Jako, że słynę z przesadnego myślenia o wszystkim i niczym, toteż dzisiejszy wpis nie będzie zbytnio odbiegał od poprzednich. To moje myślenie strasznie mnie męczy, ale kimże bym była, gdybym nie myślała? Czy byłabym sobą? Wczoraj powiedziano mi, że jaka rodzina by nie była, to zawsze jest to rodzina, i trzeba ją szanować, i na pewno w sytuacji krytycznej, byłaby dla mnie oparciem. Rodzina, ale jaka jest jej prawidłowa definicja? Co to jest rodzina? Kto to jest rodzina? Składa się z rodziców i dzieci, cechuje ich więź formalna, wspólnota materialna, mieszkaniowa, oraz określony zespół funkcji...Ok. Przyjmuję do wiadomości. Szanuję swoją rodzinę, doceniam, że tata przyjeżdża do mnie prawie codziennie, i przywozi niezbędne rzeczy, których potrzebuję w miejscu, gdzie się obecnie znajduję. Jeden mały szkopuł pojawia się tylko w tym wszystkim. Tata przyjeżdża do mnie nie dlatego, że chce tylko, że musi - tak mi się wydaje. Każda jego wizyta związana jest z wymianą brudnych rzeczy, posiedzeniu paru minutek, i uciekaniu, bo się spieszy, bo ważne jest to, że brat czegoś chce, i musi mu pomóc. Ja wiem, że to jest jego syn, że ma budowę, ale kurczę..., ja nie jestem w stanie wyjść stąd, zabrać co potrzebne z domu, i wrócić. Przecież bym się nie prosiła, kiedy mogłabym sobie sama poradzić. Ja bym chciała, aby chociaż raz powiedział mi, że wszystko będzie dobrze, a nie, że w momencie kiedy mówię, co mnie trapi, on tylko kiwa głową, a jego mina mówi jedno - co Ci na to poradzę, żeby chociaż raz przyjechał ot tak, bez żadnego powodu... Może nikt go nie nauczył takich zachowań? To skąd one się u mnie wzięły, przecież jestem krew z krwi... Mama, wiadomo ma swoje obowiązki, ale też nawet sms mi nie napisze, co tam słychać..., brat jak dzwoni to często mnie denerwuje zachowaniami. Wiem, że robi to dla mojego dobra, ale co ja na to poradzę, że nie mam dobrych wiadomości... Poza tym, bardzo często mam wrażenie, że jego interesuje tylko, kiedy wrócę do pracy...Dlaczego jestem tak inna od nich? Przecież oddałabym za nich życie, gdyby któreś z nich znalazło się w szpitalu, byłabym codziennie bez pytania, czy mam przyjechać, to nie byłby obowiązek, tylko sprawa oczywista nie podlegająca żadnej dyskusji. Nie liczyłoby się dla mnie wtedy życie codzienne...Może jestem niesprawiedliwa, ale tak to widzę... Więc co to jest rodzina? Jaka powinna być wg. mnie, i co mnie z nimi powinno łączyć, bo nazwisko to jeszcze nie wszystko...Rodzina powinna być mi przyjacielem, a ja sama powinnam czuć, że mogę na nich liczyć w każdym momencie. To własnie ona powinna wyciągać mnie z sytuacji o zwiększonym kryzysie psychicznym. Być rodziną, to znaczy też rozmawiać, o wszystkim, to wspólne posiłki, to radość z tych wspólnych posiłków. Rodzina to uczucie bliskości, to poklepanie po plecach, to przytulenie, to powiedzenie dobrego słowa... To wzajemne zaufanie, i ciepło w życiu codziennym. To po prostu dawanie siebie innym... Taka ona powinna być... Tak to widzę... Tego nie mam.
Cogito ergo sum ;).
OdpowiedzUsuń