sobota, 31 grudnia 2011

Ostatnie spotkanie...

Przyszedł czas na zamknięcie wielu spraw. Tak na szybko, chciałabym życzyć wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku! Bawcie się dzisiaj lub spędźcie go z najbliższymi. Dużo się uśmiechajcie, ja też będę. Jest to dla mnie szczególny czas, bo od 2 lat nigdzie nie byłam na Sylwestra. Dzisiaj nadrobię. Wybieram się na skromną domówkę i będę się dobrze bawić :) Sprawy dzisiaj pozamykane, jutro otworzą się na nowo :)

Papa. Czas się szykować. Bywajcie.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wigilijne przygotowania czas zacząć. Wielkie zakupy uczynione, pozostaje jeszcze uzupełnienie zapasów. Prezenty zakopane głęboko w szafie, mieszkanie posprzątane, odkurzone najodleglejsze zakamarki, do których nie trafia się na co dzień, dając w ten sposób możliwość schronienia się wszelakim pajączkom, robaczkom, czy innym, cichym mieszkańcom  tego domu. Choinka stoi w swoim kącie, dostojna, błyszcząca, uśmiechająca się. W tym roku ubrana przez najmłodszego członka rodziny, z małą pomocą cioci Salanee. Jeszcze się nie świeci, na to przyjdzie czas jutro. Za oknem mróz i resztki śniegu. Szkoda, że tylko tak, ale cieszę się, że chociaż troszkę śniegu się pokazało. Jakoś nie wyobrażam sobie świąt bez niego. 

Pewnie jutro nie będzie już czasu, dlatego to właśnie dzisiaj chciałabym życzyć Wam wszystkim, aby te święta przyniosły radość, pokój i zaufanie. Pozbądźcie się wszystkiego, co złe, nie dajcie się omamić, nie knujcie, nie plujcie na drugiego. Żyjcie godnie, abyście kiedyś niczego nie żałowali. Niech te święta będą dla Was bajkowe, takie jakie byście chcieli. 

wtorek, 20 grudnia 2011

No dobra, Lisek mnie przeprosił i zaczął działać, ma zwierz szczęście ;)
 
Po wczorajszym artykule w gazecie zwanej Fakt jestem w strasznym niesmaku, co sobie o tym pomyślę, dosłownie robi mi się niedobrze. Najgorsze, że ma prawo mi tak być. Artykuł dotyczył tych wszystkich dodatków, które dajemy do ciast, mas makowych, twarogów, polew i posypek. Do tych ostatnich chciałabym się odnieść. Zawsze kupowałam sobie w Kauflandzie posypki do ciast. Stosowałam je, jako dodatek do porannej owsianki. Do wczoraj! Przeczytałam, że niektóre posypki są barwione emulgatorem E120. Skrót mi nigdy nic nie mówił, zresztą, kto by się cyferkami przejmował. Do wczoraj! E-120, inaczej koszenila. Ok, niech będzie i koszenila, nazw się nie czepiam, ale gdy przeczytałam, cóż to takiego, poczułam odruch wymiotny. Koszenila jest naturalnym, czerwonym barwnikiem, otrzymywanym z mszyc żerujących na kaktusach rosnących w tropikalnych rejonach Ameryki Północnej i Centralnej. Barwnik pozyskiwany jest zarówno z robaczych odwłoków, jak i składanych przez nie jaj. Żywe owady zabija się zanurzając w wodzie, a natępnie doprowadzając do ich wysuszenia. Alternatywnym sposobem jest  poddanie mszyc działaniu słońca, pary wodnej albo cieplarki o podwyższonej temperaturze. W ten sposób można uzyskać różne odcienie barwnika, co umożliwia dywersyfikację produktów. OMG! Czy ludzie sobie zdają sprawę z tego, co jedzą? W ogóle, czy robi to na nich jakieś wrażenie? O żesz :) A żeby było jeszcze ciekawiej dodam, że większość jogurtów, serków, kefirów, ptasich mleczek, dżemów, etc, etc, które mają zabarwienie czerwone jest nafaszerowane właśnie emulgatorem E- 120! Bon appetit!  

 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Toż to jest jakaś masakra. Człowiek stara się mieć porządek w komputerze, bardzo często usuwa pliki tymczasowe, hasła i blebleble, żeby komputer działał sprawniej. Człowiek nie lubi bałaganu i ceni sobie szybkie uruchamianie się sprzętu, przeglądarek. I nie wie człowiek, co jest przyczyną, ale po dzisiejszym czyszczeniu, lisek działa tak wolno, że własny blog człowieka wczytywał się ok 7 minut. Szok! Doh!  Zobaczy człowiek, co będzie jutro, ale zapewne skończy się to reinstalacją rudzielca. Tyle :)

A co u mnie? Przeżyłam 4 dni, jak widać. Samopoczucie nie było najgorsze, poza wysypką, bólem ręki w miejscu 1 szczepionki, ogólnym zwieszeniem i bólem głowy, czułam się świetnie ;) Czas poświęciłam na oglądanie filmów, tematyka mroczna, bo horrory. Był mi potrzebny dreszczyk emocji, taka samo terapia, zalecona przez MUA.  Doszłam do siebie. Zniknęły stany z poprzednich dni, cieszę się, że mam możliwość regeneracji siebie, że mam wpływ na swoją psychikę, że potrafię się pozbierać. Wiem, że takie stany na dłuższą metę nie są normalnie, że faktycznie, może rozmowa z psychologiem mogłaby pomóc, ale. Nie wydaje mi się, że ktoś mógłby zmienić moje myślenie. To wszystko tylko słowa, które wpadają i wypadają. Ja sama muszę dojść do tego, jak pozbierać siebie do kupy. I jak widać zbieram. Nie ma dołków, z których można by nie wyjść. Trzeba chcieć, a jak widać, mimo wszystko, potrafię jeszcze o siebie zawalczyć.  Liczę, że przyjdzie taki czas, w którym uwolnię się od problemów, pójdę do siebie, i będę miałam "tam" swój azyl.

Jutro czas zakupów. Się mi nie chce, ale muszę :)

Dobranocki i pozdrowienia dla wszystkich.

niedziela, 11 grudnia 2011

Nie wiem, jak to jest, ale bardzo mnie się to podoba i niech trwa. Każda niedzielna msza święta sprawia, że wychodzę z nabożeństwa silniejsza psychicznie, zmotywowana i mająca przekonanie, że teraz już będzie lepiej.

sobota, 10 grudnia 2011

Moje życie. W gorszych momentach wydaje się, że  otaczające mnie nieszczęścia, są tylko chwilowo przeplatane stanami radości, beztroski i spokoju, tak żeby rozmyć te pierwsze, żeby przez chwilę  poczuć się psychicznie normalnie. Potem wszystko i tak powraca do stanu poprzedniego. Czy to moje egzystowanie ma na celu zagarniać tylko same złe rzeczy? Jeżeli miałoby to być zło całego świata i dzięki temu, że przychodzi do mnie, inni zmieniliby trochę swoje życie, to nie ma sprawy, przyjęłabym na klatę i pchałabym, żeby się pozbyć. Ale nie. Cierpię ja, a inni żyją dniem i nie przejmują się niczym, mało tego są egoistami do tego stopnia, że aż mi wstyd. Wstyd za to, że płynie  w nas ta sama krew,  bo rodzina, bo ktoś bliski. Dwa różne bieguny. Ja - młodsza, według tego starszego nic nie wiedząca o życiu. W porządku, może nie jestem inżynierem, może nie mam zmysłu technicznego, ale wiem jak należy żyć, jak pokazać drugiemu, co dobre, jak wyznaczać granice. Życie dało mi w kość, dużo wycierpiałam, a to najlepszy wyznacznik. Do tego nie trzeba być nie wiadomo kim. Wskakiwanie w ogień? Wychodzi na to, że wskoczyłabym tylko ja, druga strona pewnie odwróciłaby się na pięcie.  Jakbym miała popatrzyć wstecz i zastanowić się, czy ja kiedykolwiek byłam szczęśliwa, to wychodzi mi na to, że nie. Chwilowe stany pozytywnych aspektów znikały równie szybko, jak się pojawiały. Powstaje pytanie, czy ja umiem być szczęśliwa? Czy ja w ogóle wiem, co to znaczy? Co mi jest do tego szczęścia potrzebne? Spokój, samotność? Wypracowanie w sobie obojętności wobec wszystkich? Nie tędy droga, prawda? Czy da się zapomnieć o tym, co smutne i złe? Czy ja jeszcze potrafię wykrzesać z siebie troszkę optymizmu, który pozwoli myśleć, że wszystko jeszcze się ułoży? Nie porównuję się do innych ludzi, bo wiadomo, że są osoby, które mają gorzej.  Czy uda mi się wypatrzyć na horyzoncie te jasne strony życia, otrzeć łzy i próbować być szczęśliwą? Siła zapomnienia jest, ale niestety, to co boli, chociaż zakopane na dnie serca i tak nie pozwala całkowicie wyrzucić tego z pamięci, mózg otwiera klastry, a oczy i uszy znowu słyszą słowa, które mocno poruszyły serce. Właściwie to nie wiem, czy jest sens w tym, co piszę, co wspominam, co roztrząsam.  Nie szukam słów pocieszenia, sama sobie mogę  powiedzieć: będzie dobrze, bo musi być, musi? Hm.  To wszystko nie jest takie proste. Drzazga pozostaje, to ode mnie zależy, czy uda mi się ją jeszcze wyjąć, czy zdołam zbudować swój świat na nowo. 
Z jednego się cieszę, że wśród ludzi mogę udawać, że wszystko jest ok, taka zdolność maskowania się. Zresztą, co ma być, to będzie.  A do świąt coraz bliżej, a ja nie wiem, czy będę potrafiła się cieszyć i udawać, jak to mi dobrze wśród bliskich, których postępowania zupełnie nie rozumiem.  

czwartek, 8 grudnia 2011

Wypadałoby coś skrobnąć. Tak ten czas leci, że ani się obejrzałam a od ostatniego wpisu minęły 4 dni. Niby nie piszę codziennie, ale jakoś wydaje mi się, że byłam tu tak dawno. Fakt, nie wchodziłam na bloga, nie miałam potrzeby, chęci. O was oczywiście nie zapominałam, chociaż nie dawałam pisanego znaku swojej obecności. Niejednokrotnie blogi, które odwiedzam, pomagają mi w pozbieraniu się. Aldi i jej smakowitości, mądre słowa Hehodosa, Zim, która umożliwiła mi ostatnio bycie na rynku w Krakowie ;) rozterki Ivy, przemyślenia i rozkojarzenia dziewczyn (Oli i , które w swoim życiu muszą walczyć o to, żeby móc funkcjonować. Dobrze jest mieć możliwość regeneracji siebie, dzięki innym osobom. I chociaż nie jest jeszcze do końca całkowicie tak, jakbym chciała ( i długo nie będzie), to staram się jakoś witać nowy dzień z uśmiechem na twarzy.  Jedyny minus jest taki, że żyję  problemami innych i to jest dla mnie największy mankament na dzień dzisiejszy, chciałabym wypiąć cztery litery, ale nie potrafię wyłączyć "przejmowania się". Wiem, że swoim zamartwianiem  nie uruchomię magicznej różdżki, która wydobędzie z siebie iskry i sprawi, że całe zło zniknie. Wszystko wiem, i co z tego? Gdyby jeszcze chodziło o kogoś obojętnego, ale rodzina to rodzina, brat to brat. Jaki by nie był, wskoczę za nim w ogień bez chwili zawahania. Niestety, tu nawet wskoczenie w ogień nie pomoże. Pozostaje mi tylko prosić Najwyższego, aby nie stało się nic złego. I proszę. 

Po szczepionkach nie ma ani śladu. Ciężko przeszłam te pierwsze dawki. Mam nadzieję, że kolejne nie będą miały tak tragicznego przebiegu. 

Zadumana popijam grzańca śliwkowego, słucham sobie Two Steps From Hell  i pozwalam aby wskazówki zegara prowadziły mnie do dnia następnego. Muzyka, jest dla mnie czymś bardzo ważnym w gorszych chwilach. Jej dobór ma  duże znaczenie, zawsze będę się kłaniać nisko. Polecam wszystkim, którzy lubią soundtracki, czy filmowe, czy do gier komputerowych.

niedziela, 4 grudnia 2011

Otumanienie, bezczynność, niechęć. Te trzy słowa najlepiej wyrażają mój stan. Słowa klucze, które w sobie noszą ukrytą prawdę. Męczę się, dużo myśli krąży we mnie, a ja miast je z siebie wyrzucić, trzymam głęboko zamknięte na kłódkę, które nigdy nie otworzę, bo zgubiłam kluczyk i nie chcę go znaleźć. Ta sfera mojego życia podlega tylko mnie i nikt więcej nie będzie miał wstępu. 

Nieubłaganie zbliżają się święta. Zawsze kojarzyły mi się z magią, która jednoczy ludzi, która sprawia, że trzy dni stają się jedyne w swoim rodzaju. Zawsze, jakby czekałam na tę magię, chociaż i tak wiedziałam, że u mnie nie będzie normalnie. W tym roku nie chcę świąt, nie chcę magii, nie chcę tej sztuczności, która przybrała tylko inny wyraz twarzy, żeby zamydlić, że niby wszystko jest normalnie. Wiem, że nigdy tak nie będzie, że rodzina tylko z nazwy taką jest, sama w sobie nie ma z tym słowem nic wspólnego. Nie potrafię sobie poradzić z atmosferą panującą tu, gdzie jestem. Nie potrafię tego nosić w sobie, udawać, że akceptuję, że wszystko jest ok. Nie chcę stawać po niczyjej stronie, bo urażę, albo jedną, albo drugą osobę. A żeby tak mieć magiczny przycisk, który pozwalałby mi zniknąć raz na zawsze. Zatracić się w czymś lepszym, ukochanym i nie myśleć.

Nie mam apetytu. Oczy by jadły, żołądek nie. I chociaż próbuję, to i tak wszystko ląduje wiadomo gdzie. Albo coś ze mną jest nie tak, albo ta szczepionka jest głupia.  Zapomniałam już, jak to jest, kiedy wrzucało się w siebie jakieś tam jedzenie, a w głowie nie pojawiała się  myśl, że to przecież jest takie niezdrowe.  Tak się cieszyłam, że otwierają u nas KFC. Otworzyli, a mnie całkowicie smak na nich przeszedł. Górę biorą te kalorie, które znajdują się w serwowanych daniach. Pewnie raz na miesiąc tam wejdę, ale tylko na tym się skończy.

Czasami trzeba pomarudzić. Zapewne mi przejdzie. Byle do wiosny, bo o zimie to chyba nie ma co marzyć, póki co. Chlip.

piątek, 2 grudnia 2011

Toż to szok jest!

Dosłownie. Jak ja się podle czuje, to głowa mała. Wczoraj w porównaniu do dzisiaj, było jeszcze jako tako, ale noc przeważyła szalę i dzień zaczęłam dosyć wcześnie. Nie mogłam się nawet ubrać, żeby nie kwiczeć... z bólu. Rąk nie podniosę, szczególnie prawej. Pojawiło się dosyć pokaźne zaczerwienienie i obrzęk, a boli straszliwie, jakby mi ktoś złamał rękę. Z lewą nie jest aż tak tragicznie, ale też cierpi. Najgorsze, że ja zasypiam tylko na boku... Nie wiem, jak przetrwam tę noc. Leżenie na wznak odpada, bo oczywiście zbyt kościsty tyłek i blizny pooperacyjne na kości ogonowej nie dadzą. A tu żadnych leków przeciwbólowych brać nie wolno. Gorączkuję, boli głowa i męczy mnie światło (laptop ma tak ściemniony obraz, że ledwo widzę, co piszę) Nie mam apetytu, a żołądek chciałby wszystko zwrócić..., i zwraca.  Czy wszystkie szczepionki dają takie objawy, czy tylko ja jestem taką szczęściarą? Wiem, że to końskie dawki, ale chociaż raz mogłoby to przejść przeze mnie jakoś mniej drastycznie. Cały dzień w łóżku, totalna bezczynność, normalnie mięśnie mi zanikną. Ale dzisiaj, nawet gdybym chciała wykonać te programowe 90 pompek, które wykonuję codziennie ( oczywiście damskie) i brzuszki, to nie dam rady, bo od razu padłabym na pysk. Ech. Chlip, no niech mnie ktoś przytuli.

A za dwa tygodnie powtórka z rozrywki... Jejć. 

Idę spać, bo oczy się same zamykają. Odwiedzę Was na blogach, jak tylko się lepiej poczuję...

czwartek, 1 grudnia 2011

IZOLATKA

W końcu wzięłam pierwsze dawki szczepionek. Czekałam na to z utęsknieniem, tym bardziej, ze dookoła tyle chorób, a ja nie mogłam zachorować - wiadomo. W dniu wczorajszym musiałam się obserwować, bo katar i lekkie pokasływanie, które mam, mogło się rozwinąć, i gdyby wyskoczyła gorączka, ze szczepienia byłyby nici. Na szczęście, nic takiego się nie stało, przynajmniej mój termometr nie pokazał podwyższonych stanów, co prawda bateria w nim też jest słaba, ale czułabym, gdyby coś było nie tak. No. Doktor po raz kolejny przestrzegł mnie przed kontaktem z ludźmi. Mam to tak wbite do głowy, że na pewno nie zapomnę. Kiedy dzisiaj dotarłam do punktu szczepień i pokazałam skierowanie na podanie mi specyfików, pani zapytała się: ale dlaczego dwie na raz? Przecież tak nie wolno. Pierwszy raz, nie wiedziałam, co odpowiedzieć i jakby nie było, troszkę się przestraszyłam. Wytłumaczyłam jednak , że to zalecenie hematologa, a on  chyba wiedział, co przepisuje. Tym oto sposobem, dostałam jedną szczepionkę w lewe ramię i drugą w prawe. Bolało, kurczę blaszka. Ale byłam twarda ;) Przy wyjściu usłyszałam po raz kolejny, że powinnam nie wychodzić i nie kontaktować się z ludźmi przez 4 dni. Hehehe. Przyjęłam do wiadomości po raz kolejny. Szybko uciekłam do domku i zabarykadowałam się w swoim pokoju. Centrum dowodzenia przeniosło się na łóżko. Póki, co mam lekkie zawroty głowy, a z mniej smacznych objawów wystąpiło  zwrócenie śniadania.  Zniosę jednak wszystko, byle zobaczyć upragniony wynik leukocytów, który zmieści się w normie. To jest mój czas, to są moje historie.

Zaopatrzyłam się w gry, wzięłam też na siebie odżywianie taty. Ponieważ ma On podwyższony poziom złego cholesterolu a za mało  dobrego, dostał zalecenie od lekarza, aby prócz leków zmienił też sposób żywienia.Nie sztuka brać tabletki, które bez prawidłowego pożywienia nie wniosą nic dobrego. Tak, więc siedzę, czytam, rozpisuję. Tata nie ma wyjścia, musi się zmienić, żeby mógł żyć. A jego zły cholesterol przekroczył normę tylko o 34. Ciekawe, co robią ci ludzie, którzy mają grubo za dużo tego złego bandyty. Czy zdają sobie sprawę z konsekwencji? A to przecież bardzo łatwo jest zmienić, trzeba chcieć. Coś, za coś. Myślę, że przedłużenie sobie życia jest o wiele większą słodyczą od tych wszystkich niedobrych produktów, które mogą wysłać człowieka na tamten świat.  Hm. Ja to chyba powinnam zostać jednak dietetyczką. Podoba mi się to :)

Uciekam.

wtorek, 29 listopada 2011

"Jeżeli masz wątpliwości - mów prawdę",  powiedział Mark Twain. Mało wystąpiło sytuacji, w których musiałam milczeć, pomimo tego, iż chciałoby się powiedzieć, co tak naprawdę się myśli. Jestem osobą, która posiada niewyparzony język w chwili, kiedy coś mi uwiera w tych zwojach mózgowych, a tym bardziej, gdy to uwieranie związane jest z drugim człowiekiem. Szczerość boli, ja wiem i mimo, że na sercu robi się lżej, bo wyrzuciło się z siebie, to co nie pozwalało normalnie funkcjonować, to w miejsce tego pojawiło się poczucie, że zrobiło się przykrość, że nie wyjaśniło się sytuacji do końca, że mój obraz drugiej osoby, okazał się zbyt jednostronny bez dania szansy pokazania swojej drugiej strony. Do wczoraj. Cenię sobie ludzi, którzy są szczerzy, którzy potrafią zabrać głos, którzy nie boją się tego, którzy nie milkną i udają, że nic się nie stało. Jest to bardzo dobra cecha, nie każdy ją posiada. L., przepraszam za to zbyt jednostronne potraktowanie jeszcze raz :) Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy. Każdy z nas ma wady, ale czym byłby bez nich świat? Sztuka wybaczania jest najlepsza na świecie :) Teraz czekam na wyzdrowienie, a rok 2012 przyniesie nowe cele, nowe szlaki, nowe przygody, ja to czuję :)

Tia. Jutro zaczynam batalię u lekarza, a później szczepionki i reżim, który będzie trwał całe 5 dni. Robię zapasy lodówkowe, żeby nie wciągać w kupno tatę, bo zawsze, jak go po coś posyłałam, to nigdy nie kupił mi tego, co chciałam. Dlaczego? Bo nie czyta etykiet, bierze, co leży, a ja niekoniecznie jadam takie rzeczy...  Pewnie kiedyś, gdy się nie znałam, zrobiłabym to samo, ale teraz jako spec, wymagam wartościowszego pokarmu :)

A za oknem mrozik. Czekam na zimę, na skrzypienie pod butami, na odbijające się słoneczko w tafli lodu...
Na śnieg też czekam. I na ośnieżone trasy narciarskie. Na ostrą jazdę bez trzymanki również. 3 lata w plecy. 3 lata zmarnowane....

niedziela, 27 listopada 2011

Wydawać by się mogło, że człowiek w tym swoim życiu poznał  na tyle zachowania ludzkie, że już nic więcej go zaskoczyć nie może, że uprzedzenia jakie posiadał, co do niektórych osób, były chwilowe i tak naprawdę nie miały żadnego znaczenia na dłuższą metę, bo siła zapomnienia w człowieku była większa, bo w końcu nie trzeba pamiętać, o niektórych wadach ludzi. Niestety, umiejętność zapomnienia ma się nijak do tego, co napisałam w momencie, kiedy dostaje się dowód, że wada ludzka trwa, a co gorsze, kiedy ta wada dotyczy przełożenia, że pieniądz jest ważniejszy od człowieka, i to wcale nieduża wartość papierkowa. Ja nigdy w życiu bym się nie upomniała o takie rzeczy, a tym bardziej, gdy wiedziałabym, jaką człowiek ma sytuację. Ja, ja, ja..., JA przede wszystkim sama bym zwróciła, bo byłaby to dla mnie oczywistość... O, co chodzi? Długo zastanawiałam się, czy o tym napisać, czy wywlekać to na światło dzienne, bo osoba o którą chodzi, może to przeczytać. Nie wiem, czy tak się powinno robić, ale jak widać - napisałam. Dlaczego? Bo boli mnie takie podejście do życia... Wszystko inne też mnie boli, ale wypieram z głowy. Szkoda tylko, że moja wartość wyniosła całe 20 zł. Bo 10 zł, zostało podarowane... 

Jak wiecie, wczoraj miałam być na wycieczce. Nie byłam. Lekarz zabronił. Przyszły tydzień to szczepionki, nie mogę zachorować. Góry, ostre powietrze + wylany pot = mogłyby się równać chorobie. Mam granulocytopenię, a jak wiadomo jest to choroba bardzo groźna i niebezpieczna. Gdy będę zaszczepiona, mogę pomyśleć o jakiś rozrywkach, póki co, nie ma opcji. Nie ryzykuję. I to właśnie jest powód, w którym dowiedziałam się, że "ktoś" jest stratny 20 zł, bo nie jadę. Gdyby ten ktoś mnie znał, wiedziałby, że ja długi oddaję. Bez względu na wszystko. Kisioł, ty wiesz :)

Szczepionki już na mnie czekają w aptece, było ciężko je zdobyć, ale udało się, panie farmaceutki stanęły na głowie. Koszt 385 zł... A tu idą święta, Mikołaj, choinka, Amelki urodziny. Ech... W środę się będę szczepić. We wtorek jeszcze uderzam do rodzinnego, żeby dał zlecenie na wykonanie szczepionek, a od środy reżim i czekanie, aż szczepionki zadziałają, i pobudzą szpik kostny do produkcji leukocytów, żebym nie musiała przechodzić leczenia immunosupresyjnego...

Na kaloryferze rozmrażam sobie szpinak i truskawki, za chwil kilka powstanie z tego pyszny koktajl zdrowotny :)
Życzę wszystkim udanej niedzieli. Spędzonej przy kominku, z dala od trosk i zmartwień...


czwartek, 24 listopada 2011

wtorek, 22 listopada 2011

Mieszkam na bombie, która lada moment może wybuchnąć! Bomba chorobowa ma się rozumieć. Jeszcze się trzymam, ale nie wiem, jak długo, bo katar powrócił i dziwne samopoczucie. Stany podgorączkowe towarzyszą mi przez cały czas, a wszystko zaczęło się w weekend...

Najpierw mama bratanicy oznajmiła, że boli ją gardło i bardzo źle się czuje. Amelka, oczywiście przebywała u mnie, po wcześniejszym kontakcie ze swoją mamą. Nic tam, że wiedzieli iż nie mogę mieć kontaktu z osobami chorymi lub takimi, które noszą w sobie ukrytego wirusa. Od zawsze byłam olewana, a moje problemy zdrowotne bagatelizowane. Jak powiem małemu dziecku, że nie mogę się do niej zbliżać, że nie mogę jej wziąć na ręce, przytulić? Przecież dziecko nie zrozumie, mało tego, będzie jej smutno i przykro, że ciocia jej nie chce. A przecież tak nie jest, ja robię to dla swojego dobra. Piątek jakoś przeżyłam. Amelka była pociągająca, ale bardziej miało się to jako tik, który pozostał jej po katarze, bo ile razy wysmarkiwałam jej nos, tyle razy nic jej nie leciało... Sobota. Dziecko do południa, a wieczorem posiedzenie z sąsiadem. Brat z tatą i Amelką... Mama Amelki też przyszła, jakoś choroba dziwnie jej minęła? Alkohol odkazi? Ble. Niedziela. Dziecko od rana, bo mama Amelki się źle czuje, jest chora! No tak, po co się leczyć, samo przejdzie? Po południu Amelka znowu przybyła. Nie pytajcie, czy byłam zła, bo to się nawet nie przekłada na słowa, których chciałabym tu użyć. Nie ważne. Dziecko tylko ze mną, babcia jest zła i be. Mała była jakaś taka dziwnie spokojna, co u niej nie zdarza się zbyt często. Siedziała mi na kolanach, tuliła się, nie chciała się bawić. Wieczorem poszła. Ja zaczęłam się dziwnie czuć, ale pomyślałam, że to przez zmianę pogody. Bolała mnie głowa, byłam senna. Nie wpadłam na to, żeby zmierzyć temperaturę. Wieczorem sms - Amelka ma gorączkę, nie idzie do przedszkola. No pięknie! Od razu chwyciłam za termometr. 37,6. A tyle razy mówiłam, prosiłam, dajcie mi spokojnie wyzdrowieć, nie przysparzajcie  dodatkowych problemów, bo mogę nie zwalczyć... Wzięłam Gripex i położyłam się do łóżka z nadzieją, że rano poczuję się lepiej. Poniedziałek. Samopoczucie pod psem, ale i tak musiałam pójść do MOPS, a później na wizytę do endokrynologa. Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna, byłam bardzo zmęczona. 5 godzin chodzenia. Czułam się słaba, nie tak, jak dawniej, kiedy mogłam chodzić i chodzić, i chodzić. Wyniki TSH w normie, pomimo podwyższonych parametrów w stosunku do wyników z poprzednich miesięcy. Powodem takiego stanu był preparat żelaza. Tarczyca w obrazie USG bardzo malutka. Z roku na rok, będzie produkowała coraz mniej hormonów... Doktor oznajmił, że pomogę jej nadal jedząc w taki sposób, w jaki jem. O tym nie musi mi przypominać. A gdy moje jedzenie nie spowoduje już jej lepszej pracy, czekają mnie hormony.  Co to jej wpływu na znaczące obniżenie się białych krwinek, to... Absolutnie tarczyca nie jest winna! Nie ma co doszukiwać się przyczyny w niej, trzeba szukać powodu tak drastycznego spadku - słowa lekarza. Każdemu najprościej zwalić na tarczycę, kiedy nie wiadomo, o co chodzi. Kolejna kontrola 16 sierpnia. 
Jeżeli chodzi jeszcze o poniedziałek. Amelka ma anginę! Od wczoraj mam zabronione spotykanie się z nią. W trosce o moje bezpieczeństwo. Niestety, bo dziecko niczemu winne nie jest i na pewno nie rozumie, dlaczego nie może iść do cioci. Mama, jakby góra potrzebowała, ma, a raczej miała tam pójść i jej popilnować, ale niestety nie pójdzie! Dlaczego?
W dniu dzisiejszym przyszła do mnie, że coś jej wyskoczyło po jednej stronie na tułowiu, boli ją to. od tygodnia miała dziwnie objawy okolicy krzyżowej... Gdy to zobaczyłam,  wiedziałam, co to jest. Półpasiec!

Tak, więc, jak widzicie nie mam lekko, tym bardziej, że nigdy nie chorowałam na ospę. Siedzę sobie zatem sama w pokoju, zero kontaktu z domownikami - zabronione zbliżanie się do mnie. Muszę wytrzymać jeszcze tydzień. Gdy już dostanę szczepionki, na pewno będzie lepiej, oby. Dzisiaj jeszcze czeka mnie dentysta, nie chce mi się iść, bo czuję się słaba, ale nie mam wyjścia. Zęby też są dla mnie bardzo ważne. 

Oddalam się. Mam misję na szpinak. Dla zdrowia!

Update 14:32
Postał obiad!
Bagienne naleśniki z zielonym ogórkiem, serkiem wiejskim i wyprodukowanym przez mua, sosem czosnkowym - pycha!!! Bo zdrowa dieta jest najważniejsza :)
 

Update 14:40 Sonia warczy i szczeka przez sen. O,  i jeszcze chrapie. Jest niezła :D

piątek, 18 listopada 2011

Jak wiecie, albo przynajmniej niektórzy z Was kiedyś tam wyczytali, był czas, w którym definitywnie(mogłoby się wydawać), rzuciłam palenie. Zrobiłam to przede wszystkim dlatego, że papierosy były dla mnie zbyt drogie, a przez chorobę nie mogłam pracować, a tym samym zarabiać i wydawać na te "nikotynowe przyjemności". Drugim powodem było przekonanie, że może  przez papierosy nie goją się rany. Postanowiłam spróbować, chociaż nie ukrywam było ciężko, bo bardzo lubiłam palić. Tabletki mi pomogły i w niepaleniu wytrwałam 10 miesięcy, aż do momentu, kiedy to z Kisiołem wyjechałam do Lądka Zdroju. To tam znowu zapaliłam... Co poczułam? Niesamowitą przyjemność w płucach, ale też poczucie, że zdradziłam siebie, że nie wytrwałam w postanowieniu, że jestem słaba. W miarę wypalanych papierosów, zaczęłam zadawać sobie pytania, czy warto? Odpowiedź była prosta - oczywiście! Papieros mnie wyciszał, pozwalał cieszyć się chwilą, w której był palony, uzależniał jeszcze mocniej niż wcześniej, ale pomagał też wytrwać w momentach dla mnie problematycznych... Kryłam się przed mamą, żeby jej nie wciągnąć w ponowny nałóg... Aż tu pewnego dnia, przyniosła do domu z pracy ulubionego przez nas papierosa She, velvet mint. Zapaliłyśmy... I od tej pory kurzyłyśmy je potajemnie, jak nie było taty. Mama odczuła tą samą zdradę siebie... Czy to jest nasza życiowa porażka? Nie podchodzę do tego w taki sposób. Wszystkiego sobie w życiu odmówiłam, choroba zabiera mi dużo cennego czasu, nie mogę żyć normalnie, co mi pozostaje poza chwilą relaksu z papierosem w ręce, po którym się śmiedzi? E papieros! Ponieważ nie mogłam sobie  poradzić z poczuciem zdrady siebie, mama zresztą też nie, postanowiłyśmy wspólnie, że czas na zmiany!
Od dwóch dni jesteśmy szczęśliwymi posiadaczkami e papierosa Mild Sin!
Kosztował mamę, bo to ona wyłożyła swoje oszczędności 99zł +liquidy, którymi się zapuszcza kartomizer (czyli imitację filtra) 140 zł. W zestawie jest ładowarka do komputera i cliromizer (drugi "filter") Co do liquidów, wzięłyśmy smak arbuzowy i wanilię !!! Ten pierwszy - rewelacja! Wy sobie nie wyobrażacie, jaka to jest słodycz. Technika palenia jest inna, aniżeli w zwykłym papierosie i przyjemność, jaką się czerpie przy każdym zaciągnięciu również. Już nie śmierdzę, para wodna nie zatruwa nikogo, a przyjemny zapach arbuza unosi się po domu. Nie brakuje strzepywania popiołu, jedno jest inne - papieros jest ciężki, a tym samym nie da się go trzymać w dwóch palcach, ale można się przyzwyczaić... Naszym celem jest jeszcze zakup liquidu czekoladowego i kawowego... :) Dlaczego mama dała pieniądze na e papierosa? Bo jej się mnie strasznie zrobiło żal, że tyle kłód mam wiecznie pod nogami, że muszę walczyć o wszystko, że staram się żyć, jak inni, ale organizm nie zamierza iść ze mną w parze... Moja mama... Ostatni czas, w którym z nią przebywam jest dobry. Nie kłócimy się, mamy lepszy kontakt, cieszę się. Zawsze brakowało mi "normalniej" mamy, i chociaż jej stosunki z tatą nie są normalne, chociaż dużo przezywa, krzyczy i jej misją życiową jest oglądanie polityki i komentowanie, to bardzo mi pomaga jej obecność. Bez niej nie wyobrażam sobie swojego życia, dlatego staram się jak mogę, wynagradzać jej to, że tkwi przy mnie. Głównie za sprawą potraw, czy też deserów, które przyrządzam, wszak do serca najlepiej się trafia przez żołądek, czyż nie? Mama jest wybredna, ale moje kucharzenie jej smakuje. Przekonała się do zdrowej kuchni, zamieniła złe rzeczy na te zdrowsze, tata tylko woli "żreć" a nie jeść. Tłuste potrawy, bllee! Nieumiejętność komponowania posiłków taka sama. Przyzwyczaili się, że gotuję osobno i się dzielę :) Mama korzysta, tata nie zawsze. Często mówi, że trawy nie jada..., spróbować nie chce, a przecież Pesto brokułowe jest najlepsze na świecie :) Dzisiaj na obiadek serwowałam Tagiatelle z pesto brokułowym + brukselką i oliwkami. Czego pragnąć jeszcze? Zdrowia! No i pysznego deserku, który przygotowałam dla wszystkich... Taki jesienny, lekki deser w postaci galaretki z herbatki owocowej i cytrynowej, serniczka na zimno, który wypełnia wnętrze galaretek z polewą śmietankowo-czekoladową, która osładza zimne wnętrze deseru i ukryte w nim kwaskowate mandarynki z Kauflandu... Całość otulają kostki lodu z galaretki, a także płatki migdałowe, posypane tartą, gorzką czekoladą... Mmm... pychotka, a do tego jaka zdrowa! Ktoś chce? Proszę się częstować :)


Poza tym, to żyję, nie choruję. Nadal izolacja. Nawet u rodzinnego nie musiałam czekać w kolejce, bo ze względu na mój stan wziął mnie w pierwszej kolejności. Przyszły tydzień z lekarzami. Endokrynolog, dentysta, MOPS, weekend wyjazd, a kolejny poniedziałek przybliży mnie do zastrzyków... A potem znowu odizolowanie, żeby wszystko mogło zacząć sprawnie działać...

wtorek, 15 listopada 2011

Opadają mi ręce. Dosłownie. Jakkolwiek bym się chciała pozbierać, to zawsze wyskoczy coś, co zgasi moje przekonanie, że teraz już będzie dobrze. No bo jak zdrowieć, gdy się nie ma na leki lub gdy ceny potrafią zabić? Udałam się dzisiaj do apteki, żeby teoretycznie dowiedzieć się, na jakim poziomie będą kształtować się cyferki za poszczególne leki, które dostałam na recepcie od hematologa. Na samym wstępie farmaceutka poinformowała mnie, że wszystko co jest wypisane na białej, podłużnej kartce, która potocznie zwie się receptą jest pełnopłatne, czyli NFZ nie refunduje. W porządku, to jeszcze mnie nie zdołowało, miałam nadzieję, że te ceny nie będą aż tak wysokie, jak moja głowa sobie wyobraziła, zupełnie nie wiem dlaczego tak jej przyszło. Półkule wyczuły a farmaceutka potwierdziła. Za wszystko 385 złotych! Nawet teraz, gdy to piszę, boli mnie coś w środku. Gdybym miała pewność, że to, co tyle kosztuje, pomoże to jeszcze nie byłoby tak tragicznie, ale ja tej pewności nie mam, nikt mi też tego nie zagwarantuje. Takie kwoty są poza moim zasięgami, rodzice owszem pomogą, ale ja nie mogę wiecznie na nich żerować, nie chcę, nie godzi się to. Jestem dorosła, powinnam dbać o siebie samą. Oni mają dość wydatków, bo pomagają bratu na budowie. Wiem, budowa domu nie przekłada się na walkę o zdrowie, nie powinno się tego nawet porównywać, ale mnie jest źle z faktem, że wiecznie jestem na ich łasce. MOPS daje parę groszy, ale to nawet na te leki by nie starczyło. A tu jeszcze jest bratanica, która też by coś chciała, żeby ciocia jej kupiła, za co? Boli takie życie, a ja nie lubię gdy w głowie klarują się myśli, po co żyć? Ale są to tylko myśli i pytania, które powstają w chwilach słabości. Na szczęście moja silna psychika pozwala sobie to jakoś przetłumaczyć. Wiem, że jeszcze mam tu dużo do zrobienia, na ten moment akurat nic mądrego nie przychodzi mi do głowy, co by to "dużo" miało oznaczać, ale na pewno w przyszłości to wyjdzie, jak nie w praniu, to może gdzie indziej ;)

Jutro czekają mnie badania, które sprawdzą jak tam się ma moja tarczyca. Muszę też zrobić badanie OB i ferrytynę. Ta druga  ma za zadanie utrzymać żelazo w dostępnej, nieszkodliwej formie. Hematolog chce sprawdzić, jak rozkładają się jej parametry, wtedy będzie wiadomo, czy na pewno nie muszę brać żelaza, a OB pokaże, czy nie ma u mnie żadnego stanu zapalnego, który mógłby powodować znaczny spadek leukocytów. I na ten tydzień tyle "nie"przyjemności mnie czeka. W przyszłym odwiedzę endokrynologa, dentystę i placówkę zwaną MOPS. 

Nadal unikam skupisk ludzi, w których mogłabym złapać jakąś infekcję. Jest to trochę ciężkie do zrealizowania, bo np. w niedzielę na mszy usiadłam w ławce, a z mojej lewej i prawej strony dosiadły się kaszlące i kichające panie. Czasami nie ma możliwości całkowicie się odciąć. Mając wiarę, że w kościele nic złego mnie nie spotka, nie przesiadłam się. Póki, co jestem zdrowa ;)

niedziela, 13 listopada 2011

Organowa niedziela. 

W piątek, w mojej parafii odbyło się uroczyste poświęcenie organów, które zostały sprowadzone do nas z Niemiec, aby rozbrzmiewać nie tylko na mszach świętych, ale również na koncertach, które  będą organizowane w kościele ze względu na bardzo dobrą akustykę. Oczywiście, byłam na uroczystości. Poświęcenia dokonał ksiądz Tadeusz Rakoczy, biskup ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej. Nigdy wcześniej nie miałam okazji być na takim wydarzeniu. Ponadto, koncerty w kościele św. Józefa, który nosi miano Świątyni Pokoju, są jednym ze sposobów propagowania idei pokojowych i ekumenicznych. Cóż mogę napisać, podobało mi się i czekam na więcej :) A dzisiaj? Gdy przy rozpoczęciu mszy świętej organista uderzył w klawisze, zostaliśmy zagłuszeni. Ksiądz  pod koniec mszy oznajmił, że teraz będziemy musieli się naprawdę postarać, aby nas usłyszano, a to nie była całkowita moc instrumentu. O masakro, obawiam się o swoje bębenki, gdy te organy osiągną maksimum swoich możliwości :)

Myślałam, że uda mi się przechodzić zimę w butach, które służą głównie do pieszych wędrówek po górach - niestety jestem zmuszona zakupić obuwie stricte zimowe! Palce u stóp marzną mi natychmiast po wyjściu na dwór, pomimo dwóch par skarpet na nogach. Cóż zrobić, jak krążenie nie chce współgrać? Nie mogę też zachorować, bo nie zwalczę wirusów, dlatego muszę się maksymalnie zabezpieczyć. Póki, co działam normalnie, pomijając ciągły katar. Ale któż go teraz nie ma?  

Dziękuję za pamięć i modlitwę, bardzo mocno :)

sobota, 12 listopada 2011

Jesienna samotnia trwa. Popijam miodowego grzańca, za mną gospelowski chór walczy w Mam talent o jakieś konkretne miejsce, a z kuchni kusi zapach upieczonego przez rodzicielkę ciasta z czarną porzeczką,... Muszę poczekać, aż straci ciepłotę, która mogłaby wyrządzić zło mojemu żołądkowi. Zwykle nie jadam o tej porze, ale dla takiego ciasta zrobię wyjątek, osłodzę sobie tę ponurą sobotę, a co!

Byłam dzisiaj u hematologa. Czeka mnie prawdopodobnie leczenie immunosupresyjne, niestety. Dostałam  zastrzyki, które powinny pobudzić leukocyty, a przy okazji uodpornić mnie trochę, jednak nie wiadomo, czy organizm zareaguje, dlatego mam się nastawiać na to obciążające  leczenie.  Co jest przyczyną wadliwej pracy białych wojowników? Nie wiadomo tak do końca, doktor obstawia chorobę z autoagresji organizmu. Żelazo mam w normie, ale muszę jeszcze wykonać jedno badanie, które pokaże na jakim poziome kształtują się rezerwy żelaza. Zdaniem pani doktor, organizm wchłania go dobrze. OB - też mam wykonać. Jeżeli w organizmie jest proces zapalny, to źle i będę wymagać dalszej diagnostyki. Cóż jeszcze..., zastrzyki, które dostanę, uziemią mnie na cztery dni. Nie będzie wolno kontaktować się z nikim, bo odporność zostanie jeszcze bardziej obniżona, a że ja jej prawie w ogóle nie mam, to jedno kichnięcie, a będę leżeć i kwiczeć. O ile oczywiście wydam z siebie głos ;) W poniedziałek dowiem się, jaki to jest koszt, bo oczywiście nic za darmo. Ech. Hematolog wyjaśniła mi też, na czym polega moja przewlekła leukopenia. Zostałam skazana na całe życie. Anemia, popadanie w choroby już mnie nie opuści, koleżanka anemia stała się niechcący moją drugą połową. Było to nieuniknione, 2 lata chorowania nie mogło przejść bez echa. I mimo, że teraz hemoglobina i inne podskoczyły, zapewne za jakiś czas spadną, a ja znowu będę musiała zażywać preparat żelaza. Super. Dlatego czekają mnie częste morfologie... Teraz to wiem, ale czy nie zapomnę, gdy wrócę do pracy? Kto by miał czas się regularnie badać... A tak, zapomniałam, że z takimi wynikami nikt mnie do pracy nie puści. Niech się te białe wojowniki ruszą, niech ten szpik zacznie działać, jak należy, niech wartości przestaną spadać! Ja nie chcę leczenia sterydami. Pani doktor powiedziała, że jest to leczenie bardzo obciążające organizm i stosuje się je ostrożnie, jednak gdy u mnie nic się nie wyjaśni a leukocyty nadal będą lecieć, to nie będzie wyjścia... Chlip. I jak tu myśleć pozytywnie, no jak? Staram się uciekać od złego, wczoraj nawet byłam na koncercie w mojej parafii z okazji poświęcenia organów. Nic mi to nie pomogło. No nic. 26 listopada udaję się na wycieczkę i nikt mi tego nie odbierze, wtedy zapomnę. Magurko - Witaj.

Przepraszam, ze zaniedbuję wasze blogi. Postaram się częściej tu bywać.

środa, 9 listopada 2011

Czas leci, a ja jakoś nie mam ochoty na głębsze przemyślenia w związku z tym. Odzwyczaiłam się od wylewania swoich myśli w tym świecie i nie wiem, czy to jeszcze kiedykolwiek wróci. Jesień nie jest dla mnie odpowiednią porą roku. Budzę się i od razu w głowie pojawia się myśl, że muszę dotrwać do końca dnia. Staram się nie popadać w stany dołujące, ale one same do mnie przychodzą. Z niecierpliwością czekam, aż zrobię wyniki, które pokażą, jak pracuje tarczyca, obawiam się, że to ona jest przyczyną. Coś dzieje się nie tak i ja to czuję. Chciałabym się pomylić. Oby.

niedziela, 6 listopada 2011

Weekend dobiegł końca. O tej porze zwykle już śpię, ale dzisiaj jakoś nie mogę zasnąć. Piję kolejną herbatę, tym razem czerwoną i czekam, aż oczy zaczną się kleić, tym bardziej, że jutro wstaję wcześniej, przedszkole i obowiązki. Co u mnie?

Otóż, wizyta u hematologa nie odbyła się. Mogłam jechać na wycieczkę z PPTK-u, niestety, kiedy zostałam poinformowana o fakcie, iż pani doktor jednak nie będzie, Leszek zdążył mi wysłać dwa MMS z trasy. Szkoda, że tak to wszystko wyszło, tym bardziej, że pogoda dopisywała. Ale nic tam, podobno 27 listopada jest kolejna wyprawa, i jak tylko Bozia da, to pojadę. Coby się nie smucić, postanowiłam sobie osłodzić wczorajszy wieczór i upichciłam dwa zdrowe placki. Pierwszy to czekoladowe ciasto z uwaga....  fasoli! Nic bardziej zdrowego! Oczywiście już go nie ma, tak wszystkim smakował, a drugi z otrębów i płatków owsianych z domieszką jabłka w kisielu. Tego też już nie ma - chlip :) Ale były bardzo pyszne, polecam każdemu, co odnajduje się w kuchni, przepisy można znaleźć na blogach Dietetycznie siostro i z Kotem w kuchni. No.

A dzisiaj pojeździłam sobie na rowerze. Konar wysłał sms, czy się nie przejadę i oczywiście nie zastanawiałam się ani chwilki, tym bardziej, że tak ciepło było. Przyjemnie upłynął  ten dzień, ech, chciałoby się więcej. 

Oddalam się, poszukam Morfeusza, bo jak on do mnie nie chce przyjść, to ja wybiorę się do niego. Inaczej jutro nie wstanę.

środa, 2 listopada 2011

To jest jednak niezłe. Wystarczy zmienić kolczyka, którego się ma w wardze, z mniej widocznego na bardziej, a ludzie przestają patrzyć się w oczy lub od razu uciekają wzrokiem, kiedy oczy posiadacza kolczyka nakierują się na nich. Posiadacz kolczyka to oczywiście ja  - Respekt! Bójcie się, bo ja od razu biję, nie pytam, czy się wie za co, no!



wtorek, 1 listopada 2011

Dzień zadumy i wspomnień. Wiele bym dała, żeby być na grobach bliskich w Bieszczadach, żeby móc porozmawiać z żyjącymi ciociami, wujkami, kuzynostwem. Rok w rok mi tego brakuje, pamiętam gdy byłam mała, wsiadaliśmy na dwa dni przed listopadem w żółtego maluszka, którego wtedy mieliśmy i wyruszaliśmy o 3 nad ranem przed siebie. Kiedy jeździł z nami brat, to on prowadził i wtedy dojeżdżaliśmy szybciej, tata bardziej ostrożny, chciał nas dowieźć bardzo bezpiecznie, niekoniecznie szybko. Pamiętam, że w aucie spałam, tylne siedzenie umożliwiało mi rozłożenie się, głowę  trzymałam na mamy kolanach. Pamiętam, że gdy nie spałam, nogi  trzymałam na przednim siedzeniu i zaczepiałam nimi, pasażera siedzącego z przodu. Pamiętam, jak liczyłam samochody, jak machałam innym. A gdy dojechaliśmy do Jaćmierza, do babci (tam prawie zawsze spaliśmy), to moja babcia zawsze wychodziła przed dom, i było dużo pocałunków i przytulania. Potem, wspólnie jechaliśmy na cmentarz, gdzie dalsza część rodziny już tam była, dorośli rozmawiali długo, a my z kuzynami buszowaliśmy między grobami, zapalaliśmy znicze tam, gdzie nikt nie zapalił... Gdy już każdy zmarzł, jechaliśmy do którejś z cioć na posiedzenie. Zazwyczaj wracaliśmy do domu po 3 dniach. Nigdy nie chciałam wracać, ja tam czułam się, jak w domu. Nie lubiłam Oświęcimia, nie chciałam tu mieszkać, zawsze było dużo płaczu, gdy odjeżdżaliśmy... Tyle mi zostało. Będąc starszą, nie jeździłam z rodzicami, bo ktoś musiał zostać z psem, a potem? Potem, to tylko pogrzeb babci, który do teraz budzi we mnie żal i smutek, a gdy zamknę oczy, widzę ją w trumnie, taką piękną, uśmiechniętą. I tak bardzo ubolewam, że nie mogę jej odwiedzać, że nie mogę sobie przyjść na grób, usiąść i porozmawiać. Czuję, że gdyby żyła, miałaby dla mnie wiele cennych rad. Mówią, że z roku na rok, strata boli coraz mniej. Nieprawda, mnie boli ciągle tak samo. Nie zapominam, babcia nie jest wspomnieniem. Pamiętam każdą jej rysę, głos, uśmiech. Zamknę oczy i widzę ją, tylko dotknąć ani przytulić nie mogę...  A żeby móc tak cofnąć czas... Niestety, na dzień dzisiejszy pozostają mi tylko zdjęcia. Moja babcia Józia...

Pogoda za oknem piękna. Temperatura 10 stopni. Będzie ładnie. Nie śpię od 5:00, to wszystko ten czas... Wczoraj wieczorem Leszek przysłał mi sms, że wycieczka na Przełęcz Salmopolską została przełożona na 5 listopada, bo 12 ma nie być pogody. Tym oto sposobem nie jadę. W sobotę mam hematologa i niestety nie mam jak przełożyć. Chlip. Czuję, jakby sprawiła to jakaś moc, która teraz w duchu cieszy się, że nie jadę. Zawistna, podła, niedobra. Nie lubię jej! Dobrze, że jeszcze poza PTTK-iem można się organizować. Teraz Szczyrk zobaczę pewnie już w zimie, na nartach.  Chcąc osłodzić poranek, po takim smutnym wstępnie, przygotowałam sobie pyszną śmietankową owsiankę z cynamonem, jabłkiem, śliwkami, migdałami, i sezamowo-kokosową posypką. Dla mnie Yummy! Pomogło. 
Przepis na nią jest bardzo prosty.
  • 2 łyżki otrębów żytnich
  • 2 łyżki otrębów owsianych
  • 1 łyżka płatków owsianych górskich
  • 2 łyżki mleka granulowanego
  • 250 ml wody
  • jabłko (jak kto woli)
  • migdały
  • śliwki kalifornijskie
  • sezam
  • wiórki kokosowe
  • słonecznik łuskany
  • Wysoki błonnik z jabłkiem i cynamonem
  • opcjonalnie: aromat, cynamon, inne przyprawy (wg. gustu i smaku)
Wrzucamy do garnuszka otręby, płatki owsiane, mleko granulowane. Wkrajamy jabłko, wlewamy wodę. Ustawiamy na gazie i doprowadzamy do wrzenia, często mieszając, coby składniki nie przywarły do dna. Masa musi stać się gęsta, przynajmniej ja tak preferuję, dlatego gotuję je ok 5 minut, po tym czasie dodaję aromat, słodzę i wyłączam gaz, przelewam owsiankę do miseczki i dekoruję wg. uznania :)  Jest naprawdę pyszna, kusi smakiem i daje niesamowity zapach! Syci na bardzo długo... Polecam, najzdrowsze śniadanie na świecie.

niedziela, 30 października 2011

Dziękuję za pamięć i modlitwę. Sama proszę, aby wszystko jakoś  się ułożyło, przyjmę na barki każdą ewentualność. Pokonam  przeszkodę jeżeli trzeba będzie, uwzględniam też  gorsze momenty, one umacniają i pozwalają mi trwać.  Korzystam z pogody, chodzę, rozmyślam, obserwuję. Lubię tak. Pozdrawiam wszystkich.

piątek, 28 października 2011

Za oknem pełne słońce, na parę chwil można założyć na siebie mniej warstw. Fajnie i przyjemnie, gdy twarz owiewa ciepły wiatr, a promienie słońca docierają dosłownie wszędzie. Niech takich chwil będzie, jak najwięcej. 

Byłam dzisiaj u lekarza rodzinnego. Co tu dużo gadać, wizyta u hematologa  pilna. Nie mogę czekać do lutego, nie z takimi wynikami. Żelazo wstrzymane, na obecnym etapie nie jest wymagane. Zdaniem lekarza, winny jest szpik, został przyblokowany. Jakie leczenie, zadecyduje hematolog.  Tymczasem, nie wolno mi przebywać z ludźmi chorymi, bo lekkie przeziębienie może się zakończyć dla mnie źle. Dostałam leki na  katar i jakieś suplementy na podniesienie odporności.  Oby zadziałało.

Oddalam się. Nadal cierpię na nadpobudliwość ruchową ;)


czwartek, 27 października 2011

U lekarza nie byłam. Urządzenie smarkające nadal nie chce współpracować, ale dostrzegam zmniejszenie choróbska, chociaż nie przekłada się to na ból głowy, bo ta nadal daje się we znaki. Badania krwi zrobiłam (chociaż tyle). Spodziewałam się cudownego wyniku, chociaż szłam po niego bardzo niepewnie, dlaczego? Noc wcześniej śniły mi się czarne, zaplombowane zęby, które sobie sama wyrywałam. Do tej pory dwa razy miałam takie sny i za każdym razem skończyły się smutno. Niby nie wierzę w takie zjawiska, ale gdzieś w głowie zostaje. I oto po odebraniu wyniku nastąpił klops całkowity.  Białe krwinki jeszcze spadły w stosunku do ostatniego wyniku. Rozkład czerwonych  zły. Rozmaz automatyczny - zły, jedne wartości za duże, drugie za małe. Z dobrych wieści, wartości które miały się podnieść w wyniku zażywania Tardyferonu(żelazo), się podniosły. Żelaza mam już 80 jest to bardzo dobra norma. Czerwone krwinki, hemoglobina i inne osiągnęły normy, minimalne ale zawsze to prawidłowa wartość. W normalnych okolicznościach byłabym uhahana, ale tak nie jest. Martwi mnie pogłębiająca się leukopenia, nie mam w sobie odporności... Jutro, jak wstanę pójdę do lekarza poszukać pocieszenia. Do hematologa dopiero w lutym. Ale.

Coby nie było smutno, znalazłam pocieszenie. Kolega Leszek zakomunikował, że 12 listopada odbywa się wycieczka z PPTK-u. Beskid Śląski i Przełęcz Salmopolska. Oczywiście, że jadę, nawet już zostałam zapisana.

Oddalam się do lodówki, mrozi się tam mój mus jabłkowo-miętowy. Mniam :)

poniedziałek, 24 października 2011

Doch. Jako, że chorowanie samodzielne mi  nie przejdzie, postanawiam w dniu jutrzejszym udać się do lekarza, coby dostać jakiś magiczny lek na odgruzowanie miejsc, przez które powinno się wciągać powietrze. Ściślej, tych dwóch dziurek, znajdujących się tuż nad aparatem mowy. Jeżeli tego nie uczynię, zbankrutuję na chusteczkach higienicznych. Teoretycznie, nieleczony katar powinien zniknąć po tygodniu, u mnie jednak się nie zanosi. Stwierdzam też, że życie bez zapachu jest do bani, dlatego bez medyka się nie obejdzie. Poza katarem to raczej nic takiego mi nie dolega. No, prócz tego, że wiecznie  mi zimno, zwalam to jednak na panującą aurę, ale gdzieś tam w mózgu pojawia się myślenie, że może to moje wątłe zbudowanie sprawia, że łatwo się wychładzam? Jeżeli tkanka tłuszczowa jest za mała, może być taki efekt. Według pomiarów, mam jej za mało, hym, muszę się zatem przyzwyczaić? Niech będzie. Już dawno wyciągnęłam buty na zimno i grube skarpety, co mi tam - chciałam napisać, że dzięki temu będę zdrowsza, hehehe. Tia, ale bym skłamała ;)

Byłam dzisiaj w MOPS. Jałmużna odebrana, zaświadczenie o ubezpieczeniu również. Jutro powtórka z z rozrywki z tym, że bez zaświadczenia. Tyle mam, co sobie pochodzę. Jak obca. 

Amelka, dostała dyplomik, jesienna łąką udekorowana, się chwalę! Jutro pójdzie do druku, niech będzie pamiątka, a co :)
Odkurzam komputer, wywalam niepotrzebne rzeczy, raz za czas trzeba. Od nie wiem, jak dawna uruchomiłam gg i zapukał ktoś, kto nie wiem, ale rozmawia się bardzo ciekawie. Jednak mając na uwadze doświadczenia, sprawdzam, kombinuję, nie ufam. Mundrzejsza.

..., a w głośnikach Gotye.

czwartek, 20 października 2011

Plucha, ziąb, katar. U kogo jest inaczej? W dniu dzisiejszym na swojej drodze nie spotkałam nikogo, kto by nie był pociągający. Deszcz do tego i chłód = choroba jak się patrzy. Mam nadzieję, że moje przeziębienie minie i nie przerzuci się na oskrzela, albo na coś więcej (tfu tfu). Póki, co nie jest tragicznie i jakoś się trzymam. Gorączki nie odnotowuję, boli mnie tylko czaszka, mam nadzieję że to przez wytrzepanie u dentysty, bo odbudowałam zęba, koszt 280 zł. Jestem zadowolona, teraz będę chuchać i dmuchać, coby nic tam w szczęce się nie rozpadło. Wytrwale zażywam wapń i liczę na jego działanie ( się sama sobie dziwię, bo te suplementy to wiadomo, jakie są), ale Ania (Syrga) poleciła, a ona to się zna. Uch. Ale bym pooddychała nosem ;)

Poza tym to nudno. Nie biegam, nie jeżdżę, a całą moją aktywnością jest chodzenie. A chodzę prawie wszędzie (pomijając). Od listopada  nastąpi  zmiana, bo zapisuję się na step. Nie, nie sama. I Nie wiem, jak to będzie, nie wiem, czy się nie rozmyślę, ale na dzień dzisiejszy jestem na 90% pewna, że chcę chodzić. Dwa razy w tygodniu po godzince, może wystarczy? Znając moje wymagania, to nie, ale lepiej mieć cokolwiek, aniżeli siedzieć na czterech literach i nie robić zupełnie nic. 

Gdzieś tam marzę, że jeszcze uda się pojechać w tym roku na jakiś szlak i zobaczyć jesień w górach...

No, boli mnie głowa, no...

wtorek, 18 października 2011

Zabawa blogowa!

Zim była tak miła i wyróżniła mnie na swoim blogu. Zim, - ja dziękować i kłaniać się nisko ;) W związku z tym, że wywołano mnie do tablicy, zobowiązana jestem:

1. Napisać o sobie 7 rzeczy:
- lubię mieć porządek, nie znoszę kiedy na ziemi leżą paprochy a inni domownicy przechodzą obok i udają, że ich nie widzą.
- cenię sobie szczerość, bo uważam że warto znać najgorszą prawdę, aniżeli żyć ze świadomością, że się kogoś okłamało.
- nie znoszę zaborczości pod każdą postacią.
- lubię samotność, wtedy mam dużo czasu na myślenie;
- nikomu nie ufam na 100%
- panicznie boję się pająków i nijak nie mogę się tego pozbyć;
- gdy byłam mała, chciałam nazywać się Tomek :D
2. Wkleić obrazek  z wyróżnieniem na blogu... Patrzcie wyżej, obrazek jest :D
3. Kto mnie wyróżnił? Oczywiście, odpowiedź na początku.
4. Hm, no i tu jest problem. Kolejną rzeczą, którą miałabym zrobić to wyróżnić 16 blogów... Niestety, ja nie mam tylu w swoich zasobach, a te, co mam zostały już wyróżnione, więc mam nadzieję, że nic się nie wydarzy, nie spadnie na mnie grom z jasnego nieba za to, że nie wypełniłam tego zadania :)

Wracając do życia. Ostatnio prześladuje mnie dziwne wrażenie, że nie pasuję.

Idę dzisiaj do dentysty i nie wiem, jak wysiedzę na tym fotelu. Powód? Potworny katar! Przyszła kryska na Matyska. Amelkowa choroba dopadła i mnie. 

Zjadłam dziś bigos. Kurna był to chyba duży błąd, bo boli mnie żołądek. Jeszcze trochę czasu do wyjścia mam, ale jak tak nie przejdzie, albo co gorsza jelita też zaczną strajkować? OMG :)

niedziela, 16 października 2011

Na dziś troszkę spokojnych brzmień.





 Życzę Wam przyjemnej niedzieli :*

sobota, 15 października 2011

Jejuniu, znowu sobota, a ja coraz rzadziej piszę. Nie to, że nic nie dzieje się w moim życiu, bo się dzieje, ale jakoś czasu na napisanie nie znajduję, bo albo literki nie chcą sklejać się w słowa i zdania, albo wena odchodzi, albo sama  w sumie nie wiem. Nadrabiając, spieszę donieść, że  głowa się zagoiła, w czwartek wyjęli mi szwy. Nie powiem: nie bolało, bo bolało i do dzisiaj czuję miejsca "operowane", ale powolutku wszystko zaniknie. Leczenie chirurgiczne zakończone. Co dalej, MOPS będzie pomagał mi do końca roku. Fajnie, że będę miała kawałek grosza, pozwoli to zaspokoić trochę tych moich potrzeb. A potrzeby są duże. W związku ze zgubieniem ponad 25 kg, szafa stała się praktycznie pusta, wszystko, co miałam poszło dla biednych, o ile letnie ciuchy nie były drogie, o tyle zimowe już tak. Kurtkę  muszę kupić i nie tylko będzie miała mi służyć do chodzenia, ale także na wyjazdy narciarskie. Mam już nawet upatrzoną, tania nie jest, ale droga też nie. Mamusia dołoży :) Buty zimowe w tym roku pominę, kupię grube skarpety i jakoś obchodzę sezon - mam nadzieję. Rękawice zakupione, opaski również, postanowiłam tej zimy nie przemrażać uszu, taka jestem superowa, odpowiedzialna i mądra ;) I w sumie, to tyle. Zdolności do pracy mogę spodziewać się dopiero w styczniu 2012 roku, jeżeli oczywiście wyniki pójdą do góry. Końcem października idę się kłuć i do lekarza. A w listopadzie, dokładnie 22, endokrynolog, który sprawdzi jak się miewa moja tarczyca. Piszę tu, bo już zgubiłam karteczkę z terminem i musiałam kilka razy łazić na drugi koniec miasta, żeby dowiedzieć się, kiedy to mam iść do lekarza. Jakbym zgubiła ponownie (tfu tfu), to tutaj znajdę odpowiedź ;)

Pachnie mi tu kakaowiec gruszkowy... Właśnie piecze się w piekarniku. Naszła nas z mamą ochota na jakieś dobrocie, a najlepsze są domowe wypieki - to chyba nie podlega dyskusji. Wiemy, co dodajemy i na ile jest to zdrowe. Nasz placek w 100 g będzie miał ok. 200 kcal, ale czy to tak naprawdę ważne? Dla mnie tak, bo ja lubię znać wartości odżywcze. Takie zboczenie mi się zrobiło i nie zamierzam z tym walczyć, chociaż czasami bywa uciążliwe. Widząc cyferki, przeliczam, kalkuluję, zamieniam jeżeli trzeba. Takie moje ukochane zwariowanie.  Gdyby ktoś chciał przepis, można sobie wziąć, proszę :
Kakowiec gruszkowy
Składniki: 

- 4 jajka
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 3 łyżki kakao (naturalnego)
- 200 g masła
- 125 ml mleka
- 1,5 szklanki cukru (można użyć słodzika do ciast i wypieków)
- 2 szklanki mąki
- 4-5 średnich gruszek ( ja dałam 3 wielkie)
- 1/2 szklanki rodzynek ( o kurczę, zapomniałam o rodzynkach :D)


Roztapiam masło w rondelku, dodaję cukier, kakao. Doprowadzam do wrzenia i wyłączam palnik. Studzę masę, następnie dodaję powolutku przesianą mąkę, proszek do pieczenia oraz żółtka. Mieszam dokładnie. Białka ubijam osobno, a później dodaję do kakaowej masy, mieszam ponownie aż ciasto będzie miało jednolitą konsystencję, następnie wylewam na blachę (blachę mam wyłożoną papierem). Na wierzch kładę plasterki gruszek. Piekę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok 30 minut. Wychodzi taka oto dobroć, wuala!
Jak smakuje, przekonam się gdy placek ostygnie i zaparzy się kawa.... Mmmm.... już mi ślinka cieknie.

I co tu więcej napisać... Może to, że byłam wczoraj w cyrku z bratanicą... Porażka!

wtorek, 11 października 2011

Jabłka i ich moc! Szwendając się po rozmaitych forach w poszukiwaniu różnych informacji dotyczących, czy to odżywiania, czy też innych wypowiedzi, często spotykam się ze stwierdzeniem, że jabłka są złe, bo tuczą. Faktem jest, że nie każdy owoc można zjadać, jeśli się jest na diecie, ale na pewno nie należą do nich jabłka!!! Śmiać mi się chce, gdy czytam wypociny głodzących się nastolatek zakazujących zjadania tej okrągłej dobroci, bo utyjesz, bo przecież to same cukry, bo, bo, bo... DOH!!! A gdzie najważniejsze, że to witamina C, że to dużo błonnika, że w 85% to nic innego, jak woda. Cukry, ano są, ale lepiej jeść fruktozę, aniżeli zapychać się kolejnym Snickersem. Jest też żelazo, sód i wapń. Nasz organizm bardzo potrzebuje tych składników do życia. Jabłka moi drodzy nie tuczą!!! Wręcz odwrotnie. Pobudzają perystaltykę jelit, neutralizują toksyny, które znajdą się w naszym organizmie, koją błonę śluzową przewodu pokarmowego. Kto ma zbyt wysoki cholesterol niech też zjada jabłka - one mają zdolność obniżania. Tak samo, jak potrafią  znormalizować cukier we krwi i stabilizują poziom insuliny. A, co najważniejsze. Mamy jesień, wraz z nią uaktywniają się wszelakie wirusy, które sprawiają, że prychamy i kichamy. Jedząc jabłka, pogonimy śmieciuchy bakteryjne precz! Ja dziennie pochłaniam ich ponad 500g  pod każdą postacią! Nie patrzę, czy jest ranek, czy wieczór - nie popadam w paranoję. Fruktoza nie przeszkadza mi zasnąć, absolutnie. 

Wczoraj narzekałam, że na nic nie mam czasu. Pomyliłam się, znalazłam 80 minut na wieczorne bieganie po Plantach. Byliśmy tam tylko my - biegacze truchtacze :)
Czeka mnie dzisiaj wizyta u dentysty. Czyszczenie kanałów przed odbudową. Ciekawe ile mnie policzy, ale dosłownie aż się boję tam iść. Mieć zdrowe zęby = bieda materialna.

poniedziałek, 10 października 2011

Zajadam smutki. Prawdziwą gorzką czekoladą, taką lubię najbardziej. Najlepszy antydepresant na świecie, aby na pewno? Żeby hormony szczęścia się uaktywniły potrzebny jest ruch, a ja go nie mam! Na rowerze nie jeżdżę, bo pogoda nie sprzyja, nie biegam, bo mam tę głowę poszytą i muszę czekać na wyjęcie szwów, poza tym doktor nie pozwolił, a w sumie to nawet gdybym mogła biegać,  nie znajduję czasu na sport. Czuję się taka niespełniona, bo był dla mnie uzupełnieniem każdego dnia. Niby cały czas się ruszam, bo chodzę etc, ale to nie jest to samo.  W dalszym ciągu opiekuję się Amelką, bo jest chora... Nie wiem, kiedy wróci jej szanowna babcia, żebym mogła odpocząć psychicznie.  Jej zachowanie potęguje mój smutek. W każdej materii muszę z nią walczyć. Dawanie lekarstw, to jak kopanie się z koniem. Wygrywam, ale cierpliwość moja jest na wykończeniu. Pojąć nie mogę, skąd się biorą takie uparte dzieci. Rozumiem, wkracza w wiek lat 4, zaczyna pokazywać, że jej zdanie też się liczy, ale bez przesady. Odbija się to na mnie, a ja nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam. Nosa nie wysmarka, syropu pić nie będzie, nie ubierze się, nie uczesze... To dzisiaj chodzi rozczochrana i z nosa jej kapie, a ja czekam aż sama przyjdzie, żeby się wysmarkać. Widać, że jej to przeszkadza, ale upartość, z którą się urodziła, nie pozwala jej postępować inaczej. Tak, jakby mieszkał w jej jednym uszku diabołek i kusił, i namawiał żeby zrobić na złość. Najchętniej bym uciekła i nie wracała przez długie miesiące. Jeszcze Sońka tak linieje, że gdzie nie usiądę, czego się nie dotknę, mam na sobie pełno kudłów. Istny dom wariatów, Boże daj mi jeszcze troszkę wytrwałości, bo już naprawdę działam na rezerwach...

sobota, 8 października 2011

Słuchajcie ludzie! Potrzebna jest pomoc! Liczy się każdy grosik! Pomóżmy Ewelinie spełnić jej marzenia. Nie pozostańmy obojętni!

piątek, 7 października 2011

Ciężka noc za mną, praktycznie nieprzespana. Powodem był ból, a ja nie miałam nic przeciwbólowego. Od 5 rano się, że tak powiem męczę. Miałam dzisiaj umyć głowę, ale niestety nie jestem w stanie tego zrobić. Miejsca "operowane" obrzękły, przez co nie mogę schylić głowy, pulsujący ból chce ją rozerwać. Zaopatrzyłam się już w leki przeciwbólowe, ale jakieś lipne działanie mają. Najchętniej to bym tylko leżała, ale niestety muszę zajmować się Amelką od 7:30 do 16:00 Jest mi źle, ale cóż mam zrobić. Gdybym wiedziała, że to tak boleć będzie, nie wiem czy dałabym się zoperować, nie wiadomo co by było lepsze z dwojga złego. Ale, jak napisał Jakub, mam to za sobą i pozostaje mi teraz czekać na dzień, w którym ból zniknie a ja będę mogła zdjąć czepek i umyć głowę. Wiem, dlaczego tak cierpię, bo doktor wyrywał kaszaki na siłę. Długo ze mną przebywały, więc się zdążyły wrosnąć... No nic. Tyle w temacie cierpienia Salanee, jakoś zniesę, pokwilę sobie chwilkę, da to ulgę...

Z Amelką też mam przeboje. Jest chora, trzeba podawać jej syropek. Na kogo spadło? Oczywiście na mnie. Bunt jest, leków brać nie chce. Na szczęście mam na nią swój sposób. Nie jest dobry, bo muszę ją szantażować wiem, że nie wolno, ale działa, muszę tak robić, żeby mała wyzdrowiała. Ostrzegam ją, że jak nie wypije syropku, to wyłączę bajkę. O ile w pierwszym momencie myśli, że tego nie zrobię, to później sama buziak otwiera i żąda syropów, bo bajka znika. Nie ma lekko, ktoś musi być twardy.

Pogoda też nie rozpieszcza, prognozy pokazują deszcz w ogóle mi się to nie podoba.

czwartek, 6 października 2011

Halo, czy mnie widać? Hihi. W takim czepku przyszło mi dzisiaj wracać ze szpitala. Nie pomyślałam, że tak się to może skończyć, więc pozwoliłam tacie jechać do pracy samochodem, chociaż on chciał mi auto zostawić... Jakiż to był z mojej strony błąd. Przez całe życie nie miałam w sobie takiego wstydu, jak dzisiaj. Ze szpitala mam do domu na nogach niecałe 30 minut, ale nie wyobrażałam sobie, że pokonam tę odległość na nogach w takim czymś? Te wpatrzone we mnie ślepia innych same mówiły za siebie, a ja wiedziałam, że do domu w takim stanie na nogach nie pójdę, o nie! Gdybym miała kaptur przy kurtce, to jeszcze mogłabym iść, ale nie - przecież Aga na tak genialny pomysł nie wpadła... Nie było wyjścia, musiałam zadzwonić do taty, że przyjdę po samochód ( tata był w pracy w jednym z urzędów, te 10 minut byłam w stanie do niego przebiec, tak żeby być mało widoczną) Gdy już znalazłam się w aucie, odetchnęłam z ulgą, chociaż stojąc na światłach, wzbudzałam ogólne zainteresowanie pieszych przechodzących przez pasy ;)

Sam zabieg bolał. Już zapomniałam, co to znaczy troszkę pocierpieć. Zastrzyki znieczulające prawie rozsadziły mój mózg. Doktor porządnie się musiał namęczyć, żeby usunąć te nieszczęsne kaszaki. Jeden wyszedł bez problemu, natomiast dwa pozostałe stawiały opory, widać chciały ze mną zostać. Ujojcyłam się z bólu, ale jakoś przeżyłam. Teraz cierpię, bo znieczulenie przestało działać i straszliwie boli mnie głowa. W czepku pochodzę do jutra. Później mogę umyć głowę. Szczerze, wolę nie widzieć tego, co tam doktor zrobił, bo niestety musiał obciąć mi włosy w miejscach, gdzie znajdowały się kaszaki. Nie widziałam, czy wyciął do łysa, czy zostawił troszkę włosów, jak ja będę wyglądać? Dowiem się jutro. Jedyny plus jest taki, że włosy rosną mi szybko. Za tydzień zdjęcie szwów. 

Amelka chora. Nie poszłam z nią do przedszkola. Ma odpocząć do poniedziałku - tak powiedziała pani doktor. Nie dostała antybiotyków, bo to tylko przeziębienie, ale syropki tak one mają jej pomóc. Jutro z racji tego, że jej mama idzie do pracy, muszę się nią zająć dzień cały - do 15 znaczy się. Jakoś sobie poradzę, byle mnie po głowie nie biła. Ludki kasztanowe wysłane, ale miała radochę, kiedy jej powiedziałam, że znajdą się na takiej wirtualnej łące w komputerze. A jak już jestem przy Amelce, ostatnio nauczyłam ją przechodzić przez ulicę. To znaczy, przechodzimy tylko na pasach i za każdym razem jej mówię, że trzeba główkę odwrócić w prawo, żeby sprawdzić, czy nie jedzie auto, potem w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo. Po kilku razach, mała opanowała strony i  teraz sama mówi, czy możemy przejść, czy nie. Ja oczywiście trzymam ją za rękę i czuwam. Kiedy już jesteśmy na pasach, mała idąc ma podniesioną prawą rączkę - też zasługa cioci ma się rozumieć ;) A swojej babci, czyli mojej mamie się chwaliła, że : babciu, ja juz sama będę chodzić do psedskola, bo umiem iść po zeblach, a te zebly nie glyzą... i wiesz babciu, mam podniesioną lączkę, zeby mnie autko zauwazyło... Najśmieszniejsze jest to, że ona teraz tam, gdzie nie ma pasów nie chce przechodzić przez, bo przecież nie wolno :) Taka moja 3 i pół letnia pojętna drobinka. Uwielbiam tę jej mądrość. Pani w przedszkolu mówi, że jest ponad przeciętna, jak na swój wiek, to chyba dobrze, nie?

Idę odpoczywać, jakąś tabletkę wciągnę, żeby nie bolało i może porwie mnie Morfeusz.

środa, 5 października 2011

Hej, cześć i czołem. Ależ nas jesień rozpieszcza, nieprawdaż? Korzystając z jej uroków, kilka dni temu zrobiłyśmy z Amelką kasztanowo - żołędne ludki. Dzisiaj na blogu Kali, dostałam namiar na fajnego bloga, w którym można pobawić się wraz z dziećmi. Jako, że mamy taką, a nie inną porę roku, zabawa będzie dotyczyła właśnie kasztanowych stworków.  Na pewno weźmiemy w niej udział, może małej uda się zdobyć dyplomik, ona teraz potrzebuje pochwał, więc dzięki Kalu :)

A z życia. Byłam wczoraj u dentysty. Odbudowa zęba wyniesie 300 zł. Miałam nadzieję, że na tym się skończy, niestety nie ma tak kolorowo. Zanim zostanie odbudowany, trzeba mu będzie wyczyścić kanały, czyli kolejne 200 zł. Nie ma innego sposobu, a nie chcę stracić zęba. Ech, te geny.
Walczę też z nieprzyjemnymi konsekwencjami, które spowodował preparat żelaza. Z dwóch działań niepożądanych wolę jednak to, które występuje. Mam zakaz spożywania marchewki, ona potęguje objawy. Szkoda, że nikt mi o tym wcześniej nie powiedział. Do lutego - marchewko papa, a witajcie śliwki :)

poniedziałek, 3 października 2011

Troszkę mi się moje postanowienia skomplikowały i to, co założyłam, że wykonam, będę musiała przełożyć na początek przyszłego roku. W sumie mamy już (albo dopiero) październik, ale gdy pomyślę ile czasu jeszcze do stycznia, to troszkę mnie fakt siedzenia w domu przeraża. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że MOPS da mi pieniążki na ten czas, a ja będę mogła za pomocą leków sprawić, że wyniki krwi pójdą w górę i już nic nie stanie na przeszkodzie, żeby móc zarejestrować się PUP i otrzymać pracę. Pieniążki oczywiście nie będą duże, ale lepiej mieć coś, aniżeli nie mieć nic. Tymczasem gonię. Jutro czeka mnie poranna wizyta u rodzinnego, załatwienie skierowania  oraz zaświadczenia, które potrzebuję do ubezpieczenia w MOPS-ie, później odprowadzenie dzieci do przedszkola, o 11 przychodzi pani na wywiad, następnie odbiór Amelki i popołudniu dentysta. OMG! Środa podobna, a w czwartek zabieg u chirurga, nie ukrywam, że mam lekkiego pietra, ale póki co, staram się wypierać z głowy. Dzisiaj wieczorne ponad godzinne bieganie, pomogło. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nawet zadyszki nie miałam i mogłabym biegać o wiele dłużej, ale zastała mnie noc a po Plantach troszkę strach poruszać się w ciemnościach. Strach oczywiście, aby nogi nie skręcić, bo w obecnym stanie, wszystkim bym zwiała ;) Tak na szybko pisane, bo za mną M jak Miłość, a ja maniaczka tego serialu. Uciekam zatem, bo coś słyszę, że Tomek pokłócił się z Małgośką. Dobrej nocy wszystkim :)

piątek, 30 września 2011

Końcówka września okazała się być prawdziwie słoneczna. Każdy dzień przyniósł pozytywne nastawienie, mimo występujących przeszkód w postaci różnych czynników chcących popsuć nastrój. Od tamtego tygodnia dużo się zmieniło, szczególnie w świecie realnych przyjaźni. Mogłabym tu wiele na ten temat pisać, ale nie zrobię tego. Boli tylko fakt, że posłane życzenia okazały się być literkami, które owszem stworzyły zdanie, ale nic więcej nie mogły wnieść do mojego życia. No bo po co wysyłać komuś życzenia, a później robić łaskę, że się w ogóle odpisze? A odpowiedź oznacza tylko jedno - odwal się? W którym my wieku żyjemy, że obrażają się dorosłe osoby? Nie można spraw załatwiać oko w oko? I czym sobie zawiniłam? Za co się mnie tak traktuje? Dlaczego całe zło tego świata zawsze skupia się na mnie? Nigdy tego nie zrozumiem, ale wiem, że coś we mnie pękło. Zbyt dużo wycierpiałam przez 3 lata, zbyt często musiałam się martwić, zbyt wiele łez wylałam. Chciałam tylko żyć normalnie, uśmiechać się,  nadrobić stracony czas i co mam? Poczucie, że znowu zostałam "skopana"? Bardzo długo ważyłam to słowo, ale znam sytuację i dlatego się tak czuję.  Jeżeli tak się to ma zakończyć - przyjmę na cycki, chociaż przykro niesamowicie. EOT.

A z życia codziennego?
Ano korzystam  ile wlezie. Dzień mam rozłożony na każdą minutkę. Rano z Amelką i Tamarką (koleżanki córką z ADHD), chodzimy do przedszkola i chociaż droga, którą pokonujemy nie jest długa (jakieś 10 minut wolnym tempem), to w samym przedszkolu pęka mi głowa od tego nadmiaru słów wypowiedzianych przez 6- letnią Tamarę. Amelka oczywiście stara się jej dorównać i przekrzykują się obie,  ja po środku, więc wszystko odbija się na mnie ;) Na tapecie aktualnie znajduje się powieszony, nieżywy pies u Amelki, i zakupiona rybka u Tamarki. Amelka oczywiście opowiada wymyślone historie, a Tamarka fakt posiada rybkę. No, jest fajnie ;)

Na rowerze jeżdżę, to wiadomo z poprzedniego wpisu. Końcówka sezonu, pogoda piękna, więc jadę siną w dal z mp3 grajkiem i słuchawkami na uszach, głównie zajeżdżam soundtracki, jakoś tak pielęgnują me uszy i dają kopa do pedałowania. Dwie godziny jazdy w zupełności wystarczają, abym czuła się spełniona fizycznie.

Gdy o 14:30 odbieram Amelkę, mały bąk zawsze biegnie do mnie z  rysunkiem, który później wieszam sobie na ścianie. Idziemy na loda, jeździmy na rowerku, buszujemy po markecie, aż do powrotu jej mamy. D

Wieczorkiem odwiedzam Lalkę, tak się mi zapisało po prostu. Tam zawsze znajdzie się ktoś z kim sobie usiądę. Fajnie tak, czuć się  mile widzianą, mam tam można powiedzieć taki swój mały, drugi azyl :)

Ech, życie. Dobrej nocy dla Was, robaczki.

wtorek, 27 września 2011

Za mną kolejny dzień. Każdy zaczyna się o 6:30, wstaję żeby odprowadzić Amelkę do przedszkola - ktoś musi. Później śniadanko, kawa i wyjście z domu. Zazwyczaj wybieram przejażdżkę rowerową, wtedy pokonuję 30 - 50 km i wracam. Zajmuje mi to ponad 2 godzinki. Kiedy na jednoślad nie mam czasu - chodzę, głównie załatwiam swoje niecierpiące  zwłoki sprawy. Powrót do domu w południe. Obiad, sprzątanie. O 14:30 odbieram Amelkę z przedszkola - ktoś musi... Kiedy jej nie odbieram, bo robi to druga babcia, a ja nie mam nic do roboty, wychodzę na rower. Powrót po godzince, półtorej, zjadam podwieczorek i zazwyczaj idę do Lalki... Powrót po 20:00, oczywiście na własnych nogach. Potem kolacja, filmy, kąpiel i spanie, coby na dzień następny znowu wstać o 6:30... I tak dzień za dniem... Zastanawiam się, co przyniosą mi kolejne tygodnie, miesiące. Czy wyjdę w końcu na prostą, czy jeszcze coś mnie zaskoczy? Oby nie, oby sytuacja stała się klarowna, obym nie musiała się martwić, bo nie lubię tego robić (zresztą, kto by lubił?) Pochłaniam każdą chwilę na czerpaniu korzyści z tego, co mnie spotyka, co przeżywam. Ładuję w ten sposób swoje akumulatory, zapominam o złym. Czasami dzieje się coś, co rozstraja mnie całkowicie, tak właśnie było w dniu wczorajszym, dziwnie zbiegło się to z moimi urodzinami. Pozbierałam się jednak i znowu zaczynam walczyć. Leki, które mają mi pomóc, zakupiłam i czekam na efekt. Nie jest to nic groźnego, ale kosztownego to i owszem. Kłód mam dużo, jednak wierzę, że uda mi się je pokonać.

Dzień spożytkowałam u Lalki, odebrałam zdjęcia z Wielkiej Raczy i raczę się nimi. Sprawiają, że przenoszę się w tamten - lepszy świat... Wolność, przestrzeń, przygoda, zmęczenie...

Dobranoc.

 

poniedziałek, 26 września 2011

Pod górkę. Zdaje się, że moje życie takie już być musi. Co bym nie zrobiła i tak nie mam wpływu na rozwój wydarzeń... Miał to być taki wyjątkowy dzień, miałam się tylko uśmiechać i nie zastanawiać nad niczym szczególnym..., tymczasem jest całkiem inaczej. Co z tego, że są moje urodziny, jak sypię się w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z czego się tu cieszyć. Żelazo, a raczej jego brak, zrobiło swoje. Leki, które zażywam, psują wszystko dodatkowo. Mogę się wewnętrznie dobrze czuć, a zewnętrznie jest paskudnie. Nie ogarnę już tego. Ogólnikowo napisane, ale niech tak pozostanie...

sobota, 24 września 2011

Dziś był dobry, a nawet bardzo dobry dzień. Wraz z Robertem, Jolą, Leszkiem, Jarkiem (już przewodnikiem), wybraliśmy się na wycieczkę turystyczno - krajoznawczą. Celem był Beskid Żywiecki - Pasmo Wielkiej Raczy,  wszystko organizowane przez PTTK, prócz nas byli też oczywiście inni uczestnicy, żeby była jasność.  Słów, które w dniu dzisiejszym mogłyby opisać, jak było jest brak, dlatego  nie napiszę nic, poświęcę temu inny dzień. Jedno jest pewne, czuję, że żyję... Dzięki kompani  za fajne chwile w waszym towarzystwie... A naleweczka była miodzio :)

Na dzisiaj - dobranoc!

czwartek, 22 września 2011

Czwartek. Zwyczajny, szary dzień. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że musiałam pomóc w eutanazji kota, aby  ukrócić jego cierpienia spowodowane bezdomnością i krzywdą, jaką wyrządził  człowiek..., bo nikt inny nie mógł tego zrobić. Kot był przewieszony na wpół przez okno od piwnicy, zapewne próbował się z niej wydostać, ale brakło mu sił. Moja mama, wyniosła biedaka i zawołała, bym zeszła na dół. Kiedy zobaczyłam kota, od razu dobił mnie jego wygląd i smród. Na mój widok zaczął miauczeć, tak bardzo prosił o pomoc. Niewiele myśląc, wzięłam go na ręce i udałam się do weterynarza. Kiedy tak z nim szłam, co chwile patrzył na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Miał je takie ładne, tylko że było tam pełno bólu... Szłam i płakałam, a on pomiaukiwał. Był tak przeraźliwie chudy... W gabinecie, miła pani pomogła mi go położyć i poprosiła, bym jej pomogła, zostałam. Kot leżał grzecznie, głaskałam go przez szmatkę, a po policzkach płynęły łzy. Jak ktoś mógł go tak potraktować... Nawet weterynarz była przerażona. Potem dostał zastrzyk..., i zasnął, a ja wyszłam... I tak siedzę w tym domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Cały czas czuję ten jego zapach, wyobrażam sobie, jakie męki musiał przechodzić w tej piwnicy. Nie mogę pojąć, podłości i obojętności ludzkiej... Tacy ludzie nie mieszczą się dla mnie w żadnej kategorii, brzydzę się nimi...

"...Słyszałam jej kroki, kiedy pod koniec dnia szła po mnie. Poprowadziła mnie między wybiegami do oddzielnego pomieszczenia. Panowała tam błoga cisza. Posadziła mnie na stole, podrapała za uszami i powiedziała, żebym się nie martwiła. Serce waliło mi w oczekiwaniu na to, co miało się zdarzyć. Czułam też ulgę, że oto nadszedł koniec udręk. Zaczęłam martwić się o tę kobietę - taką już mam naturę, tak samo bałam się kiedyś o ciebie. Żeby ciężar, który dźwiga, nie przygniótł jej.

Kobieta delikatnie założyła na mojej łapie opaskę. Łza poleciała jej po policzku. Chciałam pocieszyć tę kobietę tak jak pocieszałam ciebie lata temu i polizałam ją po twarzy. Pewnym ruchem wkłuła mi igłę do żyły i poczułam, jak zimna substancja rozchodzi się po moim ciele. Zasypiając spojrzałam w jej dobre oczy i szepnęłam cichutko: ''Jak mogłeś?'' Kobieta rozumiała psi język. ''Tak mi przykro'' powiedziała, a potem przytuliła mnie i pośpiesznie tłumaczyła, że pomoże mi znaleźć się w lepszym miejscu. Nikt o mnie tam nie zapomni, nie skrzywdzi ani nie porzuci...

Zbierając resztki energii leciutko poruszyłam ogonem, próbując wyjaśnić kobiecie, że to nie do niej były moje ostatnie słowa. To do ciebie, mój Ukochany Panie, mówiłam. Będę zawsze myśleć o tobie i czekać na ciebie po tamtej stronie."

wtorek, 20 września 2011

Zimno. Tak zwyczajnie, po prostu. Dłonie od razu reagują spowolnionym krążeniem i problemami z utrzymaniem ciepłoty, nos zimniejszy, aniżeli zazwyczaj. Idzie jesień moi mili. Zastanawiam się, co ja takiego robiłam w te smutne jesienne dni, kiedy za oknem było szaro, kiedy dzień kończył się niespodziewanie szybko, kiedy kawa po zaparzeniu stygła w tempie ekspresowym. No tak, przecież chorowałam, większość czasu przeleżałam, przepłakałam lub przegadałam na skypie. Ta jesień będzie inna pod wieloma względami. Tak sobie obiecałam, tak będzie.

sobota, 17 września 2011

Wieczorowa pora nastała, a więc mogę już napisać - to był dobry i dodatkowo iście letni dzień, szczególnie popołudnie. Nie mogłam nie wykorzystać takiej pogody, toteż wybrałam się dzisiaj dalej niż zwykle, chociaż wcale nie tak daleko. Odwiedziłam Porąbkę i okolice. Co tu dużo mówić - odpoczęłam, wystarczyła bliskość Beskidów. Nie gonił mnie czas, nie miałam obaw, że nagle zacznie padać, byłam tylko ja, rower i otaczająca mnie przyroda. Samochodów mało, cyklistów dużo, udało mi się nawet kilku zapoznać. Chłopaki ze Śląska (Patryk, Tomek, Miłosz) - pozdrawiam, miło było powspinać się z Wami do Kozubnika, a i poznać też, to przede wszystkim. Dzięki za obstawkę do Malca. Troszkę prywaty się wcisnęło, ale musiałam chłopakom podziękować. Poznałam ich całkiem przypadkiem, ja paliłam na ławce w Porąbce, a oni wydarli na mnie swe paszcze jadąc, że sportowcy nie palą. Ja oczywiście odkrzyknęłam, że ci bardziej wydolni palą, żeby formy nie stracić i się zaczęło... Zawsze miałam jakąś łatwość poznawania ludzi, wiedzą to ci, co mnie zapoznali, Emilu np. Ty ;)

Dobra. 

Dalsza część dnia, miała być spędzona w domu, niestety plan się rypnął, bo zostałam zwerbowana na działkę, celem zjedzenia prażonych. Pojechałam, chociaż wcale mi się nie chciało. Nie żałuję jednak, prażone w brzuszku, a tym samym bilans kaloryczny uzupełniony i wyrównany. Zrobiłam 66 km, więc ponad 1000 kcal ze mnie wylazło jak nic, i żeby nie doprowadzić do rozpadu włókien mięśniowych, musiałabym zjeść bardzo dużo, a że u mnie większość produktów jest "zdrowa" i byłoby mi ciężko, prażone okazały się być idealne. Białko wskazane, szczególnie po wysiłku, a dlaczego? Bo się długo wchłania,  bo odżywia organizm, a przede wszystkim zabezpiecza przed tym łobuzem katabolizmem! Ja lubim anabolizm mieć, wszakże tego... ;)

Jutro też wykorzystam dzień. 

Dobranoc.



HIHIHI!

piątek, 16 września 2011

" No a czasem jestem, jak kolorowy ptak - jak ptak, patrzę w dół na góry..."

Dawno mnie tutaj nie było, ostatni wpis z niedzieli. W zasadzie, to dzieje się  dużo, najbardziej tego aktywnego, ale tak to już jest, że jedno się pielęgnuje ponad wszystko, a zaniedbuje drugie w tym przypadku wirtualny świat - ten blogowy. Jak kiedyś mogłam pogodzić jedno z drugim, tak teraz nie jestem w stanie. Powodem jest, że tak powiem, brak wieczornych sił intelektualnych, bo nie powiem, przysiadam do komputera, ale gdy tylko otwieram bloga, żeby coś skrobnąć, dać znać chociaż, że żyję, palce zaczynają stukać po klawiaturze, nijak nie mogąc literek ułożyć w  sensowne zdanie, toteż następuje szybki backspace i przeglądarka znika z ekranu... Nie, nie jestem mniej zżyta z tym moim światem - absolutnie, ale ma on dla mnie o wiele mniejszą wartość, aniżeli realne życie. Zastanawiam się, jak kiedyś mogłam nie widzieć świata poza siecią, jak mogłam być tak głupia, bo inaczej tego stanu nie da się nazwać. Uzależnienie moi mili to było. I jeszcze ciekawość, i brak zajęcia, i egoizm - niestety.  No, ale było minęło i na pewno nie wróci więcej! Zmieniłam swoje życie o 180 stopni. Dobrze mi z tym i czuję, że w końcu robię to, co lubię, otaczam się takimi samymi ludźmi i niczego mi więcej do szczęścia nie potrzeba,  prócz pracy, ale mam nadzieję, że szybko ją znajdę. Od poniedziałku załatwiam potrzebne zaświadczenia, które będę musiała przedłożyć w momencie rejestracji w PUP.  26 wrzesień - w tym oto dniu przybędzie kolejna bezrobotna, ale mam nadzieję, że ten stan nie będzie trwał długo... 

Się rozpisała, właściwie to nie chciała o tym pisać, ale tak to już bywa, że czasami jej wpisy potrafią być całkiem inne, niźli to sobie założyła.Skoro jednak tak wyszło, to tak już musi być, a to o czym Salanee chciała napisać dziś, pojawi się jutro. No...

Dobranoc :D

niedziela, 11 września 2011

Dziękuję Wam za tę pisaną obecność. Końcówka tygodnia, potoczyła się tak szybko, że nijak nie mogłam znaleźć czasu, żeby usiąść na spokojnie do komputera, a kiedy już nawet i czas by się znalazł, to znowu dostawca internetu robił jakieś konserwacje modemowe, odcinając mnie od świata wirtualnego na większą połowę dnia. Dopiero brat podmieniając modem sprawił, że jestem, bo tak to byłabym dopiero od dnia jutrzejszego, chociaż i tak nie byłoby to pewne. 

Ok, przydałoby się podsumować to moje "chorowanie" tudzież "troszczenie się o zdrowie" ;)

Czwartkowe USG węzłów chłonnych wypadło pomyślnie. Węzłów chłonnych w pachwinach jest dużo, są powiększone, ale (i uwaga tu najważniejsze) posiadają one zatoki tłuszczowe!!! To oznacza, że nie mają utkania nowotworowego, a są jedynie powikłaniem po toczących się w moim organizmie bojach. 3 lata jednak nie mogły przejść dla organizmu obojętnie. Brzuch i inne narządy w porządku. W miednicy mniejszej mam wolny płyn. Nie wiem do końca, co to oznacza, bo doktor wykonujący USG kazał wynik pokazać rodzinnemu, ale z tego, co się zdążyłam zorientować, ma to związek z owulacją i jest czymś normalnym, gorzej gdy się utrzymuje cały czas, albo powiększa. Wraz z innymi objawami, może sugerować jakąś poważniejszą chorobę i w sumie to tyle. Dla wtajemniczonych - Ania ( mam się martwić?)

Sobota, to hematolog. Nie będę pisała, jakie miałam przeboje z panią rejestrującą, bo nie warto tracić czasu na kogoś, kto jest opryskliwy, niemiły, obojętny na drugą osobę, a dodatkowo wprowadza w błąd (świadomie). Na szczęście, doktorka była odwrotnością w/w pani, nadrabiając to, co ona straciła w moich oczach. Czegóż się dowiedziałam? Niedokrwistość, którą posiadam ma status przewlekłej. Pomimo wyrównania żelaza inne wyniki nie chcą się odbudowywać. Jest to efektem długiego chorowania i tak już od siebie dodam, że pewnie i lekarskiego zaniedbania, bo gdyby zwracali uwagi na te moje krwinki, hemoglobinę i inne, podobne, to może teraz nie musiałabym walczyć o polepszenie wartości... Samą niedokrwistość, będę leczyć co najmniej pół roku, jeżeli wyniki nie pójdą w górę, czeka mnie pobieranie szpiku kostnego do badań. I w sumie tyle. Dostałam leki, które będę zażywała do lutego. Mam się dużo ruszać, żeby pobudzać szpik kostny do produkcji krwinek... Hehehe, a ja się tak martwiłam, że może te spadki są przez mój aktywny tryb życia, a tu ziuuuu, i wyszło na moje. Bo nie ukrywam, przerażał mnie fakt zrezygnowania z pedałowania... Na szczęście, nie muszę tego robić, mało tego, mam pedałować, więc się dostosuje, ja jestem grzeczna pacjenta ;) 

Idąc myślami za zdaniami dotyczącymi sportu, przejdę do świata jednośladu. Piszczenie w tylnym kole, zostało namierzone. Jak powszechnie wiadomo, jeżeli coś nie pracuje tak, jak ma pracować, drażni to moje ucho i nie daje spokoju. Robię wtedy wszystko, żeby znaleźć przyczynę i EUREKA!!! Gumka, uszczelka, czy jak to jeszcze można nazwać, chroniąca bębenek tudzież piastę przed brudem, została zbyt mocno skręcona, przez co, przy obrocie koła okręcała się wokół niego, powodując nieprzyjemny dla ucha pisk niszczonej gumy. Wczoraj Krzysztoffo, serwisanto, rowerowo, koło zdemontował, uszczelnienie poprawił i zobaczymy, jak teraz będzie pracować. Pogoda sprzyja jeździe, więc dzisiaj znowu jednośladem pojadę w szeroki świat :)

Miłej niedzieli dla wszystkich.