piątek, 30 września 2011

Końcówka września okazała się być prawdziwie słoneczna. Każdy dzień przyniósł pozytywne nastawienie, mimo występujących przeszkód w postaci różnych czynników chcących popsuć nastrój. Od tamtego tygodnia dużo się zmieniło, szczególnie w świecie realnych przyjaźni. Mogłabym tu wiele na ten temat pisać, ale nie zrobię tego. Boli tylko fakt, że posłane życzenia okazały się być literkami, które owszem stworzyły zdanie, ale nic więcej nie mogły wnieść do mojego życia. No bo po co wysyłać komuś życzenia, a później robić łaskę, że się w ogóle odpisze? A odpowiedź oznacza tylko jedno - odwal się? W którym my wieku żyjemy, że obrażają się dorosłe osoby? Nie można spraw załatwiać oko w oko? I czym sobie zawiniłam? Za co się mnie tak traktuje? Dlaczego całe zło tego świata zawsze skupia się na mnie? Nigdy tego nie zrozumiem, ale wiem, że coś we mnie pękło. Zbyt dużo wycierpiałam przez 3 lata, zbyt często musiałam się martwić, zbyt wiele łez wylałam. Chciałam tylko żyć normalnie, uśmiechać się,  nadrobić stracony czas i co mam? Poczucie, że znowu zostałam "skopana"? Bardzo długo ważyłam to słowo, ale znam sytuację i dlatego się tak czuję.  Jeżeli tak się to ma zakończyć - przyjmę na cycki, chociaż przykro niesamowicie. EOT.

A z życia codziennego?
Ano korzystam  ile wlezie. Dzień mam rozłożony na każdą minutkę. Rano z Amelką i Tamarką (koleżanki córką z ADHD), chodzimy do przedszkola i chociaż droga, którą pokonujemy nie jest długa (jakieś 10 minut wolnym tempem), to w samym przedszkolu pęka mi głowa od tego nadmiaru słów wypowiedzianych przez 6- letnią Tamarę. Amelka oczywiście stara się jej dorównać i przekrzykują się obie,  ja po środku, więc wszystko odbija się na mnie ;) Na tapecie aktualnie znajduje się powieszony, nieżywy pies u Amelki, i zakupiona rybka u Tamarki. Amelka oczywiście opowiada wymyślone historie, a Tamarka fakt posiada rybkę. No, jest fajnie ;)

Na rowerze jeżdżę, to wiadomo z poprzedniego wpisu. Końcówka sezonu, pogoda piękna, więc jadę siną w dal z mp3 grajkiem i słuchawkami na uszach, głównie zajeżdżam soundtracki, jakoś tak pielęgnują me uszy i dają kopa do pedałowania. Dwie godziny jazdy w zupełności wystarczają, abym czuła się spełniona fizycznie.

Gdy o 14:30 odbieram Amelkę, mały bąk zawsze biegnie do mnie z  rysunkiem, który później wieszam sobie na ścianie. Idziemy na loda, jeździmy na rowerku, buszujemy po markecie, aż do powrotu jej mamy. D

Wieczorkiem odwiedzam Lalkę, tak się mi zapisało po prostu. Tam zawsze znajdzie się ktoś z kim sobie usiądę. Fajnie tak, czuć się  mile widzianą, mam tam można powiedzieć taki swój mały, drugi azyl :)

Ech, życie. Dobrej nocy dla Was, robaczki.

wtorek, 27 września 2011

Za mną kolejny dzień. Każdy zaczyna się o 6:30, wstaję żeby odprowadzić Amelkę do przedszkola - ktoś musi. Później śniadanko, kawa i wyjście z domu. Zazwyczaj wybieram przejażdżkę rowerową, wtedy pokonuję 30 - 50 km i wracam. Zajmuje mi to ponad 2 godzinki. Kiedy na jednoślad nie mam czasu - chodzę, głównie załatwiam swoje niecierpiące  zwłoki sprawy. Powrót do domu w południe. Obiad, sprzątanie. O 14:30 odbieram Amelkę z przedszkola - ktoś musi... Kiedy jej nie odbieram, bo robi to druga babcia, a ja nie mam nic do roboty, wychodzę na rower. Powrót po godzince, półtorej, zjadam podwieczorek i zazwyczaj idę do Lalki... Powrót po 20:00, oczywiście na własnych nogach. Potem kolacja, filmy, kąpiel i spanie, coby na dzień następny znowu wstać o 6:30... I tak dzień za dniem... Zastanawiam się, co przyniosą mi kolejne tygodnie, miesiące. Czy wyjdę w końcu na prostą, czy jeszcze coś mnie zaskoczy? Oby nie, oby sytuacja stała się klarowna, obym nie musiała się martwić, bo nie lubię tego robić (zresztą, kto by lubił?) Pochłaniam każdą chwilę na czerpaniu korzyści z tego, co mnie spotyka, co przeżywam. Ładuję w ten sposób swoje akumulatory, zapominam o złym. Czasami dzieje się coś, co rozstraja mnie całkowicie, tak właśnie było w dniu wczorajszym, dziwnie zbiegło się to z moimi urodzinami. Pozbierałam się jednak i znowu zaczynam walczyć. Leki, które mają mi pomóc, zakupiłam i czekam na efekt. Nie jest to nic groźnego, ale kosztownego to i owszem. Kłód mam dużo, jednak wierzę, że uda mi się je pokonać.

Dzień spożytkowałam u Lalki, odebrałam zdjęcia z Wielkiej Raczy i raczę się nimi. Sprawiają, że przenoszę się w tamten - lepszy świat... Wolność, przestrzeń, przygoda, zmęczenie...

Dobranoc.

 

poniedziałek, 26 września 2011

Pod górkę. Zdaje się, że moje życie takie już być musi. Co bym nie zrobiła i tak nie mam wpływu na rozwój wydarzeń... Miał to być taki wyjątkowy dzień, miałam się tylko uśmiechać i nie zastanawiać nad niczym szczególnym..., tymczasem jest całkiem inaczej. Co z tego, że są moje urodziny, jak sypię się w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z czego się tu cieszyć. Żelazo, a raczej jego brak, zrobiło swoje. Leki, które zażywam, psują wszystko dodatkowo. Mogę się wewnętrznie dobrze czuć, a zewnętrznie jest paskudnie. Nie ogarnę już tego. Ogólnikowo napisane, ale niech tak pozostanie...

sobota, 24 września 2011

Dziś był dobry, a nawet bardzo dobry dzień. Wraz z Robertem, Jolą, Leszkiem, Jarkiem (już przewodnikiem), wybraliśmy się na wycieczkę turystyczno - krajoznawczą. Celem był Beskid Żywiecki - Pasmo Wielkiej Raczy,  wszystko organizowane przez PTTK, prócz nas byli też oczywiście inni uczestnicy, żeby była jasność.  Słów, które w dniu dzisiejszym mogłyby opisać, jak było jest brak, dlatego  nie napiszę nic, poświęcę temu inny dzień. Jedno jest pewne, czuję, że żyję... Dzięki kompani  za fajne chwile w waszym towarzystwie... A naleweczka była miodzio :)

Na dzisiaj - dobranoc!

czwartek, 22 września 2011

Czwartek. Zwyczajny, szary dzień. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że musiałam pomóc w eutanazji kota, aby  ukrócić jego cierpienia spowodowane bezdomnością i krzywdą, jaką wyrządził  człowiek..., bo nikt inny nie mógł tego zrobić. Kot był przewieszony na wpół przez okno od piwnicy, zapewne próbował się z niej wydostać, ale brakło mu sił. Moja mama, wyniosła biedaka i zawołała, bym zeszła na dół. Kiedy zobaczyłam kota, od razu dobił mnie jego wygląd i smród. Na mój widok zaczął miauczeć, tak bardzo prosił o pomoc. Niewiele myśląc, wzięłam go na ręce i udałam się do weterynarza. Kiedy tak z nim szłam, co chwile patrzył na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Miał je takie ładne, tylko że było tam pełno bólu... Szłam i płakałam, a on pomiaukiwał. Był tak przeraźliwie chudy... W gabinecie, miła pani pomogła mi go położyć i poprosiła, bym jej pomogła, zostałam. Kot leżał grzecznie, głaskałam go przez szmatkę, a po policzkach płynęły łzy. Jak ktoś mógł go tak potraktować... Nawet weterynarz była przerażona. Potem dostał zastrzyk..., i zasnął, a ja wyszłam... I tak siedzę w tym domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Cały czas czuję ten jego zapach, wyobrażam sobie, jakie męki musiał przechodzić w tej piwnicy. Nie mogę pojąć, podłości i obojętności ludzkiej... Tacy ludzie nie mieszczą się dla mnie w żadnej kategorii, brzydzę się nimi...

"...Słyszałam jej kroki, kiedy pod koniec dnia szła po mnie. Poprowadziła mnie między wybiegami do oddzielnego pomieszczenia. Panowała tam błoga cisza. Posadziła mnie na stole, podrapała za uszami i powiedziała, żebym się nie martwiła. Serce waliło mi w oczekiwaniu na to, co miało się zdarzyć. Czułam też ulgę, że oto nadszedł koniec udręk. Zaczęłam martwić się o tę kobietę - taką już mam naturę, tak samo bałam się kiedyś o ciebie. Żeby ciężar, który dźwiga, nie przygniótł jej.

Kobieta delikatnie założyła na mojej łapie opaskę. Łza poleciała jej po policzku. Chciałam pocieszyć tę kobietę tak jak pocieszałam ciebie lata temu i polizałam ją po twarzy. Pewnym ruchem wkłuła mi igłę do żyły i poczułam, jak zimna substancja rozchodzi się po moim ciele. Zasypiając spojrzałam w jej dobre oczy i szepnęłam cichutko: ''Jak mogłeś?'' Kobieta rozumiała psi język. ''Tak mi przykro'' powiedziała, a potem przytuliła mnie i pośpiesznie tłumaczyła, że pomoże mi znaleźć się w lepszym miejscu. Nikt o mnie tam nie zapomni, nie skrzywdzi ani nie porzuci...

Zbierając resztki energii leciutko poruszyłam ogonem, próbując wyjaśnić kobiecie, że to nie do niej były moje ostatnie słowa. To do ciebie, mój Ukochany Panie, mówiłam. Będę zawsze myśleć o tobie i czekać na ciebie po tamtej stronie."

wtorek, 20 września 2011

Zimno. Tak zwyczajnie, po prostu. Dłonie od razu reagują spowolnionym krążeniem i problemami z utrzymaniem ciepłoty, nos zimniejszy, aniżeli zazwyczaj. Idzie jesień moi mili. Zastanawiam się, co ja takiego robiłam w te smutne jesienne dni, kiedy za oknem było szaro, kiedy dzień kończył się niespodziewanie szybko, kiedy kawa po zaparzeniu stygła w tempie ekspresowym. No tak, przecież chorowałam, większość czasu przeleżałam, przepłakałam lub przegadałam na skypie. Ta jesień będzie inna pod wieloma względami. Tak sobie obiecałam, tak będzie.

sobota, 17 września 2011

Wieczorowa pora nastała, a więc mogę już napisać - to był dobry i dodatkowo iście letni dzień, szczególnie popołudnie. Nie mogłam nie wykorzystać takiej pogody, toteż wybrałam się dzisiaj dalej niż zwykle, chociaż wcale nie tak daleko. Odwiedziłam Porąbkę i okolice. Co tu dużo mówić - odpoczęłam, wystarczyła bliskość Beskidów. Nie gonił mnie czas, nie miałam obaw, że nagle zacznie padać, byłam tylko ja, rower i otaczająca mnie przyroda. Samochodów mało, cyklistów dużo, udało mi się nawet kilku zapoznać. Chłopaki ze Śląska (Patryk, Tomek, Miłosz) - pozdrawiam, miło było powspinać się z Wami do Kozubnika, a i poznać też, to przede wszystkim. Dzięki za obstawkę do Malca. Troszkę prywaty się wcisnęło, ale musiałam chłopakom podziękować. Poznałam ich całkiem przypadkiem, ja paliłam na ławce w Porąbce, a oni wydarli na mnie swe paszcze jadąc, że sportowcy nie palą. Ja oczywiście odkrzyknęłam, że ci bardziej wydolni palą, żeby formy nie stracić i się zaczęło... Zawsze miałam jakąś łatwość poznawania ludzi, wiedzą to ci, co mnie zapoznali, Emilu np. Ty ;)

Dobra. 

Dalsza część dnia, miała być spędzona w domu, niestety plan się rypnął, bo zostałam zwerbowana na działkę, celem zjedzenia prażonych. Pojechałam, chociaż wcale mi się nie chciało. Nie żałuję jednak, prażone w brzuszku, a tym samym bilans kaloryczny uzupełniony i wyrównany. Zrobiłam 66 km, więc ponad 1000 kcal ze mnie wylazło jak nic, i żeby nie doprowadzić do rozpadu włókien mięśniowych, musiałabym zjeść bardzo dużo, a że u mnie większość produktów jest "zdrowa" i byłoby mi ciężko, prażone okazały się być idealne. Białko wskazane, szczególnie po wysiłku, a dlaczego? Bo się długo wchłania,  bo odżywia organizm, a przede wszystkim zabezpiecza przed tym łobuzem katabolizmem! Ja lubim anabolizm mieć, wszakże tego... ;)

Jutro też wykorzystam dzień. 

Dobranoc.



HIHIHI!

piątek, 16 września 2011

" No a czasem jestem, jak kolorowy ptak - jak ptak, patrzę w dół na góry..."

Dawno mnie tutaj nie było, ostatni wpis z niedzieli. W zasadzie, to dzieje się  dużo, najbardziej tego aktywnego, ale tak to już jest, że jedno się pielęgnuje ponad wszystko, a zaniedbuje drugie w tym przypadku wirtualny świat - ten blogowy. Jak kiedyś mogłam pogodzić jedno z drugim, tak teraz nie jestem w stanie. Powodem jest, że tak powiem, brak wieczornych sił intelektualnych, bo nie powiem, przysiadam do komputera, ale gdy tylko otwieram bloga, żeby coś skrobnąć, dać znać chociaż, że żyję, palce zaczynają stukać po klawiaturze, nijak nie mogąc literek ułożyć w  sensowne zdanie, toteż następuje szybki backspace i przeglądarka znika z ekranu... Nie, nie jestem mniej zżyta z tym moim światem - absolutnie, ale ma on dla mnie o wiele mniejszą wartość, aniżeli realne życie. Zastanawiam się, jak kiedyś mogłam nie widzieć świata poza siecią, jak mogłam być tak głupia, bo inaczej tego stanu nie da się nazwać. Uzależnienie moi mili to było. I jeszcze ciekawość, i brak zajęcia, i egoizm - niestety.  No, ale było minęło i na pewno nie wróci więcej! Zmieniłam swoje życie o 180 stopni. Dobrze mi z tym i czuję, że w końcu robię to, co lubię, otaczam się takimi samymi ludźmi i niczego mi więcej do szczęścia nie potrzeba,  prócz pracy, ale mam nadzieję, że szybko ją znajdę. Od poniedziałku załatwiam potrzebne zaświadczenia, które będę musiała przedłożyć w momencie rejestracji w PUP.  26 wrzesień - w tym oto dniu przybędzie kolejna bezrobotna, ale mam nadzieję, że ten stan nie będzie trwał długo... 

Się rozpisała, właściwie to nie chciała o tym pisać, ale tak to już bywa, że czasami jej wpisy potrafią być całkiem inne, niźli to sobie założyła.Skoro jednak tak wyszło, to tak już musi być, a to o czym Salanee chciała napisać dziś, pojawi się jutro. No...

Dobranoc :D

niedziela, 11 września 2011

Dziękuję Wam za tę pisaną obecność. Końcówka tygodnia, potoczyła się tak szybko, że nijak nie mogłam znaleźć czasu, żeby usiąść na spokojnie do komputera, a kiedy już nawet i czas by się znalazł, to znowu dostawca internetu robił jakieś konserwacje modemowe, odcinając mnie od świata wirtualnego na większą połowę dnia. Dopiero brat podmieniając modem sprawił, że jestem, bo tak to byłabym dopiero od dnia jutrzejszego, chociaż i tak nie byłoby to pewne. 

Ok, przydałoby się podsumować to moje "chorowanie" tudzież "troszczenie się o zdrowie" ;)

Czwartkowe USG węzłów chłonnych wypadło pomyślnie. Węzłów chłonnych w pachwinach jest dużo, są powiększone, ale (i uwaga tu najważniejsze) posiadają one zatoki tłuszczowe!!! To oznacza, że nie mają utkania nowotworowego, a są jedynie powikłaniem po toczących się w moim organizmie bojach. 3 lata jednak nie mogły przejść dla organizmu obojętnie. Brzuch i inne narządy w porządku. W miednicy mniejszej mam wolny płyn. Nie wiem do końca, co to oznacza, bo doktor wykonujący USG kazał wynik pokazać rodzinnemu, ale z tego, co się zdążyłam zorientować, ma to związek z owulacją i jest czymś normalnym, gorzej gdy się utrzymuje cały czas, albo powiększa. Wraz z innymi objawami, może sugerować jakąś poważniejszą chorobę i w sumie to tyle. Dla wtajemniczonych - Ania ( mam się martwić?)

Sobota, to hematolog. Nie będę pisała, jakie miałam przeboje z panią rejestrującą, bo nie warto tracić czasu na kogoś, kto jest opryskliwy, niemiły, obojętny na drugą osobę, a dodatkowo wprowadza w błąd (świadomie). Na szczęście, doktorka była odwrotnością w/w pani, nadrabiając to, co ona straciła w moich oczach. Czegóż się dowiedziałam? Niedokrwistość, którą posiadam ma status przewlekłej. Pomimo wyrównania żelaza inne wyniki nie chcą się odbudowywać. Jest to efektem długiego chorowania i tak już od siebie dodam, że pewnie i lekarskiego zaniedbania, bo gdyby zwracali uwagi na te moje krwinki, hemoglobinę i inne, podobne, to może teraz nie musiałabym walczyć o polepszenie wartości... Samą niedokrwistość, będę leczyć co najmniej pół roku, jeżeli wyniki nie pójdą w górę, czeka mnie pobieranie szpiku kostnego do badań. I w sumie tyle. Dostałam leki, które będę zażywała do lutego. Mam się dużo ruszać, żeby pobudzać szpik kostny do produkcji krwinek... Hehehe, a ja się tak martwiłam, że może te spadki są przez mój aktywny tryb życia, a tu ziuuuu, i wyszło na moje. Bo nie ukrywam, przerażał mnie fakt zrezygnowania z pedałowania... Na szczęście, nie muszę tego robić, mało tego, mam pedałować, więc się dostosuje, ja jestem grzeczna pacjenta ;) 

Idąc myślami za zdaniami dotyczącymi sportu, przejdę do świata jednośladu. Piszczenie w tylnym kole, zostało namierzone. Jak powszechnie wiadomo, jeżeli coś nie pracuje tak, jak ma pracować, drażni to moje ucho i nie daje spokoju. Robię wtedy wszystko, żeby znaleźć przyczynę i EUREKA!!! Gumka, uszczelka, czy jak to jeszcze można nazwać, chroniąca bębenek tudzież piastę przed brudem, została zbyt mocno skręcona, przez co, przy obrocie koła okręcała się wokół niego, powodując nieprzyjemny dla ucha pisk niszczonej gumy. Wczoraj Krzysztoffo, serwisanto, rowerowo, koło zdemontował, uszczelnienie poprawił i zobaczymy, jak teraz będzie pracować. Pogoda sprzyja jeździe, więc dzisiaj znowu jednośladem pojadę w szeroki świat :)

Miłej niedzieli dla wszystkich.

środa, 7 września 2011

Witajcie dobre ludzie! Jak tam leci wasz czas? Pogoda już się zepsuła, czy jeszcze korzystacie z resztek słoneczka? Mnie udało się spożytkować dzisiejsze przedpołudnie na pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów - na rowerze, ma się rozumieć. Celu nie miałam obranego, aczkolwiek nie planowałam takiej przejażdżki, bo nie chciałam się zbytnio oddalać w obawie, że coś może się w rowerze popsuć, gdyż od wczoraj dochodzą z tylnego koła dziwne popiskiwania, które zanikają przy szybszej jeździe. Może się zbiorę po południu i wyczyszczę poszczególne komponenty, jeżeli piszczenie nie ucichnie, czeka mnie wizyta w serwisie. Nikt nie lubi, jak mu coś źle pracuje, a już tym bardziej ja, która jest wyczulona szczególnie. Zdaję sobie sprawę, że części się zużywają, ale  piszczenie to raczej mam nadzieję objaw brudu, a nie usterki, która się pogłębia. Koło się kręci, nie ociera, wielotryb pracuje cicho - nie wiem o co chodzi, taki Matrix, panie dzieju. W każdym razie, ukręciłam się tymi moimi nóziami, podjazdów wynalazłam sobie dosyć sporo, dodatkowym utrudnieniem był też wiatr wiejący w me lico, ale ja lubię utrudnienia, taki sadomasochizm posiadam ;) Gdzieś tam w przyszłości klarują się w głowie plany, o jakimś maratonie MTB, żeby się sprawdzić, żeby doświadczyć, żeby się zmęczyć maksymalnie. Tego chcę. Nie liczę na miejsce, chcę  zobaczyć ile potrafię i gdzie jest granica mojej wydolności. Pamiętacie, jak cieszyłam koparkę z tego, że na liczniku pokazało się 2000 przejechanych kilometrów? Dzisiaj jest już 2710 i coraz bliżej do 3000. Czy osiągnę tyle do końca sezonu? Odpowiedź prosta - TAK!!! 

A tak wracając do spraw bardziej przytłaczających. Jutro czeka mnie USG węzłów chłonnych i mam nadzieję, że wszystko wyjaśni się na moją korzyść. Nie chciałabym mieć pokrzyżowanych planów. Staram się trzymać dzielnie i nie pokazywać, jak bardzo  boję się usłyszeć czegoś niedobrego. Węzły nadal wielkie są widoczne gołym okiem... 

Aaaaa... jestem wyrodną ciotką też. Odprowadzam małą do przedszkola. Jest płacz. A ja ją zostawiam, bo muszę, bo robię to dla jej dobra. Ktoś musi.

niedziela, 4 września 2011

Taki los bracie niecierpliwy... Dawno mnie tu nie było, postanowiłam sobie odpocząć od komputera, ponieważ czas, który akurat trwa, nie działa  korzystnie na moje poczynania w świecie internetu. Gdy tylko siadam, myślę, a gdy myślę, zaczynam szukać, wzmagają się obawy o ten mój stan zdrowia, martwię się, co może być ze mną nie tak, chociaż jakby nie było - nadal czuję się świetnie. Węzły chłonne pachwinowe w dalszym ciągu są duże, jakby toczyły zaciętą walkę, tylko kurna z czym? Morfologa tym bardziej mnie zaskoczyła, bo niedobory białych krwinek i innych, przypisywałam niskiemu żelazu. Tymczasem żelazo wróciło sobie do normy, a pozostałe wyniki nie bardzo, poza czerwonymi krwinkami, które osiągnęły normę (dolna granica, ale norma). Dodatkowo, spadły mi płytki krwi, przedtem ponad 235, teraz już 190 i chociaż jeszcze są w normie to niewiele im brakuje, aby nie być (150), próby wątrobowe tak samo, tylko że one osiągnęły górne granicy norm. Poprzednio miałam 16, teraz już 32. Limfocyty także wyszły poza górną normę, poprzednio były idealne. CRP - dobre, czyli że nie toczy się we mnie żaden proces zapalny. Miałam nadzieję, że te powiększone węzły będą z powodu np., zapalenia pęcherza, ale mocz mam idealny. Białe krwinki na poziomie 2,7. USG węzłów chłonnych dopiero we czwartek, robię je prywatnie. Poprzednie na koszt NFZ to była jakaś pomyłka. Człowiek nie zbadał mi nawet węzłów, tylko brzuch, tam oczywiście cycuś glancuś. Diagnosta marny, tak mówili ludzie, ja mogę tylko potwierdzić. Tak bym już chciała wiedzieć, że jest wszystko w porządku, że nie muszę się martwić, ani obawiać niczego złego..., nienawidzę niepewności, wszakże tego.

czwartek, 1 września 2011

Paulina odeszła...

"Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu... Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie." 

Odeszła Paulina Pruska, taką informację przeczytałam dzisiaj na jednym z portali internetowych. Najpierw nie zorientowałam się o kogo chodzi, w głowie pojawiła się myśl - skąd ja tę dziewczynę znam? Później nastąpiło olśnienie i wielki szok!!! To jest niemożliwe, nie Ona, nie Pau! Nie może być faktycznie, czuła się źle, ale tak bardzo wierzyłam w to, że sobie z tym poradzi, przecież miała plan - chciała dać kopa śmieciuchowi, który się w niej zagnieździł. Od około dwóch lat była dla mnie wzorem, pokazywała mi poprzez swoje wpisy, że można dzielnie brnąć przez życie z najcięższą i najrzadszą odmianą raka, że można mieć plany, że wierzy się w wyzdrowienie, że można cieszyć się każdym małym postępem, robić wszystko, aby to życie przeżyć najlepiej, jak się da. Kiedy miałam kryzys w chorobie była dla mnie motywacją, która działała za każdym razem. Dawała siłę, której potrzebowałam, pokazywała, że poddanie się jest pójściem na łatwiznę, ja tak jak nie chciałam być tchórzem, brałam z niej przykład, powtarzałam sobie, zniesiesz wszystko, popatrz na Pau... I tak patrzyłam, śledziłam jej bloga. Wyzdrowiałam, a u niej zaczęło być gorzej. Ostatnio była ciągle hospitalizowana, miała problemy z oddechem, jednak nawet przez moment nie pomyślałam, że zbliża się to najgorsze... Dla mnie Pau była niezniszczalna, kto ją śmiał tknąć, no kto? I została postawiona kropka. Życie dobiegło końca, nikt już nie napisze dalszego ciągu. Paulinko, jesteś, byłaś i będziesz najdzielniejszą z dzielnych! Teraz skacz po chmurkach, baw się, wypoczywaj, tam gdzie jesteś nie ma bólu i cierpienia. Śmierć to jest nic, przechodzi się tylko do pokoju obok..., i czekaj tam na nas. Opiekuj się najbliższymi, niech czują, że jesteś przy nich... Spoczywaj w spokoju...