wtorek, 31 stycznia 2012
niedziela, 29 stycznia 2012
Mróz daje popalić. Mózg od powietrza boli. Koty przytulone do siebie, zwinięte w kłębuszek okupują styropian, który mają rozłożony przy ogrodzeniu niedaleko bloku. Obok stoi buda, którą zrobili dla nich ludzie z administracji, jednak koty jakoś nie mogą się do niej przekonać, sama nie wiem dlaczego. Byłoby im tam na pewno cieplej. Czekam na wiosnę. Wręcz jej pragnę, jak nigdy dotąd!
Weekend spędzony z bratanicą. Miałam wyjść na soczek, miałam się spotkać, jednak dzieciątko dla mnie ważniejsze, na spotkania przyjdzie jeszcze czas. Jej rodzice wyszli na parapetówkę, dobra ciotka musiała przypilnować 4 latka. A miałam trochę przygód. Kiedy Amelka w swoim domu padła, jak zmięta stówka, a ja w końcu mogłam sobie troszkę odetchnąć (było po 22), poczułam na przedpokoju zapach spalenizny. Pierwsze, co to chciałam sprawdzić, czy to nie na dworze się coś pali. Mój brat mieszka na ostatnim piętrze, więc mury tam są niezbyt szczelne. Uchyliłam okno, jednak powietrze było czyste. Znowu wróciłam do przedpokoju, ten sam zapach - palony papier i deski. Pomyślałam, że to może pod panelami coś się dzieje, ale żadnego dymu nie widziałam. Zobaczyłam przez wizjer, czy to aby nie z korytarza, otworzyłam drzwi i zobaczyłam biel - dosłownie. Korytarz na ostatnim piętrze jest długi, bo łączy ze sobą wszystkie klatki, a klatek mamy 4. Popatrzyłam w lewo - siwo, w prawo - siwo. Smród straszliwy. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do taty. Nie chciałam budzić Amelki, ognia nie widziałam. Tata odebrał chyba za 3 razem - spał już biedak. Kazałam mu przyjść na górę, bo coś się chyba pali. Zanim tata przyszedł wyszli sąsiedzi z mieszkania obok, obudzeni tym samym smrodem. Zaczęliśmy poszukiwania, jednak ognia nie zlokalizowaliśmy. Zadzwoniłam na 112, odebrał pan policjant i powiedział, że przekaże sprawę straży pożarnej. Powiedziałam mu, ze ognia nie widać, i że otworzyliśmy okna, coby troszkę wywietrzyć korytarze. Za jakiś czas dzwoni do mnie telefon. Odebrałam, a tu straż pożarna. W lekkim szoku byłam, ale przecież policja miała mój numer. Pogadałam z miłym panem, wytłumaczyłam mu, że wywietrzyliśmy pomieszczenia, ognia nigdzie nie ma, dymu już również. Zapytał, czy mają przyjechać? Dziwnie się poczułam, jakbym to ja miała decydować o tym, czy blok pójdzie z dymem, czy nie. Przeczucie jednak kazało mi powiedzieć, że nie trzeba przyjeżdżać, że jeszcze posprawdzamy dokładnie każde miejsce i jakby znowu pojawił się dym zadzwonię. Pożegnałam się grzecznie i odłożyłam słuchawkę. Po co ich narażać na koszta, jak było 5 ludzi, którzy przepatrzyli każde miejsce bardzo dokładnie, poza tym wiedziałam, że długo jeszcze nie pójdę spać i co jakiś czas będę wyglądać na korytarz, czy znowu nie ma dymu. Na szczęście nic się już nie wydarzyło. Do teraz nie wiadomo, co było przyczyną, bo żadnego nadpalonego papieru nie zlokalizowaliśmy, ale wiadomo jest, że śmierdziało tylko na strychu, prócz kilku mieszkań są tam jeszcze suszarnie. Amelka przespała całą akcję, chociaż rozmawialiśmy na tym korytarzu dosyć głośno.
Niedziela też z małą. Niedawno poszła do domu. Fajne z niej dzieciątko. Grzeczne jakieś takie, jakby nie ona Jutro do przedszkola. A i ja mam sporo załatwień. MOPS, dentysta, fryzjer. Przy takim mrozie nie chce się wychodzić, oj nie chce. Ponieważ dzisiaj mam planach wcześnie położyć się do łóżka, uciekam. Życzę dobrej nocy.
piątek, 27 stycznia 2012
Brrr. Ależ dzisiaj zimno. Przyszedł prawdziwy mróz. Sama nie wiem, czy się cieszyć, czy raczej prosić Najwyższego, aby troszkę podgrzał ten świat, bo ludzie bezdomni, bo zwierzęta... Przyszłaby już sobie ta wiosna, a ja zaśpiewałabym na jej powitanie: dziś przestaje się chować, idzie taka do nas nowa, nowa wiosna kolorowa, tylko o niej tutaj mowa, zima może się schować, teraz ona tu przyszła... Idzie wiosna radosna. Zimo schowaj kły i zwijaj ten nastrój mdły... Wiem, wiem, jeszcze troszkę muszę poczekać.
Dzisiaj Amelka poszła do przedszkola. Po chorobie ani śladu - jupi! 6 lutego mają zabawę karnawałową się będzie działo. Amelka i jej pierwsze przebranie. Chciała być księżniczką, konikiem, biedronką..., a teraz nie wiem, kim chce być. Cóż - mała kobietka zmienną jest. Dobrze, że można teraz wypożyczać stroje i jest wybór, a nie tak, jak kiedyś - robiło się je z bibuły, chociaż z drugie strony, to miało swój urok, bo człowiek doceniał to, co miał i szanował. Zawsze, gdy ją zaprowadzam do przedszkola, oczyma widzę siebie, gdy biegnę w podskokach po tym samym korytarzu do sali, mam 6 lat - jestem przecież taka duża. Kiedyś moje przedszkole, teraz Amelki. I teraz ona biegnie po korytarzu do sali, ma 4 latka - i też mówi, że jest duża. Ja już nie biegnę, czasami tylko przejdę po tym samym korytarzu, za rączkę z Misiem... Dorosła Salanee i mała, duża Amelka, a korytarz ten sam, co wtedy..., tylko na ścianach, jakby bardziej nowocześnie... Wspomnienia. Czas dzieciństwa, beztroska, radość, zabawa. Ech, się sentymentalna dziś zrobiłam.
Zarejestrowałam się na stronie Zostań dawcą szpiku. Spełniłam warunki, bo moje chorowanie nie dyskwalifikuje mnie z bycia dawcą. Za kilka tygodni przyślą odpowiednie dokumenty do podpisania z patyczkami, które będę musiała do nich odesłać, kiedy zrobię wymaz z policzka. Uratuję komuś życie!!!
Życzę Wam przyjemnego popołudnia. Uciekam robić obiad. Później po dziecię do przedszkola trza mi iść, i po wynik kurczę blaszka, ech ta skleroza :)
środa, 25 stycznia 2012
Mój tato popełnij dzisiaj mistrzostwo świata. Wpada do domu, uradowany i krzyczy od progu : młoda, rób kawę i wyłóż talerzyki, bo kupiłem super tanie pierniki korzenne w markecie... Zanim tata się rozebrał, rozłożyłam talerzyki, nasypałam kawę, wstawiłam wodę i czekałam, aż wkroczy do kuchni. Wkroczył, a w ręku trzymał pudełko z "ciastkami" w proszku, do zrobienia w piekarniku :D Wybuchłam śmiechem, tato zdezorientowany, zapytał z czego się śmieję? Odpowiedziałam, tato a jak ty te pierniki chcesz teraz jeść? Przecież one są w proszku, to jest ciasto, ale do zrobienia... Byście widzieli jego minę, miałam wrażenie, że zaraz się popłacze. Koniec końców - tata wyklął opakowanie twierdząc, że jednak przepłacił i poszedł do sklepu kupić normalne ciastka, a piernik korzenny w proszku, zrobi się jutro, aczkolwiek nie jestem zwolennikiem takich ciast, sama chemia.
Była dzisiaj piękna pogoda, nieprawdaż? Przynajmniej w moich okolicach. Nie miałam jak pospacerować, bo Amelka była, ale można powiedzieć, że troszkę tej przyjemnej aury wciągnęłam w siebie. Czuję się dobrze, jutro planuję udać się z wiadomą sprawą, o której pisałam wcześniej do ośrodka, żeby zrobili badania. Mam nadzieję, że wszystko wyjdzie w porządku. Amelka też zdrowieje, nie kaszle, nie ma kataru - super. Od poniedziałku pewnie przedszkole, szkoda tylko, że małej się tam wcale nie spieszy. Wyjścia jednak nie ma, w przedszkolu jest fajnie. Babcie nie rozwiną tak dziecka, jak wychowawczynie i towarzystwo innych dzieci.
Aldi, zakochałam się w twoim kocie :D
Buźka dla wszystkich.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Witajcie w ponury poniedziałek. Ponury tylko dlatego, że za oknem śniegu i słoneczka brak, za to pełno piachu i błota, które wnosi się do domu. U mnie działa to ze zdwojoną siłą, bo moja atletka ma dużo kudłów i wszystko się jej czepia. Za każdym razem, po powrocie ze spacerów, trzeba ją myć, a ona tak to lubi, że szok... Przedpołudnie spędziłam w miłym towarzystwie z bratanicą, byłyśmy tylko we dwie, bo moja mama nadal uczęszcza na rehabilitację. Urządziłyśmy sobie zabawę, był poczęstunek w postaci owoców, były ciasteczka, był kompot - tak uwielbiany przez Amelkę. Oprawa wizualna też była, lampa została opleciona serpentynami. A muzyka to oczywiście Fasolki, bo jakżeby inaczej! Tańców końca nie było widać. Śpiewałyśmy też, Amelka chyba najgłośniej, jak potrafi. Jakoś jej ten czas muszę wypełnić, kiedy nie chodzi do przedszkola. Bajki są dobre, ale nie można ich oglądać cały czas. Zmienia się ten mój mały szkrab, rośnie, dorośleje. Robi się grzeczna, bo zaczyna rozumieć, co jest złe, a co dobre. Gdy ją widzę, cieszy mi się buzia. I to nic, że moja lodówka świeci pustkami, bo wyczerpałam wszystkie swoje zapasy, a dzisiaj miałam robić zakupy, zrobię je jutro, dziecko jest ważniejsze. Narysowała dla mnie rysunek, tak widzi mnie, babcie, dziadka i Sonię:
Jeszcze miesiąc temu nie potrafiła poprawnie narysować kółka, a co dopiero sama coś wymyślić. A teraz proszę, jaki piękny rysunek. Wisi u mnie na ścianie, a ja za każdym razem, kiedy na niego patrzę, to się uśmiecham :) Cudny jest.
Kiedy mała poszła, a ja ogarnęłam dom, postanowiłam coś upiec...
Do tej pory, po domu unosi się cudowny zapach pieczonych jabłek oprószonych cynamonem, a ja odpływam w tym zapachu i stwierdzam, że nic więcej do szczęścia na ten moment nie jest mi potrzebne... Odliczam czas, kiedy poczuję ten smak, kiedy jabłka na cieście rozpłyną mi się w ustach, do tego parzona kawa... Mrrr się rozmarzyłam. Ostatnio musieliśmy wymienić piecyk w kuchni, bo kontrola wykazała, że niestety ulatnia się gaz z palników. Kuchenka miała ponad 25 lat, nic dziwnego, że wyzionęła ducha. Na starym sprzęcie nie odważyłabym się sama podejść do pieczenia, ale na elektrycznym obaw już nie miałam. Korzystając z okazji, że jestem w domu sama, wynalazłam przepis, który uwieńczył dzieło. Nazwę wypiek Szarlotką, bo dosłownie tak mi smakuje. Przepis bardzo prosty, wzięty z bloga Makaron i Rodzynka
Jeżeli lubicie piec, koniecznie wypróbujcie to ciasto, gwarantuję, że będzie wam tak błogo, jak nigdy dotąd.
Szarlotka
Składniki : na tortownicę
- 1 szklanka cukru, użyłam brązowego;
- 1 szklanka mąki, użyłam orkiszowej;
- 1 szklanka kaszy manny;
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia;
- opakowanie cukru waniliowego;
- 1,5 kg jabłek, spokojnie można wziąć mniej, mnie jeszcze zostało, zjem mus jutro :)
- 3/4 kostki margaryny, użyłam Kasi
Jabłka obrałam ze skórki i starłam na tarce o grubych oczkach. Suche składniki (cukier brązowy, mąka orkiszowa, kasza manna, proszek do pieczenia, cukier waniliowy), wymieszałam ze sobą. 3/4 margaryny podzieliłam na połowę. Pierwszą połowę pokroiłam i wyłożyłam nią spód tortownicy, następnie wsypałam do szklanki suchej masy mącznej i obsypałam równomiernie margarynę. Następnie wyłożyłam część startych jabłek. Na to dałam kolejną szklankę suchej masy mącznej, przykryłam startymi jabłkami, znowu masa mączna, którą dodatkowo oprószyłam cynamonem. Na sam wierzch wyłożyłam pokrojoną drugą część margaryny.
Piekarnik rozgrzałam do 180 stopni i piekłam 50 minut. Można wyłączyć ciut wcześniej i pozostawić ciasto, żeby sobie doszło. Później wyjąć..., poczekać aż troszkę ostygnie i wcinać, bo najlepiej smakuje na ciepło!
Mój po wyjęciu prezentuje się tak:
i tuż przed zjedzeniem.... :)
Smacznego!
niedziela, 22 stycznia 2012
Jakoś tak nie mogłam się wcześniej zebrać, żeby usiąść do komputera, nadrabiam teraz. Obiad ugotowany, zjedzony, można chwilkę się odprężyć w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie mam poczucia, że znowu ktoś mnie zaatakuje, więc piszę z największą przyjemnością.
Tak, jak piszesz Zim, wycieczka do Ojcowa była naprawdę udana. Wyjechaliśmy z małym poślizgiem, przez co spóźniliśmy się na początek Mszy Świętej, która odbywała się w Kaplicy "Na wodzie", ale myślę, że będziemy mieć to wybaczone. Kierowca nie był z Oświęcimia i chyba niezbyt orientował się w trasie. Pogoda nam sprzyjała, czasami wyszło słoneczko, czasami popadał śnieżek, takie fajne urozmaicenie, nie to, co na Kudłaczach w tamtym tygodniu :) Wyjazd do Ojcowa był inny, bardziej terenowy. Owszem, troszkę przeszliśmy, ale więcej czasu spędziliśmy na jedzeniu, zabawie i chichraniu. Ognisko, kiełbaski smażone na patyku to coś, czego nie praktykowałam od bardzo dawna. Z wielką przyjemnością zatapiałam w niej swoje zęby ;) Piwnica Pod Nietoperzem ugościła nas, jak swoich. Na niewielkim kawałku parkietu, zmieściliśmy się prawie wszyscy, poruszając się w kółeczku do skocznych góralskich brzmień. Było tupanie, popiskiwania i nawet wywrotki, dawno się tak nie wybawiłam. Niektórzy oczywiście mieli troszkę promili, ale jakoś starali się trzymać pion. Na takich wyjazdach warto być. Poznaje się nowych ludzi, których łączą te same pasje, można sobie z nimi pogadać, pośmiać się i nawet potańcować, hej! Na pewno do Ojcowa wrócę, okres wiosenny, letni będzie odpowiednim czasem. Tyle miejsc do jeżdżenia na rowerze tam jest, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Pensjonatów całe mnóstwo, więc z noclegiem na pewno nie będzie problemu... Miała być długa opowieść, ale nie sposób opowiedzieć tego wszystkiego :)
Okazuje się, że Amelka ma zapalenie oskrzeli! Kolejny antybiotyk dostała... Nie wiem, czy ta doktorka aby na pewno dobrze robi. Na każde kichnięcie przepisuje najmocniejsze leki. Przecież to chyba tak nie można, szczególnie u dzieci? A teraz, gdy jest zapalenie oskrzeli, to oznacza, że tamte antybiotyki nie zadziałały? Biedne dziecię, żeby się nie skończyło na zastrzykach, albo jeszcze czymś gorszym, chociaż nic gorszego od zastrzyków już nie ma - wspomnienie z dzieciństwa.
Ja też byłam u lekarza. Znowu dostałam skierowanie na badania. Wszystko przez te eozynofile. Mam 10.6, gdzie norma jest do 5.0. Lekarz chcąc wykluczyć chorobę pasożytniczą, kazał mi zrobić badanie.... kału. OMG! Kazał się nie wstydzić oddając stolec do badania, dla pań pracujących tam to norma. Ale ja się i tak wstydzę :) Zresztą, nie wyobrażam sobie nawet, jak wpakuję to do pojemniczka :) Też mam problemy, nie? ;) Pytał też, czy mam duszności, albo czy leje mi się z nosa. Duszności nie mam, kataru aktualnie też nie. Gdy w badaniu nic nie wyjdzie, dostanę jeszcze skierowanie do alergologa, żeby wykluczyć jakieś schorzenia o podłożu alergicznym. Zważywszy na moje częste swędzenie lewego oka, opuchliznę i inne podobne obstawiam, że alergolog robiąc testy dojdzie do tego, co uczula mi oczy. Nie stosuję za nie żadnych kosmetyków, więc nie mam pojęcia, co może być przyczyną. Zobaczymy.
Zaufanemu gronu życzę udanej niedzieli :)
sobota, 21 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
Niestety, zostałam zmuszona do ograniczenia widoczności mojego bloga, od dzisiaj będą miały tu dostęp tylko zaproszone przeze mnie osoby. Nie chciałam tego robić, ale nie było innego wyjścia. Nie wiem też, jak długo to potrwa, ale nie pozwolę sobie, żeby ktoś tu mącił i ubliżał mi. Pojawiła się osoba, która zaczęła na mnie bluzgać. Jest to osoba z Oświęcimia, bo sprawdziłam logi, mam nawet jej IP. Zewnętrzne statystki, które zainstalowałam, okazały się być bardzo pomocne. Internet ma od tego samego dostawcy, co ja, podaje nawet, że mnie zna, jednak zapytana o imię, udaje, że tego nie widzi. Twierdzi, że jest moim znajomym, jeszcze podobno dobrym. Boi się konfrontacji, że nie ujawnia imienia? Dobrych znajomych, płci męskiej, to ja bym mogła policzyć na palcach jednej ręki, wiadomo, że może mnie zmylać i tak naprawdę być dziewczyną, ale tego już nie mogę sprawdzić. Zresztą, jeżeli nawet jest to płeć damska, to i tak nie może być moją dobrą znajomą, gdyż nie widuję się z żadną z nich. Poza tym, dobry znajomy nigdy by tak ze mną nie postąpił. Osoby z "dawnego" otoczenia, nie mają pojęcia o moich problemach, nigdy nie miały. Nie lubiłam opowiadać o swojej chorobie. Ten numer IP (bo tak będę tę osobę nazywać), loguje się do mnie od 1 października, pierwsze wejście jest jakby przez serwis Lubimy czytać. Fakt, miałam tam podany adres bloga. Wizyty na blogu bardzo częste, po kilka razy dziennie. Poza tym, numery IP mogą się zmieniać. Nie wiem, komu zawiniłam, ale jest to podłe. Według tej osoby jestem pasożytem, ale na kim żeruję? MOPS dawał raptem kilka groszy, ale to nawet na opatrunki nie starczało. Ubezpieczenie mam po to, żebym mogła się leczyć, nie stać mnie na prywatne wizyty. Wszystko i tak zawdzięczam rodzicom, gdyby nie oni, zginęłabym, bo nie byłoby mnie stać ani na leki, ani na wyjazdy do innych szpitali, ani na szczepionki. Weź się do roboty - pisze, jakby zupełnie nie znała mojej historii. Przyjdzie czas, że dowiem się kto to jest. Wszystko wyjdzie. Nigdy, nikomu się nie naraziłam, żyję sobie spokojnie, praktycznie z nikim się nie spotykam, dlatego nie wiem, dlaczego ktoś próbuje zniszczyć mój spokój. Tyle pracowałam, żeby go osiągnąć, żeby w końcu zamknąć wszystko, co złe na kłódkę i zacząć normalnie żyć. Tak niewiele mi już brakuje, żeby dostać zdolność do pracy. Jeszcze głupia posądziłam Kisiołka... Jak mogłam w ogóle tak pomyśleć, nie wiem, może temu komuś właśnie na tym zależało? Krzysiu, ja naprawdę bardzo cię przepraszam, wybacz. Dobrze, że istnieje możliwość zamknięcia swojego wirtualnego świata, dla tych, co przychodzą tylko mącić. Pasożyt, kłamca, chora psychicznie, walnięta, to można było przeczytać o mnie w komentarzach pod wpisem z wycieczki, z PTTK. Czy tak o drugim człowieku może mówić ktoś, kto podaje się za dobrego znajomego? Słowa bolą bardziej niż czyny, rzucane na oślep, mogą przynieść wiele złego, dlatego wystarczy już, dość.
Idę dzisiaj do lekarza i chociaż przyjmuje dopiero po południu, wyjąć kartotekę musiałam już z samego rana. Zarejestrowałam też babcię (Amelki) i samą Amelkę też, bo ma dzisiaj iść do kontroli. Jeszcze ją kaszle, ale myślę, że będzie mogła już od poniedziałku pójść do przedszkola. Oczywiście, nie obyło się bez przeszkód w zarejestrowaniu małej, ale koniec końców, udało się.
Jutro wyjazd do Ojcowa, to dobrze, bo odpocznę. Pozbieram się, co przyniosą kolejne dni? Nie wiem.
Idę dzisiaj do lekarza i chociaż przyjmuje dopiero po południu, wyjąć kartotekę musiałam już z samego rana. Zarejestrowałam też babcię (Amelki) i samą Amelkę też, bo ma dzisiaj iść do kontroli. Jeszcze ją kaszle, ale myślę, że będzie mogła już od poniedziałku pójść do przedszkola. Oczywiście, nie obyło się bez przeszkód w zarejestrowaniu małej, ale koniec końców, udało się.
Jutro wyjazd do Ojcowa, to dobrze, bo odpocznę. Pozbieram się, co przyniosą kolejne dni? Nie wiem.
czwartek, 19 stycznia 2012
Dzisiaj jest wielki dzień! Moja bratanica po raz pierwszy w swoim życiu, będzie recytowała wierszyk dla babci i dziadka. Uroczystość odbędzie się oczywiście w przedszkolu. Jaki to wierszyk, nie mam zielonego pojęcia, bo mała mi go nie chciała powiedzieć, zbywając mnie słowami. Nie powiem ci go, bo to wierszyk dla babci i dziadka... Sami przyznacie, że wobec takich argumentów, nie mogłam dalej dyskutować. Pamiętam, gdy ja chodziłam do tego przedszkola, do dzisiaj miewam przebłyski zabaw, które tam się odbywały i Dnia Babci też, z tym że do mnie nigdy babcia nie przyjechała, bo odległość robiła swoje. Brakowało mi tej możliwości dzielenia się z babcią wszystkim, co było dla mnie ważne. Laurki mogłam wysyłać tylko pocztą. I nawet teraz, gdy babci już nie ma, ja nie mogę być na jej grobie, kiedy chcę, bo ta nieszczęsna odległość... Kiedyś jeszcze odwiedzę Bieszczady, niech no tylko życie mi się poukłada, podobno wiosna ma przynieść pozytywny przełom (według horoskopu) - wierzycie w nie? Ja w zasadzie nie czytuję, ale ten jakoś tak rzucił mi się sam w oczy :)
Teraz z innej beczki. Oglądałam wczoraj wieczorem Miasto Kobiet. To, co tam usłyszałam sprawiło, że normalnie włosy mi na rękach dęba stanęły, a wiadomo, że mam kudły na lewym ramieniu szczególnie przez te wszystkie operacje, obrodziłam po goleniu mnie ;) W pierwszej części programu były dziewczyny Kasia, która ma 19 lat i Ania, lat 22, dziewczyny, odchudzające się od zawsze. Kasia przy wzroście 172 cm, waży 49 kg i twierdzi, że jest gruba. Chciałaby zrzucić jeszcze 8 kg. Zrobi wszystko, aby osiągnąć swój cel. Ma marzenie, chce zostać modelką. Żeby oszukać głód, połykała waciki nasączone sokiem pomarańczowym. Waciki pęczniały w żołądku, a ona czuła się syta. Toż to jakaś masakra jest! Mało tego, ona to wszystko popijała jeszcze octem jabłkowym, a jako przekąskę stosowała kostki lodu, jadła je. Wie, że wyniszcza swój organizm, ale ma to głęboko w poważaniu. Zapewne nie stanęła jeszcze pomiędzy życiem a śmiercią. Liczy się z tym, że może umrzeć, ale jak kulą w płot - nie dociera do niej ta powaga sytuacji.
Ania natomiast leczy się z anoreksji, chociaż wie, że to wszystko i tak zostaje w głowie. Dlaczego zaczęła się odchudzać? Bo chciała być lepsza od siostry. W krytycznym momencie przy wzroście 165 cm, ważyła 25 kg! Dziś waży 36 kg, ale mówi, że nie chce myśleć o odchudzaniu, robi wszystko, żeby przytyć.
W życiu bym nie pomyślała, że można się posunąć do takich rzeczy, jak połykanie wacików, zapijanie octem i jeszcze nie widzieć w tym nic złego. Co anoreksja może zrobić z człowiekiem, jak bardzo może skrzywić postrzeganie własnego wizerunku? Tragedia. Długo po tym materiale nie mogłam zasnąć, te waciki mnie przeraziły. Ocet jabłkowy, kiedyś czytałam na jego temat, dużo dziewczyn widzi w tym cudowny lek, który podobno ma w sobie wiele dobrego. Nie wiem, nie wnikam, ale szczerze wątpię w jego zdrowotne właściwości.
Blog, zmienił nazwę. "Czuj czas w sobie" - napis widniejący pod ladą w schronisku na Kudłaczach. Zapewne pochodzi od Jana Kochanowskiego. Spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłam ten czas poczuć i tutaj :)
środa, 18 stycznia 2012
Tak, wiem, że miałam zabrać ze sobą oko obiektywu na sobotnią wędrówkę, tak wiem, że później miałam podzielić się nimi z wami, cobyście mogli mieć chociaż namiastkę tego, co ja zobaczyłam, tak wiem, ale... Zacznijmy od początku, jak zwykle zresztą ;)
Sobota rozpoczęła się dla mnie wcześnie, bo o 5:30. Dopakowywanie plecaka i podstawa, bez której nie wyszłabym z domu, czyli wielka miska owsianki, która miała dać mi siłę na dobrych parę godzin. Gdy plecak został zapięty, chciałam sprawdzić, czy aby nie jest zbyt ciężki. No i był. Pomyślałam, że skoro zabieram telefon, to aparatu dodatkowego już nie muszę. Pogoda za oknem nie zwiastowała żadnych zamieci, więc miałam w planach niesienie telefonu w ręce, czy też innej dostępnej części garderoby. O 7:30 wyjechaliśmy. Na miejscu byliśmy po 9:30? Niech mnie Robert, albo Jola poprawią, jak była to inna pora, bo jakoś ten fakt umknął mi z głowy. Nie ważne. Po wyjściu z autobusu, czyli już w Myślenicach, zaliczyłam zderzenie ze znakiem. Jakoś go nie zauważyłam, pewnie dlatego, że w głowie siedziała jedna myśl - musisz sobie przecież zapalić! Szkód w postaci guza nie odnotowałam, właściwie to nawet nic nie bolało :D Zgubiliśmy się już na samym początku, nie mogąc znaleźć dojścia do wyciągu, który miał nas wywieść na górę Chełm. Gdzie 3 przewodników, tam? No właśnie, co tam? Po przejściu kilku kilometrów, dotarliśmy jednak do celu. Śnieg zaczął wylatywać z nieba, wiatr też dawał znaki, że zamierza towarzyszyć naszej wędrówce. Wyciągi wywiozły nas na górę, przykleiliśmy się do siedzeń, ale było fajnie ;) W schronisku wypiliśmy kawę, zjedliśmy ciastka, krakersy, a sponsorem była czekolada Wedel, wyjęta przez Jarka, ale nie zjedzona, bo ona była tylko na wystawę, hehehe ;) Było też najważniejsze, dostarczone przez Roberta, Śliwowica (nie wiem, czy nie pomyliłam, bo nie jestem biegła w tych nazwach), własnej roboty. Pyszotka, rozgrzała mocno, jakby wiedziała, co nas w tym dniu czeka. Gdy czas na odpoczynek minął, nastąpiła zbiórka przed schroniskiem, pamiątkowe zdjęcie i przygotowanie do drogi. I wtedy zaczęło mocno wiać, kto miał odpowiednie ubranie, to nie cierpiał. Była jednak dziewczyna, która ubrała się tragicznie, widać, że nie wie, co to znaczy zima w górach. Na sobie miała getry, na to jakiś dłuższy sweter, kurtka zwykła, rękawiczki cienkie, czapka wełniana, brak kaptura - po prostu rewelacja. Momentalnie robiło mi się zimno, gdy na nią patrzyłam, w dalszej części drogi, to było mi jej już strasznie żal i gdybym tylko miała jakieś dodatkowe rękawice, dałabym jej... Szliśmy Pasmem Lubomira, prowadzeni przez zielony szlak. Co jakiś czas było słychać piski i upadki :) Śliska nawierzchnia robiła swoje, była to jakby dodatkowa atrakcja zagwarantowana przez PTTK ;) Mnie się udało przetrwać bez wywrotki, chociaż nie było łatwo :) Nad obrazami tak się nie skupiałam, dlatego nie wyjęłam telefonu. Zresztą, niewiele było widać, bo śnieg robił swoje. Nie chciałam też zawilgocić telefonu. Kolejnym etapem były Kudłacze. Leżą one we wschodniej części Beskidu Makowskiego, blisko granicy z Beskidem Wyspowym. Gdy jest dobra widoczność, można zobaczyć zachodnią część wspomnianego Beskidu Wyspowego, oraz Beskid Żywiecki, z Babią Górą w tle. Patrząc na południe, dojrzeć można wiele szczytów Beskidu Wyspowego, Gorców oraz Tatr Wysokich i Zachodnich... To wszystko można, ale niestety nic nie było widać. Schronisko małe, ale przytulne. Na prawie 40 osobową grupę, nie było wystarczająco dużo miejsca, ale jakoś sobie poradziliśmy. Jedynym problemem były tylko ubikacje. Zielone budki, stojące na zewnątrz, nie napawały mnie optymistycznie, ale przecież musiałam się załatwić... Wywiało mnie straszliwie, dobrze, że nie nabawiłam się zapalenia pęcherza.
Przewodnik postanowił rozwinąć trasę i pójść czerwonym szlakiem w kierunku Działka, coby dotrzeć na Kamiennik, który usytuowany jest nad wsią Poręba. W zasadzie to nie wiem, czy mieliśmy na niego wejść, czy tylko zobaczyć go z oddali :D Przed schroniskiem na Kudłaczach, zrobiliśmy kolejne pamiątkowe zdjęcie, aczkolwiek śnieg, który rozpadał się na dobre i silny wiatr spowodował, że niezbyt dobrze było nas widać.
Później szliśmy..., i szliśmy..., i szliśmy. Wielki śnieg, miejscami zaspy w moim przypadku po kolana, przez które musieliśmy się przebić - rewelacja! Czasami było ekstremalnie, bo zejście po świeżo nasypanym śniegu, który dodatkowo przykrył oblodzenie, wiązało się z licznymi poślizgnięciami i wywrotkami, a wiadomo, mogło się to różnie skończyć. Niemniej jednak, ludzie podołali. Problemy zaczęły się w momencie, kiedy śnieg zasypał oznakowanie szlaku. Nie wiedzieliśmy, gdzie mamy iść, parę razy zawracaliśmy... Zamieć śnieżna spowodowała, że na Przełęczy Suchej pokłoniliśmy się górom i postanowiliśmy zawrócić. Dalsze błądzenie nie grało na naszą korzyść. Zmierzch był blisko, nie każdy miał oświetlenie, nie każdy ( o czym pisałam wcześniej) był odpowiednio ubrany, wyobraźcie sobie, jak to się mogło skończyć... Pokorę trzeba w sobie mieć, nic za wszelką cenę. W drodze powrotnej przewodnik poprowadził nas na skróty, a my pokazaliśmy, że jesteśmy zwartą grupą. Podobała mi się wyprawa. Czułam się, jak w drodze na jakiś biegun, zamarznięte rzęsy, plecak przykryty puchem śnieżnym... Wiedziałam, jak wygląda zima w górach, bo przecież jeżdżę na nartach, ale to w porównaniu do pieszej wędrówki jest niczym. Stoki są przygotowane, nie trzeba się o nic martwić, wszystko podane na tacy, a podczas wędrówki trzeba uważać na każdy swój krok, adrenalina zdecydowanie większa i gdybym miała wybrać, to hmmm..., wolałabym chodzić :) Do autobusu dotarliśmy o 16. Wyruszyliśmy do domu... Zima zaskoczyła drogowców z Myślenic. Wracaliśmy do Oświęcimia 3 godziny! Korki, wypadki - jakaś masakra.
Impreza urodzinowa, na którą dotarłam po godzinie 20 trwała. Amelka skończyła 4 latka. Boże, jak ten czas szybko leci. Zjadłam tort i oddałam się zabawie z małą. Budowałyśmy domy dla jej koników Pony i piesków z klocków drewnianych, które jej kupiłam. Byłam strasznie zmęczona, ale wykrzesałam z siebie na tamten czas jeszcze trochę energii. Padłam dopiero po 23. Nie odczułam żadnych negatywnych skutków wyprawy. Żadnych bóli, zakwasów - nic. To dobrze.
Zdjęcia możecie sobie zobaczyć klikając na link: PTTK
Co więcej? Ano nic. Sobota, to znowu wyjazd. Tym razem do Ojcowa na obchody 149 ROCZNICY POWSTANIA STYCZNIOWEGO. Będzie wiele atrakcji:
– O.P.N przejście najpiękniejszym szlakiem; Czajowice, G. Chełmowa, Wąwóz Ciasne Skałki, Brama Krakowska, Dol. Prądnika - Kaplica „Na Wodzie”
godz. 10:00 – Msza św. w intencji poległych za Ojczyznę
godz. 11:00 – Złożenie kwiatów spotkanie rocznicowe Restauracja na „Złotej Górze”:
okolicznościowe referaty historyczne, program artystyczny w wykonaniu młodzieży i
– godz. 13:30 – Ognisko powstańcze oraz biesiada w Kawiarni „Pod Nietoperzem”
(W programie : „ Grzaniec Galicyjski” ,kiełbaski ,tańce-swawole) .
godz. 10:00 – Msza św. w intencji poległych za Ojczyznę
godz. 11:00 – Złożenie kwiatów spotkanie rocznicowe Restauracja na „Złotej Górze”:
okolicznościowe referaty historyczne, program artystyczny w wykonaniu młodzieży i
– godz. 13:30 – Ognisko powstańcze oraz biesiada w Kawiarni „Pod Nietoperzem”
(W programie : „ Grzaniec Galicyjski” ,kiełbaski ,tańce-swawole) .
Uch, normalnie się już cieszę na samą myśl. Tyle za mną chodził ten Ojców, bo tak dawno tam nie byłam, a tu proszę mam :)
Wczoraj też dostałam sms, którego się zupełnie nie spodziewałam. Był tak bardzo pozytywny, że generalnie to wyparłam już chorobę. Tylu ludzi mnie wspiera, tylu wierzy, że będzie dobrze, że aż głowa mała. Jurku, nie wiem, czy czytasz mojego bloga, ale z tego miejsca jeszcze raz bardzo, ale to bardzo dziękuje za słowa wsparcia, nie mam słów, które mogłyby wyrazić moją wdzięczność :)
piątek, 13 stycznia 2012
13 piątek i jakoś wcale mnie to nie rusza, chociaż wspomnienia niedobre w związku z nim mam. Przeszłość, nie ma co rozpamiętywać.
U mnie jakoś sobie leci. Przechorowałam, wyzdrowiałam i walczę z alergią, która osadziła się w okolicach oczu. Dziwne to, że i w zimie może mnie dopaść jakieś paskudztwo. Ostatnio robiłam badania krwi na cito, jako że przy chorobie wyszły mi różne syfy w buzi, które mogłyby świadczyć o niskich wartościach WBC. Ku mojemu zdziwieniu i wielkiej radości okazało się, że białe krwinki podskoczyły do 5,7 dolna norma zaczyna się od (4,35) według pracowni, w której robię badania. Poniżej normy znalazły się czerwone krwinki, a w rozmazie automatycznym same spadki poniżej normy w tym EO podwójnie powiększone. Z lekarzem skupiliśmy się głównie na tych białych, radość jego i moja była nie do opisania. Czułam się zdrowo..., aż do wczoraj. Pod odebraniu kolejnych wyników z uśmiechu zrobiła mi się podkówka. RBC nadal poniżej normy, WBC to samo. Przy normie od 4,35 ja mam 2,4. Rozmaz automatyczny też same strzałki, w niektórych miejscach są nawet podwójne. Żelazo natomiast wzorowe! Chyba muszę ograniczyć spożywanie produktów bogatych w Fe, bo za niedługo przekroczę górną granicę normy, która jest do 160 a ja mam już 157. Hym. I jak tu się normalnie nie załamać? Nie ma chyba żadnej możliwości, aby wpłynąć na ten mój organizm. Szczepionki chyba nie zadziałały. Póki, co czekam do poniedziałku, zobaczę jak bardzo załamie się mój rodzinny, a tymczasem przygotowuję się do jutra. Plecak powoli zapełnia się niezbędnymi rzeczami, które zabiorę ze sobą na szlak. Teraz, gdy mam porządny plecach (czytajcie - pojemny), mogę wszystko. Nie straszne już dalekie wyprawy, ani oszczędność w doborze ekwipunku. Nawet termos się zmieści, ha! Wyjazd 7:30, cel Beskid Makowski. Na pewno zdam relację, bo oko obiektywu postanowiło się ze mną zabrać. Dobrze, że istnieje PTTK u mnie w mieście :) Jeszcze się zrzeszę i wycieczki tańsze będą, ale to wszystko w swoim czasie. Nie na nartach, to pieszo po górach pochodzę :) Jak się cieszę :D Ech. Żyję dniem jutrzejszym. Spotkania i wyjazdy w celu uprawiania pasji, mają moc - dla mnie szczególną, bo powodują, że chce mi się żyć.
Po powrocie czeka mnie impreza urodzinowa. Tam też się będzie działo. Już się boję, ała!
niedziela, 8 stycznia 2012
Dziękuję ludziska moje kochane, że o mnie pamiętacie i zostawiacie dobre słowo. Gdyby nie wy, sama nie wiem, czy jeszcze chciałoby mi się tu przychodzić. Jesteście bardzo dobrą motywacją :) Spieszę donieść, że żyję i jakoś się trzymam. Grypa odpuściła, ale zanim sobie poszła, sponiewierała mi narząd słuchowy. Zapalenie ucha środkowego. Jako alergik, często miewam problemy z uszami, ale jeszcze nigdy nie zaznałam takiego potwornego bólu, którego nijak nie dało się zagłuszyć. Szybka wizyta u rodzinnego, później laryngologa, stosowne lekarstwa i na dzień dzisiejszy wychodzę z zapalenia. Słuch wrócił do normy ( w trakcie choroby, przestałam słyszeć). To jest straszne, gdy człowiek nie słyszy, włącza telewizor na najgłośniejszy tryb, a głosy ludzi mówiących z pudła są jakby w jakiejś szklanej butelce, z której wydobywa się tylko niezrozumiały bełkot. Dobrze, że jest lepiej. Moja mama przestała słyszeć dawno temu, m.in. przez nieleczone zapalenia uszu. Nie chcę pójść w jej ślady. Oby to nie było rodzinne.
Jakoś leci ten czas, pogoda za oknem niezbyt optymistyczna, dobrze że nie zabiera chęci do życia. Siedzę, czytam, rozmawiam, dużo myślę - ot taka moja codzienność. Brakuje mi większej aktywności, ale to już w sobotę nadrobię z Konarem, Robertem i Jolą. Będzie fajnie :) Jak nie na narty w góry zimą, to na piesze wędrówki można. Nie ma lenienia się, nie w moim przypadku.
Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.
Jakoś leci ten czas, pogoda za oknem niezbyt optymistyczna, dobrze że nie zabiera chęci do życia. Siedzę, czytam, rozmawiam, dużo myślę - ot taka moja codzienność. Brakuje mi większej aktywności, ale to już w sobotę nadrobię z Konarem, Robertem i Jolą. Będzie fajnie :) Jak nie na narty w góry zimą, to na piesze wędrówki można. Nie ma lenienia się, nie w moim przypadku.
Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Nie sądziłam, że sprawy, o których pisałam we wcześniejszym wpisie, tak szybko otworzą się na nowo. Sylwester udany, ale Nowy Rok przywitałam z 40 stopniową gorączką. Niestety. Jestem chora, mimo wziętych szczepionek, grypa nie szczędziła na mnie swoich objawów. Bolało każde miejsce na ciele, nawet paznokcie u rąk. Ból, płacz, niemożność poruszenia spowodowały, że na ostry dyżur pojechałam z tatą dopiero w godzinach wieczornych. Tam na szczęście nie musiałam długo czekać, przyjął mnie miły pan doktor (arab), przepisał stos leków i zalecił łóżko. Innej możliwości nie przewidywałam z takim parszywym samopoczuciem. Dzisiaj temperatura jest mniejsza, bo 38,5. Jestem w stanie coś skrobnąć w swoim świecie, w takich przypadkach dobrze jest mieć laptopa.
14 stycznia wyjazd w Beskid Makowski, do tego czasu na pewno wyzdrowieję :)
Trzymajcie się!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






