niedziela, 29 stycznia 2012

Mróz daje popalić. Mózg od powietrza boli. Koty przytulone do siebie, zwinięte w kłębuszek okupują styropian, który mają rozłożony przy ogrodzeniu niedaleko bloku. Obok stoi buda, którą zrobili dla nich ludzie z administracji, jednak koty jakoś nie mogą się do niej przekonać, sama nie wiem dlaczego. Byłoby im tam na pewno cieplej. Czekam na wiosnę. Wręcz jej pragnę, jak nigdy dotąd!

Weekend spędzony z bratanicą. Miałam wyjść na soczek, miałam się spotkać, jednak dzieciątko dla mnie ważniejsze, na spotkania przyjdzie jeszcze czas. Jej rodzice wyszli na parapetówkę, dobra ciotka musiała przypilnować 4 latka. A miałam trochę przygód. Kiedy Amelka w swoim domu padła, jak zmięta stówka, a ja w końcu mogłam sobie troszkę odetchnąć (było po 22), poczułam na przedpokoju zapach spalenizny. Pierwsze, co to chciałam sprawdzić, czy to nie na dworze się coś pali. Mój brat mieszka na ostatnim piętrze, więc mury tam są niezbyt szczelne. Uchyliłam okno, jednak powietrze było czyste. Znowu wróciłam do przedpokoju, ten sam zapach - palony papier i deski. Pomyślałam, że to może pod panelami coś się dzieje, ale żadnego dymu nie widziałam. Zobaczyłam przez wizjer, czy to aby nie z korytarza, otworzyłam drzwi i zobaczyłam biel - dosłownie. Korytarz na ostatnim piętrze jest długi, bo łączy ze sobą wszystkie klatki, a klatek mamy 4. Popatrzyłam w lewo - siwo, w prawo - siwo. Smród straszliwy. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do taty. Nie chciałam budzić Amelki, ognia nie widziałam. Tata odebrał chyba za 3 razem - spał już biedak. Kazałam mu przyjść na górę, bo coś się chyba pali. Zanim tata przyszedł wyszli sąsiedzi z mieszkania obok, obudzeni tym samym smrodem. Zaczęliśmy poszukiwania, jednak ognia nie zlokalizowaliśmy. Zadzwoniłam na 112, odebrał pan policjant i powiedział, że przekaże sprawę straży pożarnej. Powiedziałam mu, ze ognia nie widać, i że otworzyliśmy okna, coby troszkę wywietrzyć korytarze. Za jakiś czas dzwoni do mnie telefon. Odebrałam, a tu straż pożarna. W lekkim szoku byłam, ale przecież policja miała mój numer. Pogadałam z miłym panem, wytłumaczyłam mu, że wywietrzyliśmy pomieszczenia, ognia nigdzie nie ma, dymu już również. Zapytał, czy mają przyjechać? Dziwnie się poczułam, jakbym to ja miała decydować o tym, czy blok pójdzie z dymem, czy nie. Przeczucie jednak kazało mi powiedzieć, że nie trzeba przyjeżdżać, że jeszcze posprawdzamy dokładnie każde miejsce i jakby znowu pojawił się dym zadzwonię. Pożegnałam się grzecznie i odłożyłam słuchawkę. Po co ich narażać na koszta, jak było 5 ludzi, którzy przepatrzyli każde miejsce bardzo dokładnie, poza tym wiedziałam, że długo jeszcze nie pójdę spać i co jakiś czas będę wyglądać na korytarz, czy znowu nie ma dymu. Na szczęście nic się już nie wydarzyło. Do teraz nie wiadomo, co było przyczyną, bo żadnego nadpalonego papieru nie zlokalizowaliśmy, ale wiadomo jest, że śmierdziało tylko na strychu, prócz kilku mieszkań są tam jeszcze suszarnie. Amelka przespała całą akcję, chociaż rozmawialiśmy na tym korytarzu dosyć głośno.

Niedziela też z małą. Niedawno poszła do domu. Fajne z niej dzieciątko. Grzeczne jakieś takie, jakby nie ona Jutro do przedszkola. A i ja mam sporo załatwień. MOPS, dentysta, fryzjer. Przy takim mrozie nie chce się wychodzić, oj nie chce. Ponieważ dzisiaj mam planach wcześnie położyć się do łóżka, uciekam. Życzę dobrej nocy.

2 komentarze:

  1. Może bezdomni próbowali się ogrzać? Babcia mi kiedyś opowiadała podobne historie, tyle że z czasów, kiedy powstawała Nowa Huta - lata 40 i 50, kiedy władze komunistyczne zmusiły Romów do mieszkania w blokach, a ci nie byli do tego przyzwyczajeni. I kilka razy skończyło się tak, że jakaś rodzina romska czuła, że jest zimno i wtedy rozpalali ognisko na środku podłogi.
    Mój blog jest co prawda zawieszony na czas nieokreślony, ale będę odwiedzać innych.
    A kotki może trzeba po prostu przyzwyczaić, zachęcić do nowej budy? Gdzieś czytałam, że jeśli chcemy, żeby gdzieś zamieszkał kot, to najlepiej posadzić rośliny, które go zwabią, np. kocimiętkę. Teraz na to jest za późno, ale na wiosnę - może warto spróbować?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym roku, nie widać bezdomnych na klatkach. Zmienili domofony i nie jest tak prosto się dostać do klatek, zresztą... moi sąsiedzi to nie są ludzie, którzy pozwoliliby bezdomnemu zostać, niestety. Od razu wzywają patrol. Bezdomny zdąży do tego czasu uciec. Nie wiadomo, co było przyczyną, i gdzie ta przyczyna smrodu była.
    Zawiesiłaś bloga? A kotki, ech. Pół nocy nie spałam, bo 2 kotki w takie mrozy spały obok budy, na styropianie, przytulone do siebie. Gdyby nie były dzikie, od razu wzięłabym je do domu, ale nie dały się złapać. Wyniosła im moja mama taką wielką poduchę, żeby mogła chociaż po części je ochronić przed zimnem. Nie wiedziałam o takich patentach na zwabienie kotów :) Ale..., znowu pojawia się problem. Mieszkańcy nie są skorzy, aby zaakceptować koty, aby im pomóc, dla nich zwierzę, to coś gorszego, nie należy pomagać. Boli mnie takie podejście do życia, nie potrafię tego zrozumieć...
    Na wiosnę na pewno zasadzę taką kocimiętkę, zwabię wszystkie koty z osiedla:D

    OdpowiedzUsuń