środa, 31 marca 2010

UFF. Takie wielkie, drukowane. Dentysta, moja zmora, mój paniczny strach, moje najgorsze sny. Dzisiaj nastało to, czego tak się bałam. Pobudka o 7, dzięki Wolfowi, który musiał się natrudzić, żebym zwlekła się z łóżka. Sms jest niczym, kiedy, idzie się spać, o 2, chociaż dosypia się w dzień. Dopiero głos może pomóc. Po obietnicy, że „już wstaję”, przymknęłam oczy jeszcze na chwilkę, przecież nie ma innej opcji, każda minutka się liczy, żeby zgarnąć trochę snu w momencie, kiedy trzeba wstawać. Łazienka jest najlepszym wybawieniem, kiedy to wstawanie idzie opornie, to właśnie w niej można pomedytować z zamkniętymi oczami, myjąc zęby, parę minutek, a ile daje wybawienia. Nieuniknione jednak musiało nastąpić, i przyodziewając się należycie, wyruszyłam na rzeź. Daleko do ośrodka zdrowia nie mam, więc po kilku minutach znalazłam się na pierwszym piętrze. Ludzi dużo, wszyscy siedzieli cicho i spokojnie, przygotowywali się na to, co ich czekać miało. Zarejestrowałam się, i usiadłam spokojnie. W głowie dużo myśli, włącznie z tymi, że może by sobie pójść, ale ten ból, który występował motywował mnie do pozostania. Czuwacz też czuwał, a kiedy przyszła doktorka, wiedziałam, że nie zwieję, tym bardziej, że pani powiedziała mi o możliwości znieczulenia, odpłatnie oczywiście, ale 10 zł, to nie jest wydatek, dla takiego cykora, jak ja. Gdybym wiedziała, że to znieczulenie guzik mi da…, chociaż miałam przeczucia, bo przecież ja, podwójny pechowiec jestem, to nic, co mnie spotyka w życiu, mnie nie dziwi. Jako siostra miłosierdzia, przepuściłam też parę osób, mnie do bólu się nie spieszy, kulturna, więc postanowiłam być;) Kiedy nastała moja kolej, a nastać musiała, weszłam do gabinetu. Doktorka miła, nawet bardzo. Dowcip jej nie znał granic, więc pierwsze lody przełamała, a ja poczułam, że może nie będzie tak tragicznie, jak głowa sobie ubzdurała.
Samo znieczulenie, to też nic przyjemnego, ale jakoś to „zniesłam”. Po 15 minutach, sparaliżowało mi pół „gęby”, opadła mi górna warga, i zaczęłam seplenić. Nie byłam jedyną, obok siedział pan, który również został potraktowany igłą i strzykawką, więc każde odezwanie się z jego strony, wywoływało u mnie gest mimiczny na twarzy, który nie wyglądał jednak korzystnie, ze względu na ten mój postępujący paraliż. No, ale wszystko, co dobre, musi się skończyć. W końcu dopadł mnie ten fotel dentystyczny. Znieczulenie, które miało zadziałać, wcale nie zadziałało, bo okazało się, że dolegliwości bólowe dawał ząb obok tego, co wydawało mi się, że mnie boli. Ból nie do opisania…, i właściwie nie mam już nic więcej do powiedzenia. Kolejna wizyta za dwa tygodnie, trutka zostanie zamieniona na plombę, ale jak mnie znowu boleć będzie, to całkowicie się zrażę do tych, i tak nielubianych przeze mnie dentystów.

Dalsza część dnia, to oczywiście, Amelia. Od wczoraj nic jej się nie zmieniło, a jeszcze straszenie Kali, że taki bunt może trwać kilka lat, powoduje, że wolę o tym nie myśleć;) Byle, kiedyś można się było z tego śmiać…

Na spanie też była pora, musiałam odespać te nocne buszowania. Nawet mi się udało, i teraz trwam, zobaczymy, kiedy Morfeusz się o mnie upomni;)

Jutro, czeka mnie wizyta u chirurga, jak co tydzień. Męczy mnie to strasznie, bo już nie chce mi się chodzić, czekać w kolejkach, i w ogóle. Gdyby, chociaż dobrze było, to jakoś bym to zniosła, a tu jak zwykle tylko problemy sprawiam, bo coś nie jest tak, jak ma być. Czuję się takim wrzodem na „dupie”, kiedy przekraczam drzwi szpitala, a następnie pokój 137, chirurgii ogólnej. Lekarz miły, ale, na pewno ma mnie dość. Kiedy to się skończy, no, kiedy?

Oddalę się teraz, od mojego blogowego świata, i pospędzam miło czas z Wolfem. Syrgi dzisiaj nie ma, pewnie szykuje siły na jutrzejszy dzień. Z nami, na pewno tych sił by, nie nagromadziła;), więc dzisiaj ma wybaczone, niech odpoczywa:*, ale jutro ją dopadniemy, i nawet pozwolę jej na siebie pokrzyczeć;) Hyhyhy. Syrga, słyszała?;)



wtorek, 30 marca 2010

Blog mój rośnie w siłę. Widzę to w ostatnim czasie. Stał się mi trzecim domem. Jest to dom, którego najbardziej pilnować będę, i do którego zawsze z miłą chęcią wrócę. Lubię tu być, jest to mój prywatny świat, świat, który jest lepszy od tego otaczającego mnie, szczególnie w ostatnim czasie. Cenię sobie wiele rzeczy, aczkolwiek, ostatnio otworzyły mi się oczy na parę spraw, o których rzecz jasna nie będę tu pisać, bo jakaś część musi być tylko moja… W każdym razie, nadal wiele rzeczy nie mogę zrozumieć, no, ale trudno, nikt nie powiedział, że życie będzie lekkie, i przyjemne. Dobrze, że mam, Syrgę i Wolfa, dziękuję Wam, za rozliczne konwersacje, zarówno te pisane, jak i te mówione, dziękuję, za czas poświęcony na układanie mnie, dziękuję za to, że nie zastanawiacie się, tylko jesteście, bez względu na wszystko. Przepraszam, że nie daję się zmienić;)

Jest noc… Zazwyczaj, po dniu takowa przychodzi. Patrzę sobie za okno, wszędzie ciemno, ludzie już dawno przytuleni do poduszek, a mnie samej nie chce się spać, mnie Morfeusz porywa dopiero, o 2…, choć, gdybym mogła wytrzymać dłużej, wytrzymałabym, ale z Morfeuszem nie ma dyskusji, on automatycznie zamyka mi powieki o tej godzinie, i po Ptokach…

Dzisiejszy dzień, to jeżdżenie, załatwianie, i pilnowanie Amelki. Nawet pokusiłam się, żeby wziąć ją na spacer, szybko tego pożałowałam, i póki ona się nie zmieni, ja nie będę z nią spacerować. Z nowych hasełek, które nie wiadomo skąd bierze, a które wywołują u mnie szeroki uśmiech, padło dzisiaj: „baba, nie mów do Amelki, Amelka jest odwrócona”, „baba, nie będzie się Amelka z Tobą użerać”, „baba, nie grzeb Amelce w dupie”, - a moja mama ją tylko dotknęła w tyłek, i skąd u niej ta „dupa”? Padłam na przysłowiowy pysk;) Ja nie wiem, skąd ona to bierze, z jednej strony jest to zabawne, a z drugiej, istnieje obawa, że wpisze się jej to już na stałe w mowę potoczną, a mnie automatycznie szlag trafi, bo ja nie należę do zbyt cierpliwych osób, i na dłuższą metę będzie to dla mnie uciążliwe, i właściwie to nie wiem, co zrobię, chyba walnę na nią focha;) Zaczęła mnie też bić, kiedyś tego nie robiła, czuła respekt, teraz to się zatraca, czyżby ten bunt był aż tak silny?

Dzisiaj dostałam też świetną piosenkę. Słowa jej, doskonale opisują wiele rzeczy, które się wydarzyły, są tak bardzo prawdziwe, że aż niewiarygodne. Przynajmniej dla mnie…, i dla ostatniego czasu.





Życzę wszystkim, dobrej, spokojnej, upojnej, oślinionej nocki;)

poniedziałek, 29 marca 2010

Kolejny dzień mija. Znowu poniedziałek, znowu muszę napisać, że go nie lubię. Początek tygodnia, wszędzie pełno ludzi. Wybrałam się dzisiaj do dentysty, chociaż przyszło mi to z wielkim trudem, nie lubię tych lekarzy, chociaż oni sami mi nic nie zawinili, tylko ten ich fach... Ząb niestety, nie pyta się mnie, czy może, tylko boli, nie przejmując się, że ja już za dużo tego bólu miałam w sobie, i chciałabym w końcu odpocząć. Z nim jednak nie ma lekko, i w środę zostaje skazany na wyleczenie, moim kosztem oczywiście, on w nosie będzie miał, że ja ze strachu dostanę skrętu żołądka, a moje nogi wprowadzą mnie w stan drgań, i nie będę mogła tego powstrzymać. Gotowam uciec z fotela dentystycznego, ciężko znieść mi ból związany z borowaniem, no, ale spróbuję, i może okażę się dzielną pacjentką, a w nagrodę dostanę od lekarza jakąś nalepkę, czy cóś, hihi;) Materialistka, gadżeciara…;) Dobra, dobra, dementuję, wcale takową osobą nie jestem, gdyby ktoś chciał powiedzieć inaczej.

Amelka króluje nadal. Dzisiaj wygrzebałyśmy plastelinę, Misio stworzył swoje pierwsze dzieło, bliżej mi nieokreślone wzorki na kartce papieru…, taki nieład artystyczny, zupełnie, jak ciotki włosy;) Pominę fakt, że narzuta na łóżko została udekorowana także, a konsekwencje tego czynu ponoszę ja, bo pozwoliłam na taki stan rzeczy. Miękkie serce mam, i chociaż mała daje się we znaki, i jest łobuz, to nie umiem jej powiedzieć, nie! Okres odstawienny, a do tego choroba powoduje, że dziecko chyba ma prawo być niedobre. Może czuje się odrzucona, bo automatycznie zmienia zachowanie, kiedy okazuje się jej ciut zainteresowania, i zajmuje się nią. Wtedy na jej ustach pojawia się ten piękny uśmiech, który sprawia, że wszystkie kłopoty znikają, chociaż na chwilkę. Obraża się nadal o byle, co, ale to też jest jedyne w swoim rodzaju, bo zarzuca wtedy tak fajnie głową, i zakłada rączki na siebie, co sprawia, że nie mogę się nie uśmiechnąć, a mój uśmiech wywołuje uśmiech u niej, taki łańcuch dobroci wtedy wychodzi. Jeżeli ktoś chce dostać uśmiech, niech bierze, uśmiechy mają to do siebie, że nie znikają.. Leć uśmiechu, przynieś radość tym, którzy jej potrzebują… Bądź też magiczny, i wróć do mnie, jeszcze bardziej uśmiechnięty, mnie też potrzebny jesteś, żebym czasami mogła za twoją pomocą znosić to, czego w jakiś sposób pojąć nie mogę.

Czytając wczorajsze komentarze pod moim wpisem, chciałam tylko dodać, do wpisu, Wolfa, że to, co nie potrafimy nazywać, a co nas łączy, nazywa się PRZYJAŹNIĄ. Taką prawdziwą, choć nienamacalną. Być przyjacielem na dobre i złe, to największa wartość, najbardziej ją cenię, i będę pielęgnować. Niekoniecznie trzeba znać się osobiście, żeby sprawić, że się jest ważnym dla kogoś w życiu. Ja w końcu poczułam, że coś znaczę na tym świecie, i W., to sprawił. Nie miejsce tu na licytację, kto komu bardziej wdzięczny być powinien, oboje pomogliśmy sobie, chociaż ja ubolewam, że nie mogę zrobić więcej. Prawdziwi przyjaciele są z nami na złe, a później na dobre. Przy prawdziwych przyjaciołach można milczeć nawet godzinę, i nie czuć skrępowania, można powiedzieć wszystko, i nie przejmować się, co dana osoba sobie o nas pomyśli. Z W., tak mam, mogę powiedzieć mu o wszystkim, i będzie to dla mnie naturalne.
Bolesław Prus, ujął to najlepiej: „Prawdziwy przyjaciel jest zwierciadłem, w którym odbija się dusza nasza. On jest otwartą księgą naszych myśli, czynów i upodobań, podczas gdy inni, obojętni ludzie są księgami w grubą skórę oprawnymi i zamkniętymi na kłódki.”

Realni znajomi są dla mnie drugim - ważnym światem, i oni doskonale wiedzieć o tym powinni. Jeżeli zapominają, że dla mnie każdy ma wartość, to jest mi przykro, bo wychodzi na to, że tak naprawdę mnie nie znają, a szufladkują, nie doszukując się przyczyny. Nie odrzucam nikogo, - nigdy w życiu. Wiem, że mam, do kogo zwrócić się o pomoc, jednak czuję, że życie za bardzo gna do przodu, i nie narzucam się. Jeżeli ktoś postanowi nie kolegować się ze mną, bo poczuł się urażony, to nic na to nie poradzę, nie mam takiej mocy sprawczej, żeby to zmienić. Ja nie zrobiłam nic złego, ja chcę tylko być szczęśliwa, i cieszyć się tym, co przynosi mi każdy dzień, nie chcę wiecznie być o coś posądzana. Chcę spokoju, chcę zwalczyć chorobę, chcę w końcu wsiąść na rower. Chcę być normalna, a nie zastanawiać się wiecznie, dlaczego, co sprawiło, że sprawiło, i dlaczego zawsze odbija się to na mnie. Nie chcę myśleć, za dużo mam tego w życiu.

Więc,: „Chodźmy tam, gdzie świeci słońce, gdzie rozbrzmiewa serc muzyka.Chodźmy tam, gdzie nie ma końca, tam gdzie zło, i zawiść znika, zawiść znika...”


niedziela, 28 marca 2010

Miałam dziś nic nie pisać, albo miałam napisać, tylko, że miało to nie być dzisiaj? Sama nie wiem. Dzień zaczął się, jak zwykle, bardzo przyjemnie. W nałóg wpadło mi wstawanie z uśmiechem na twarzy. Lubię taki stan. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Przyczyn jest dużo, i ja nie chcę, aby się skończyły. Prawie zapomniałam przez to o swojej chorobie, nie martwię się, ba, nawet w ogóle o niej nie myślę, chociaż czasami daje się we znaki porządnie. Czuję się tak, jakbym była zdrowa, jakby na plecach wcale nie było ran, i zapaleń. Zawdzięczam to wiadomo, komu, jest to tak oczywiste, że nawet nie muszę o tym głośno "mówić", bo kto czyta uważnie, ten będzie wiedział. W., ( bo się tak już przyzwyczaiłam), ty wiesz, że poznanie Ciebie jest czymś najlepszym, co mnie spotkało w moim dotychczasowym życiu? Chyba, żaden realny znajomy, nie sprawił mi tyle dobrego, co Ty, każdy zanurzył się w swoich sprawach, i jakby zapomniał o Salanee. Niby zamieniali ze mną kilka słów, ale było to takie jakieś nienaturalne. Nie wiem, dlaczego, a może mi się wydaje? Ty, pomimo tego, co tam życie Ci zaproponowało, myślisz o innych, nie o sobie. Dla mnie to bardzo miłe jest, i jak zwykle nie wiem, jak się odwdzięczę, za to wygrzebywanie mnie z dna, które osiągam, mając takie, a nie inne przyzwyczajenia. W ogóle, nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Blog zaczyna robić się bardzo osobisty, ale chcę, żeby taki był. Taki prawdziwy, taki mój. Nie lubię pisać o byle, czym, lubię myśleć nad życiem(o dziwo), lubię pisać o ważnych w moim życiu osobach. Daje mi to upust, daje mi to czystą przyjemność. Kiedyś, samotna, teraz już tak nie czuję. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: wiem, że mam przyjaciół, dzięki którym zapominam, dzięki którym bolą mnie policzki od śmiechu, dzięki którym zmieniam się, chociaż jest to powolna procedura, i na pewno wymagająca cierpliwości. I wcale nie jest tak, że mi drugim uchem wypada:P Ja jestem po prostu specyficzna:)
Niedzielne popołudnie. Dom pusty. Poza Sonią, i Amelią. Tak, znowu wpadło to w codzienny rytuał, i mała jest u nas. Przechodzi swój bunt, i powoli staje się nie do zniesienia. Na porządku dziennym są słowa: „nie mów do Amelki krupeczko”, „nie mów Amelce, co ma Amelka mówić”, „nie nalewaj Amelce zupy”, „nie dotykaj Amelki”, „nie mów Amelce tak”, „Amelka nie będzie jadła, bo ogląda”, ”nie ciem tego jeść”, „nie lubim tego”, „Sionia, nie wąchaj Amelki tak”… Jak widać, wszystko jest na nie! Czasami kończy się moja cierpliwość do niej, ale wtedy wpada mi drugim uchem…, ona ma dopiero 2 latka, jest malutka, niewinna, chcąca, aby ktoś się nią zajął… No i ja, jako dobra ciotka, dźwigam ją, podrzucam, robię zjeżdżalnię, a potem cierpię, bo nie powinnam, bo dla moich pleców to jest zabójstwo, ale w tym wypadku to małe dziecko jest dla mnie ważniejsze, bo chcę jej zapewnić, chociaż trochę rozrywki, chociaż trochę zainteresowania, pokazać jej, że kocham ją nad swoje marne życie…, chociaż wiem, że ona to doskonale czuje, bo do nikogo nie tuli się tak, jak do mnie. Teraz dała mi czas, bo usnęła na moich kolanach…, ze zmęczenia, z samotności, z choroby. I tak patrzę na nią, a ona wygląda tak niewinnie, śpi tak spokojnie…Niech się wyśpi za ciocię, bo ciocia znowu dzisiaj długo posiedzi, ale nie posiedzi sama, i to jest najważniejsze…


sobota, 27 marca 2010

Sobota, a do tego późna pora,- mogłoby się wydawać. Rolety zasłonięte, w domu powolutku nastaje cisza. Laptop pracuje dobrych parę godzin, nie przeszkadza mu to, jest przyzwyczajony, wszak wie, do kogo należy, i co ten ktoś posiada, a posiada uzależnienie, więc lepiej niech nie robi żadnych psikusów, i się nie psuje. Właściwie, to nie mam dzisiaj nic do powiedzenia, zauważył ktoś? Czy można milczeć inteligentnie nic nie pisząc? Jak tak, to taki będzie dzisiejszy wpis. Zewsząd dobiegają mnie głosy, pisz, pisz, pisz…, czy to moje myśli? Nie, to słuchawki założone na uszy, a tam głosy damsko-męskie. Skypowe konwersacje, dodam niebanalne nadal trwają, i odbywają się do późnych godzin nocnych. Jest to bardzo fajna forma spędzania wolnego czasu, którego mam aż nadto. Właściwie, to powoli nie wyobrażam sobie, że mogłoby się to kiedyś zmienić, aczkolwiek nie wiadomo, bo zawsze coś się zepsuć może, tym bardziej, że w ostatnim czasie, albo nie działa jedno, albo zaczyna psuć się drugie, albo wszystko na raz. Grunt, że dajemy sobie z tym radę, póki, co.

Dzień upłynął mi bardzo przyjemnie. Podstawowe czynności zaliczone, Amelka też dała o sobie znać, a w ostatnim czasie, czyli odkąd wróciła, jest nie do zniesienia. Daje ciotce popalić, na każdym kroku, a ciotka przez to, że jest podatna, daje się nabierać, a mała to skrupulatnie wykorzystuje. Są na to świadkowie;)

Nocne pogaduszki trwają…, słyszę ziewanie, przeciąganie, ja wyciszona, bo skupiam się na blogu, znaczy, na wpisie, który właśnie wypływa spod moich palców. Nie za bardzo mi to dzisiaj wychodzi, bo jakiś umysł na uwięzi mam, to chyba jakieś przepalenie, czy cóś?

Nadal dużo palę, niestety, albo i stety? Głosy powtarzają, nie pal tyle, ale ja lubię, i tego nie zmienię. Z jedzeniem…, hym? No właśnie, jak to jest z moim jedzeniem? Poprawiłam się? Starszyzna, proszę się wypowiedzieć;)

…, a jutro se pójdę poświęcić palmę, a co! Jakąś nowość wprowadzę, nie mogę tak zasiedzać tyłka:)

Może zbyt inteligentny wpis dzisiejszy nie jest, ale jest on mój, a że ja jestem prosta dziewczyna, to jest mi z tym dobrze, i tego nie zmienię. Najważniejsze, że mam dla kogo tego bloga prowadzić, i mogę wywołać uśmiech na twarzy…

A teraz, oddalam się od tego miejsca, i życzę wszystkim spokojnej nocki.


Wolf,smacznego, i nie mlaskamy:P

Syrgowata, nie śpij:P

piątek, 26 marca 2010

Jak się cieszę, że otaczają mnie tacy fajni ludzie, jak się cieszę, że mogę wstawać z uśmiechem na twarzy, jak się cieszę, że mam nawet osobisty budzik, który nie daje pospać, nawet 5 minut;) (no, dobra, dobra, daje). Szkoda tylko, że wstałam dzisiaj niepotrzebnie. Umawiają się z człowiekiem w szpitalu, człowiek pędzi na złamanie karku, nawet zatrzymują go za brak zapiętych pasów, które naprawdę miał zapięte, tylko odpiął, bo nie zastanawiał się, że za rogiem mogą stać służby mundurowe, które się na człowieka uwezmą i dopadną. Ich szyderczy uśmiech, wskazał mi prawdę, ta prawda głosiła, że nie uwierzyli, w me zapięte pasy, które naprawdę były zapięte, jeszcze przed wyżej wspomnianym rogiem. Na szczęście, mój urok osobisty ( to wrodzona skromność), pozwolił mi wyjść z całego zdarzenia z pouczeniem słownym. „Policjanty” – też ludzie, się okazuje;) W szpitalu, spędziłam dwie godziny, zanim przyszedł lekarz, i po wspólnie wypalonej fajeczce, poinformował mnie uprzejmie, że papierów mi nie wypełnił, gdyż, ponieważ, sama sobie doskonale poradzę, a on mi tylko podbije pieczątkę. Ma się to zaufanie do pacjenta. Podjęłam się próby uzupełnienia druku M9, jednak szybko zdałam sobie sprawę, że nie jestem profesjonalistką w tej dziedzinie, i nie wiem, jak poszczególne rubryki mają wyglądać. Znowu mi się przeciągnie składanie papierów, bo dopiero w czwartek zaniosę je do drugiego lekarza, żeby łaskawie pomógł. Przecież nie moim obowiązkiem jest takie wypełnianie, lenistwo niektórych nie zna granic. Ma lekarz szczęście, że go lubię, bo inaczej bym nakrzyczała, jakem ja. Nie bierzcie w tym wypadku pod uwagę, że czasami brak mi konsekwencji czynów;)

Wróciła dzisiaj ma Amelka. Kochane dziecko, wtuliło się w ciocię z całych sił. Chorusiana jest. Oczka malutkie, bladziutka, ale nadal łobuz, tego jej nigdy nie zabraknie. I dobrze, przynajmniej przez życie szczęśliwa przejdzie, i nie da sobie w kaszę dmuchać. Po ciotce to ma, i git majonez!

Przyjemne konwersacje, na Skype też trwają, i jest to niewątpliwie najlepsza rzecz, jaka mnie spotyka w ostatnim czasie:*

czwartek, 25 marca 2010

Nigdy bym nie pomyślała, że tak ucieszy mnie wkroczenie w stan wiosny. Budzą człowieka dyskretne promienie słoneczne, które zatrzymują się akurat na jego głowie, i nie dają dłużej pospać. Nie pomaga przykrywanie się poduszką, czy też odwracanie na drugi bok (o ile odwracaniem można nazwać paralityczne przekręcanie, spowodowane niedowładem pleców). Słońce puka, i nie pyta się, czy może. A przecież tak niewiele potrzeba, żeby to słońce odbiło się od szyby, nie przeszkadzając człowiekowi. Wystarczyłoby tylko zasłonić rolety. Jeden szkopuł, wrodzone lenistwo człowieka, nie pozwala mu wstać, i pociągnąć za magiczne sznureczki, które odcięłyby dopływ słońca. W efekcie końcowym, człowiek zezłoszczony wstaje, i udaje się do łazienki tudzież biurka, włączyć najważniejszą rzecz, dzięki której może funkcjonować. I jakby człowiek nie starał się zmienić przyzwyczajeń, tak mu to nie wychodzi. Jestem niereformowalna. Howgh!

Ostatnio oszczędzam(y) paluszki. Komunikator tlenowy, został zamieniony na Skype. Oj, nie sądziłam, że go polubię, i wcale nie sprawdza się to, że nie występuje wtedy podzielność uwagi ( kiedyś twardo się trzymałam tej opcji). Jak się ma po drugiej stronie, osobę nadającą na tych samych falach, to można razem pooglądać telewizję, pokonwersować ( rzecz oczywista), pomilczeć ( nie jest to wcale niezręczne), można też pojeść, i popalić;) Same pozytywne i przyjemne rzeczy. Czas wtedy nie gra roli, bo jest to tak czysta przyjemność, że można by siedzieć bez końca. Człowiek staje się wtedy ciut lepszy, bo już w rozmowie bezpośredniej nie da się powiedzieć: czegoś nie zrobię. Może nauczę się jeść? I nosić skarpety?;) I wszystko, co sprawi, że nie będę przyciągać tych wirusów, które zatoczyły wokół mnie jakieś błędne koło, i nie chcą się ode mnie odczepić. Ja im dam! Niech „Se”, do kogo innego pójdą, mnie się już znudziły.

Dzisiejszy dzień, to lekarze, lekarze, i lekarze. Dermatolog, Chirurg. Ten drugi dał mi skierowanie do Hematologa, moje wyniki są złe, i trzeba szukać, czy przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest zaburzona odporność organizmu. Cóż, zapisałam się do lekarza, termin 23 kwiecień. Poza tym, to czuję, że żyję. Plecy nadal mam, przeszczep za bardzo się wysusza, i mogę zapomnieć o rowerze;( Ciężko przyjąć to do wiadomości, i się z tym pogodzić. Zobaczymy, jak to się dalej wyklaruje, może jak będę go bardzo natłuszczać, to jakoś się będzie dało jeździć? W., zaraz mi pewnie powie: niedoczekanie twoje;) A ja odpowiem: Cicho;) I wszyscy będą szczęśliwi, i u każdego w kącikach ust pojawi się uśmiech. Jak ja lubię stan, kiedy wszystko jest w normie, nawet takiej przysłowiowej;)

A tymczasem kończę ten wpis, bo mi tu pewien osobnik płci przeciwnej mówi, że słychać, jak myślę:P

Dobrej nocy, robaczki!

środa, 24 marca 2010

Kadzidełko żarzy się gdzieś z boku, jest cisza i spokój, lubię taki stan. Siedzę i myślę, nad życiem, nad ludźmi, nad tym, co tak naprawdę dla nich znaczymy, i dlaczego oni sami potrafią odwrócić się od człowieka w momencie, kiedy potrzebuje się ich wsparcia i pomocy. Nigdy nie rozumiałam, co takiego nimi kieruje, że uczucia nic nie znaczą, że ktoś może przestać być ważny. Przecież nie ma ludzi doskonałych, każdy popełnia błędy, ale czy to oznacza, że w momencie nieprzemyślanego czynu, traci się wszystko, i wszystkich? Coś na zasadzie, nie obchodzi nas nic, co nas samych nie dotyczy…? Hm, czego ja się spodziewałam, że nagle w człowieku obudzi się współczucie, i chęć niesienia pomocy? A co to znaczy współczuć? Czy samo słowo coś daje? Powiedzieć można łatwo, ale, po co marnować słowa, jak nie ma się zamiaru zrobić coś z tym więcej? To takie sztuczne, pozorowane, to takie be jest, - moim skromnym zdaniem, oczywiście.

Wczorajszy dzień był długiiii, ale za to bardzo mi potrzebny, i chyba nie tylko mnie. Lubię tak spędzać czas. Sprawdza się ten diament, to milczenie, to mówienie, to milczenio-mówienie. I tylko na sercu ciężko, bo tyle by się chciało zrobić, a tu nie tak prosto. Co za zaraza panuje, że tak potrafi rozwalić życie, i jak się jej pozbyć? Ech…

Amelusia jest chora, ponad 40 stopni gorączki. Nie wiadomo, przez co, może to efekt odstawienia od piersi? Nie jestem mamą, się nie znam, ale żal mi maluszka, który jeszcze jest tak daleko ode mnie.

A mnie dopadło kichadło. Alergia to, czy może zbliża się znowu jakaś choroba? A kysz! A psik!



wtorek, 23 marca 2010

„ Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swą opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami, jak i planami. Wykonuj z sercem swoją pracę, jakakolwiek byłaby skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat, bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wielkiej oschłości i rozczarowań, jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj.
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami, ciągle jeszcze ten świat jest piękny.”


„Desiderata”, Baltimore 1692 rok



poniedziałek, 22 marca 2010

Wracają poranne przyzwyczajenia. Procedura, jakby zapisana na jakiejś kartce papieru, która jest przyczepiona gdzieś to ściany, i gdyby człowiek czegoś nie zrobił, to ona się sama przypomni, że to nie tak, że wróć, i zrób to, tak jak robiłaś wcześniej. O co chodzi? Po prostu, wylałam sobie kawę na biurko (i postanowiłam ubrać to w jakieś słowa). Zwykle jej nie wylewałam, dzieje się tak tylko wtedy, kiedy człowiek ma postanowienie, że już żadnych klamotów na biurku trzymał nie będzie, a w miarę upływu czasu, biurko i tak się zapełnia, nie wiadomo, z jakich przyczyn. W efekcie kubek, który ma swoje miejsce, na owym biurku, przestaje się tam mieścić, i wystarczy lekkie zawadzenie, żeby pyszna kawa, znalazła się wszędzie, tylko nie w brzuszku. Dodatkowo ucierpiał portfel, okulary, i wszystko inne. Ech. Foch – na kawę, na biurko, na wszystko, co przeszkadza mi normalnie funkcjonować.

Wczorajszy dzień, to pozytywny przełom, no i pierwszy dzień wiosny. Cieszę się, że wszystko idzie ku lepszemu W., Zdrowieje, i bardzo się cieszę. Wraca do formy, i nawet usłyszałam w słuchawce: „a nie mówiłem?”, – to tyczy się moich ostatnich „przygód” związanych z wielką gorączką (zero litości;)) Tak, W., Ty zawsze mówiłeś, że się doigram, jak nie będę, chociaż trochę szanować tego swojego zdrowia, i słuchać się bardziej doświadczonych stażem. To już będę, albo inaczej: postaram się:) Ty też się posłuchaj mnie, chociaż taki tyci, malusieńki raz…, trafił swój na swego, hihihi;)

Żeby nie wyjść na gołosłowną, to powiem, że zaczynam jeść. Nie jest tego dużo, bo żołądek nadal się buntuje, i nie chce przyjmować wędlin, masła, chleba tudzież bułek, ale po małym kęsku, a może się przyzwyczai. Staram się zjadać dwa posiłki dziennie, z dużym nastawieniem na „staram”. Od małego ciężko mi było dogodzić z jedzeniem, i teraz opornie zmienia się przyzwyczajenia z dzieciństwa.

Plecy istnieją, bo bolą. Nie ma żadnego przełomu, który mógłby mi dać iskierkę nadziei na to, że będzie wszystko dobrze.

Sezon rowerowy powinien zostać otwarty. Tak bardzo mnie kusi, aby zejść do piwnicy i przywitać się z moim kompanem, że sobie nawet nie wyobrażacie. Wyprowadzić go na powietrze, wyczyścić, przesmarować, i wybyć. Boję się, że przy kolejnej, pięknej pogodzie, nie wytrzymam, i tak zrobię. Nie ma nic piękniejszego, niż jazda z wiatrem…, Tak mi brakuje tego wszystkiego. Jestem uwięziona, i długo tak już nie wytrzymam. Znam siebie, za często mnie kusi, a potem robię głupoty, które prędzej, czy później konsekwencje przynoszą. Dzięki Bogu, że dzisiaj pada deszcz, i zrobiło się chłodniej. Najgorsze, że nie wolno mi jeździć, bo przeszczep…, i ja to wiem, aczkolwiek kuszenie jest większe…, diable a kysz!

sobota, 20 marca 2010

Nightwish - Walking in the air...





Odpływam..., jakoś tak ostatnio mi najlepiej funkcjonować.

Wiosna wkracza, wszystko bierze się do życia. Dom wysprzątany(mama nadrabia), nawet mój pokój, wygląda, jak nie mój. Na półkach poukładane, nie ma resztek jedzenia, np., w lampce nocnej, nie ma też pochowanych mandarynek. Sonia śpi wyłożona na łóżku, nie przejmuje się tym, że za chwil kilka może wpaść Amelka, i zburzyć jej ledwo, co osiągniętą nirwanę. Niech śpi, nie będę jej przeszkadzać, Misio też tego nie zrobi, bo od tamtego tygodnia jej nie ma, podobnież, jak W., tylko, że malutka wyjechała z drugą babcią na oduczanie od cycusia, i wiem, że nic jej nie jest, że jest zdrowa, i z premedytacją wymierza razy drugiej babci, pokazując, że ona z rodu tych, co mają na nazwisko tak jak ja, i że my nie dajemy się tak łatwo! Wszyscy ważni, dla Salanee czmychli, jakoś dziwnie... Tęsknię za tym moim małym, dwuletnim śmieszkiem. Brakuje mi jej pytań, brakuje mi wpychania się na kolana, celem postukania po klawiaturze, namalowaniem jaja, zagraniem w grę, i zaczepianiem kolegi…;( Brakuje mi zabawy z nią, wszystkich tych czynności, które pozwoliłby mi jakoś trwać w tym, co mnie spotkało, z czym muszę żyć do czasu, aż wszystko będzie dobrze.

Dużo palę. Kiedyś tyle nie musiałam, niestety, ostatni czas spotęgował u mnie nałóg. Waga też opada, ale to akurat mi nie przeszkadza. Jedzenia praktycznie nie używam, nie dam rady jeść, sam widok mnie odrzuca. Staram się zjeść jeden, ciepły posiłek, żeby dostarczyć organizmowi cokolwiek. Nie mogę patrzeć na chleb, na wędlinę, na masło. Szpitalne jedzenie tak bardzo dało mi się we znaki, że teraz wszystkie zapachy mnie drażnią, i kojarzą się z oddziałem chirurgii. Zawsze można zatkać nos, wiem, ale i tak wiem, że to tak samo pachnie, jak w szpitalu, i nie da się tego zjeść. Za dużo odruchów występuje. Wolę zjeść mandarynkę, i banana. Za to kaw wypijam dużo, chociaż to niezdrowe. Sową kiedyś zostałam nazwana, a teraz dzięki tym kawom mogę spać, dziwne, nie? Witaminy też łykam, żeby uzupełniać to, co wypłukuję, i jest to chyba jedyna rzecz, z której W., byłby zadowolony, za wszystko inne bym oberwała.

Pochłaniam gry na fb, i filmy. Nadrobię swoje braki, i może jakąś krytyczką filmową zostanę? Chociaż pewnie marny ze mnie byłby krytyk, jak na co drugim filmie beczę, bo byle co mnie rozczula, a w tej branży, to chyba twardym trza być, nie "mętkim"..., w sumie, kto to wie.

A co z plecami? Ano, nic. Opatrunki w szpitalu, płukania, wszystko, co nieprzyjemne. Obrzęk się nie zmniejsza, jest twardy, jak kamień, nacięcie głębokie, można by tam wrzucać pieniążki, jak do skarboneczki, i nawet nie będzie widać dna... Przeszczep też rozwala się, gdzie chce, jak chce, kiedy chce. A poza tym, to muszę znów załatwiać papiery o przyznanie zasiłku rehabilitacyjnego. Naprawdę się mi nie chce, jakby sobie nie mogli jeszcze raz tego skserować, no ale po co, skoro Salanee, ma przecież nogi wygrane na loterii, i może łazić tam, i z powrotem, i denerwować się na prawo i lewo, bo ktoś czegoś nie ma czasu zrobić..., jeszcze tak strasznie bolą mnie łydki, że czuję się, jak 90letnia staruszka. Od czasu tej strasznej gorączki, którą dostałam w szpitalu, same problemy mam. Pierwszy raz w życiu, na porannej wizycie, widziałam przerażenie lekarzy, którzy najpierw zobaczyli, jak wyglądam, a później spojrzeli na kartę choroby, która pokazywała w nocy 39,9, a rano, po podaniu mnóstwa leków na zbicie 39,5. Największe nieszczęście, czyli ja, nie miałam siły nawet się poruszyć, tak strasznie bolała mnie wtedy głowa. Ból, to jest nie do opisania. Mieli mały horror ze mną, ja sama ze sobą zresztą też. Lekarze boją się, że ta temperatura poszła od rany, dlatego wywołałam pospolite poruszenie na oddziale, z wszelakimi badaniami, zastrzykami, kroplówkami, morfinami włącznie, i dlatego nie chcieli mnie tak szybko wypuścić, bo jeżeli za taki stan rzeczy, rzeczywiście winna jest rana, to jest to już bardzo poważny problem. Dopatrują się autoagresji organizmu, w stosunku do niego samego. Co się w sumie dziwią, przecież ja wredna jestem, to i organizm będzie agresywny. W trzecim dniu, kiedy to troszkę musiałam ich oszukać, pozwolili mi pójść, każąc przychodzić do nich, a codzienną zmianę opatrunków, W ten sposób chcą czuwać nad stanem rzeczy, i interweniować, kiedy trzeba będzie. Nie wiedzą tylko, że ja do tego szpitala, na pewno więcej nie pójdę, odmówię, jeżeli coś pójdzie nie tak, i będę musiała tam wrócić. Uderzę na Kraków, oni pewnie też będą szczęśliwsi, chociaż w sumie nie o to tu chodzi, ja muszę poznać swoją przyczynę choroby, a oni mnie, że tak delikatnie powiem... gilają. Nowych dziur mieć już nie chcę, i tak wystarczająco przeraża mnie to, co mam na plecach:(

Jedna rzecz jest ważna, póki co: W., ma wyzdrowieć, i nie brać przykładu z sieroty, zwanej Salanee, wystarczy już skomplikowanych przypadków! W...., masz tam tylko te dobre mikrobiki ode mnie, i Zdrowiej!!!:*

I w każdej gorszej chwili, czas umilam sobie nagraną bratanicą, która ma już dużo do powiedzenia...



Update: Na dzisiejszym opatrunku dowiedziałam się, że z posiewów krwi, które brali ode mnie, kiedy miałam taką wysoką temperaturę hoduje się jakaś bakteria, która mogła wywołać u mnie posocznicę, i gdyby nie to, że zareagowali odpowiednio wcześnie, to pewnie miałabym sepsę. Czyli, dostało się badziewie do krwi. Na szczęście, przetrzymałam, i myślę, że mnie nic nie zaatakuje...

piątek, 19 marca 2010

"Sekkyo zwrócił się do jednego ze swych mnichów:
-Czy potrafisz chwycić pustkę?
-Spróbuję - powiedział mnich, i złapał dłońmi powietrze.
-Nie wygląda to najlepiej- rzekł Sekkyo,- przecież nic nie trzymasz.
-Cóż mistrzu- odparł mnich- pokaż mi, proszę, lepszy sposób.

W tym momencie Sekkyo chwycił mnicha za nos, i mocno szarpnął:
-Auć!!!- wrzasnął mnich- Ranisz mnie!
-Tak oto można chwycic pustkę- stwierdził Sekkyo..."



czwartek, 18 marca 2010

„Życie człowieka jest jak pudełko zapałek. Brać je zbyt poważnie byłoby głupotą, ale znowu zlekceważyć niebezpiecznie.

Tak, jak napisała Zimbabwe, - ludzie czasami nieoczekiwanie wpisują się w nasze życie, stają się jego częścią. Przyzwyczajają nas do swojej obecności, są jak coś oczywistego, jak coś, co zesłał nam los, bo tak właśnie musiało być. Trwamy w tym, jest nam dobrze, doceniamy tę drugą osobę, i jakby nie wyobrażamy sobie, że kiedyś mogłoby tej osoby zabraknąć, że mogłaby z jakiś powodów zniknąć. W sieci bywa różnie, są ludzie i „ludzie”. Ci drudzy, traktują nas, jak rozrywkę, jak są, to są, jak ich nie ma, to nie ma, i nie przejmują się, co my na dany moment czujemy, czy martwimy się, z jakiego powodu ich nie ma, czy snujemy domysły, co się stało, i czy czasem nie znudziliśmy się drugiej stronie. Różni ludzie, różne charaktery. Czasami w życiu dzieje się też tak, że to los wystawia nas na próbę, że to, co daje, próbuje też odebrać, i tylko od nas samych zależy, co z tym zrobimy, czy pozwolimy losowi zwyciężyć, czy postawimy się mu, i będziemy walczyć, o tę, jakże ważną dla nas znajomość, o tę jakże ważną dla nas przyjaźń. Wszystko zależy od naszej determinacji, od zawzięcia, od woli walki w dowiedzeniu się, co było przyczyną.

Nigdy nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że W., mógłby ot tak, o mnie zapomnieć, zerwać kontakt, że mogłabym dla niego przestać istnieć. Dużo w mojej głowie siedziało, ale ta myśl, automatycznie się odrzucała, jakby moja psychika, sama do mnie mówiła, „dziewczyno, dlaczego chcesz zwątpić, przecież go znasz! I właśnie ta psychika, wiedziała lepiej, przecież W., to jest osoba, która jest jak diament – z daleka przyciąga gamą barw, a z bliska fascynuje wielkością płaszczyzn. Przecież mówi, gdy milczysz, milczy, gdy mówisz. Mówi i milczy, kiedy ty milczysz, i mówisz… Nie poddawaj się!”

Nie poddałam. Uruchomiłam się jak mogłam, chociaż było ze mną kiepsko, wiedzą Ci, co mieli tę „przyjemność” porozmawiać ze mną przez telefon…

Z W., zawsze rozumieliśmy się bez słów, w tym samym czasie, potrafiliśmy napisać to samo, wrzucić tę samą emotikonę, jedno wyczuwało, co w danym momencie, robi drugie. W ostatnim czasie, moje przeczucia w stosunku do niego były złe, obawiałam się czegoś złego, nie pomyliłam się...
W., jest w szpitalu… Nie chcę pisać, co sprawiło, że tak się stało, bo to nie jest ważne. W każdym razie, walczy! Jest silny, musi dać radę!
Dobrych ludzi nie można ot tak, sobie zabrać, ja nie pozwalam, bo walnę focha!

W., walcz, ja Ci tu dzielnie kibicować będę, prześlę wszelakie "mikroby", "zaraziki", i "gadżety", mam ich nadstan!!!


Wyszłam dzisiaj ze szpitala, chociaż nie za bardzo chcieli mnie puścić…, nie mogłam tam jednak dłużej pozostać.
Krzyśku, pamiętaj, każdy jest wartościowym człowiekiem, każdy!

środa, 17 marca 2010

Nigdy bym nie pomyślała, że jednego człowieka może spotkać tyle złego, i na dodatek, że to wszystko potrafi się tak skumulować, że człowiek popada w czarną dziurę, z której nie jest w stanie się wydobyć. Nadal przebywam w szpitalu. Dodatkowo, ostatnie dwa dni, to wysoka temperatura, 39,9 stopni. Mnóstwo leków… dzisiaj jest już lepiej, gorączka mniejsza. Przyczyna takiego wzrostu nadal niewyjaśniona, jednak ja chyba wiem, przez co to wszystko – przez zamartwianie się.

W., nadal nie daje znaku życia, wszystko jest o tyle dziwne, że jego telefon do mnie, co jakiś czas dzwoni, ale kiedy odbieram, nikt się nie odzywa. On sam, niby wiedząc, że nic nie słyszę, nie rozłącza połączenia, jakbym nie rozłączała ja, to pewnie połączenie by leciało, i leciało,…Kiedy oddzwaniam, po dwóch sygnałach włącza się poczta, normalnie u niego włączała się po pięciu. Dlatego nie wydaje mi się, żeby to dzwonił on, tylko sam telefon. Wysłałby przecież, sms, kiedy nie mógłby się ze mną skontaktować, a już na pewno rozłączyłby połączenie:( Martwię się, mało tego, boję się, mam najczarniejsze myśli, nie dają mi one spokojnie spać, nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Brakuje mi W., boję się, że już nigdy nie będzie dane nam porozmawiać, że nie sprawi, że popłaczę się ze śmiechu, że już każdy dzień będzie inny. Człowiek poznaje ludzi, a potem „coś” sprawia, że nagle znikają, bez wieści, a człowiek gubi się całkowicie. 7 miesięcy znajomości, to jest dużo, W., był wpisany, jakby w mój rozkład dnia, a teraz pozostała dziura w rozkładzie, która nie chce wrócić do normy. W, obiecałeś się ze mną napić „piwa”, jak wyzdrowieję, nie możesz teraz się nie wywiązać, ja mam sklerozę, ale nie aż tak postępującą, żeby zapomnieć...;)

Dziękuję, Krzyśku, Syrgo, Ago, Iwono, że mnie podtrzymujecie na duchu. To dużo dla mnie znaczy, i pozwala mi jakoś trwać. Muszę wierzyć, że będzie wszystko dobrze, muszę.

sobota, 13 marca 2010

"Są ludzie, którym szczęście mignie tylko na moment, na moment tylko się ukaże po to tylko, by uczynić życie tym smutniejsze i okrutniejsze."


Z życia szpitalnego:

Powrót do bólu, do bolesnych opatrunków... Wszystko to sprawia, że moja psychika nie może już tego wytrzymać, a dodatkowe myślenie, które mam w ostatnim czasie, nie pozwala mi funkcjonować, dlatego zamilknę. Nie radzę sobie, nie mogę zrozumieć, nic nie wiem, martwię się bardzo, a ból, który trwa, rozrywa mnie od środka. Nie fizyczny ból, ale psychiczny, i ta niemoc, i to poczucie bezradności... Dziękuję..., za to, że byliście tu ze mną...


W,... chlip.

środa, 10 marca 2010

Wielu ludzi mówi o sobie: jestem nikim. Pewnie, dlatego, że próbują być kimś innym niż są w rzeczywistości, że usiłują dopasować się do środowiska za wszelką cenę. Wpadają w kompleksy, kiedy im się to nie udaje, a przecież najlepszą radą, jaka może być, żeby człowiek był kimś, to być sobą, tylko trzeba docenić siebie, szacować swoje wady i zalety, przecież nie ma Ludzi-Nikt, każdy ma osobowość, każdy człowiek jest odrębną wartością… Łatwo się pisze, gorzej przemienić to w czyn…, wiem.


Smutno. Zaginął mi gdzieś W. Odczuwam, nienamacalny brak, straszną pustkę, jest mi źle, i w ogóle, samopoczucie=0 Najgorzej to, nie wiedzieć nic ;(

wtorek, 9 marca 2010

Kiedyś, myślałam sobie, że nie potrzebuję dodatkowych portali, miałam swoje przyzwyczajenia, i wydawało mi się, że nowe w niczym mnie nie uszczęśliwią. Wtedy, dostałam linka do portalu nasza-klasa.pl Było to tak dawno, że nawet nie pamiętam, kiedy;) Na początku NK, nie wciągnęła mnie, aż tak bardzo. Jej powolne działanie, zawieszanie serwerów, sprawiały, że nie miałam chęci tam wchodzić, bo każdorazowo kończyło się to traceniem cierpliwości. Przez jakiś czas, zapomniałam o portalu, aż w pracy znajomy mi powiedział, ilu to już osób, ma u siebie dodanych. Postanowiłam, sprawdzić, i dać szansę NK jeszcze raz, ciekawość ma, nie znała granic. Problem pojawił się do razu po wejściu, bo oczywiście nie pamiętałam hasła, i sporo się musiałam natrudzić, aby je sobie przypomnieć. Po wielu mozolnych próbach, moim oczom ukazała się strona główna portalu, i faktycznie, w skrzynce odbiorczej było dużo zaproszeń. Różnorakich, czasami kogoś znałam tylko z widzenia, a mnie „dopadł”. Życie zaczęło toczyć się wokół pracy, i naszej–klasy. Po czasie, portal się rozwinął, doszło parę funkcji, niemniej jednak ludzie nie do końca zrozumieli założenia, i wszystko, co było nowe, wiązało się z ogólnym sprzeciwem, i buntem. Pomyślałam wtedy, że portal miast być profesjonalny jest dziecinny, że większość tych „znanych” mi ludzi, jest ograniczona w świecie, w którym najważniejsze jest gadu, i gry online. Gdzieżby chciało im się przeczytać, do czego miał służyć Śledzik. Zaczęłam bywać tam coraz mniej, jednak lubiłam sobie, w ramach odpoczynku psychicznego, czasami zaglądnąć na profile innych, przejrzeć zdjęcia, dać komentarz. Wpisała się NK, w procedurę odchamiania Salanee. Do czasu… Nie pamiętam, w jakich okolicznościach, ale na pewno były one ważne, któregoś pięknego, słonecznego poranka, albo mniej słonecznego popołudnia lub nawet, ciemnej nocy, dostałam adres Facebooka. Zarejestrowałam się, ale tyle nowości, które tam zobaczyłam, zniechęciły mnie do wdrażania, poza tym, mała liczba znajomych, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie warto inwestować w nowy nałóg. Zapomniałam o Facebooku na czas jakiś, przypominały mi o jego istnieniu maile z informacjami, że ktoś nowy doszedł, że dodał mnie do listy. Najpierw, te maile wyrzucałam do śmieci, z ogólnym bluźnierstwem na ustach, ale potem sobie pomyślałam, a co mi tam – zaglądnę raz jeszcze…, jaka ja byłam głupia, gdybym wiedziała, jakie czekają mnie konsekwencje, nigdy bym tego linka nie otworzyła, nigdy bym, nie dała się skusić! Za późno, teraz już nic nie mogę zrobić, teraz już jestem stracona, i właściwie zastanawiam się, czy jest sens nadal przebywać w sieci, bo, jak tak dalej będzie, to źle skończę! Kto jest winowajcą? Facebook, oczywiście! Co zrobił? Zapętlił mnie tak, że nie wiem, gdzie żyję! Czym się przyczynił? Ha, jest, o czym pisać,… Kiedy się już zalogowałam, i rozkminiłam, o co w nim chodzi, zaczęłam śnupać, jak to na mnie przystało. Dostałam zaproszenia do różnorakich gier, jedną z nich była, FarmVille, zaczęła się wczytywać…, pojawiła się informacja, o przeniesieniu się z miasta na wieś, i możliwości uprawiania roli. Po chwili wyskoczył ekran, w którym to mogłam podzielić się z innymi o tym fakcie, i wypis ten pojawił się na ogólnej stronie fb. Jako, że lubię wszelakie gry typu DinerDash, etc, farmville mi się spodobała. Zasadziłam parę roślinek, i dostałam informację, że wśród moich sąsiadów, mogę umieścić użytkowników fb, których mam u siebie na liście. Kolejne okienko, to prezenty związane z tematyką gry, które mogę wysłać swoim znajomym, aby zachęcić ich do grania. Gra ma ograniczenia, bo prezenty mogę wysyłać, tylko przez czas jakiś, np. raz dziennie, ale to powoduje, że gra się rozwija, a człowiek pochłania się jeszcze bardziej. Kiedy zdobywam jakąś nagrodę, coś mi wyrośnie, coś znajdę, mogę się podzielić tą wiadomością z innymi, umieszczając wieści na stronie głównej. Żeby coś urosło, trzeba czekać, bo po zebraniu plonów, wpadają pieniążki, za które można kupować nowe rzeczy, i rozwijać poziom doświadczenia. Moim celem, to zawodowym farmerem być, a raczej farmerką. Gra mnie zniewoliła, sprawiła, że zasypiając, widzę jak mi ryż rośnie, jak krowa daje mleko, jak, jak, jak...Wystarczyło kilka dni, żeby osiągnąć maksymalne zainteresowanie, i brnąć dalej. Kto mi się tym zajmie, jak wyląduje w szpitalu? Bez farmerowania, nie przeżyję! A nasza-klasa? Hmm, praktycznie mnie tam nie ma, zaglądam z przyzwyczajenia, jakoś myszka sama klika, dlatego, za czas jakiś, usunę swoje konto,to na facebooku znalazłam swój dom..., którego się co prawda jeszcze nie dorobiłam, ale lepiej się go dorobić późno, niż nie dorobić wcale;)



Tymczasem, moja farma, wygląda sobie tak. Gram od dni kilku, zaznaczam :)

Dajcie skusić się i Wy, znajcie jednak konsekwencje!

poniedziałek, 8 marca 2010

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Kiedy wydaje nam się, że już spadliśmy na samo dno, okazuje się, że to dno sięga głębiej? Zawsze sobie powtarzam te słowa, kiedy przeżywam kryzys, a jako, że od jakiś 9 miesięcy, ten kryzys występuje u mnie prawie cały czas, to powoli te słowa, robią się już nudne, i nic nieznaczące. Kiedy jest źle, wydaje nam się, że tylko my na dany moment tak mamy, a tu okazuje się, że inni ludzie też cierpią, i dają upust sobie, w różnoraki sposób, spacerując, zamykając się w czterech ścianach, etc. Ich ogólna niechęć do świata spowodowana kłopotami, nie pozwala im normalnie funkcjonować. Im? Oczywiście, mnie też, bo ja to prowadzę w czołówce;) Często słyszane przeze mnie słowo: "cierpliwość", powoli zaczyna być tylko napisem na białej kartce, którą można zmiąć, i udawać, że się jej nie widzi, bo jak czegoś nie widać, to tego nie ma, i nie muszę kombinować, jak tę cierpliwość zachować, jak zrobić, żeby mieć ją do siebie, a tym samym, posiadać odpowiedni dystans do swoich kłopotów. Przydałoby się nauczyć szukać odpowiedniego lekarstwa, udawać, że buduje się w sobie przekonanie, że się wie, jak walczyć z tymi kłopotami. Wiadomo, na chorobę jest lekarz, ale jak ten lekarz niewiele pomóc może, to, co wtedy?

Codziennie, przy zmianie opatrunków, przerażam się. Nie obszarem blizn, one teraz odeszły na dalszy plan, ale ropień, który mi się wytworzył, przybrał już takie rozmiary, że jest to największe „coś”, co miałam do tej pory. Po cichu liczyłam na to, że uda się potraktować go ambulatoryjnie, ale teraz, to chyba nie ma już na to szans. Nie wiem, czy taka szansa w ogóle była. Cztery dni mam jeszcze przed sobą, zanim zobaczy mnie lekarz, na pewno się przerazi, i sprawi, że ja zdołuję się jeszcze bardziej. Do tego czasu, z zawziętością zażywam witaminy C i B, żeby polepszyć te marne wyniki. Walka z niedokrwistością z niedoboru żelaza, jest ciężka, i na obecny czas, u mnie mało sukcesywna. Zobaczymy, co będzie dalej.

Ogólnie rzecz biorąc, już mi się nie chce.



niedziela, 7 marca 2010

I znowu niedziela, taka zwykła, szara, zasypana śniegiem. Nic tam, trzeba ją przeżyć. Fajnie jest tak obudzić się rano w pokoju, gdzie temperatura wynosi 17 stopni, i po przetarciu oczu się uśmiechnąć, tak z niczego, tak zwyczajnie, tak normalnie, tak od siebie. Dawno tego u mnie nie grali. Po wczorajszym, zwariowanym dniu, dzisiaj się należy...

Nadal, pozostaję ze swoimi myślami, i dzisiaj skupiłam się na ideologii ludzi, sama nie wiem - dlaczego? Miłośnicy zwierząt, którzy ostro dopatrują się ich praw, protestując przed cyrkiem, a którzy sami noszą skórzane buty, i skóry. Wegetarianie, którzy nie lubują się w mięsie, ale lubują się w skórzanych wisiorkach, i wszelakich sznurkach na szyi. Anarchiści, którzy to głoszą protesty przeciwko istnieniu państwa, a później grzecznie odbierają stypendium państwowe. Nie omieszkam, wrzucić tu też Skinheadów, którzy wołają dumnie: „Polska tylko dla Polaków”, a którzy tak naprawdę nie znają historii swojego kraju, albo znają tylko tyle, ile zdążyło im wpaść do głowy, za czasów szkolnych. Tacy, przecież nie dostrzegą, ile zrobili dla nas ludzie, innych narodowości.

Ech, wkradła się moda, na udawanie, na popieranie czegoś, znając coś tylko po łebkach, albo nie znając wcale, ale trwanie w tym, bo inni są, to ja też będę! A przecież, wystarczy poszukać głębiej, wczytać się, być konsekwentnym w tym, co się robi. Jeżeli się coś deklaruje, to całym sobą, a nie pływając po wierzchu, nie o to chodzi. Wiele śmieszności pod płaszczykiem subkultury. Małpie naśladownictwo! Moda jest najważniejsza? Albo, bo co powiedzą inni? Przecież trzeba być na fali? Bo, kurde - wypada?
I do głowy przychodzi mi tekst Perfectu: „Chcemy być sobą”, czyli kim?

Dobra, już nie smęcę ;) Oddalam się, a Was pozostawiam z nową płytą Strachów..., a raczej jednym, skromnym kawałkiem..., bardzo urzekającym. Polecam zakup, płyta rewelacyjna! No tak, trzeba tylko lubić taką muzykę :)



"Dziewczyno o chłopięcych sutkach, co za nierealny świat, nie do twarzy nam dziś w smutkach, na szczycie góry Ararat."


sobota, 6 marca 2010

Bo, w czasie śniegów, "piesy" się nudzą..., ziewww...



Sonia, potocznie zwana Sunią, Siusią, Marysią, Martadelką, Atletą, Śmietnikiem..., suczka, której oczy potrafią mądrze "słuchać", i która dzieli ze mną żywot, i której nie wymieniłabym na nic innego...., bo w czasie śniegów, "piesy" się nudzą... ;)

piątek, 5 marca 2010

Dobrze, że człowiek czasami samoistnie się regeneruje, i potrafi wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę chęci do tego wszystkiego. Mimo, że ból budzi mnie kilka razy w nocy, a chodzenie sprawia, że wyglądam jak przygarbiona staruszka,u której przy większym kroku pojawia się morderczy wyraz twarzy, to jakoś trwam, z nadzieją, że wszystko mi szybko minie, chociaż wiem, ze bez pomocy chirurga się nie obejdzie. Choroba rozwija się w szybkim tempie, a jej umiejscowienie jest najgorsze z możliwych - okolica lędźwiowa - tuż nad pośladkiem. Tym sposobem, zostałam pozbawiona możliwości noszenia spodni, i właściwie nie wiem, w czym teraz będę paradować. Staram się o tym nie myśleć, bo za duże zawracanie sobie głowy, powoduje u mnie "wczorajsze" wylewanie żali i smutków, z bezsilności, z przesadnego myślenia.

Dzisiejszy dzień zaczął się dobrze, gorączka nie jest duża - 37,4, więc jestem w stanie funkcjonować. Amelka też była, ostatnio przeżywa swój dwulatkowy bunt, i ciężko dojść z nią do porozumienia. Ty powiesz, że coś jest czerwone, ona automatycznie odpowie, że nie jest, mała chce serek, pytasz się jej, czy na pewno, kiwa głową, że tak, po czym, kiedy się ów serek otworzy, Amelka od razu mówi, że nie chce, i weź tu człowieku się nie zdenerwuj. Mowi się jej, nie bij Sonii, ona ze zdwojoną siłą, wymierza jej razy. Nie dotykaj, w jej rozumowaniu znaczy,dotykaj jeszcze bardziej. Na słowo: bądź grzeczna, odpowiedź pada: "nie bedem!", Od razu się obraża, i ucieka do kąta, w którym udaje, że jest najbardziej pokrzywdzona na świecie, i dzieje się jej nie wiadomo, jaka krzywda. Kiedy mówię jej, że jestem na nią obrażona, i idę sobie w świat,bo jest niegrzeczna, Amelka odpowiada: "To idem z Tobą!" Ech, dorasta mały gacopierz, i daje znać, że jej zdanie jest jedyne słuszne, i niepodważalne. Trudno walczyć z takim charakterkiem, tym bardziej, że ja należę do tego samego gatunku. Za parę latek, pewnie stanie się też maniaczką komputerową, jak ciocia, już ma zadatki, W., prawda? Byście widzieli, z jakim zaangażowaniem naciska klawisze od komputera, i operuje myszką, mając przy tym tak bardzo wystawiony język, że czasami boję się, że sobie go odgryzie. Duże znaczenie, mają u niej emotki, o czym przekonał się ów W. Uprzejmie informuję, że z lekka jesteś już biedny, dziecko sobie Ciebie, jako kolegę upatrzyło, i jak poszedłeś, słyszałam tylko: "ćem na kolana, do kolegi mówić", na nic były moje słowa, że kolega poszedł pracować, bo z jej ust padały słowa: "niech pydzie do Amelki - ćem" Jak ona coś chce, to już nie ma zmiłuj się.
Ciocia też dzisiaj walnęła gafę, bo zapomniała, że przy dziecku nie mówi się czegoś, co łatwo wpada w ucho. Jednak, powiedziała i myślą przewodnią jest: Git Majonez! Filmik, który zamieszę poniżej, zaprezentuje Wam, moją małą bratanicę, która prócz strzępienia ząbków, coś jeszcze komuś obiecuje, na rzecz czegoś, co ma być nagrodą.




A psik! ;)

Obiecanki, cacanki... Była grzeczna, ale tylko przez 10 minut!

W., a ja Cię uduszę, teraz sobie nic przy komputerze zrobić nie mogę, bo ona czyha na Ciebie cały czas: "a jeś kolega?", i pcha się na kolana...


A ten uśmieszek, to jest najbardziej fałszywy uśmieszek jaki znam :D

Git Majonez!

czwartek, 4 marca 2010

Dzień rozpoczął się dosyć wcześnie, a to za sprawą zbytniej ciepłoty ciała, która sprawiła, że termometry miały, co robić, ku niezadowoleniu właściciela owej ciepłoty. Męczy mnie gorączka, i to niestety nie jest przyczyna przeziębienia, chociaż sama się tak oszukuję, i próbuje tłumaczyć, niczym naiwne dziecko, któremu mówi się coś tylko dla zasady, żeby sobie przestało głowę zawracać. Próbuję w tej głowie wyeliminować problem, jednak przypomina mi on o sobie codziennie, w postaci bólu, który zaczyna być powoli nie do zniesienia. I nie wiem, naprawdę nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, jak bardzo musiałam komuś zaszkodzić, że tak mi daje popalić? Nie mogę wyobrazić sobie końca tego chorowania, tak jakby nigdy nie miał nadejść. Wierzyłam za każdym razem, w szczęśliwy koniec, dlaczego teraz tak ciężko mi to przychodzi, a właściwie – nie przychodzi wcale. Próbowałam nauczyć się z tym żyć, potraktować, jako element mnie, ale kto by lubił wieczny ból, i udrękę – prócz sadystów, i masochistów… Nie radzę sobie jakoś, i zaczyna mnie to przerażać. Przed oczami pokazuje mi się zeszły sezon rowerowy, którego mogłam zasmakować tylko przez miesiąc, miga, stracony sezon narciarski, a teraz pod wielką niewiadomą stoi aktualny sezon rowerowy. Czuję, że omija mnie wszystko, co dobre, że omija mnie życie, takie prawdziwe, bez lenienia się, że to moje życie traci smak, że jest takie monotonne, bez żadnych perspektyw na przyszłość, bo z moją chorobą niczego nie mogę być pewna. Nie chcę tak tego życia przechodzić, nie chcę być „zamknięta” w swoim świecie choroby, nie chcę, aby inni przeze mnie mieli problem, nigdy tego nie lubiłam. Staram się nie pokazywać własnego „ja”, w kontaktach z ludźmi, staram się udawać, że wszystko jest w porządku, że sobie świetnie radzę, pomimo dziewięciu miesięcy chorowania, że jestem mocna psychicznie, a tak naprawdę coraz trudniej jest mi ich wszystkich oszukiwać. Dlaczego to robię? Nie wiem, jak wspomniałam wcześniej, nie lubiłam być problemem, którym trzeba by się zacząć interesować. To wszystko nie wzięło się z niczego, zawsze musi być jakieś podłoże, które zmienia myślenie. Mnie bardzo chciał pomóc znajomy mojego brata, kiedy miałam takie straszne problemy z ręką. Dobry człowiek, woził mnie po lekarzach, nie tylko na terenie mojego miasta. Nie spodobało się to jego żonie, która potem miała o to, do mnie pretensje, nie współczuła, była zazdrosna o to, że choruję ja, a nie ona… Od tego czasu, staram się, aby nikt nie musiał pomagać mi na siłę lub wbrew drugiej osobie. Mam osobę, która wie więcej od innych, zdecydowanie więcej, która jest ze mną, której bycie czuję, ale na dzień dzisiejszy złe samopoczucie jest mocniejsze, a tym samym siła przebicia marna. Nie będę udawać, źle się czuję, ropień jest coraz większy, coraz bardziej boli, a ja mam coraz mniej sił na to wszystko. Jest mi źle, bo wiem, co mnie czeka:(

Temperatura pokazała 38,4 - zamieniam krzesło na łóżko, nic tu dzisiaj po mnie...

wtorek, 2 marca 2010

Gdyby ktoś, kiedyś, gdzieś powiedział mi, że praktycznie cały dzisiejszy dzień spędzę przywiązana do prezentacji Power Point, później, kolejne 3 godziny poświęcę na szukanie programu, który pozwoli przerobić mi to do formatu avi tudzież wmv, a następnie, będę czekać 41 minut, aż YT mi wrzuci filmik do swoich zasobów,a potem, drugie 41 minut, bo przy samym końcu, zniknie internet, i dodatkowe 30 minut, aż genialny YT sobie film przetworzy, to bym mu/jej odpowiedziała,: „chyba jesteś niepoważny/a. Ja, taki leń, przecież w życiu by mi się nie chciało…” (normlanie, to byłyby bluźnierstwa, ale tu kulturna będę). Niestety, prawda jest inna, kiedy się już na coś uprę, to nie ma zmiłuj się, nakombinuję,czasami nawet przekombinuję, ale dopnę swego, nawet kosztem zawirusowania komputera, i wyklnięcia wszystkich w rodzinie. Taka czasami potrafię być;) Co dzisiaj mnie tak bardzo pochłonęło? Owa prezentacja, ma się rozumieć. Wrzucanie zdjęć na bloga z opisem, wydawało mi się w dniu dzisiejszym banalne, a poza tym,opcja dodawania zdjęć nie działa, więc postanowiłam uwiecznić wspomnienia za pomocą Office, i programu Power Point. Jako, że przywiązuję uwagę do każdego detalu, i wszystko musi być tak, jak chcę, to wciągnęłam się w tworzenie w całych swoich 100%. Koniec, oczywiście nie jest taki, jakbym chciała, ale niestety, nic nie poradzę na złośliwość rzeczy martwych. Chlip…, chociaż bardzo ubolewam.

Wracając do meritum. Zapraszam do obejrzenia mojej „krótkiej” prezentacji, która opisuje „wypad” na Babią Górę – wspomnienia, dla mnie tym bardziej ważne, bo tylko w górach odpoczywam najlepiej, to je uwielbiam ponad wszystko. Rozsiądźcie się wygodnie, włączcie głośniki, i przygotujcie na troszkę czytania. Jest to o tyle ważne, bo tak! Tylko nie przelatywać mi wzrokiem. Weźcie pod uwagę, jak bardzo się poświęciłam, i naklęłam przy tym wszystkim;) Popcorn mile widziany.




Uczestnikami wycieczki byli, moi miastowi kumple, z którymi spędzam każdy wolny czas, o odpowiedniej porze roku, takie wspólne pasje, wesołej kompanijki… Tymczasem, udaję się spać. Wykończona, zmarnowana, obolała, zakatarzona, ale szczęśliwa, że się udało to wrzucić – jednak nigdy więcej już, zdecydowanie wolę zdjęcia!

Zieeeewwww!

poniedziałek, 1 marca 2010

Wirusy, dominują. Dopadły i mnie, sprawiając, że nic się nie chce, gorączka uniemożliwia normalne myślenie, a każdy ruch gałek ocznych, sprawia ból. Wystarczył łyk świeżego, poszpitalnego powietrza, a załapałam zarazę, o której wcześniej mówiłam, że mnie na pewno nie dopadnie. Z ciekawości, zobaczyłam ostatni wypis ze szpitala. No tak, jak mam mieć odporność, skoro białe krwinki nie przekroczyły magicznej liczby 3. Bywa. Zaraza do zarazy ciągnie, więc czego ja się spodziewałam. Mikroby, łączmy się w siłę. Ktoś chce coś mi jeszcze ofiarować? Jakiś koklusz, albo cholerę?;)

Byłam dziś w ZUS-ie, na komisji, w sprawie przyznania mi zasiłku rehabilitacyjnego. Jeżeli miałabym się wypowiedzieć na temat przebiegu badania, to szkoda słów, orzecznik w ogóle nie zorientowany, jakby w ogóle moich dokumentów nie czytał, a przecież mieli dwa miesiące czasu na zapoznanie się z całą historią choroby. Można powiedzieć, że był miły, ale, jako, że z założenia ich nie lubię, to nie dałam się zwieść tym podstępnym uśmieszkom. Gorączka mi pomogła, bo jak się człowiek podle czuje, to nawet uśmiechać mu się nie chce. Wszystko skończyło się dla mnie dobrze. Zasiłek mam na trzy miesiące… Pomijam fakt, że 182 dni chorowania, skończyły się w styczniu, a zasiłek został wydany wstecz, więc mam przed sobą miesiąc, aby wyzdrowieć. Na wychodne, pan orzecznik powiedział, że bardzo współczuje tej choroby, że jest ciężka do wyleczenia, że potrzeba dużo cierpliwości, i umiejętności znoszenia bólu, że muszę uważać na przeszczep, bo bardzo łatwo jest o odrzut, po czasie. Życzył też powodzenia, i wytrwałości. Byłam bardzo zaskoczona jego postawą, naprawdę. Wiele razy na komisji stawałam, ale z takim czymś się nie spotkałam. Miał też rację, co do tej wytrwałości, i wszystkiego innego. Daję radę, ale nie osiągnęłabym jednak tego sama. Mam, na kim polegać, mam wsparcie, a takie dopingowanie na odległość, daje mi motywację do dalszej walki, chociaż wiele razy wkrada się zwątpienie, zapewne to coś normalnego, i każdy tak ma. Niemniej jednak, wiem, że nie jestem sama, po prosu to wiem. Jak tej osobie często ręce opadają, tak i mnie brakuje słów, aby wyrazić swoją wdzięczność, w kierunku Muchomorów, pajęczaków, i ssaków, mogłabym im trochę, powazelinować – owszem, ale tego nie zrobię, bo w/w obywatele na pewno to już wiedzą, a i wazeliniarstwa pewnie nie lubią? Ale niech czuwają nad Papinkiem nadal, tak dla spokojności ogółu…

Jutro kontrola u chirurga. Na wczorajszej zmianie opatrunku dowiedziałam się tyle, że kolejny naciek się robi, ale musimy czekać, co się z tego wyklaruje. Ja wiem jedno, nie śpię przez to badziewie już drugą noc!

Pozostając w klimacie muzyki etnicznej, odsyłam Was do Indiańskich Snów, a ja sama idę pogadać z Wolfensteinem, bo strasznie mi działa na nerw...