęłabym na klatę i pchałabym, żeby się pozbyć. Ale nie. Cierpię ja, a inni żyją dniem i nie przejmują się niczym, mało tego są egoistami do tego stopnia, że aż mi wstyd. Wstyd za to, że płynie  w nas ta sama krew,  bo rodzina, bo ktoś bliski. Dwa różne bieguny. Ja - młodsza, według tego starszego nic nie wiedząca o życiu. W porządku, może nie jestem inżynierem, może nie mam zmysłu technicznego, ale wiem jak należy żyć, jak pokazać drugiemu, co dobre, jak wyznaczać granice. Życie dało mi w kość, dużo wycierpiałam, a to najlepszy wyznacznik. Do tego nie trzeba być nie wiadomo kim. Wskakiwanie w ogień? Wychodzi na to, że wskoczyłabym tylko ja, druga strona pewnie odwróciłaby się na pięcie.  Jakbym miała popatrzyć wstecz i zastanowić się, czy ja kiedykolwiek byłam szczęśliwa, to wychodzi mi na to, że nie. Chwilowe stany pozytywnych aspektów znikały równie szybko, jak się pojawiały. Powstaje pytanie, czy ja umiem być szczęśliwa? Czy ja w ogóle wiem, co to znaczy? Co mi jest do tego szczęścia potrzebne? Spokój, samotność? Wypracowanie w sobie obojętności wobec wszystkich? Nie tędy droga, prawda? Czy da się zapomnieć o tym, co smutne i złe? Czy ja jeszcze potrafię wykrzesać z siebie troszkę optymizmu, który pozwoli myśleć, że wszystko jeszcze się ułoży? Nie porównuję się do innych ludzi, bo wiadomo, że są osoby, które mają gorzej.  Czy uda mi się wypatrzyć na horyzoncie te jasne strony życia, otrzeć łzy i próbować być szczęśliwą? Siła zapomnienia jest, ale niestety, to co boli, chociaż zakopane na dnie serca i tak nie pozwala całkowicie wyrzucić tego z pamięci, mózg otwiera klastry, a oczy i uszy znowu słyszą słowa, które mocno poruszyły serce. Właściwie to nie wiem, czy jest sens w tym, co piszę, co wspominam, co roztrząsam.  Nie szukam słów pocieszenia, sama sobie mogę  powiedzieć: będzie dobrze, bo musi być, musi? Hm.  To wszystko nie jest takie proste. Drzazga pozostaje, to ode mnie zależy, czy uda mi się ją jeszcze wyjąć, czy zdołam zbudować swój świat na nowo. 
Z jednego się cieszę, że wśród ludzi mogę udawać, że wszystko jest ok, taka zdolność maskowania się. Zresztą, co ma być, to będzie.  A do świąt coraz bliżej, a ja nie wiem, czy będę potrafiła się cieszyć i udawać, jak to mi dobrze wśród bliskich, których postępowania zupełnie nie rozumiem.  

czwartek, 8 grudnia 2011

Wypadałoby coś skrobnąć. Tak ten czas leci, że ani się obejrzałam a od ostatniego wpisu minęły 4 dni. Niby nie piszę codziennie, ale jakoś wydaje mi się, że byłam tu tak dawno. Fakt, nie wchodziłam na bloga, nie miałam potrzeby, chęci. O was oczywiście nie zapominałam, chociaż nie dawałam pisanego znaku swojej obecności. Niejednokrotnie blogi, które odwiedzam, pomagają mi w pozbieraniu się. Aldi i jej smakowitości, mądre słowa Hehodosa, Zim, która umożliwiła mi ostatnio bycie na rynku w Krakowie ;) rozterki Ivy, przemyślenia i rozkojarzenia dziewczyn (Oli i , które w swoim życiu muszą walczyć o to, żeby móc funkcjonować. Dobrze jest mieć możliwość regeneracji siebie, dzięki innym osobom. I chociaż nie jest jeszcze do końca całkowicie tak, jakbym chciała ( i długo nie będzie), to staram się jakoś witać nowy dzień z uśmiechem na twarzy.  Jedyny minus jest taki, że żyję  problemami innych i to jest dla mnie największy mankament na dzień dzisiejszy, chciałabym wypiąć cztery litery, ale nie potrafię wyłączyć "przejmowania się". Wiem, że swoim zamartwianiem  nie uruchomię magicznej różdżki, która wydobędzie z siebie iskry i sprawi, że całe zło zniknie. Wszystko wiem, i co z tego? Gdyby jeszcze chodziło o kogoś obojętnego, ale rodzina to rodzina, brat to brat. Jaki by nie był, wskoczę za nim w ogień bez chwili zawahania. Niestety, tu nawet wskoczenie w ogień nie pomoże. Pozostaje mi tylko prosić Najwyższego, aby nie stało się nic złego. I proszę. 

Po szczepionkach nie ma ani śladu. Ciężko przeszłam te pierwsze dawki. Mam nadzieję, że kolejne nie będą miały tak tragicznego przebiegu. 

Zadumana popijam grzańca śliwkowego, słucham sobie Two Steps From Hell  i pozwalam aby wskazówki zegara prowadziły mnie do dnia następnego. Muzyka, jest dla mnie czymś bardzo ważnym w gorszych chwilach. Jej dobór ma  duże znaczenie, zawsze będę się kłaniać nisko. Polecam wszystkim, którzy lubią soundtracki, czy filmowe, czy do gier komputerowych.

niedziela, 4 grudnia 2011

Otumanienie, bezczynność, niechęć. Te trzy słowa najlepiej wyrażają mój stan. Słowa klucze, które w sobie noszą ukrytą prawdę. Męczę się, dużo myśli krąży we mnie, a ja miast je z siebie wyrzucić, trzymam głęboko zamknięte na kłódkę, które nigdy nie otworzę, bo zgubiłam kluczyk i nie chcę go znaleźć. Ta sfera mojego życia podlega tylko mnie i nikt więcej nie będzie miał wstępu. 

Nieubłaganie zbliżają się święta. Zawsze kojarzyły mi się z magią, która jednoczy ludzi, która sprawia, że trzy dni stają się jedyne w swoim rodzaju. Zawsze, jakby czekałam na tę magię, chociaż i tak wiedziałam, że u mnie nie będzie normalnie. W tym roku nie chcę świąt, nie chcę magii, nie chcę tej sztuczności, która przybrała tylko inny wyraz twarzy, żeby zamydlić, że niby wszystko jest normalnie. Wiem, że nigdy tak nie będzie, że rodzina tylko z nazwy taką jest, sama w sobie nie ma z tym słowem nic wspólnego. Nie potrafię sobie poradzić z atmosferą panującą tu, gdzie jestem. Nie potrafię tego nosić w sobie, udawać, że akceptuję, że wszystko jest ok. Nie chcę stawać po niczyjej stronie, bo urażę, albo jedną, albo drugą osobę. A żeby tak mieć magiczny przycisk, który pozwalałby mi zniknąć raz na zawsze. Zatracić się w czymś lepszym, ukochanym i nie myśleć.

Nie mam apetytu. Oczy by jadły, żołądek nie. I chociaż próbuję, to i tak wszystko ląduje wiadomo gdzie. Albo coś ze mną jest nie tak, albo ta szczepionka jest głupia.  Zapomniałam już, jak to jest, kiedy wrzucało się w siebie jakieś tam jedzenie, a w głowie nie pojawiała się  myśl, że to przecież jest takie niezdrowe.  Tak się cieszyłam, że otwierają u nas KFC. Otworzyli, a mnie całkowicie smak na nich przeszedł. Górę biorą te kalorie, które znajdują się w serwowanych daniach. Pewnie raz na miesiąc tam wejdę, ale tylko na tym się skończy.

Czasami trzeba pomarudzić. Zapewne mi przejdzie. Byle do wiosny, bo o zimie to chyba nie ma co marzyć, póki co. Chlip.

piątek, 2 grudnia 2011

Toż to szok jest!

Dosłownie. Jak ja się podle czuje, to głowa mała. Wczoraj w porównaniu do dzisiaj, było jeszcze jako tako, ale noc przeważyła szalę i dzień zaczęłam dosyć wcześnie. Nie mogłam się nawet ubrać, żeby nie kwiczeć... z bólu. Rąk nie podniosę, szczególnie prawej. Pojawiło się dosyć pokaźne zaczerwienienie i obrzęk, a boli straszliwie, jakby mi ktoś złamał rękę. Z lewą nie jest aż tak tragicznie, ale też cierpi. Najgorsze, że ja zasypiam tylko na boku... Nie wiem, jak przetrwam tę noc. Leżenie na wznak odpada, bo oczywiście zbyt kościsty tyłek i blizny pooperacyjne na kości ogonowej nie dadzą. A tu żadnych leków przeciwbólowych brać nie wolno. Gorączkuję, boli głowa i męczy mnie światło (laptop ma tak ściemniony obraz, że ledwo widzę, co piszę) Nie mam apetytu, a żołądek chciałby wszystko zwrócić..., i zwraca.  Czy wszystkie szczepionki dają takie objawy, czy tylko ja jestem taką szczęściarą? Wiem, że to końskie dawki, ale chociaż raz mogłoby to przejść przeze mnie jakoś mniej drastycznie. Cały dzień w łóżku, totalna bezczynność, normalnie mięśnie mi zanikną. Ale dzisiaj, nawet gdybym chciała wykonać te programowe 90 pompek, które wykonuję codziennie ( oczywiście damskie) i brzuszki, to nie dam rady, bo od razu padłabym na pysk. Ech. Chlip, no niech mnie ktoś przytuli.

A za dwa tygodnie powtórka z rozrywki... Jejć. 

Idę spać, bo oczy się same zamykają. Odwiedzę Was na blogach, jak tylko się lepiej poczuję...

czwartek, 1 grudnia 2011

IZOLATKA

W końcu wzięłam pierwsze dawki szczepionek. Czekałam na to z utęsknieniem, tym bardziej, ze dookoła tyle chorób, a ja nie mogłam zachorować - wiadomo. W dniu wczorajszym musiałam się obserwować, bo katar i lekkie pokasływanie, które mam, mogło się rozwinąć, i gdyby wyskoczyła gorączka, ze szczepienia byłyby nici. Na szczęście, nic takiego się nie stało, przynajmniej mój termometr nie pokazał podwyższonych stanów, co prawda bateria w nim też jest słaba, ale czułabym, gdyby coś było nie tak. No. Doktor po raz kolejny przestrzegł mnie przed kontaktem z ludźmi. Mam to tak wbite do głowy, że na pewno nie zapomnę. Kiedy dzisiaj dotarłam do punktu szczepień i pokazałam skierowanie na podanie mi specyfików, pani zapytała się: ale dlaczego dwie na raz? Przecież tak nie wolno. Pierwszy raz, nie wiedziałam, co odpowiedzieć i jakby nie było, troszkę się przestraszyłam. Wytłumaczyłam jednak , że to zalecenie hematologa, a on  chyba wiedział, co przepisuje. Tym oto sposobem, dostałam jedną szczepionkę w lewe ramię i drugą w prawe. Bolało, kurczę blaszka. Ale byłam twarda ;) Przy wyjściu usłyszałam po raz kolejny, że powinnam nie wychodzić i nie kontaktować się z ludźmi przez 4 dni. Hehehe. Przyjęłam do wiadomości po raz kolejny. Szybko uciekłam do domku i zabarykadowałam się w swoim pokoju. Centrum dowodzenia przeniosło się na łóżko. Póki, co mam lekkie zawroty głowy, a z mniej smacznych objawów wystąpiło  zwrócenie śniadania.  Zniosę jednak wszystko, byle zobaczyć upragniony wynik leukocytów, który zmieści się w normie. To jest mój czas, to są moje historie.

Zaopatrzyłam się w gry, wzięłam też na siebie odżywianie taty. Ponieważ ma On podwyższony poziom złego cholesterolu a za mało  dobrego, dostał zalecenie od lekarza, aby prócz leków zmienił też sposób żywienia.Nie sztuka brać tabletki, które bez prawidłowego pożywienia nie wniosą nic dobrego. Tak, więc siedzę, czytam, rozpisuję. Tata nie ma wyjścia, musi się zmienić, żeby mógł żyć. A jego zły cholesterol przekroczył normę tylko o 34. Ciekawe, co robią ci ludzie, którzy mają grubo za dużo tego złego bandyty. Czy zdają sobie sprawę z konsekwencji? A to przecież bardzo łatwo jest zmienić, trzeba chcieć. Coś, za coś. Myślę, że przedłużenie sobie życia jest o wiele większą słodyczą od tych wszystkich niedobrych produktów, które mogą wysłać człowieka na tamten świat.  Hm. Ja to chyba powinnam zostać jednak dietetyczką. Podoba mi się to :)

Uciekam.