środa, 30 grudnia 2009

Jak ten czas szybko leci, nie uważacie? Wczoraj robiłam bilans roku, a dzisiaj zobaczyłam na swoje magiczne archiwum.  Trzy miesiące prowadzę już tego bloga. Trzy miesiące wylewania żalów, i smutków. Dziękuję, że mam grono "swoich" czytelników, którzy tutaj zaglądają, i czasami pozostawią po sobie ślad, to znak, że ktoś mnie czyta, a dlaczego czyta? Nie mnie oceniać, mam jednak nadzieję, że nie przynudzam zbytnio. Dla mnie to inny wymiar, uzupełniam się tu w jakiś sposób. Prowadzenie bloga jest fajne, zżywam sie z tym coraz bardziej, nie traktuję powierzchownie, to taka pisana część mnie samej. A dzięki Wam - drodzy czytelnicy  Anonimowy W, Kalu, Ivo, Pani Lidio i Karolu, Syrgo..., wiem, że ta pisana część mnie, jest warta, tego, żeby robić to dalej.  Jesteście takim małym dowodem, że warto inwestować w życie. Dziękuję, że się mi przydarzyliście... Kłaniam się Wam nisko...
Bezimiennym - też dziękuję i tym, co pozostają w cieniu...

Pewnie za niedługo zaczniecie się szykować do wyjścia  na bal lub spędzicie ten wieczór w gronie najbliższych. Będzie  zapewne dużo śmiechu, będą życzenia, poleje się szampan, wkroczycie w 2010 mniej lub bardziej szczęśliwi. Ja będę Wam kibicować zza szpitalnego okna, pewnie przed telewizorem, albo laptopem. Pewnie nie będę jedyną osobą, która tak przywita Nowy Rok, szkoda tylko, że spędzę go w samotności, wśród chorych. Trochę mi smutno z tego powodu, każdy będzie szczęśliwy na ten czas, a ja? Ech. Do domu przepustki nie dostanę, bo po świętach lekarze się przerazili wyglądem ran. Muszę być tutaj. Nie chcę już przyzwyczajać się do swojego łóżka, jak potem i tak muszę wracać na czwarte piętro chirurgii ogólnej. Poza tym, w niedzielę czeka mnie  zabieg, więc muszę być pod kontrolą...

Jutro znowu zaczną napływać życzenia, tym razem noworoczne, a ja jak zwykle będę rozprawiać, czy ten ktoś napisał, bo o mnie pamięta, i życzy mi  czegoś z serca, czy po prostu zaplątałam się gdzieś na czyjejś liście, i przez to dostałam wiadomość. Ja, nie wyślę życzeń, tutaj zostawię swoje przesłanie dla Was - drodzy czytelnicy... Nie wymagam też, aby ktoś do mnie wysyłał jakieś wierszyki, bo wypada. Nie, jeżeli to ma być  tylko: kopiuj, wklej, zapomnij, że wysłałeś...

Dzisiaj ostatnia kartka w  kalendarzu, wyrywamy - koniec! Postarajcie się zapomnieć o wszystkich nieudanych momentach życia, jakie mieliście przez te 365 nocy i dni. Te chwile, które są niewarte zapamiętania - wyrzućcie z pamięci - nie warto do nich wracać. Cieszcie się tym, co macie, i nie oczekujcie na siłę więcej, niż samo życie może Wam dać.  Dobro jest w życiu najważniejsze, a więc dawajcie go tyle, ile możecie, róbcie to bezinteresownie, bo to najpiękniejsza cecha człowieka jest. Każdy z Was otrzyma tego dobra także, ja w to wierzę wystarczy, że rozglądniecie się dookoła, wyciągniecie rękę, i nie będziecie się bali  go przyjąć. Bądźcie szczęśliwi, jutro i zawsze potem... Szczęśliwego Nowego Roku!

Update:
Wczoraj byłam na konsultacji w Klinice Dermatologii, w Katowicach. Dowiedziałam się paru rzeczy, niemniej jednak nic konkretnego. Znowu czekają mnie badania, są podejrzenia, nawet tego najgorszego. Martwię się, boję się też, nawet bardzo...
Przydałoby się zrobić podsumowanie roku. Takie aktywa i pasywa - jak w bilansie. Czego będzie więcej? Się okaże. Końcówka  2009 zobligowała mnie do poruszenia szarych komórek, i przypomnienia sobie, jaki był ten rok, przecież mam teraz na to dużo czasu. Te dni przemijały bardzo szybko, kolejna data, kolejna radość, czy rozczarowanie. 365 dni, 12 miesięcy, ile z tego było złego i dobrego? Podzielę po równo, mimo wszystko,chociaż tak z drugiej strony, po co dzielić? Nie lepiej jest stanąć na chwilę, powiedzieć sobie było tak, i tak, zamknąć rozdział, i nie wracać do tego, tylko iść dalej z podniesioną głową? Pomieszały mi się aktywa z pasywami, i jakbym chciała je rozdzielić, to musiałabym szukać, i szukać, tak jak szuka się igły w stogu siana. Czasami to, co teraz wydaje nam się złe, może przeobrazić się w dobre, i odwrotnie, a więc nie ma co roztrząsać. Po równo i już. Czy spełniły się moje marzenia? Hmm, tylko o jakich marzeniach jest mowa? Nie, nie spełniły się, ponieważ nie mam jako takich marzeń. Czasami lubię przenieść się w nieistniejący świat, ale on sam w sobie nie ma prawa się ziścić, bo to taki nierealny azyl, do którego udaję się, żeby uciec od codzienności, kiedy już sobie nie radzę.
 Wydarzeń, które bym mogła przedstawić było mnóstwo, jednak ja skupiłam się na ludziach, dzięki którym mogę teraz rozliczyć ten rok. I pojawia się to, co napisałam wcześniej. Ci dobrzy, zamienili się w złych, a wydawałoby się, że nigdy takowymi się nie okażą. Byli też i źli, którzy zmienili swój sposób myślenia, i sprawili, że zaszufladkowałam ich w przedziale - "rokująca dobroć". Są jednak też ludzie, którzy zyskali u mnie miano "niezwykłych". Tych ludzi podziwiam za wytrwałość, za radzenie sobie w  krytycznych sytuacjach, za chęć niesienia bezinteresownej pomocy, i trwania, kiedy inni zapomnieli. Za naturalność, za prawdę, za to, że potrafią napisać coś złego, kiedy trzeba. Za to, że potrafią sprawić, że nawet największy uparciuch może się w jakiś sposób zmienić, że przemawia się do uparciucha nawet na odległość, że uparciuch mimo tego, iż nie musi się zastosować, się stosuje. Za to, że swoimi słowami sprawiają, że człowiek zaczyna myśleć pozytywniej... Takich ludzi powinno być więcej, tacy ludzie pomimo tego, że są daleko, są też blisko. Odległość nie ma znaczenia. Tego się nie mierzy w żadnej jednostce miary.Takim ludziom będę zawsze wdzięczna, bez względu na to, co się wydarzy - to sobie przemyślałam bardzo dokładnie, i tego jestem pewna!

Tak więc, jaki był ten 2009? Po prostu był, tak samo, jak był 2008, 2007, 2006, etc. Coś się kończy, coś zaczyna. Tak sobie myślę, że ważne jest to, co będzie - jednak..., postaram się w ten 2010 wkroczyć z uśmiechem na twarzy, z nowymi pokładami energii,  i pozytywnym nastawieniem do życia.

wtorek, 29 grudnia 2009

Zadałam sobie pytanie: jakim jestem człowiekiem? Na pewno takim, który lubi wracać do tych dobrych wspomnień. Ostatni czas to pasma choroby, a więc gorsze momenty same przychodzą, i sprawiają, że czasami ponosi mnie gniew, dopada bezsilność, czuję się malutka, nic nieznacząca, z rozrywkowością równającą się zero! Czasami. Są też dni, w których znów mogę być tą samą dziewczyną, co kiedyś, wyrzucam z pamięci to, co złe, i fajnie się czuję, albo staram czuć. I chciałabym, żeby tych lepszych chwil było zdecydowanie więcej, żeby ta moja psychika w końcu zaczęła się zbierać, żebym nie myślała tylko o chorobie, żebym potrafiła to zmienić. Kładę się spać - co ze mną będzie? Wstaję - co ze mną będzie? I tak w kółko...Chyba każdemu by się znudziło. Podobno jestem dzielna. Dziękuję za te słowa, podnosi mnie to na duchu, i co najważniejsze ta dzielność zawsze do mnie napływa, kiedy ja mam ten krytyczny moment, i wydaje mi się, że już nie podołam. Więc dziękuję, wiadomo komu.
P.s...., a barszczyku tośmy się nie napili ;)

Powróciłam na stare śmiecie, na salę 427, na łóżko pod ścianą. Na sali pusto, ja i 4 łóżka, ja i jeden stojak do kroplówki, ja i dwa okna..., a i łazienka jeszcze też jest. Plan lekarski póki co, żaden. Założono mi sączki, żeby te brudy mogły swobodnie wydobywać się na zewnątrz, a poza tym - nic. No, może jeszcze to, że za dużo palę! Cholercia! I gdzie się podziała pani Lidia - łóżko puste, jakby wymiętolone, jakby zaraz miała się na nim położyć... A oddział prawie pusty, poza kilkoma osobami. To już kurczę 4 tygodnie? Czy ja straciłam rachubę czasu?

Terapia Fagowa, poprzez procedury administracyjne może wydłużyć się w czasie. Nie jest dobrze, bo im dłużej czekam, tym gorzej dla mnie, i dla mojego organizmu. Boję się, że mi jej nie zrobią, i co wtedy...?

niedziela, 27 grudnia 2009

Zima, śnieg, narty... - szczęście. Coś, czego nie osiągnę. Ech. Jakie to wszystko jest podłe. Kuzynostwo wybyło w Alpy, i przysłało mi zdjęcia, po których chce się beczeć. Są tam tacy szczęśliwi, delektują się stokami, widokami, szybką jazdą , a mnie...? Mnie pozostały tylko zdjęcia..., z tamtego roku, kiedy to wraz z grupą znajomych, zaszczycaliśmy swoją obecnością Szczyrk...Były to moje najpiękniejsze dwa dni. Wtedy chorowałam na pracoholizm, a więc coś podobnego do mojej aktualnej choroby, bo nie mogłam odpuścić, za bardzo się poświęcałam, z tym, że mój pracoholizm trwał 3 lata..., tu leci 6 miesiąc, i tym razem to bakterie nie odpuszczają. Na tamten czas, gdyby mi ktoś powiedział, że tak zachoruję, to zaśmiałabym mu się w twarz, i powiedziała Never !!! Nie dam się!!! Co ty za głupoty wygadujesz!!! Ja już za dużo w życiu przeszłam z ręką..., a jednak, nikt tak nie powiedział, i zachorowałam, nie zdając sobie sprawy, że skończy mi się praca, że skończy mi się wszystko, co tak uwielbiałam. Jeszcze w międzyczasie przekonałam się, jacy są niektórzy ludzie, ech  to życie..., a może moja "dziwnowatość" osobowa to sprawia? Być może, bo jakoś tak to czuję...

W każdym razie, zapis zdjęciowy pobytu ze Szczyrku wygląda tak:

Wyjeżdżająca Salanee...
Tego pana obok nie znałam, ale poznałam...
Gadatliwość ma wrodzona jest - wszakże tego...

Wypoczywająca Salanee...
Dementując, gdyby ktoś chciał coś przysolić, od razu mówię...
Zdjęcie pozowane, jak już mi się zdarzy wywalić, to uwierzcie, nie wiadomo gdzie zad mój, a gdzie głowa, o nartach nie wspomnę, żadna nie ma prawa być wpięta po upadku :)

Zamaskowana Salanee..., - pierońsko wiało..
A ja, przykładna narciarka, kominiarkę zawsze noszę!
Wtedy jestem Incognito, i mogą po mnie krzyczeć, że za szybko jeżdżę... ;)

A wieczorem:

Leżąca Salanee...

Groźna Salanee...?
Wtedy na pewno nie...
Wtedy był Peace and Love - jak widać...
Upijam się na wesoło, i na bardzo sympatycznie :D

Szczęśliwa Salanee...
Wtedy szczęśliwa..., ale drobne problemy z trafieniem w sanki były ;)


Za drugim razem: Eureka, bo  mi już sankami nie odjechali...:)

"Polegnięta"  Salanee
Nieprawidłowa próba telemarku, za duże zaspy, nie wskoczyło się idealnie przed choinkę, to się poległo..., wiecie,  jak się czuje człowiek, któremu na chwilę odbierze dech w piersiach, bo za mocno się uderzył?
Nie? To czuje się strasznie źle - wam powiem...
Pomińmy fakt, wypitych paru piw, i jakiegoś mocnego trunku, co miał rozgrzać zmarzniętych narciarzy.
Towarzysze wycieczkowi, popłakali się wtedy ze śmiechu, szydercy :)

Niewyraźna, aczkolwiek uśmiechnięta Salanee...
Wtedy już uśmiechnięta...
Druga próba zaliczona...
Ale,co miałam potem siniaka :)

Na dzień drugi:

 
To widziały oczy Salanee...
To był świat Salanee...
W tym widzi(ała) sens...
"...im piękniejszy świat wokół mnie, tym podlej się czuje..."


Syrga, życzę Ci udanego wyjazdu, i super wrażeń na Europejskim Spotkaniu Młodych. Baw się kochana,  śmiej do bólu trzewi..., i dziękuję za to, że się za mnie będziesz modlić.  Bywaj!

sobota, 26 grudnia 2009

Pech trwa. Zaczął się, odkąd wyszłam na przepustkę ze szpitala. Przez okres dwóch tygodni, wymieniali nam programator w windzie, i całą elektrykę. Idąc z duchem czasu, zamienili też stare tablice wzywające windę, na "nowoczesne"  - tia. Tylko windy nie wymienili, i ona sama ma z 26 lat. Oddali ją do dyspozycji naszej - 23 grudnia - nie sprawdzając, czy aby na pewno,winda będzie działała sprawnie. No i oczywiście, pech chciał, że byliśmy z tatą pierwszymi zaciętymi w  tejże windzie. Że też musimy mieszkać na takim wadliwym piętrze. To nie tak prosto wydostać się z tego pudła, kiedy zatnie się między pietrami, a człowiek uwięziony ma 160 cm, i zdezelowane plecy... Prócz nas, zacięło się jeszcze paru sąsiadów. Mój brat dostał etat uwalniania ich... 24 grudnia, zacięliśmy się też. Od tego czasu powiedziałam, że do windy nie wsiądę!  25 grudnia - wsiadłam znów, o ja głupia, niesłowna. Żeby uruchomić taką windę, trzeba wyłączyć główne jej zasilanie. Jeżeli się to zrobi, to wtedy błąd, który ona sobie zapisuje się kasuje, i serwisant nie wie, czego szukać. Kto ten błąd kasował? Oczywiście, że mój brat, no któż by inny, nikt na nogach chodził w święta nie będzie!  Ta winda nie zacina się za każdym razem. - więc, albo masz szczęście, albo go nie masz, albo mieszkasz na 5 piętrze, i masz przerąbane!
W poniedziałek mają to zrobić na dobre, ale mnie to już nie obchodzi, bo znowu powracam do miejsca, gdzie tak bardzo nie chcę być..., chlip!

Przez trzy dni walczyłam też z trojanami, które w święta szczególnie chciały u mnie zagościć. Było ciężko, ale obyło się bez reinstalacji systemu. Musiałam zmienić program antywirusowy, bo Eset mnie zawiódł. Testuję teraz Dr. Web 5.0 - usunął trojany, i teraz dzielnie pilnuje mojego Acerka.

Od dwóch dni mam też wyłączony telefon. Nie wiem, co mi się stało. Niemniej jednak, fajnie tak mieć. Nie potrzebuję go do szczęścia. Spokojnie mogłabym bez niego wytrzymać. Zobaczymy, jak długo jeszcze. Kiedyś się żyło bez telefonów, to dlaczego teraz, miałoby się nie żyć? Nie potrzebuję kontaktu ze światem, chcę odpocząć, od tej sztuczności,  od zapytań jak się czujesz... Jak ja się mogę czuć... Jak się może czuć człowiek, który się nie czuje od 6 miesięcy?  I co najdziwniejsze,  ludzie przypominają sobie o mnie, jak mnie na ulicy zobaczą, a to ty byłaś w szpitalu - się pytają? A miałam do Ciebie napisać, ale wiesz, jakoś czasu nie było, tu zakupy, tu impreza... A od kiedy leżałaś, chyba niedawno poszłaś?  Tak, niedawno, jakieś 3 tygodnie temu... - odpowiadam...
Ktoś mi powie, martwią się, czemu się ich czepiasz? Nie, nie czepiam się, absolutnie. Sztucznego zainteresowania tylko nie lubię... Wszyscy, "mieli", a nie "zrobili"- taki truizm...
Już nie wspomnę, o lekarzach chałupnikach, którzy teraz się pojawili, i znają same cudne metody na wyzdrowienie..., tylko, że niekoniecznie są one mądre. Na tym etapie chorowania, eksperymentować nie zamierzam, więc proszę, darujcie sobie rady, aby zalewać rany czosnkiem, alkoholem, trzeć cebulą..., Powariowaliście? Z takim czymś paszoł won!

I jeszcze zęby mnie bolą, znowu nic nie mogę jeść. Fuck!

I jeszcze sobie  z tego wszystkiego wrzuciłam papierosa  do kawy, bo mi się z popielniczką pomyliło, i bym się nie zorientowała, gdyby nie charakterystyczne tssss - to jest tak, jak się urzęduje po ciemku... Moja kawa! A buu...!

I głowa mnie boli też...

Samopoczucie Salanee: 0

Salanee się chyba kończy...



Update:
Na opatrunku było tragicznie. Wszystko się powtarza, znowu sprawiają mi taki ból, znowu leje się dużo łez :(
Czas zacząć się pakować :(
Chociaż, chcieli mnie już dzisiaj zostawić, ze względu na me samopoczucie i wygląd ran... Podobno,  jestem też prześwitująco - trupio - blada, z wielkimi podkowami. Nie wiem, czy to komplement, czy co to jest...Najkorzystniej to ja może nie wyglądam, ale tego się w życiu nie da wybrać.

piątek, 25 grudnia 2009

Jak dobrze jest być na przepustce. Jak dobrze jest budzić się we własnym łóżku. Jak dobrze jest zasiąść do komputera, który znajduje się we właściwym miejscu, czyli na biurku... Jaka szkoda, że za niedługo się to skończy. Żal wracać w szpitalne mury, tam wszystko przypomina mi o chorobie. Święta mijają, rodzinne posiedzenia zrobiły się uciążliwe. Połowa filmów, które miałam obejrzeć, nie obejrzałam...

Plecy dają się we znaki. Mam wrażenie, że znowu wszystko uderza we mnie ze zdwojoną siłą. Procedura załatwiania terapii fagowej, będzie trwała, a co ze mną do tego czasu? I nie chodzi mi o leżenie w szpitalu, tylko mam pewne obawy o stan mojego organizmu, a co za tym idzie, jego wytrzymałość. Żeby ta terapia była skuteczna, muszę mieć tylko jedną bakterię, a mam dwie... Jeżeli będę taka osłabiona, a oni mi wdrożą bardzo mocny antybiotyk, to czy ja to wytrzymam? I czy pozbędą się tej bakterii? A jak się nie pozbędą, to co wtedy? Wiem, że marudzę, ale ostatnio Salanee nie umie inaczej, i nawet sama na siebie krzyczy z tego powodu, bo nie chce tak mieć... a ma. I każdy może do Salanee mówić, a ona i tak swoje...Jak ciężko jest pozytywnie myśleć, to sobie nawet nie wyobrażacie. Zamiast cieszyć się z tego, co się ma, to człowiek się pogrąża, ale z czego się tu cieszyć, jak wszyscy dookoła uświadamiają Salanee, że nie jest wesoło. Coraz trudniej jest wmawiać sobie, że wszystko jest ok. I najgorsze, że gdzieś tam w podświadomości czuję, że wobec niektórych osób, a szczególnie jednej, jestem nie fair, bo ona poświęca mi czas, a ja swoje. To nie tak, bo ja się staram, tylko jest mi bardzo ciężko, szczególnie w ostatnim czasie. Niczym damska odmiana Syzyfa, już ma być lepiej, a tu wszystko buch. Ech, nie chce tak mieć! Weźcie to ode mnie :(




czwartek, 24 grudnia 2009

 "[...] pewien człowiek, skazany na śmierć, na godzinę przed straceniem mówi czy też myśli, że gdyby mu wypadło żyć gdzieś na wyżynie, na skale, na takim wąziutkim upłazie, że tylko dwie stopy się zmieszczą - a dokoła będą przepaści, ocean, wieczny mrok, wieczna samotność i wieczna burza - i że ma tak pozostawać, stojąc na kwadratowym łokciu przestrzeni, całe życie, tysiąc lat, wieczność - to lepiej tak żyć niźli zaraz umrzeć! Byle żyć, żyć i żyć! Jakkolwiek - byle żyć!... Jakież to prawdziwe! Boże, jakie prawdziwe! Człowiek jest podły! I podły jest ten, kto go za to zwie podłym."

Boże Narodzenie. Kolejne. Bez kogoś, kto był, a już go nie ma. Życie..., mamy je tylko jedno, a jakże często nie potrafimy tego docenić, i marnujemy je na przyziemne sprawy, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia.  Ktoś jest, a potem go już nie ma. Odchodzi - pozostawiając po sobie wspomnienia, smutek i żal. Czy coś w życiu dzieje się z przypadku? Nie, od samego początku mamy swój początek, i koniec. Każdy moment, który nas w życiu spotyka jest następstwem czegoś,  co sami kształtujemy. Można żałować, że się nie jest kimś innym, ale to i tak nie zmieni tego, co gdzieś jest zapisane. I nagle staje się koniec..., nie ma nas. Czy ktoś będzie za nami płakał? Czy pozostaniemy czyimś wspomnieniem? Jeżeli tego nie wiesz, albo nie jesteś pewien, to przeżyj to życie tak, aby po twoim odejściu ludziom zrobiło się pusto, i źle... Fajnie by było, gdyby życie było niekończącą się opowieścią...
W, dzięki za inspirację :)




środa, 23 grudnia 2009

"In those days Caesar Augustus issued the decree that a census should be taken of the entire Roman world. And everyone went to his own town to register. So, Joseph also went up from the town of Nazareth in Galilee to Judea, to Bethlehem to the town of David, because he belonged to a house and a line of David. He went there to register with Mary, who was pledged to be married to him and was expecting a child..."



"Istnieją pewne granice przeżyć ludzkich i bezkarnie nie można ich przekraczać; jeśli się to stanie, gdy wyjdzie się „poza”, wówczas już nie ma powrotu do dawnego. Zmienia się coś w zasadniczej strukturze; człowiek już nie jest ten sam, co kiedyś".

Przychodzą takie chwile w życiu człowieka, że nawet przekaz blogowy nie pomaga. Nie o wszystkim da się, i można napisać, nie zawsze łatwo jest kliknąć "Publikuj". Czy blog jest lekarstwem na zło? Chyba nie.  Bo przecież jeżeli trudno jest  o czymś myśleć, to jak można o tym pisać? Jednak, czasami człowiekowi wydaje się,  że pisząc daje upust swoim emocjom, a pozytywne komentarze, pomagają mu przetrwać ten cięższy okres. Pozwalają mu spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy, poszukać plusów, w tym jednym wielkim minusie.

Niestety, są też chwile, kiedy to wszystko przestaje działać. Taka chwila przyszła, i jakby na nią nie spojrzeć, wszystko wygląda tak samo - czyli źle. Człowiek nie potrafi zrozumieć  słów, które stworzyły  beznadziejną sytuację. Chce to przekazać, ale nawet palce jakby przeciw człowiekowi, piszą coś, a nie widzą w tym żadnego sensu. Człowiek stara się  przezwyciężyć, bo przecież wielokrotnie mu to pomagało, i prosi te palce - pomóżcie, tak jak do tej pory to robiłyście... Niestety..., nie udaje się, i dlatego, za pomocą cytatu, który rozpoczyna mój dzisiejszy wpis, chcę przekazać swój stan, i zapatrywania na to, co sprawiło, że sprawiło...





Update:
Przepustka dla mnie, przybyła dzień wcześniej. Radość ma, nie do opisania. Pani Lidia - kobieta, z którą przez 3 tygodnie dzieliłam salę, została wypisana już na zawsze. Było bardzo dużo łez :( Tak bardzo się z nią zżyłam. Przez ten cały czas, była ze mną na dobre, i na złe. Pomagałyśmy sobie, byłyśmy VIP-ami, nie do ruszenia. Od samego początku była przy mnie, pocieszała, płakała razem ze mną, śmiała się nawet z tego samego... Kobieta po amputacji piersi - z nowotworem złośliwym, powiedziała mi dzisiaj, że mam walczyć o siebie, bo jestem dobrym człowiekiem, i nie zasługuje na to całe zło,  które mnie spotyka... Chlip! Podobno przyciągam ludzi uśmiechem, i pozytywnym przekazem... emanuje ze mnie siła, która innym daje wolę życia - jej dała. Są też i złe strony. Powiedziała mi, że pewnie często mnie w życiu wykorzystano, i bawiono się mną... Skąd ona to wiedziała... Miło jest wiedzieć, że ktoś dzięki mnie będzie walczył dalej, że nie są to puste słowa, że komuś pomogłam ... Ech, tylko czemu mi tak smutno... Szpital  nie będzie taki sam, jak z nią, nie chcę być  już VIP-em  - bez pani Lidii ta funkcja jest nieopłacalna. Różowy misio, który od niej dostałam sprawi, że nigdy nie zapomnę... Chlip..., Syrga, dziękuję CI za przesłanie wspaniałych kartek. Dużo to dla mnie znaczy...

wtorek, 22 grudnia 2009

22 dzień.

Godzina 4:45
Mierzenie temperatury, przynoszenie basenów, misek, etc. Niektórzy, czyli ja, nawet nie pamiętają, że ktoś im coś do głowy przystawiał...

Godzina 7:00
Kolejne przebudzenie,na korytarzu zaczynają krzątać się ludzie, salowe, pielęgniarki, lekarze, dietetycy. Przykrywam się kołdrą... Jeszcze 5 minut.

Godzina 7:30
Cholera! Nie wyrobię się. Wstaję - ledwo co, niczym kaleczna 90latka. Udaję się do WC - po drodze, dzień dobry, dzień dobry...Cześć Papinku, a ty widziałaś się dzisiaj w lustrze? - pyta z szyderczym uśmiechem doktor K. Ale chodzi doktorowi o moje włosy? Rzuciłam tylko okiem wychodząc z sali, a że jedno mam astygmatyczne, to niekoniecznie muszę dobrze widzieć, ale przyjmijmy, że jest to świąteczny nieład artystyczny, muszę się tu jakoś prezentować z samego rana ;) - odpowiedziałam, i oddaliłam się  opróżnić pęcherz w damskim WC...

Godzina 7:45
Wpadam na szybko do łazienki, poranna toaleta, wypadam zahaczając o swoje miejsce do spania..., prawie się zabijam, no kto te kółka tak ustawia w tych łóżkach!

Godzina 8:00
Wizyta lekarska. 9 lekarzy, 4 pielęgniarki, sekretarka, dietetyk... Zatrzymują się przy moim łóżku, pada hasło - Terapia Fagowa. Jeżeli dyrektor szpitala jej nie sfinansuje , będę musiała płacić. Wolę o tym nie myśleć - póki co.

Godzina 9:00
Śniadanie. Kawę zbożową zamieniłam na zwykłą, ponieważ raz mi dali z kożuchem, i już więcej się nie napiję. Bułka + jakaś nieznana mi kiełbasa. Zjadam połowę, bo więcej brzuch nie mieści. Zupy mlecznej mi nawet nie dają, bo wiedzą, że nie lubię.

Godzina 11:00
Kąpanie związane z późniejszą zmianą opatrunku.

Godzina 11:30
Opatrunek. Przychodzi mój doktor, ordynator, a także ordynator oddziału chirurgii dziecięcej., który jest zastępcą dyrektora szpitala.  Mówią, że rany są brzydkie, organizm nie walczy z bakteriami, terapia - jedynym dla mnie ratunkiem. Ordynator życzy mi powodzenia. Zaczynają załatwiać sprawy związane z moją terapią. Będę pierwszą osobą, u której będą próbowali ją zastosować. Fajnie, nie, a jak się nie uda?...Ciężko myśleć pozytywnie.

Godzina 13:00
Obiad. Jakie obiady są w szpitalu - każdy wie, a jak nie wie, to niech spróbuje sobie wyobrazić, co może zjeść za 6 zł -  tyle przydzielone jest na jednego pacjenta. Zupa - dobra, zjedzona w całości. Drugie - no comments.

Godzina 13:30
W ramach pomocy szpitalnej, dostałam zadanie bojowe. Nalepianie literek na butelki, w których znajdą się dwie wody utlenione, i kwas borny. Do literek dostarczono mi skalpel, miałam uważać. Uważałam, ale i tak jakimś dziwnym trafem, mam pocięte palce, że też te skalpele robią takie ostre.

Godzina 14:00
Jupi! Lekarze poszli, został tylko dyżurujący, ordynator o dziwo też gdzieś zniknął. Można udać się dotlenić płuco. Jedyna przyjemność, jaka mnie spotyka w ostatnim czasie.

Godzina 16:00
Mierzenie temperatury. Czuję, że mój organizm nie będzie miał 36,6... Mierzę, wynik - 37,8. Kurde! Powoli robi się to nudne.

Godzina17:45
Kolacja. Nie ma na nią smaków. Wszystko takie jałowe.

Godzina 19:00
Wizyta lekarska. Lekarz cieszy z mojego centrum dowodzenia. Te stany podgorączkowe są przez bakterie, które we mnie siedzą. Każe myśleć pozytywnie.Wychodzi.

Godzina 19:45
Kąpiel.

Godzina 21:00
W końcu mogę się położyć, i zasnąć. Układam się na prawym boku, szukam najwygodniejszej pozycji, zasypiam... by się znowu obudzić..  

W czasie nieopisanym, robiłam także pozytywne rzeczy, wszak ja innych nie robię. Załatwiałam zasiłek rehabilitacyjny, pomagałam innym - w miarę możliwości oczywiście...
Co do zasiłku, doktor K musiał wypełnić wniosek, który zostanie zaniesiony do ZUS-u, była tam rubryczka o ocenie wyników leczenia. Moim oczom ukazał się wpis: Rokowania niepomyślne, dotychczasowa terapia, nie przynosi rezultatów, wymagana terapia fagowa... Doktor K, kazał nie buczeć  - się zastosowałam...
Był też czas, na chwilę refleksji, nad przemijającym życiem, a to dlatego, że umarła dzisiaj pani, która leżała z nami na sali. O tym podłym życiu na pewno powstanie osobny wpis, nie czas dzisiaj na przemyślenia...

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Święta coraz bliżej, a ja tak zastanawiam się, co one mi dobrego przyniosą? Wyjdę na przepustkę ze szpitala w Wigilię, po opatrunku, jak oczywiście mój brat po mnie przyjedzie,bo jeżeli coś mu wypadnie,to wtedy: witaj autobusie, chociaż nie wydaje mi się, żebym była w stanie do niego wsiąść. Niemniej jednak, łaknę normalności, więc może jakoś dałabym radę. Chciałabym tak chociaż na jeden dzień, zapomnieć o tym, co mam na plecach, i rzucić się w wir szaleństw, odwiedzić stare kąty, pośmiać się, nawet popłakać się ze śmiechu... Ech, jakbym chciała.  Wyjść, pójść przed siebie, i niczym się nie przejmować, ustawić się na jakiś koncert, zaplanować Sylwestra - najlepiej wśród ludzi, dzięki którym mogę się śmiać. Upić się z nimi do nieprzytomności, tańczyć, tańczyć, tańczyć... Tymczasem, będę gościem we własnym domu, co ja tam będę robić? Po co mam się przyzwyczajać, jak i tak nic dobrego mnie tam nie spotka. Rodzina będzie szczęśliwa, nie będą musieli myśleć o problemach, a ja znowu zadumam się w sobie nad tym, co będzie, jak będzie, i czy w ogóle będzie. Nie będę cieszyć się świętami. Wszystko dla mnie takie sztuczne, na pokaz, nieprawdziwe. Chciałabym tak zniknąć, i się już nie pojawić, być gdzieś, gdzie będę szczęśliwa bez trosk, i całego zgiełku tego świata. Ostatnio, coraz częściej wpadają mi do głowy słowa: "Po co mnie wrzucono w istnienie?" - jaki ja mam tutaj cel? Czy w ogóle mam jakiś cel? Co jest w życiu najważniejsze? Żyć z dnia na dzień, i czekać, co przyniesie jutro? Akceptować wszelakie zło tego świata? Być kiedy jestem potrzebną, nie być, kiedy nie jestem?  Ech...

... a tu jeszcze taka piękna zima, wyciągi narciarskie ruszyły, ludzie cieszą się, mogą pojeździć, powywracać się na śniegu, zmęczyć się, a ja? Ja nie mogę, nic nie mogę, wszystkie dobra mnie ominą, nie zasmakuję niczego ... A może? A może uda mi się pojeździć, jak już rany trochę się zmniejszą, a co najważniejsze przestaną boleć, i będę mogła się wyprostować? Przecież, niektórzy jeżdżą z jakimiś ubytkami, i dają rady, może ja też bym mogła?  Zobaczymy, jak to wszystko będzie wyglądać w styczniu, i później...Może, może, może... !

niedziela, 20 grudnia 2009

Na oddziale zagościły święta. Wczoraj nawet pomogłam ubierać choinkę. Nie udało mi się podprowadzić łańcucha, cobym mogła udekorować salę, na której leżę, ale nic tam, i tak już mam swoją choinkę, dwa aniołki i miśka. Takie superowe centrum dowodzenia z niezbędnymi akcesoriami. Coraz mniej ludzi, jak my to mówimy - pozostały same VIP-y, które powoli zaczynają dowodzić oddziałem. Mój stan niewiele się zmienia, wiem już, że kolejny posiew wykonany w poniedziałek nadal wykazuje gronkowca złocistego, i jeszcze jedną bakterię, której nazwy nie potrafię wymienić. Ten cwaniak jest odporny na Gentamecynę, którą dostaję, mało tego, jest odporny prawie na wszystkie antybiotyki. Problem jest duży. Lekarz waha się, co robić, chce wdrożyć jeszcze jeden antybiotyk, ale nie jest pewien, czy on zadziała, gronkowiec udpornił się na wszystkie leki, i coraz to nowe, umacniają jego odporność. Straszna ta bakteria jest. ktoś go chce? Oddam za darmo ;)
Pani Lidio - bardzo dziękuję za dobre słowo. Jest mi naprawdę przyjemniej, a ten aniołek będzie mnie strzegł przed całym złem tego świata :)

piątek, 18 grudnia 2009

Jako, że słynę z przesadnego myślenia o wszystkim i niczym, toteż dzisiejszy wpis nie będzie zbytnio odbiegał od poprzednich. To moje myślenie strasznie mnie męczy, ale kimże bym była, gdybym nie myślała? Czy byłabym sobą? Wczoraj powiedziano mi, że jaka rodzina by nie była, to zawsze jest to rodzina, i trzeba ją szanować, i na pewno w sytuacji krytycznej, byłaby dla mnie oparciem. Rodzina, ale jaka jest jej prawidłowa definicja? Co to jest rodzina? Kto to jest rodzina? Składa się z rodziców i dzieci, cechuje ich więź formalna, wspólnota materialna, mieszkaniowa, oraz określony zespół funkcji...Ok. Przyjmuję do wiadomości. Szanuję swoją rodzinę, doceniam, że tata przyjeżdża do mnie prawie codziennie, i przywozi niezbędne rzeczy, których potrzebuję w miejscu, gdzie się obecnie znajduję. Jeden mały szkopuł pojawia się  tylko w tym wszystkim. Tata przyjeżdża do mnie nie dlatego, że chce tylko, że musi - tak mi się wydaje. Każda jego wizyta związana jest z wymianą brudnych rzeczy, posiedzeniu paru minutek, i uciekaniu,  bo się spieszy, bo ważne jest to, że brat czegoś chce, i musi mu pomóc. Ja wiem, że to jest jego syn, że ma budowę, ale kurczę..., ja nie jestem w stanie wyjść stąd, zabrać co potrzebne z domu, i wrócić. Przecież bym się nie prosiła, kiedy mogłabym sobie sama poradzić. Ja bym chciała, aby chociaż raz powiedział mi, że wszystko będzie dobrze, a nie, że w momencie kiedy mówię, co mnie trapi, on tylko kiwa głową, a jego mina mówi jedno - co Ci na to poradzę, żeby chociaż raz przyjechał ot tak, bez żadnego powodu... Może nikt go nie nauczył takich zachowań? To skąd one się u mnie wzięły, przecież jestem krew z krwi... Mama, wiadomo ma swoje obowiązki, ale też nawet sms mi nie napisze, co tam słychać..., brat jak dzwoni to często mnie denerwuje zachowaniami. Wiem, że robi to dla mojego dobra, ale co ja na to poradzę, że nie mam dobrych wiadomości... Poza tym, bardzo często mam wrażenie, że jego interesuje tylko, kiedy wrócę do pracy...Dlaczego jestem tak inna od nich? Przecież oddałabym za nich życie, gdyby któreś z nich znalazło się w szpitalu, byłabym codziennie bez pytania, czy mam przyjechać, to nie byłby obowiązek, tylko sprawa oczywista nie podlegająca żadnej dyskusji. Nie liczyłoby się dla mnie wtedy życie codzienne...Może jestem niesprawiedliwa, ale tak to widzę... Więc co to jest rodzina? Jaka powinna być wg. mnie, i co mnie z nimi powinno łączyć, bo nazwisko to jeszcze nie wszystko...Rodzina powinna być mi przyjacielem, a ja sama powinnam czuć, że mogę na nich liczyć w każdym momencie. To własnie ona powinna wyciągać mnie z sytuacji o zwiększonym kryzysie psychicznym. Być rodziną, to znaczy też rozmawiać, o wszystkim, to wspólne posiłki, to radość z  tych wspólnych posiłków. Rodzina to uczucie bliskości, to poklepanie po plecach, to przytulenie, to powiedzenie dobrego słowa... To wzajemne zaufanie, i ciepło w życiu codziennym. To po prostu dawanie siebie innym... Taka ona powinna być... Tak to widzę... Tego nie mam.

Czy na dworze faktycznie jest tak zimno, jak opowiadają ludzie? 18 dni w szpitalu daje się we znaki, zatracam się w codzienności, i -12 stopni nie robi na mnie żadnego wrażenia. Gdybym była zdrowa, zapewne skakałabym po tym śniegu, ciesząc się jak dziecko, że tak fajnie skrzeczy mi pod nogami, wyciągnęłabym też swoje narty z szafy, i odświeżyłabym im ślizgi, żeby mogły mi godnie służyć na stokach, i nie mogłabym się doczekać pierwszego wyjazdu do Szczyrku np... Tymczasem, wszystko jest inaczej. Siedzę na szpitalnym łóżku, i nie mogę zasmakować śniegu, nie mogę poczuć tego zimna, tego wiatru, który owiewałby mnie, i powodował szczypanie uszu, policzków, i palców. Nie mogę zaciągnąć się tym zimnem... jestem uwięziona. Mój oddział staje się powoli pusty. Coraz mniej ludzi, większość wyszła do domu , i już nie będzie musiała tutaj wracać, a ja? Ja będę, o ile w ogóle puszczą mnie na przepustkę,  na dzień dzisiejszy nie wiadomo, jak to będzie, gdyż są ze mną pewne problemy, i nie wiedzą, czy nie za dużym ryzykiem jest puszczanie mnie do ludzi. Chlip. Nie mogę narzekać na personel pracujący tutaj,  wszyscy są dla mnie dobrzy, pocieszają mnie, a ja zakładam maskę, i udaję, że wszystko jest ok, że sobie radzę, że mam siłę... Wszystko do czasu.  Znowu było dużo łez, znowu mam gorszy dzień, znowu rzuciłabym wszystko w cholerę...!

czwartek, 17 grudnia 2009

17 dni cierpienia,17 dni ciągłego myślenia, 17 dni wśród 6 szpitalnych łóżek, zapełnionych przez ludzi lub nie, 17 dni na czwartym piętrze Chirurgii, 17 dni w pokoju numer 427... Przez te 17 dni mogłam  poznać ludzi, i w mniejszym lub większym stopniu się rozczarować. 17 dni, które pokazały mi, że nie zawsze znajomi znaczą "znajomi" - tacy prawdziwi, którzy są w momencie, kiedy się ich naprawdę potrzebuje, którzy nie pytają " czy mogą", tylko "są" - bez względu na wszystko. Nikogo takiego namacalnego nie było...Hmm, czego ja się spodziewałam, czego chciałam? Niczego w sumie, bo przecież zawsze było tak samo, niemniej jednak wiele mi to dało do myślenia. Po raz kolejny przekonuję się, że wcale nie trzeba się znać osobiście, aby móc być przy drugiej osobie, w jej najgorszych chwilach, wcale nie trzeba mieszkać blisko - wystarczy, że się jest. Dziękuję Ci W, gdyby nie Ty, byłoby ciężko. Dziękuję też Adze, Syrdze, i Gabrysiowi za umilenie mi niedzielnego popołudnia...

17 dni za mną, a ile jeszcze przede mną? Nie wiem. Szpital, powoli staje się moim domem, a mnie samej, brak wiary w to, że wyzdrowieję - niestety. Do głowy przychodzą różne myśli, te najgorsze również. Ciężko jest walczyć, jak coś nie jest tak, jak być powinno. Rany się nie goją, wyglądam strasznie. Nie chcę tak, nie mogę tego znieść, zupełnie nie rozumiem - dlaczego? Chyba muszę zaakceptować tę swoją życiową porażkę, i co się stanie, to się stanie, bo i tak się stać musi? Jeszcze tylko jedna osoba sprawia,  że nie do końca się poddaję, że staram się ostatkiem sił zmienić się, że nie mogę sprawić, aby tej osobie z mojego powodu było przykro, dlatego jeszcze jakoś walczę, bo przecież nie mogę ot tak się poddać...Ech...

W każdym razie, centrum mojego dowodzenia przeniosło się do szpitala. Nie było wyjścia, skoro dopiero na święta puszczą mnie na przepustkę..., a co potem? Chlip...