środa, 30 czerwca 2010

„Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość drogi panie nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi.”


Przeszłość blogowa. Tyle czasu minęło, odkąd powstało to miejsce w sieci, malutkie, skromniutkie, ale prawdziwe, bo moje. Pisałam już, że nie lubię czytać o tym, co było, ale ostatnio coś mi kazało to zrobić, taki jakby „dobry duszek”, taki „Bogus” który chciał mi poprawić nastrój, usiadł na ramieniu, i szepnął do uszka: - nie bój się, kliknij w to archiwum, może dzięki temu się uśmiechniesz, tak sama do siebie? Tyle masz wspomnień, tyle przemyśleń, które tam przelałaś, przecież mówiono Ci, że masz duszę filozofki..., nie chcesz powspominać? - i zamilkł, pozostawiając mnie samą sobie... Przez chwilę, trzymałam tę myszkę na zakładce „przeszłość”, miałam kliknąć, ale zawahałam się. Przecież jest tam moja choroba, ten ciężki szpitalny okres, nie chcę tego wspominać, przecież jest marzec, wtedy zniknął wolf, a ja przeżyłam ciężkie chwile, przecież..., przecież... - nie szukaj sobie wymówek! – znowu głos się odezwał..., no i kliknęłam..., pierwsze, co ukazało się moim oczom, to: „najlepiej, żeby człowiek nie był”.., no tak, jeżeli ten „Bogus”, w taki sposób chce mi pomóc, to ja mu serdecznie dziękuję, nie przychodź do mnie więcej, a kysz! I tyle go widzieli. Więcej się nie odezwał, a ja zamknęłam stronę z przeszłością..., nie wiem, kiedy podejmę kolejną próbę..., teraz, to nawet filozofka ze mnie żadna, więc po, co czytać, i tak sama tego nie zrozumiem. Duchu, nie znasz się, wiesz? :)




..., a zmęczony wolfik śpi, dzisiaj znowu oddał się koszeniu... :)

wtorek, 29 czerwca 2010

Nadszedł czas na zmiany, i stało się! Zmieniłam szablon, nadeszło lato, więc i tutaj musi być inaczej, wszak dzień, goni dzień, nic tu nie trwa wiecznie. Troszkę nerwów na tym zjadłam, ale udało się, chociaż Syzyf dzisiaj ze mnie niezły wyszedł. Chciałam zrobić coś pożytecznego, bo w ostatnim czasie, mało ze mnie pożytku jest..., więc przywędrowałam tutaj, jak coś zepsuć, to tylko na bloggerze. I nie wiem, czy zauważyliście, ale pozbyłam się linków. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale przywrócić ich nie daję rady, a buu! Chociaż nie, wcale nie, przecież nie są mi potrzebne :D

Od czwartku zaczynam kłucie. Wbrew temu, co mi się wydawało, że zastrzyki będę dostawała codziennie, wyszło, że jednak nie. Dwa razy w tygodniu będą sprawiać mi przyjemność, najpierw słabsze dawki, a później coraz to mocniejsze, pod ścisłą kontrolą lekarską..., działania niepożądane mogą wystąpić, a wtedy wszystko trzeba odstawiać, i dawkować na nowo. Mam nadzieję, że mój organizm nie sprawi mi żadnych niespodzianek, i chociaż raz, nic niepożądanego do mnie nie przybędzie.


Moja droga do zdrowia, w kolorach :)

Trzymajcie kciuki!
There's a bridge over the water
I can see it like a rainbow
If you love me I'll be waiting
Take me home to the other side

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Ostatnie dni, ba, co ja gadam, ostatnie miesiące, mijają tak szybko, dzień goni dzień..., szkoda tylko, że każdy jest taki sam. Pobudka rano, miła rozmowa przez telefon z wolfikiem, kąpiel, opatrunki..., i tak codziennie. Nie neguję, rozmowa przez telefon musi być, jak najbardziej jest to wskazane, bo wtedy lepiej zaczynam dzień, z uśmiechem na twarzy, ale to wszystko inne, mogłoby sobie pójść w cholerę, znaczy, myć się trzeba, ale te opatrunki..., nienawidzę! Jakby mi jeszcze ktoś je zmieniał, to może tak by mi nie zbrzydło, ale muszę sama, bo mama zero delikatności, a ja chcę ograniczyć swoje cierpienia... Noc znowu była ciężka, znowu zaczął się ból, który uniemożliwił mi spanie. Przez kilka dni było lepiej, wydawało mi się, że mogę prawie wszystko, a tu niestety, STOP Salanee, zwariowałaś, myślisz, że my tak łatwo odpuścimy? A masz! No, mam..., znowu ten straszny ból, którego tak bardzo nienawidzę. Do bólu można się przyzwyczaić, można nauczyć się z nim żyć, ciekawa jestem tylko, w jakich skalach byłby on dla innych osób odczuwalny, czy mogliby go znieść, czy ja potrafię wytrzymać więcej, uodporniłam się? Echy, ochy, achy, co i tak na nic się zdają, sprawcie, żebym powolutku, zaczęła zapominać, a nie, żeby mi się pogarszało. Autoszczepionka jutro do mnie przyjeżdża z tatą, ma się rozumieć, i muszę być przygotowana, żadnych obniżeń jakości organizmu już nie chcę, to strasznie męczy, i sprawia, że staję się wtedy bardziej milcząca, do głowy wchodzi dużo myśli, włącznie z tymi najgorszymi, i tak to trwa, aż zbiorę siły, można mieć cierpliwość, ale jak tak będę milczeć, to może się okazać, że w końcu stanę się obca, i zupełnie zapomniana?
Dość, durnych przemyśleń.

Wiecie, że człowiek jednak uczy się przez całe życie? I to nie ma znaczenia, że zna się na tym, co robi, i lubi, że wydaje mu się, że już nic więcej posiąść nie może, bo jest mu to niepotrzebne, a tu jednak,..., po roku błędnego myślenia, i życia w przekonaniu, że mój touchpad jest zepsuty, bo nie działa, i nie pomagają nawet reinstalacje systemu, całkiem przypadkiem, okazuje się, że doskonale się naprawia, za pomocą skrótów Fn+F7... Howgh! Człowieku, puchu marny...

..., uciekam na meczyk..., znaczy moja głowa ucieka, odwracając się w prawo. Wolf, już tam kibicuje, trza dołączyć ;)

Update:
Wolfik, widzisz? Ostatnie słowo, należało do mnie :P

sobota, 26 czerwca 2010

Dzisiaj, odbywał się u mnie w mieście Rodzinny Rajd Rowerowy, 12 z kolei. Nie mogłam na nim być fizycznie, jako, że jeszcze nie jestem w stanie jeździć, chociaż mnie kusiło, nie powiem. Po tak długim czasie nieużytkowania swojego pojazdu, tęskno do niego straszliwie, i wiem, że wizyta w piwnicy, skończyłaby się wyprowadzeniem "przyjaciela", na światło dzienne. Ból pewnie, zostałby przykryty płaszczem pragnienia, jaki tkwi we mnie, i wyjechałabym, nie zważając na konsekwencje. Tak mi tego brakuje strasznie. Każde myśli, jakie mam, kłębią się wokół wyjazdu,czy można aż tak bardzo tęsknić za rowerem,za przyjemnością zmęczenia, za wyjechaniem na trasę, za widokami, które towarzyszą jeździe, za adrenaliną, i za ludźmi, z którymi pokonuje się te kilometry? Widać, można. Człowiek, stworzeniem jest, które się przyzwyczaja do różnych zachowań, i potem, kiedy one zanikają w jakiejś części, próbuje zrobić wszystko, aby przywrócić to, co było. Nie zawsze mu się udaje, ale stara się. U mnie problem tkwi w organizmie, nie we mnie, bo ja bym chciała, i wiem, że mogłabym, ale organizm, poprzez swoje zachowania, nie pozwala mi na różne rzeczy. Psychika zdrowieje, ciało nie. I boli mnie to strasznie, wielokrotnie łzy pokryły moje policzki, a usta wypowiadały słowa, to niesprawiedliwe, dlaczego, mało w życiu przeszłam? I te usta, nigdy nie uzyskały odpowiedzi, więc przestały pytać, a łezki ukradkiem zostały otarte, niemniej jednak, ciężko jest, chociaż maska, którą przybrałam, pokazuje, że się trzymam. No, ale dosyć o tym "gównie". Umiliłam sobie dzisiaj czas w barze, z osobistościami ważnymi, a jak, uczestnikami owego rodzinnego rajdu, którzy urwali się od reszty, i przybyli wcześniej, zasmakować napoju bogów..., a, no i zjeść golonko, jakże bym mogła pominąć tak ważną kwestię. Nie zapomnieli o biednym wojowniku, w świecie realnym, zwanym Zuską..., i przybyłam, dotrzymać towarzystwa, pośmiać się, pogadać, o wszystkim, i niczym, jak taki poczciwy "kumpel", któremu można powiedzieć o wszystkim, prawie bez krępacji. Zawsze wzbudzałam takie zaufanie wśród ludzi, nie wiem, co jest tego przyczyną, ale to jest chyba dobre? Lubię słuchać, tak już mam. Przez chwilę, mogłam poczuć się, jakbym była zdrowa, chociaż plecy też przypominały, co mi oferują, ech, w każdym razie,- było miło, chociaż teraz głowa daje się we znaki, piwo i fajki, = kiepskie następstwa.

A, co poza tym? Ano, nic, wolfa pochłonęły mundialowe rozgrywki, i jest, ale tak, jakby go w ogóle nie było :)



Dobranoc wszystkim...

piątek, 25 czerwca 2010

"Czemuż to kochamy dzieci? Otóż głównie dlatego, że tylko małe dziecko nie potrafi zwodzić nas i oszukiwać."


Rzecz dzieje się w moim pokoju, do którego zostały zniesione wszystkie zabawki, jakie posiada tutaj Amelka. Etap rozwoju, to zabawa w doktora, na szczęście pacjentami są lalki,...


Ja: Amelko, na co ta lala jest chora?
( Amelka zawzięcie bada stetoskopem lalkę)
Amelka:...
Ja: Powiesz mi, na co ta lala choruje?
Amelka: To nie jest lala, to jest Gosia...
Ja: Aha, no to na co choruje Gosia?
Amelka: Nie mów do mnie, ja Cię nie "śłyśę", bo badam lalę, nie "widziś"?!
Mądralińska!

Jak wiadomo, gram w FarmVille, mała to widzi, i często mi towarzyszy, kiedy ja sobie zapominam, przychodzi tutaj, i mówi:


Amelka: Aga, choć, moze pozbielamy plony?

Odnosząc się do cytatu, który rozpoczyna mój dzisiejszy wpis, siedziałam sobie dzisiaj przy komputerze, Amelka odwrócona do mnie pupą, stała oparta o łóżko, i milczała, zagaiłam rozmowę:


Ja: Amelka...
Cisza...
Ja: Amelka?
Amelka: Nie mów do mnie, bo ja jestem na Ciebie oblaziona!
Ja: A czemu się na mnie obraziłaś?
Amelka: Bo Ty jesteś bzidka!
CHLIP!!!

Mówiono mi, że dziecko zawsze jest szczere, no to prawda wyszła na jaw :(

czwartek, 24 czerwca 2010

"Nie trać czasu na krytykowanie innych, ganienie ich dzieł; pracuj nad swoim, poświęcaj mu wszystkie godziny. Reszta to czcza gadanina albo wymysł. Trzymaj się tego, co w tobie prawdziwe albo nawet „wieczne”."


Powyższa, dobra rada, jak najbardziej pasuje w dniu dzisiejszym do mnie. I chociaż nie o krytykowanie tu chodzić będzie, to o troskę w stosunku do innych, chęć niesienia im pomocy, niczym Warren w Spadkobiercach, i o sklerozę, jaka wystąpiła w stosunku do mnie samej, dobrze, że głupi ma czasami szczęście, a było to tak...

Jak zwykle czwartek, jak zwykle kontrola u chirurga, jak zwykle, pojechałam na nią samochodem, i jak zwykle nie mogłam znaleźć miejsca do parkowania, jako, że jest wysyp ludzi chorujących, albo parkujących koło szpitala, i udających się na targowisko, bo przecież, po co mają płacić za parking przy targu, skoro mogą zastawić miejsce ludziom, którzy w akcie chorowania muszą udać się do lekarza, i potem pół godziny klną, próbując wcisnąć się w puste miejsce swoim samochodem, na które nie ma mocy sprawczej, aby im się ten wyczyn udał. Nie, tym razem, nie chodzi o mnie, tylko o pana, który tak próbował się wciskać, że wysiadłam w te pędy z auta, i pobiegłam( tia, dobry żart) -, poczłapałam, żeby mu powiedzieć, że zaraz zawadzi o wystający z ziemi hydrant. Pan, lat na astygmatyczne oko, miał ok 75 lat. Poczciwy staruszek, któremu musiałam pomagać, czyli machać rękami, krzyczeć, bo nie dosłyszał, żeby wykręcił tymi kołami w lewo, i troszkę cofnął, to mu się uda..., prób było z 3..., i w końcu UFFF!!! Zaparkował, co prawda, pasażerka miała problemy z wyjściem, z samochodu, ale udało się ;) Dziękowali mi chyba z 10 minut, i chwalili, że dobrze, że jest jeszcze taka miła, i dobra "młodzież" Hihi, młodzież, oczywiście, odpowiedziałam, że cała przyjemność po mojej stronie, chociaż w duchu, parę razy przeklęłam, kiedy nie wychodziło mu to, o co go prosiłam, no, ale puściłam w niepamięć, skoro tak mi posłodzili, szczególnie z tą młodzieżą ;) Potem przyszła kolej na mnie, pozabierałam wszystko z samochodu, zamknęłam pojazd, udałam się na długie czekanie pod gabinetem chirurgicznym. Pogoda zdążyła się popsuć, zaczął padać deszcz, ja ubrana, jakby było ze 35 stopni w cieniu, nie przejmowałam się tym, przecież autem jestem, to co mi tam, taki deszczyk zaszkodzić może... Po opuszczeniu gabinetu, udałam się do auta..., jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że chyba ktoś mi wybił szybę od kierowcy bo jakby jej nie było... Im byłam bliżej, tym jeszcze bardziej się dziwiłam, ktoś wybił szybę, i posprzątał szkła? Prawie tam biegłam..., na miejscu okazało się, że szyba jest, calusieńka, spuszczona do samego końca. No tak, zapomniałam jej zamknąć, przez tych "miłych" staruszków!!! Deszcz zrobił spustoszenie na przednim siedzeniu, nie powiem, żeby mi się przyjemnie wracało, kiedy pół tyłka było mokre, od tych gratisów, na które sobie sama zapracowałam..., wielkie szczęście, że tamtędy mało ludzi chodzi, bo bym się pozbyła radia, i paru innych drobiazgów. Sama złodziejom ułatwiłam zadanie, to nie chcieli ;) Nie, to nie, okazja niewykorzystana, więcej szansy nie będzie..., ale zaczynam się o siebie poważnie martwić. Coś się dzieje z moich mózgiem, a raczej jego funkcjonalnością, nigdy mi się tak nie zdarzyło, zawsze sprawdzałam wszystko, a tu taki pech, i szczęście zarazem. Nikomu już nie będę nieść pomocy, zapamiętać se!

A, co u lekarza? Ano, nic. Rany brzydkie, nic lepiej, powyrastała obca tkanka, ale na szczęście jeszcze zostawił to w spokoju. Za tydzień autoszczepionka, i będziemy czekać, co ona mi dobrego przyniesie. Rower, jak najbardziej tak!!! Przeszczep jest ładny, obkurcza się, a jazda na rowerze tylko poprawi jego elastyczność, i ukrwienie, jupi!!! Muszę tylko poczekać, aż te rany się polepszą, bo teraz nie dam rady jeździć, ze względu na ból, i ropienie. Od razu lepiej mi się żyje ze świadomością, że już nie mam zabronione, tylko mogę, mogę, ale muszę na siebie uważać, i być ostrożną, tak, wiem, wiem, panie doktorze:D Wie też, o tym najlepiej "Kisioł", jaki ze mnie ostrożny użytkownik dróg jest, szczególnie na jednośladzie ;)
Za niedługo nasz Mbike team, wyruszy na trasę w komplecie, razem ze mną, jupi, i będzie tak:




A dzisiaj jest dzień przytulania, wiecie? To kto się potuli z Salanee, bo wolfik se zapomniał? chlip, KC ;)

środa, 23 czerwca 2010

Dobry duszku, który gdzieś tam się znajdujesz, przybądź do mnie, i polepsz moje samopoczucie, bo brzuszek boli, i nijak nie chce przestać. Ech, to wszystko te antybiotyki. Niby skończyłam je zażywać w tamtym tygodniu, a do teraz odczuwam skutki. Cokolwiek zjem, ląduję w ubikacji, fajnie nie? Nawet leki zatrzymujące nie działają, węgla mogę zjeść tony, a i tak wszystko przeze mnie przelatuje. Przyszły też te dni kobiece, w których działanie niekorzystne może się potęgować, ale nigdy mnie nie dopadało aż tak bardzo, jak teraz. Moje destrukcyjne skłonności trwają, i szlag mnie jasny trafia. Nie czuję się sobą, nie czuję, że mam siły do czegokolwiek, w ogóle, ja, to nie ja. I najgorsze, że nie da mi się pomóc, bo to ja sama muszę się pozbierać. Staram się. Takie dołki miałam wielokrotnie, wszystko to nasilało się w trakcie chorowania, i teraz pewnie też. Kryzys występuje, i jest jakby w przewadze, bo jakość organizmu nie ta, i nie walczy należycie, a tu przecież trzeba zbierać siły, bo za tydzień autoszczepionka, i zacznie się kolejny bój, decydujące starcie, i prawda z tym związana, czy bakteria, którą mam w sobie, odejdzie, czy umocni się jeszcze bardziej, i sprawi, że przestanę wierzyć w cokolwiek. Boję się rozczarowania. Za każdym razem, czy to w szpitalu, czy w leczeniu ambulatoryjnym, przed jakimś zabiegiem, wierzyłam, że tym razem się uda, że już wszystko będzie dobrze, że teraz już bakteria pójdzie precz, i w końcu będę zdrowa, nie będę musiała przeżywać tego cierpienia, tego bólu, który czasami powodował, że nie chciało mi się żyć. Wierzyłam, a później przychodziła rzeczywistość, która ustawiała mnie odpowiednio w szeregu, i pokazywała mi, że tak naprawdę w tym wszystkim jestem nikim, i nie mam tu nic do gadania. Boję się, że tym razem będzie tak samo...



..., a już tyle razy sobie obiecywałam, że nie będę tu marudzić.
..., i Wolfik w tym wszystkim najbardziej pokrzywdzony jest. Ech.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Life Festival 2010, udany. Było całkiem sympatycznie, frekwencja osobowa dopisała. Dziękuję Wam, chłopaki :) I właściwie, nie mam, co więcej napisać, bo mi się jakość organizmu obniżyła, i nic mi się nie chce, nawet oddychać. Zakończę wpis doskonałym kawałkiem, który porywa mnie ilekroć go słucham... Pendragon: Fallen Dreams And Angels...






..., i nie wiem, kiedy się tu znów pojawię.

sobota, 19 czerwca 2010

Rytmy reggae, Hatikva 6, Life Festival...

...,a dzisiaj Trebunie Tutki&Twinkle Brothers, Genesis Klassik...
Mniam :)

czwartek, 17 czerwca 2010

Jako,że Salanne w sobotę wybiera się na koncert i ma się świetnie bawić to mam prośbę do Pana K..;).A mianowicie: Uważaj na Nią i opiekuj się coby gdzieś w pogo nie poszła,bo z Jej pleckami to raczej niewskazane;).Pozdrawiam:).

środa, 16 czerwca 2010

"Z góry, moi kochani, świat wyglądo inacyj. Poźryjcie blizyj. Ciągnom sie pola, przymglone troche, jako wstązki. A między polami przysiadły wsie. We wsiach ludzkie chałupy. Casym błyśnie jakosi wieza z kościołów. Boski świat! I poźryj-ze blizyj: cy widzis hań na dole tom swojom markotność, swoje domierzynie? Cy widzis to, co Cie tak uwiyro? Była hań, kiesi na dole przed wiekami bitwa z Tatarami. Była, ale juz jej ni ma - a Tatry som! Była hań bitwa ze Szwedami. Była, ale jej ni ma. Chodzili tamtędyj zaborcy - austiacki, węgierski. Był okupant niemiecki. Kaz dziś som? Kręci sie tam pomiędzy chałupami trochę taki okulawiony biedok, ten nas polski socjalizm. Niegze ta krązy! A Tatry, a niebo, a chwała Bosko była, jest i bedzie!"


środa, 9 czerwca 2010

Ułożyłam wolfika do snu, sprawiając, że na pewno będzie mu się dobrze spało (bez podtekstów ;)), a ja ze swoim centrum dowodzenia przeniosłam się na balkon. Zanim udam się pospać "obok" niego, skrobnę tutaj parę słów, tak o wszystkim i niczym, tak niby nic, a jednak coś. Cisza taka, słoneczko zaszło, wieje przyjemny wiaterek, lubię to, aczkolwiek nie lubię tak na tym balkonie sama siedzieć, bo wtedy przybywa za dużo myśli, i nie zawsze są one dobre, jednak dzisiaj jest inaczej, mimo problemów, które znowu dały o sobie chwilowo znać, z samego rana. Złośliwość rzeczy martwych, które w nosie mają to jak z ich zepsuciem będą się czuć właściciele... Mam nadzieję, że to było chwilowe, i już więcej nie wystąpi. Za dużo tego złego mieliśmy w ostatnim czasie, i ja już nie chcę więcej, bo to powoli staje się niesprawiedliwe, i smutne. Więc proszę, niech wszystko działa, jak należy. Pisałam, że ostatni czas jest dziwny. Wiadomą rzeczą jest, że ludzie nie zawsze są w pełni swoich sił witalnych, że czasami przychodzi moment, kiedy przestaje nam się cokolwiek chcieć, że popadamy w monotonię, jak to w życiu. Zauważyłam to zmęczenie u wolfika, logiczne, że odczuję takie coś, dziwnie mi wytłumaczyć, jak to możliwe, po prostu, tak już mam, że potrafię wyczuć emocje drugiej osoby, która jest mi bliska, i może czasami sobie za dużo przybieram do głowy, ale po prostu nie da się ukryć wszystkiego. Ludzie mają swoje zachowania, które pokazują drugiej osobie, a kiedy słabnie im organizm, słabnie wszystko inne. Grunt, to pytać, i czekać cierpliwie, pomagając całą sobą, jak się tylko może. Obojętność, wobec drugiej osoby, i zniecierpliwienie, jest najgorsze na świecie, dlatego wolfik, czasami ma ze mną przerąbane, bo pytam się, i pytam, i pytam, niczym męcząca zgaga..., mogę być tą "zgagą", z całą przyjemnością, jeżeli wiem, że pomogę swoją osobą, wrócić do "normalności" temu "niedobremu" Muchomorowi:) I chociaż On zapewne zaprzeczy, to ja i tak wiem, że po części mam rację, bo trochę go już znam, pokazał mi się prawie z każdej strony, więc mam porównanie, jaki wolfik potrafi być, i dostrzegam różnicę, kiedy słabnie, staje się taki smutaśny, małomówny, i zapatrzony gdzieś indziej, a ja widząc to, pobieram ten stan, a wcale nie chcę, bo przecież druga osoba musi być silniejsza, kiedy słabnie pierwsza. Jednak, takie już to życie jest, ma swoje etapy, a ja mam nadzieję, że przeszliśmy już chyba na kolejny poziom, i nie poddamy się, nawet kiedy znowu coś nas zaskoczy, i będzie próbowało nam przeszkadzać, co?
Ostatni czas był dziwny, ale jak widzę, nie tylko u mnie. Kalu, trzymaj się dzielnie!!!

A wracając do życia..., ostatnio, nie wiem, po jak długim czasie nieobecności, wyszłam..., odwiedziłam stare śmiecie (bar), z Kisiołem... Pogadaliśmy, jak za starych, dobrych czasów, brakowało mi tylko mojego ssaczka, ale nie można mieć wszystkiego..., a szkoda :( Niemniej jednak, chłopaki na rowerach nie próżnują. Objawia się to otarciami, na twarzy, na nogach..., zbyt duża prędkość? Nie, to tylko niemożność wypięcia się z osprzętu SPD, jaki posiada się w rowerze, czyli buty, wpinane w specjalne bloki...,ta niemożność występuje, kiedy ktoś nieoczekiwanie przed nami zahamuje, tudzież, jakiś nieuważny kierowca zajedzie nam drogę. Na efekty nie trzeba długo czekać. Kisioł, do wesela się zagoi, nie martw się ;) Kurczę, brakuje mi tych jazd na rowerze, tego ryzyka, tej adrenaliny, bo czasami trzeba zaryzykować. Obawiam się tylko, że kiedy będę już mogła jeździć, to nie zostanę puszczona, ze względu na moje ukochanie do prędkości, i do ryzykowania czasami khm..., i nawet to, że obiecam założyć kask, mi pewnie nie pomoże, a jak powiem, że będę wolno jeździć, i nie będę szaleć? Hym..., do dopracowania to jest, coś mi się wydaje, wszakże tego... ;)

Zapalam papieroska..., hym, wiecie że w upały wcale mi nie smakuje? I tak dojrzewam do myśli, że może rzucę? Przemówiły do mnie pieniążki, jakie uda się przez to zaoszczędzić. I wiecie, co jeszcze? Wolfik dojrzewa do tego samego, właściwie, to On mnie zainspirował, zresztą, większość dobrej inspiracji, to jest ON :) Bo to taki lek na całe zło, i czasami ten mądrzejszy ode mnie ;) Ja też bywam mądrzejsza..., tylko jeszcze nie wiem, w jakich okolicznościach.

Wynik z Krakowa nie przyszedł do dnia dzisiejszego. Coś czuję, że stanę się upierdliwym pacjentem, tylko, że oni twierdzą, że wysłali już w tamtym tygodniu. To ja nie wiem, czy to idzie przez Bydgoszcz?! Niecierpliwię się, bo za niedługo czasu mi zabraknie, i w końcu też chciałabym, zacząć żyć normalnie..., czasu nie mam cholera na chorowanie!

Znieśliśmy oduczanie klnięcia. Przegrałam z premedytacją, jestem nie do zreformowania.

Chmurku, i Chmurko. Do Was parę słów. Miło, że odwiedzacie Nas tutaj, może też załóżcie własny blog, w wolnym czasie np? ;)

Dobra, uciekam, bo umrę tutaj, na tym balkonie. Dam odpocząć Acerkowi, bo tez mu ciepło....



A, na koniec.... Booooo, jooooo Cieeeeeeeeeeeeeee............????


Hej!!!!

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Dziwny czas trwa..., czas którego Salanee bardzo nie lubi, i martwi się...

piątek, 4 czerwca 2010

Ależ mi się pomieszały dni. To wszystko przez to, że każdy dzień jest taki sam, i w jego środek wrzucają święto, przez które człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to dzisiaj jest poniedziałek, i czy to dzisiaj musi iść do kontroli lekarskiej. Na szczęście, mózg lub jego pozostałości szybko przewertowały klastry, i wyszło mi, że dzisiaj jest jednak piątek, uff. Pogoda nie rozpieszcza, mimo, że termometr pokazuje 18 stopni, to nie ma za oknem słońca, które powodowałoby rozjaśnienie jaźni człowieka. Nie lubię takiej pogody, nastrój jest obniżony, i nic się nie chce, chociaż u mnie, to ostatnio "nie chce", występuje za często, i to pod każdą postacią, a już największą zmorą jest jedzenie, a raczej jego brak, o czym powszechnie wiadomo, i co powoduje częste wyprowadzenia z równowagi wolfa, chociaż, ja tak naprawdę zawsze coś zjadam, tylko w mniejszych, a właściwie maciupeńkich ilościach. Kiedy przychodzi pora kolacji, automatycznie zaciska mi się żołądek, bo wiem, że wolfik zaraz powie: " a ty się zastanowiłaś, co dzisiaj będziesz jadła na kolację, bo to, że będziesz musiała zjeść jest oczywiste", i w tym momencie myślę, wertuję w głowie, co ma moja lodówka, i co z niej chciałoby się znaleźć w moim brzuszku. Z reguły nie ma tam nic, na co miałabym smak, toteż czasami miewamy ciche godziny wieczorne, bo wolf jest zły, że nie zjadłam, a ja ze spuszczoną głową siedzę i biadolę, jaka to biedna jestem, i jak to mi chce się zaszkodzić "zmuszając" mnie do jedzenia... WRÓĆ..., oczywiście, że wcale tak nie myślę, tylko na ten czas mi się wydaje, że tak właśnie jest, chociaż wcale racji nie mam w tej kwestii. Skomplikowanie to napisałam jakoś, ale ja ogólnie skomplikowana jestem, więc i wpisy moje takie być czasami muszą, ogólnie to czas też się skomplikował, więc chyba aż tak od normy skomplikowania nie odbiegam, uff, ale zamotałam :) Mam też wrażenie, że jestem nudna, hym, o masakro, ile problemów mam ;)

Od wczoraj też walczymy z przekleństwami, to znaczy, wolfik klnie, i mówi, że to przeze mnie, ja oczywiście zaprzeczam, przecież ja wzór cnót jestem ;) Za każde przekleństwo 5 zł..., i nie wiem, jak to jest możliwe, ale lecę już wolfowi 15 zł, on mi tylko 10 zł. Ja nie wiem, co to się stało, przecież ja nie klnę! :D

środa, 2 czerwca 2010

Zaczął się szczególny, wyjątkowy początek nowego dnia. 3 czerwca..., kiedyś, dawno temu, chociaż wcale nie tak dawno, jakby się mogło wydawać, przyszedł na świat, pewien mały szkrab, który jeszcze nie wiedział, co go w życiu czekać będzie, czego doświadczy, czy będzie szczęśliwy, i z czym przyjdzie mu się zmierzyć przez te wszystkie lata swojego życia. Płakał, wchodząc w życie, z wielkim "ale", co miało znaczyć: "Ja Wam jeszcze pokażę, zawojuję ten świat"... Nie pomylił się. Mijały miesiące, latka, i ów człowiek sobie rósł, wtykał różnym zwierzątkom paluszki do buźki, na zabawach w przedszkolu bywał muchomorkiem, łobuzerstwo miał wypisane na twarzy, więc hece w jego wykonaniu, były na porządku dziennym. Pewnie nie raz przepłacił to skarceniem, ale cóż, dzieckiem być, to tak samo, ponosić konsekwencje. Lubił też motory..., które w późniejszym okresie, pokazały mu, że czasami są groźne dla życia, jednak, nie poddał się, i pokonał przeciwności losu, dając innym przykład, że można..., trzeba tylko chcieć. Pewnego, letniego dnia, 2009 roku, zarejestrował się na forum, pod nazwą ssaka, żyjącego w lesie, wszak kocha, i podziwia te zwierzęta. Żył sobie tam wśród forumowiczów, wypowiadał się, byłam też ja, ale jeszcze wtedy nie myślałam sobie, jakim jest człowiekiem, i że akurat mnie będzie dane go poznać. Nasze poznanie, to pomoc w zmniejszeniu zdjęć. Pamiętam, że od pierwszego maila, poczułam niejaką więź, tak, jakbym znała się z nim zawsze. Luźne wypowiedzi, brak niezręcznej ciszy, uśmiech na twarzy, kiedy otrzymywałam od niego kolejne maile..., tak to trwało. W późniejszym etapie, wymiana loginów tlenowych, i przerzucenie się z rozmowami na komunikator tlenowy. Trwała nasza znajomość, a ja coraz bardziej poznawałam go, jako dobrego człowieka, opiekuńczego, z poczuciem humoru, a także i stanowczością, jaką niewątpliwie posiadał, kiedy trzeba było takim być. Nie wyobrażałam sobie, że możemy rano nie porozmawiać, wystarczyło: "dzień dobry", z jego strony, i dzień stawał się lepszy. Nie myślałam na tamten czas, co mnie jeszcze spotkać może. Było mi dobrze, bo miałam "obok" siebie człowieka, któremu mogłam powiedzieć prawie wszystko, ja, zanim się otworzę, potrzebuję czasu, chociaż w tym wypadku, od razu czułam, że mogę, ufałam mu... Później, przyszła choroba, i przez cały ten czas, nie byłam sama, nawet kiedy leżałam w szpitalu, on na forum wypytywał o moje zdrowie, życzył powrotu do 100% sprawności. Nadszedł w końcu czas, kiedy wymieniliśmy się telefonami, był przy mnie w najgorszych momentach mojego życia, kiedy już nie miałam siły walczyć, kiedy ból nie dawał mi funkcjonować, kiedy chciałam się poddać. Był, kazał walczyć, i podtrzymywał na duchu, mówiąc, że musi być dobrze, że podołam, że jestem silna. Stawałam się wtedy taka, bo miałam motywatora, który działał na mnie pozytywnie, który w jakimś stopniu potrafił sprawić, że wykrzesywałam z siebie zapasy wiary, i brnęłam do przodu, mimo przeciwności losu. Szybko pojęłam, kim on dla mnie jest. Nieoszlifowany diament, który fascynuje wielkością płaszczyzn. Zżyłam się z nim, i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go nie być przy mnie, pomimo odległości, jaka nas dzieliła..., i wtedy nadszedł ten dzień, kiedy wszystko przycichło. Jego telefon wyłączony, brak kontaktu..., moja obawa: "coś się musiało stać!" Załamanie, brak chęci do życia, szpital, poddałam się, przestałam na chwilkę walczyć. Przyplątała się wtedy paskudna bakteria, powodująca Sepsę. Wyczuła moment, uderzyła, kiedy byłam bardzo słaba..., zwalczyłam, chociaż było ciężko. Mimo choroby mojego paskudnego samopoczucia, nie dawało mi spokoju , że go nie ma, musiałam coś zrobić, wiedziałam, że muszę o niego walczyć, i dowiedzieć się, co się stało, nawet jakby to była najgorsza, i najtragiczniejsza prawda. Tak robią przyjaciele przecież. Po tygodniu, dowiedziałam się, i mimo jego szwankującego zdrowia, cieszyłam się, że jest, że żyje, że nie zostawił mnie samej. Sama nie wiem, co na tamten czas czułam. Nie nazywałam uczuć, bo nie umiałam ich nazwać, a poza tym, bałam się, że może za dużo chcę..., nie chciałam zepsuć tego, co miałam. Nie wiedziałam tylko, że te wszystkie doświadczenia, przez które dane było przejść też jemu, spowodują, że on poczuł do mnie to samo..., i też nie wiedział, jak ja na to zareaguję. Dwie połówki, rozrzucone po krańcach Polski, tak samo myślące, obawiające się tego samego..., W końcu, stało się..., wyznał mi, co do mnie czuje..., a ja...? Ja poczułam się wtedy, najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi... Niewyobrażalne, stało się realne, i przez pewien czas, nie mogłam w to uwierzyć, bo przecież ja, Salanee, miałam sama przejść przez życie, nie wierzyłam, że spotka mnie taka nagroda, że będzie ktoś, kogo zainteresuję swoją osobą, ktoś, kto zobaczy we mnie więcej, niźli widzieli inni, ktoś, kto pokocha mnie taką, jaką jestem. Pogodziłam się z samotnością, którą miałam, bo znajomi, kumple, bracia, to nie wszystko. Zawsze brakowało czegoś więcej, czegoś, co mam teraz. I nie wiem, jak to dalej się potoczy, co los mi(nam) przyniesie, ale jestem szczęśliwa, pomimo tego, że ostatni czas, to nie same radości, to dużo cierpienia..., ale ono nie jest aż tak ważne, kiedy wiesz, że masz przy sobie najważniejszą osobę na świecie.

Wolfiku...,dzisiaj twój dzień. Istniejesz na tym świecie już nie tylko dla siebie..., i z tej okazji, chciałabym Ci życzyć, abyś pozostał sobą, i nie zmieniał się nigdy, abyś zawsze uśmiechał się tak pięknie, jak to robisz do tej pory, lubię, kiedy się uśmiechasz... Łap też każdy dzień, czerp z niego, i nie zniechęcaj się niepowodzeniami, wiesz, że można je pokonać, popatrz, jak podołaliśmy trudnościom, pokazaliśmy, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jak się chce, to się może. Życzę Ci, aby świat kręcił się tylko ku przyszłości, abyś kiedyś mógł powiedzieć, przeżyłem swoje życie godnie, i jestem szczęśliwy. Wytrwały bądź w dążeniu do celu, i kiedy będzie chciała przyjść chwila słabości pomyśl sobie, że jestem, i ode mnie zabierz rezerwy, żebyś nie uległ złu. Słuchaj mnie, czasami też mam dobre rady w zanadrzu. Wiesz, że nie życzę Ci źle. Zdrowy też musisz być, bo bez zdrowia, życie mało warte jest, zatroszcz się także o siebie, wiedz, że sprawisz mi tym wielką radość. Pamiętaj też, że zawsze trzeba mieć pogodne myśli, bo tylko dzięki nim, pójdziemy do przodu, i pokonamy to, co jeszcze ewentualnie będzie chciał przynieść nam los. Życzę Ci chwil, które na zawsze zapiszą się w twej pamięci, a jeżeli uznasz, że musisz o czymś zapomnieć, to tej siły zapomnienia Ci życzę, ale oby tych gorszych chwil było mało, albo w ogóle! Radości tych mniejszych, i większych, szczęścia, i siły! Miej swoją przytomność umysłu - jutro, i zawsze potem. Nigdy się nie smuć, bo wiesz, że nie lubię tej twojej smutnej minki, wtedy jesteś taki bezradny, jakbyś nie wiedział, co robić, pamiętaj..., masz mnie! Jesteś dla mnie całym światem, moim przyjacielem, moją miłością, moim szczęściem. Jesteś najlepszym pocieszeniem, w tych trudnych chwilach, bez Ciebie, moje życie przestałoby mieć znaczenie. Kocham Cię Misiu, najmocniej na świecie, i uśmiech, który pojawia się na mojej twarzy, zawdzięczam tylko Tobie..., dziękuję Ci za to, że jesteś:* Sto lat!!! Sto lat!!!



wtorek, 1 czerwca 2010

Wracam do żywych, ostatni czas, to jakbym była poza tym wszystkim, jakbym nie żyła. Cieszę się, bo gdybym się nie pozbierała, wolfa, pewnie by już szlag jasny trafił, prawda? Opatrunek u chirurga zaliczony. Nie obyło się bez nerwów, a później, bez bólu, ale przeżyłam, i teraz bliskie spotkanie mam dopiero w poniedziałek, uff! Pogoda nadal pod psem, i jak takie ma być lato, to ja dziękuję chociaż, z drugiej strony, wrzesień niech będzie ładny, bo mam zamiar wyzdrowieć, chociaż Kraków do dzisiaj antybiogramu nie przysłał. Jakoś mam takie przeczucie, że coś mnie jeszcze czeka, jakiś drobny peszek...

Wolfik śpi, ja zajadam obiad, i piszę o tym tutaj,na dowód, żeby potem ów ssaczek nie mówił, że nic nie jem, bo jem, makaron z serem dzisiaj, o!

Bratanica moja, jest nie do zniesienia, i to już nie jest śmieszne!

Bywacje...

..., a..., bym zapomniała, wszystkiego najlepszego dzieciaczki :*