Czy na dworze faktycznie jest tak zimno, jak opowiadają ludzie? 18 dni w szpitalu daje się we znaki, zatracam się w codzienności, i -12 stopni nie robi na mnie żadnego wrażenia. Gdybym była zdrowa, zapewne skakałabym po tym śniegu, ciesząc się jak dziecko, że tak fajnie skrzeczy mi pod nogami, wyciągnęłabym też swoje narty z szafy, i odświeżyłabym im ślizgi, żeby mogły mi godnie służyć na stokach, i nie mogłabym się doczekać pierwszego wyjazdu do Szczyrku np... Tymczasem, wszystko jest inaczej. Siedzę na szpitalnym łóżku, i nie mogę zasmakować śniegu, nie mogę poczuć tego zimna, tego wiatru, który owiewałby mnie, i powodował szczypanie uszu, policzków, i palców. Nie mogę zaciągnąć się tym zimnem... jestem uwięziona. Mój oddział staje się powoli pusty. Coraz mniej ludzi, większość wyszła do domu , i już nie będzie musiała tutaj wracać, a ja? Ja będę, o ile w ogóle puszczą mnie na przepustkę, na dzień dzisiejszy nie wiadomo, jak to będzie, gdyż są ze mną pewne problemy, i nie wiedzą, czy nie za dużym ryzykiem jest puszczanie mnie do ludzi. Chlip. Nie mogę narzekać na personel pracujący tutaj, wszyscy są dla mnie dobrzy, pocieszają mnie, a ja zakładam maskę, i udaję, że wszystko jest ok, że sobie radzę, że mam siłę... Wszystko do czasu. Znowu było dużo łez, znowu mam gorszy dzień, znowu rzuciłabym wszystko w cholerę...!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz