piątek, 31 sierpnia 2012

Tyle dni już minęło od mojego ostatniego wpisu, właściwie to nie przyszłabym tu, ale poczułam nagłą  potrzebę podzielenia się tym, co przynoszą kolejne dni... Nie jest to nic pozytywnego - niestety. Nadal pozostaję w tej samej sytuacji, czyli zero perspektyw. O ile jakoś mogłabym to zaakceptować, bo dotyczy to mnie, o tyle to, co dzieje się z moim psem nie jestem w stanie przyjąć, chociaż wiedziałam o takiej możliwości. Sonia straciła wzrok. Jedno oko zaszło białą mgłą - zaćma. Cukrzyca i jej powikłania. Drugie jeszcze trochę widzi, ale naprawdę niewiele. Sonia dobija do drzew, drzwi, spada ze schodów. Nie mogę się pogodzić z jej kalectwem, z tym że już nigdy nie będzie mogła mnie zobaczyć, że nie przyniesie zabaweczki, że nie pogoni kota... Widzę, że jest zagubiona, że nie wie, co się dzieje. Leży w kąciku, po cichutku, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać. A my? My robimy wszystko, żeby jak najmniej odczuła brak widzenia, chociaż nie jest łatwo. Najbardziej boli, gdy tak bardzo wybałuszy oczy, żeby zgarnąć troszkę obrazu i nic... Mnie pęka serce, mama płacze. Wiem, że psy doskonale poradzą sobie bez wzroku, ale gdy ma się psa tyle lat i przez pierwsze 9 nie było z nim poważniejszych problemów, to teraz zaćma jest przerażająca, bo pies traci zdolność normalnego funkcjonowania... Ech. Robiłam wszystko, żeby Sonia miała normalną psią starość, mimo choroby. Cukrzycę jej unormowałam, potrzebowałam w tym wypadku dużo samozaparcia i obojętności, gdy prosiła pod stołem o kawałek tego, co ja jem, a ja nie mogłam jej dać, dla jej dobra... Leczenie cukrzycy opanowałam do perfekcji... Myślałam, że wzroku nie straci, że gdy cukry są w normie, to nic jej nie grozi. Ładnie schudła, powoli zaakceptowała codzienne zastrzyki, cieszyłam się jak dziecko i co? I kolejny cios - Sonia nie widzi. Na to już lekarstwa nie mam,  zabieg nie wchodzi w grę, bo 2000 zł, to dla mnie kolosalna cena.

Po prostu żyć nie umierać.

sobota, 18 sierpnia 2012

Właściwie piszę tu tylko dlatego, że odezwała się do mnie Iva z zapytaniem, co u mnie? Dziękuję za pamięć Iwonko, to bardzo miłe. Wielokrotnie powtarzałam, że brakuje mi czasu, chociaż nadal nie pracuję. Gdzieś tam we mnie jednak jeszcze jakaś nadzieja jest, że może za niedługo coś uda mi się znaleźć, bo inaczej  nie mogłabym funkcjonować w świecie. Gdy dociera do mnie fakt, że bez pracy nie mam prawa bytu, nie powiem, że chce mi się wyć, bo to i tak by niczego nie zmieniło, ale czuję taki wewnętrzny lęk, że zaczyna boleć mnie serce i pracuje tak, jakby chciało wyskoczyć. Nie chcę nabawić się żadnych nerwic dlatego na ile potrafię, wypieram z głowy, że kiedyś mogę zostać bez środków do życia. I nie martwię się w tym wszystkim tak bardzo o siebie, jak o swojego psa, taka już jestem. Ciężko jest w tym świecie znaleźć pracę, nie pamiętam nawet ile CV wysłałam - bez odzewu. Niech te wakacje się już skończą, może wtedy się do mnie szczęście uśmiechnie.

A tymczasem. Dzisiaj zrobiliśmy z Kisiołem i p. Jackiem fajną trasę rowerową, wśród lasów i przyrody, ze śpiewem ptaków i uśmiechem na twarzach. Przejechaliśmy 50 km, jednak w ogóle tego nie odczuwam. Gdybym mogła zarabiać na życie jeżdżeniem na rowerze, to ja bardzo chętnie. Nie dość, że daje mi to przyjemność, to jeszcze mogłabym to robić 24 godziny. Odpoczęłam. Psychicznie, fizycznie. Szkoda, że takie dni nie mogą być codziennie, sezon rowerowy kończy się nieubłaganie, ja nie chcę :(

sobota, 4 sierpnia 2012

Chciałabym nic nie robić, chociaż przez kilka godzin. Siąść i siedzieć bez zapalającej się żarówki w głowie, że jeszcze tyle rzeczy przede mną, szybko, szybko. Z drugiej strony, szkoda by mi było tego, że siedzę i nic nie robię. Ktoś powie, że bezrobotni się nie przepracowują, że cały czas mają wakacje, jak oni mogą jeszcze narzekać? Być może, ale nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka. Cały czas poszukuję pracy, jednak nie byczę się wcale. Gdyby tak podsumować moje godziny siedzenia na czterech, to wychodzi, że przez cały dzień siądę w sumie na 3 godziny...
6:30 - wstaję, mierzę psu cukier, idę się myć;
7:00 - przygotowuję psu jedzenie, podaję insulinę;
7:30 - odprowadzam dziecko do przedszkola - czasami ją niosę, czasami prowadzę na  rowerze...;
7:45 - poranne zakupy;
8:00 - przygotowuję śniadanie,  kawę;
9:00 - siedzę przy komputerze, przeglądam oferty pracy;
10:00 - wychodzę z domu. Zazwyczaj robię zakupy na drugim końcu miasta lub załatwiam sprawy mamie, lub inne, podobne. Wszędzie niosą mnie nogi;
12:00 - wracam do domu, przygotowuję II śniadanie;
12:30 - karmię psa, wychodzę - wyjeżdżam jednośladem do domu brata, po rowerek dla dziecka;
13:30 - powrót, przygotowanie obiadu;
14:30 - wychodzę po dziecko do przedszkola;
15:00 - wracamy do domu (nie do mojego, tylko Amelkowego), zabiera nam to godzinę, bo wiadomo - Amelka;
16:00 - zabawa z kotem, zbieranie śliwek, ogarnianie domu;
17:00 - wraca "bratowa", wracam do domu...;
17:30 - wychodzę z psem;
18:00 - kawa (chwila, żeby usiąść);
18:30 - karmię zwierzę;
19:00 - podaję  insulinę;
19:30 - 20 minut ćwiczeń wieczornych;
20:00 - wychodzę z psem;
21:00 - kąpiel;
22:00 - krzątam się po domu, zazwyczaj mama coś potrzebuje;
22:30 - czas na książkę;
23:00 - idę spać!
Tak wygląda mój tydzień, każdy dzień jest taki sam. Nie mam czasu na rower, na spotkania, na nic. Obowiązki gonią, dziecko zabiera  dużo czasu. W przedszkolu, na placu zabaw myślą, że jestem mamą Amelki. Jakby na to nie patrzeć, to tak właśnie sprawy wyglądają, spędzam z dzieckiem więcej czasu niż rodzice. Gdyby weekend był inny, ale nie. Ubiegła sobota, opieka od 18:00 do 1:00 w nocy na dzieckiem.
Ta sobota, to samo z tym, że opieka od 16:00 do niedzieli, pewnie do godzin popołudniowych. Powód? Parapetówa. Mało tego, nie dość, że będę miała u siebie małą, to jeszcze kota. Nie wiem, czy Rudek z Sonią się nie pozabijają. Nie mam nikogo do pomocy, bo moja mama miga się, jak może, żeby nie być z Amelką... Druga babcia wyjechała sobie 2 tygodnie temu do rodziny i ani myśli wracać... Nie przejmuje się tym, że ja już powoli nie wydalam, że potrzebuję pomocy, żeby móc troszkę pożyć własnym życiem... Gdy ona musiała do dziecka przychodzić, po 5 godzinach potrzebowała zmiany, żeby odpocząć i wtedy trzeba było jechać, bo inaczej wielka obraza, ale gdy wyjechała nic ją nie obchodzi, przecież ja nie muszę odpoczywać... A dziadek Amelki, mój tata? On nie będzie wieczór siedział z dzieckiem, bo musi iść spać... Ja nie muszę spać przecież... Wstyd mi za swoją rodzinę, za brata i jego partnerkę, za to że nie potrafią być rodzicami dla dziecka, że alkohol i spotkania ze znajomymi są ważniejsze, każdemu weekendowi towarzyszy alkohol. Wstyd mi za to, że Amelka nie ma dziadka, prawdziwy dziadek, nigdy by nie powiedział, że  wieczorem nie będzie siedział z dzieckiem, bo idzie spać. Wstyd mi za to, że nigdy nie dał jej na loda, tak sam od siebie, że nie zabrał na spacer, że nigdy nie ma dla niej czasu. A moja mama? Ona denerwuje małą ciągłymi pytaniami, jest do tego stopnia męcząca, że gdy tylko Amelka ją widzi mówi - idź sobie stąd, nie lubię cię. Denerwuje się przy tym straszliwie. Ile razy tłumaczyłam mamie, żeby zmieniła podejście, żeby nie pytała o tyle rzeczy, ale oczywiście za każdym razem wszystko wracało do punktu wyjścia, bo mama nie liczy się ze zdaniem innych. Gdyby tak to wszystko zebrać do kupy, wychodzi na to, że to jestem dla Amelki czymś najlepszym, co mogło jej się przytrafić. To ja mam u niej autorytet, to mnie się słucha, to do mojej nogi się przyczepia i nie chce się odczepić, to za mną płacze, gdy idę. Staram się jej zapewnić rozrywkę, włóczę się z nią, żeby chociaż trochę poznała świat, żeby miała miłe wspomnienia. Ze mną jest wyciszona, nie denerwuje się - inne dziecko.  Chciałabym zmienić jej rodziców, dziadków, ale niestety nie mam wpływu na ich poczynania. Co by mogło ich zmienić? Nie wiem.

Brakuje mi odpoczynku, wyjazdu z domu na parę dni...

czwartek, 2 sierpnia 2012

Trochę kota...

Po co kupować, jak można zrobić legowisko :)

Rośnie potężny kocur Rudek. Lada miesiąc czeka go kastracja. Weterynarz, badając jego narządy płciowe była w szoku, że natura obdarzyła go pokaźnymi jąderkami ;) Jeszcze nie zaznaczył swojego terenu, ale gdyby miał styczność z innymi zwierzętami, zrobi to natychmiast. Podobno poczujemy. Póki co, kot bawi się w najlepsze i nie odczuwa tego, co czeka go w przyszłości. Nie sposób nie kochać tego kota, naprawdę.
Nuda...
Złodziej!
A, co to, woda?
..., i że niby tu ta woda spływa?
Pyszota! 
Błogo mi!!!
A teraz proszę mi dać spokój!

I mogłabym tak cały dzień robić mu zdjęcia bez znudzenia. Każda jego mina, każde zachowanie jest warte upamiętnienia.