Wiosna wkracza, wszystko bierze się do życia. Dom wysprzątany(mama nadrabia), nawet mój pokój, wygląda, jak nie mój. Na półkach poukładane, nie ma resztek jedzenia, np., w lampce nocnej, nie ma też pochowanych mandarynek. Sonia śpi wyłożona na łóżku, nie przejmuje się tym, że za chwil kilka może wpaść Amelka, i zburzyć jej ledwo, co osiągniętą nirwanę. Niech śpi, nie będę jej przeszkadzać, Misio też tego nie zrobi, bo od tamtego tygodnia jej nie ma, podobnież, jak W., tylko, że malutka wyjechała z drugą babcią na oduczanie od cycusia, i wiem, że nic jej nie jest, że jest zdrowa, i z premedytacją wymierza razy drugiej babci, pokazując, że ona z rodu tych, co mają na nazwisko tak jak ja, i że my nie dajemy się tak łatwo! Wszyscy ważni, dla Salanee czmychli, jakoś dziwnie... Tęsknię za tym moim małym, dwuletnim śmieszkiem. Brakuje mi jej pytań, brakuje mi wpychania się na kolana, celem postukania po klawiaturze, namalowaniem jaja, zagraniem w grę, i zaczepianiem kolegi…;( Brakuje mi zabawy z nią, wszystkich tych czynności, które pozwoliłby mi jakoś trwać w tym, co mnie spotkało, z czym muszę żyć do czasu, aż wszystko będzie dobrze.
Dużo palę. Kiedyś tyle nie musiałam, niestety, ostatni czas spotęgował u mnie nałóg. Waga też opada, ale to akurat mi nie przeszkadza. Jedzenia praktycznie nie używam, nie dam rady jeść, sam widok mnie odrzuca. Staram się zjeść jeden, ciepły posiłek, żeby dostarczyć organizmowi cokolwiek. Nie mogę patrzeć na chleb, na wędlinę, na masło. Szpitalne jedzenie tak bardzo dało mi się we znaki, że teraz wszystkie zapachy mnie drażnią, i kojarzą się z oddziałem chirurgii. Zawsze można zatkać nos, wiem, ale i tak wiem, że to tak samo pachnie, jak w szpitalu, i nie da się tego zjeść. Za dużo odruchów występuje. Wolę zjeść mandarynkę, i banana. Za to kaw wypijam dużo, chociaż to niezdrowe. Sową kiedyś zostałam nazwana, a teraz dzięki tym kawom mogę spać, dziwne, nie? Witaminy też łykam, żeby uzupełniać to, co wypłukuję, i jest to chyba jedyna rzecz, z której W., byłby zadowolony, za wszystko inne bym oberwała.
Pochłaniam gry na fb, i filmy. Nadrobię swoje braki, i może jakąś krytyczką filmową zostanę? Chociaż pewnie marny ze mnie byłby krytyk, jak na co drugim filmie beczę, bo byle co mnie rozczula, a w tej branży, to chyba twardym trza być, nie "mętkim"..., w sumie, kto to wie.
A co z plecami? Ano, nic. Opatrunki w szpitalu, płukania, wszystko, co nieprzyjemne. Obrzęk się nie zmniejsza, jest twardy, jak kamień, nacięcie głębokie, można by tam wrzucać pieniążki, jak do skarboneczki, i nawet nie będzie widać dna... Przeszczep też rozwala się, gdzie chce, jak chce, kiedy chce. A poza tym, to muszę znów załatwiać papiery o przyznanie zasiłku rehabilitacyjnego. Naprawdę się mi nie chce, jakby sobie nie mogli jeszcze raz tego skserować, no ale po co, skoro Salanee, ma przecież nogi wygrane na loterii, i może łazić tam, i z powrotem, i denerwować się na prawo i lewo, bo ktoś czegoś nie ma czasu zrobić..., jeszcze tak strasznie bolą mnie łydki, że czuję się, jak 90letnia staruszka. Od czasu tej strasznej gorączki, którą dostałam w szpitalu, same problemy mam. Pierwszy raz w życiu, na porannej wizycie, widziałam przerażenie lekarzy, którzy najpierw zobaczyli, jak wyglądam, a później spojrzeli na kartę choroby, która pokazywała w nocy 39,9, a rano, po podaniu mnóstwa leków na zbicie 39,5. Największe nieszczęście, czyli ja, nie miałam siły nawet się poruszyć, tak strasznie bolała mnie wtedy głowa. Ból, to jest nie do opisania. Mieli mały horror ze mną, ja sama ze sobą zresztą też. Lekarze boją się, że ta temperatura poszła od rany, dlatego wywołałam pospolite poruszenie na oddziale, z wszelakimi badaniami, zastrzykami, kroplówkami, morfinami włącznie, i dlatego nie chcieli mnie tak szybko wypuścić, bo jeżeli za taki stan rzeczy, rzeczywiście winna jest rana, to jest to już bardzo poważny problem. Dopatrują się autoagresji organizmu, w stosunku do niego samego. Co się w sumie dziwią, przecież ja wredna jestem, to i organizm będzie agresywny. W trzecim dniu, kiedy to troszkę musiałam ich oszukać, pozwolili mi pójść, każąc przychodzić do nich, a codzienną zmianę opatrunków, W ten sposób chcą czuwać nad stanem rzeczy, i interweniować, kiedy trzeba będzie. Nie wiedzą tylko, że ja do tego szpitala, na pewno więcej nie pójdę, odmówię, jeżeli coś pójdzie nie tak, i będę musiała tam wrócić. Uderzę na Kraków, oni pewnie też będą szczęśliwsi, chociaż w sumie nie o to tu chodzi, ja muszę poznać swoją przyczynę choroby, a oni mnie, że tak delikatnie powiem... gilają. Nowych dziur mieć już nie chcę, i tak wystarczająco przeraża mnie to, co mam na plecach:(
Jedna rzecz jest ważna, póki co: W., ma wyzdrowieć, i nie brać przykładu z sieroty, zwanej Salanee, wystarczy już skomplikowanych przypadków! W...., masz tam tylko te dobre mikrobiki ode mnie, i Zdrowiej!!!:*
I w każdej gorszej chwili, czas umilam sobie nagraną bratanicą, która ma już dużo do powiedzenia...
Update: Na dzisiejszym opatrunku dowiedziałam się, że z posiewów krwi, które brali ode mnie, kiedy miałam taką wysoką temperaturę hoduje się jakaś bakteria, która mogła wywołać u mnie posocznicę, i gdyby nie to, że zareagowali odpowiednio wcześnie, to pewnie miałabym sepsę. Czyli, dostało się badziewie do krwi. Na szczęście, przetrzymałam, i myślę, że mnie nic nie zaatakuje...
No krakowski szpital krakowskiemu szpitalowi nierówny. Są takie gdzie naprawdę jest OK, ale do tych zazwyczaj są gigant kolejki - np. do Szpitala Uniwersyteckiego (najlepszy w mieście, o ile nie w województwie). A myślisz o jakimś konkretnym szpitalu w Krakowie? Pozdrawiam i dużo słonka życzę :)
OdpowiedzUsuńZa Twoja namową fb sobie założyłam...tylko póki co niewiele jeszcze łapię...
OdpowiedzUsuńAmelka jest taka pocieszna... :) - można oglądać i oglądać :)
Kala,wdrożysz się. Amelusia, lekarstwo na wszystko, co złe.
OdpowiedzUsuńZimbabwe, tego jeszcze nie wiem, niestety. Klaruje mi się dopiero.
Witaj Salanee słodka jest Amelcia. Dzieciaczki są takie szczere sloskie, a przede wszystkim beztroskie, nie muszą martwić się o ptrzyszłość...eh kiedy to było :-(
OdpowiedzUsuńZarażasz mnie tym facebookiem. Kurczę też bym chciała tam być, się zarejestrować, tylko czy dam radę jak nie znam angielskiego. Wrrr. Co o tym sądzisz? Bo zapisać się tam a nie korzystać, bo człowiek ciemny jak nie wiem co, to bez sensu. Moze na gg sie skontaktujmy to bys mi troszkę opowiedziała co?
Pozdrawiam!!
Iva, fb jest po angielsku, ale nie tak, jak ty myślisz. Wszelakie opcje są po polsku :) Na początku będzie ciężko, bo będziesz się musiała przyzwyczaić, ja też się wcześniej z fb nie lubiłam, ale już ogarnęłam. Mogę Ci pomóc. Nie ma problemu.
OdpowiedzUsuń