poniedziałek, 31 stycznia 2011

Weekend dobiegł końca i poniedziałek, jak to na niego przystało okazał się być bardzo intensywny, chociaż wcale nie zakładałam, że taki miał być. Wstałam wcześniej niż zwykle,  żeby zdobyć Lidla, w którym to oferowali fajne nakładki na siedzenia do samochodu. Wiedziałam, że po godzinie 9tej nie będę miała czego szukać. Punkt 8 stałam więc pod drzwiami sklepu,( gdy pracowałam, nie lubiłam takich namolnych klientów, ale jak mus to mus ;))Kiedy drzwi otworzyły się przede mną , rzuciłam się do stoiska,  zdobywając dwie piękne, niebieskie nakładki, pan który biegł za mną i przegrał na prostej, wziął kolejne dwie, i wszystko co najładniejsze, zniknęło. Pozostały dwie czerwone i szare, ale nie były one w moim guście. Zadowolona, że mam kłopot z czaszki, postanowiłam pozwiedzać regały w nadziei, że coś jeszcze znajdę. Przechodząc obok stoiska z warzywami, wpadłam na pomysł, że przecież mogę dzisiaj coś upichcić, wszak jest poniedziałek. Głowa przewertowała przepisy i EUREKA! Piersi z kurczaka, papryczka, czerwona fasola w puszce, pomidory w tym samym, co fasola, przyprawa meksykańska... Tak w niedalekiej przyszłości miało powstać danie meksykańskie. Hm, w głowie to ono powstało  już dawno, gorzej z przełożeniem  tego na palniki , bo czy wyjdzie? Do 14tej jednak przestałam się tym przejmować. Miałam jechać jeszcze do MOPS-u, jednak postanowiłam, że zrobię to jutro, auto już jest sprawne, więc jest to przysłowiowy rzut beretem. Dalsza część dnia, miała upłynąć mi w oazie błogiego lenistwa, aż tu nagle mama wpadła na pewien pomysł, ale od początku..., jakiś czas temu w sypialni rodziców zepsuł się telewizor. To znaczy, działał tylko do czasu aż się rozgrzał, później znikał obraz. Stary, wysłużony Sony, telewizor przy którym dorastałam, zaczął odchodzić w niebyt. Tata obstawiał, że to kineskop, ja że zimny lut. To samo działo się z moim telewizorem w pokoju i właśnie zimny lut był przyczyną, brat naprawił i działa. O ile ja mogłabym przeżyć bez telewizora, o tyle dla taty był to problem, bo tylko telewizor pozwalał mu zasypiać. Gdzieś tam po głowach rodziców chodziła myśl, że może kupić telewizor jakiś mały,  przecież niepotrzebny duży do sypialni. Według mnie to w domu w ogóle nie są potrzebne 4 telewizory, no ale ja mogę się  nie znać. W każdym razie, jakiś tam plan mieli, ale był to tylko plan, aż tu przyszła moja mama i stwierdziła, że może ja bym tacie oddała swój mały, skromny Elemis, a ona mnie by kupiła jakiś LCD. Hę? Rili? Naprawdę for mua? Ależ mamo, przecież nie trzeba, kupcie dla siebie, ja się obejdę i tak nie potrzebuję telewizora, przecież mam. Mama jednak przekonała mnie, że taki płaski nie zabierał by mi zbędnego miejsca na komodzie... Hm. I stało się, w godzinach południowych, przywieźliśmy z tatą do domu 22 calowy LCD, Finlux. Nazwa zupełnie nic mi nie powiedziała, ale podobno telewizory trwałe. Najwięcej sprzedaży, najmniej reklamacji. Niestety, nie ma na to żadnego wyznacznika, jak się ma zepsuć to i tak się zepsuje, ale tfu tfu, nie ubiegajmy faktów. Wahaliśmy się pomiędzy nim a Samsungiem. Różnica w cenie 500 zł, oczywiście Samsung droższy. Sprzedawca odradził Samsunga, po co przepłacać, skoro parametry te same? Racja. Nie rzucam się na markę! Raz się rzuciliśmy, kupując czajnik bezprzewodowy, i właśnie wylądował 4 raz w naprawie , no :) Tak więc, nowy sprzęt rozgościł się na mojej komodzie, mój dawny telewizor wylądował w sypialni, a zepsuty Sony pojechał do utylizacji. Pół dnia  buszowałam po menu telewizora i zdążyłam tylko nazwać programy, a jeszcze trzeba mi je poustawiać w odpowiedniej kolejności.   Danie meksykańskie zrobiło się bardzo szybko (podobno palce lizać). Przyjemne uczucie być docenioną.

Uch, godzina późna, a ja popijam kawkę, przez cały dzień, nie miałam się jej kiedy napić, więc nadrabiam. Zasnąć, zasnę... bez problemu, ale jeszcze czeka mnie ustawianie kolejności... Troszkę odczuwam  też plecy, rana boli. To troszkę jest nawet bardzo. Chyba zbyt aktywnie spędziłam dzień, tak bym chciała żyć normalnie... ech,  i uczulenie jakieś mi na ręce wyskoczyło.Czegoś w organizmie mam za dużo. Obstawiam, że to przez owoce cytrusowe, dlatego odstawię na dni parę i będę rękę obserwować.

To tyle, dobranoc ludki. 

niedziela, 30 stycznia 2011

Chciałam się zapytać, czy dzisiaj jest jakiś dzień zamieszczania na blogach dowcipów, przemyśleń, refleksji? :) Nie wiem teraz, co mam zrobić, czy wypada mi być banalną wśród całej niebanalności, która znajduje się dzisiaj u Was na blogach, hm? Właściwie, to nie mam zbyt wiele do napisania. Weekend dobiegł końca, trwał pod znakiem skoków i A. Przeraża mnie fakt, że jej rodzice tak mało czasu z nią spędzają, że wolą inne przyjemności, a dziecko niech sobie idzie do babci, bo ona chce "na dole", to idzie "na dole".  Nie zastanawiają się tylko, dlaczego ona chce iść do nas - tu się na nią zwraca uwagę, bawi się z nią... Mam wrażenie, że  uszczęśliwia ich fakt, że mała jest u nas, mogą sobie wtedy posiedzieć sami..., pół biedy jeżeli siedzą w domu, ale coraz częściej wychodzą i wracają późno. Nie wiem, czy oni nie zdają sobie sprawy, jaką krzywdę dziecku  robią? Przecież ona już nie chce do nich wracać, często trzeba ją przekupować, żeby z nimi szła, a co będzie za parę lat? Czy zbudują u niej autorytet tak postępując? A., nie była dzieckiem planowanym, zdarzyła się i teraz to wychodzi. Dopóki była niezaradna, praktycznie je nie widywaliśmy, a kiedy podrosła i trzeba było poświęcić jej więcej uwagi, stała się jakby ciężarem, którego z miłą chęcią posyła się na dół. Ech, to jest straszne. Kocham tego urwisa, ale męczy mnie to, że praktycznie każdą chwilę spędza u nas. Duszę się jej obecnością. Wiem, że ona nie jest niczemu winna, to jej rodzice, ale..., no właśnie im tego nie powiem, bo moi rodzice mnie o to prosili. Słynę z tego, że mówię, co myślę, na końcu języka mam to, co chciałabym przekazać mojemu bratu, ale jeszcze się w niego gryzę, ciekawe kiedy przeleje się czara goryczy. Dziecko to jest odpowiedzialność, dziecko trzeba wychować, a nie hodować. Nie mają dla niej czasu, od poniedziałku do piątku praca, a po pracy, picie, wyjścia i tak przez cały weekend. Za dużo tego alkoholu. Brat szczególnie. Nie ma dnia, żeby się nie napił, przykra prawda. On sam jej nie widzi i obraża się, kiedy rodzice mu tak mówią, ale... Nie chcę stracić brata, bo jest moją rodziną, ale widzę jak straszne błędy popełnia i boję się, że w końcu nie wytrzymam i wygarnę wszystko. Zrobię to tylko dla dobra mojej bratanicy, ale wiem, że skończy się to wielkim fochem z jego strony i brakiem kontaktu. Jemu się wydaje, że posiadł całą mądrość tego świata, być może, ale nie posiadł jednej, najważniejszej, zapomniał, co w jego życiu powinno być najważniejszym priorytetem... Ten priorytet ma dopiero 3 latka, ale za niedługo może być za późno, żeby pokazać jej  właściwy tor, żeby ona sama liczyła się z tym, co on do niej powie. Kto u małej zbudował największy autorytet? Ja, tylko ze mną chce przebywać, tylko mnie posłucha wie, że jak czegoś nie wolno to nie wolno. Czy to tak powinno być? Przecież ja powinnam ją rozpieszczać, nie strofować. Brakuje mi tego... Niech no tylko wyzdrowieję! Tyle z życia rodzinnego..., czasami bywa i tak, wyrzuciłam z siebie i mi ulżyło. Wspaniała myślodsiewnia.  Parokrotnie umieszczałam na blogu już ten utwór Petera Gabriela, ale dzisiaj zrobię to po raz kolejny. Jest to dla mnie bardzo ważny kawałek, taka część mnie samej... Mercy Street.

sobota, 29 stycznia 2011

Dostałam i przekazuję dalej. Niech Wam też każda część ciała troszkę potrzęsie się w rytm muzyki, tak jak mnie! Pozytywne zakręcenie z rewelacyjnym tekstem.


Przyjemnej soboty :)

czwartek, 27 stycznia 2011

Trochę czasu minęło od mojego ostatniego wpisu, a tu znowu tydzień zaczyna dobiegać końca i podświadomie przygotowuję się do weekendu, który notabene niczym różnił się nie będzie od poprzednich. Co u mnie? Żyję sobie powolutku, spokojnie i odkrywam swoje możliwości. O czym piszę? Już tłumaczę. Kiedyś myślałam, że mnie do szczęścia nie będzie potrzebne gotowanie, że doskonale poradzę sobie z tym, co oferują sklepy, że właściwie to niekoniecznie będę musiała zjadać ciepły posiłek. Kierowałam się zasadą, byle coś tam wrzucić do pojemnika na jedzenie nieistotne, co to będzie, czy będzie zdrowe i czy w ogóle wypada mi to jeść, często był to tylko jeden posiłek a prócz niego to kawa, kawa, KAWA!  Teraz nie jest inaczej,  nadal zjadam bardzo mało, jednak staram się, aby to pożywienie, które sobie dostarczam zawierało witaminy, które pozwolą funkcjonować w stopniu zadowalającym. Kawa oczywiście też jest, bo bez niej nie wyobrażam sobie życia. Przez długi okres czasu wystarczało mi to, co miałam, ale w momencie, kiedy zmieniłam swoje życie i zakończyłam pewne jego etapy, zaczęło ciągnąć mnie do czegoś nowego. To coś znajdowało się w kuchni i miało cztery palniki. Przez parę dni chodziłam wokół tego czegoś i myślałam..., czy faktycznie wiem, na co się porywam? Odpowiedź padała od razu - oczywiście! Kobietą jestem, gotować trza mi umieć, no! Problem był jeden - moja mama! Ponieważ mamy bardzo różne charaktery, to nie odpowiada mi jej osoba w kuchni podczas mojej pracy. Nie lubię, kiedy ktoś stoi nade mną i co chwile mówi mi: tego tak nie rób, to sobie możesz dać na inny talerz i blebleble. Szybko wyprowadzam się z równowagi i tracę cały zapał. Kłócić się nie chcę, ale niestety często tak się to kończy. Moja rodzicielka nie potrafi zrozumieć, że ja chcę robić po swojemu, trudno. Na szczęście, mama dwa razy w tygodniu chodzi do pracy. Plan w mojej głowie powstał, mogę dominować w kuchni w poniedziałki i czwartki, jupi! :) Tamten tydzień zaowocował w sałatkę z tuńczyka. Bardzo prosta do wykonania, a smaczna, że palce lizać, no i zdrowa do tego. Dzisiaj plan zakładał, że wykonam spaghetti. Tata był oczywiście wtajemniczony, ktoś musiał kupić część potrzebnych mi  składników. Mama wyszła o godzinie 13:30, a ja przystąpiłam do dzieła. Zwykłego spaghetti nie lubiłam nigdy, nie smakowało, było zbyt ciężkie dla żołądka. W internecie wyszukałam przepis na "zdrowe" spaghetti, które w sosie zawiera przede wszystkim warzywa z dużą ilością ziół. Cukinia, zielona papryka, marchewka, czosnek, cebulka, pomidory w puszcze, do tego bazylia, zioła prowansalskie, słodka papryka, czarny pieprz i oliwa z oliwek... Mięso oczywiście też - mielone z indyka, sól i pieprz. Odpowiednie proporcje wrzucane w odpowiednim czasie i powstaje wyśmienity sos, który dopełni całości. Do tego parmezan i Bon Appétit! Odkryłam w sobie nową pasję. Wiecie, co? Lubię gotować, lubię patrzeć, kiedy druga osoba je, aż jej się uszy trzęsą, kiedy mówi, że to jest dobre. Jak na pierwszy raz, to mi się udało :) Hm, może też dlatego tak mi to wyszło, bo nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mi się może nie udać? Przyjemne uczucie, bo nie robię tylko dla siebie, bo obdarowuję innych, bo jest to zdrowe i na pewno im nie zaszkodzi! Ktoś będzie chciał przepis na to pyszne, zdrowe spaghetti, niech pisze :) 


Wiecie, co dzisiaj jest za dzień? Moja sąsiadka np. nie wiedziała i bardzo zdziwiło ją to, że tyle flag wisi na słupach, zastanawiała się nawet, jak to mogli nie ściągnąć tych flag od 11 listopada, przecież to już tyle czasu? Po co one mają tak powiewać :) Może gdyby to było inne miejsce, to bym się nie zdziwiła, ale miasto zobowiązuje do pewnych rzeczy. Tak. Dzisiaj jest 66 rocznica wyzwolenia Auschwitz-Birkenau. Od rana w mieście można było słyszeć przelatujące helikoptery, syreny policyjne, strażackie. Ruch na ulicach był wstrzymywany w obrębie obozu i Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży. Akurat tak się składa, że mieszkam obok jednego i drugiego miejsca, a dzisiaj jest czwartek i miałam kontrolę u chiruga. Auto moje odpadło, bo naprawia się u mechanika, pozostał autobus lub nogi. Stwierdziłam, że szybciej zajdę, bo nikt mnie nie zatrzyma. Szybko wpadłam na ową  sąsiadkę, która wesoło stwierdziła, że mnie podwiezie. Kiedy ruszyłyśmy wyjaśniłam jej, jaki mamy dzisiaj dzień. Poleciały bluzgi, że pewnie nie zdąży do pracy..., nie myliła się, bo przy pierwszym rondzie policja pokazała nam: STOP! I tak sobie stałyśmy i stałyśmy, i stałyśmy... Po 15 minutach EUREKA. Ja do lekarza zdążyłam, ona do pracy nie ;) Powrót już na nóżkach,  w obrębie MDSM-u napatoczyłam się na ludzi z BOR, było też pełno samochodów rządkowych,. Pomyślałam, ło matko, Ci to mają obstawę... W tym momencie moje oczy dojżały Prezydenta RP. Najpierw  tradycyjnie, jak to w tych momentach bywa, opadła mi szczęka, mrugnęłam zatem jeszcze raz, że może mi się wydawało, ale wcale mi się nie wydawało. Jarząb mi się na twarzy pojawił, bo w życiu bym się nie spodziewała, że mogę najważniejszą głowę państwa zobaczyć, wracając "se" z LIDLA . To taka normalność, nieprawdaż? :) Nie wspomnę już, że borowcy zmierzyli mnie od stóp do głów...  Chyba dla nich wyglądałam troszkę podejrzanie. Sama nie wiem, to już nie można obładowanym ze sklepu wracać? Przecież ja jestem peace and love, and kopas w dupas ;) Wiem, wiem - musieli tak zrobić, to normalność. Więc sobie tak szłam, uśmiechając się pod nosem, a w głowie kiełkowała mi myśl, chłopaki, czym ja bym tego Prezydenta mogła zaatakować, cukinią? :) Nie spodziewałam się takich rozrywek w zwykły, szary czwartek :) Czas odpocząć, jutro kolejny dzień, chociaż nie zamierzam nic takiego robić. Wizytę w MOPS-ie przełożyłam, aż mi auto naprawią. Dobranoc, ktoś ma ochotę na spaghetti ze zdjęcia? Pyszne jest :)

niedziela, 23 stycznia 2011

Kilka dni temu obiecałam, że podzielę się z Wami wytycznymi, które otrzymałam z Siemianowic Śląskich wraz z zapisaniem mnie do komory hiperbarycznej. Może pokrótce przybliżę do czego służy hiperbaria tlenowa. To nic innego, jak leczenie tlenem pod zwiększonym ciśnieniem (ok. 2,5 atmosfery). Pomieszczenie komory przypomina wielki batyskaf, w którym jest rząd kilku krzeseł. Wchodzi się tam w specjalnych, bawełnianych ubraniach bez kieszeni, które są dostarczane przez pracownię hiperbarii (w Siemianowicach mają o ile dobrze widziałam rozmiary XL i XXL. Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś L, kiedy mnie przyjdzie tam jeździć, bo nie chcę wyglądać jak pajacyk, który ciągnie za sobą zbyt długie nogawki). Przy każdym  krześle znajduje się maska, którą zakłada się na twarz po wejściu do komory. Obowiązkiem jest mieć swoją wodę, która będzie pomagała wyrównać ciśnienie podczas kompresji i dekompresji ( zaczyna się nieźle). Absolutnie nie wolno do komory wnieść nic dodatkowego, wyjątkiem jest gazeta na błyszczącym papierze.  Kiedy wszystko zostaje dopięte na ostatni guzik, zostają uruchomione prawa fizyki. Tlen zaczyna przenikać do wnętrza wszystkich tkanek i komórek. Przekazuje im życiodajną siłę  do metabolizmu. Ilość tlenu w organizmie zaczyna wzrastać kilkukrotnie w porównaniu do oddychania w warunkach normalnego ciśnienia atmosferycznego (ciekawe jak się to będzie miało do mnie i moich problemów z różniącą ciśnień). Co daje taki zabieg? Działa bakteriobójczo i bakteriostatycznie, dostarcza zwiększoną ilość tlenu do niedotlenionych tkanek i narządów, wspiera organizm w walce z zakażeniami...
Są to tylko niektóre zalety hiperbarycznej oksygenacji - tak się fachowo nazywa. One mnie akurat najbardziej interesują, bo dotyczą mojego schorzenia. Za pomocą tlenoterapii hiperbarycznej, wyhamowują się się niekorzystne mechanizmy, które broniąc się uruchamia matka natura. Przez cały czas trwania zabiegu, przy pacjentach czuwają: pielęgniarka, inżynier, który obsługuje cały ten sprzęt i lekarz anestezjolog jest to forma bezpieczeństwa, bo nie wiadomo, jak kogo organizm zareaguje na pierwsze zderzenie z taką dawką czystego tlenu. Wszystko trwa ok półtorej godziny. Serii takich jest 30 w przypadku niegojących się ran, więc będzie ciekawie :) Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, na pewno zatka mi uszy, na pewno będę się dziwnie czuła, na pewno nic mi się więcej nie stanie.  

Wracając do tych zasad bezpieczeństwa, które muszę znać, zanim wejdę do komory: 

  •  nie wolno spożywać alkoholu przynajmniej 12 godzin przed  (nie piję)
  • nie wolno palić papierosów przynajmniej 2 godziny przed sprężeniem (nie palę)
  •  trzeba mieć ubrania bawełniane ( to już pisałam wyżej, że ubrania dają, ja muszę sobie zapewnić bawełnianą bieliznę i obuwie na zmianę)
  • nie wolno wnosić do komory wszelkich rzeczy, a w szczególności zapalniczek, zapałek, papierosów, telefonów komórkowych, urządzeń zasilanych bateriami, prasy codziennej (błyszczące magazyny można)
  • do komory nie wolno wchodzić w makijażu, stosować kosmetyków, perfum, lakierów do włosów. Zakazane jest używanie kremów lub wazeliny ( to rozbawiło mnie najbardziej. No jak to nie wolno? W takim wypadku, przez 30 dni będę wyglądała jak siedem nieszczęść - nic na to nie poradzę ;))

Parę innych zakazów też jest, ale te są chyba najważniejsze. Nie wyobrażam sobie, jak mogę nie nakremować twarzy, a lakier? Chyba na miesiąc ogolę się na 22 mm. Kto ma możliwość mnie widywać osobiście  wie, że ja bez lakieru nie wyjdę! Zapowiada się ciekawy okres w komorze, tylko się jej  trzeba jeszcze doczekać. Rozważam możliwość pozostania w Siemianowicach na cały okres leczenia. Nie wiem, jak organizm będzie sobie radził po terapii, wolałabym nie ryzykować dojeżdżając codziennie. 
Tyle fachowości.
Wróciła zima, śnieg sypie, Adaś upadł. Ech. Biedny.


sobota, 22 stycznia 2011

Nie jest prawdą, że tylko dzięki mięsu człowiek może funkcjonować. To, co jemy zależy od nas. Ja zdecydowanie bardziej preferuję sałatki, a mięso to tak tylko od święta. Jedynym grzechem, który bym popełniła o każdej porze dnia i nocy, to są Hot Wings'y - moja zmora, która prześladuje mnie ile razy bym nie przejeżdżała obok KFC. Na moje szczęście, ostatni raz smakowałam tych niezdrowych rarytasów ponad 3 lata temu, jednak smak pozostawiony w ustach po zatapiających się w moich szczękach kurczaczkach odczuwam do dzisiaj, muszę tylko zamknąć oczy i oddać się wspomnieniu, coś jak Sprite... ;) Odkąd zaczęłam liczyć kalorie i zmieniłam swoje nawyki żywieniowe na bardziej regularne, doceniam to, co jem. Staram się delektować każdym kęsem. Dziennie nadal nie przekraczam 1000 kcal i  moją wadą nadal jest to, że na cały dzień zjadam tylko dwa, czasami jeden posiłek. Powiecie, przecież to nie jest 1000 kcal. Macie rację, ale równanie wyjdzie poprawnie, kiedy dopiszę, że lubuję się bardzo w marchewkach, rzodkiewkach, pomidorach, które zjadam w przerwach między posiłkami. Nie stosuję się do starego porzekadła,  które mówi, że "śniadanie trzeba zjeść - jak król, obiad - jak książę, a kolację - jak żebrak," bo ja wszystkiego jem mało, a obiad nie zawsze skonsumuję, ale chodzi o samą zasadę, że należy się starać tak robić. Z reguły jest tak, że każdy posiłek zjada się w pośpiechu, jakby ktoś miał nam zaraz całe pożywienie zabrać. Parę razy się pogryzie i połyka - nie wolno, jedzeniem trzeba się sycić, takie rozwiązanie uzyskamy dobrze przeżuwając każdy kęs, tym sposobem pomożemy naszym wnętrznościom i sprawimy, że nie będą miały utrudnionego trawienia. Żeby nikt z Was nie pomyślał, czyli mogę jeść byle co, ale muszę dobrze gryźć i przeżuwać? Nie. Trzeba jeść zdrowo i zastosować się do zasady MŻ, czyt. mniej żreć, a także do porzekadła. O tym, żeby jeść warzywa nie muszę pisać, one nie zaszkodzą ani nie utuczą nikogo. Nie należy łączyć pomidora z ogórkiem, bo ten drugi zabija w tym pierwszym witaminę C. Większość z nas pewnie lubi takie połączenie, prawda? Ja w każdym razie tak... MNIAM, czasami zgrzeszę, a witaminę C łyknę wtedy osobno :) Kiedyś nie myślałam tymi kategoriami, nie liczyło się dla mnie moje ciało, teraz jest inaczej. Odkąd zrzuciłam tyle kilogramów (15), zaczęłam liczyć kalorie, to moje życie stało się lepsze. Doceniłam to, co osiągnęłam i nie chcę tego zmarnować. Nauczyłam się żyć na nowo i chociaż czasami posiadam swoje chwile słabości, wszak jestem kobietą i bywają takie dni, że organizm szaleje, wtedy wystarczy, że popatrzę sobie na zawartość kalorii danego produktu, na który mam ochotę, od razu odkładam go na półkę. Wystarczy mi, że sobie popatrzę. Mój żołądek już dawno temu przestał wołać: daj mi jeść wredna małpo ;) Mózg  posiada  jeszcze zachcianki, ale to ja dowodzę mózgiem i dopóki tak jest, nic złego się nie stanie. Kiedyś  np. nie wyobrażałam sobie wyjścia do baru, żeby nie napić się piwa przy papierosie. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że w barze zamówię piwo, po prostu żal mi mojego organizmu. Z papierosami nadal pozostaję czysta. Nałóg poszedł w zapomnienie..., czasami miewam kryzysy, ale o to chodzi w życiu, żeby nie dać się złamać, żeby pokazać, że chcieć to znaczy móc! I wiecie, co? Świetnie się czuję, wokół mnie kumulują się rozmaite wirusy, a ja na nie prycham i pokazuję cztery litery. Wiem, że mnie nic nie rozłoży, bo posiadam odporność, bo jem dużo witamin, bo staram się zdrowo odżywiać! Dzisiaj na kolację np., zjadłam sałatkę zbliżoną do greckiej. Była pyszna - samo zdrowie, chociaż brzuszek troszkę pobolał, ale nic tam, on chyba nie polubił czosnku, który władowałam do środka. Sałaka rozpoczyna dzisiejszy wpis :)

Chciałam dzisiaj jakoś zdrowo napisać i jedno, co mi przyszło do głowy to jedzenie :) Od niego przecież zależy nasze samopoczucie, więc mam nadzieję, że udało mi się zdrowo do wpisu podejść, tak? 
Dobranoc robaczki moje kochane :) 

piątek, 21 stycznia 2011

Ciepła, czerwona herbatka, palące się lawendowe kadzidełko w słuchawkach  relaksacyjna muzyka. Najlepsze rozwiązanie dla mnie na te zimne, szare dni, które nieśmiało próbuje rozjaśnić prószący śnieg. Tydzień dobiega końca. Można powiedzieć, że był dosyć intensywny. Niby wszystko było takie samo,  jednak czułam napięcie przed wyjazdem do Siemianowic, przed nieznanym - nie wiedziałam, co mnie może czekać, bałam się tego, że może zechcą położyć mnie do szpitala. Obawy nie pozwalały mi spokojnie zasypiać, przesypiać całej nocy i budzić się o przyzwoitej porze, która miałaby przekraczać godzinę 8, zazwyczaj tak wstaję. Po dniu wczorajszym w końcu mogę powiedzieć, że się wyspałam. Miałam nawet dobre sny, ale jak zwykle nie pamiętam szczegółów, powodem jest okno, w które zawsze po obudzeniu patrzę z nadzieją, że zobaczę słońce. Dzień zleciał mi na załatwianiu spraw. Oczywiście nie wszystko udało się zapiąć na ostatni guzik, bo okazało się, że aby złożyć wniosek o przedłużenie stopnia niepełnosprawności, muszę mieć jeszcze wywiad środowiskowy, który wypełnia pracownik opieki społecznej. Niepełnosprawność powstała w 2001 roku,  więc taki wywiad był co najmniej kilka razy dołączany do wniosków, które składałam przez ostatnie lata. Pani poinformowała mnie wówczas, że więcej wywiadów mieć nie muszę. Moja sytuacja osobista nie zmieniła się w żadnym stopniu, ale to nie wystarczyło, aby przekonać kobietę do swoich racji. Musi być i koniec, wniosku mi nie przyjmie. Ja się jednak łatwo nie poddałam i uprosiłam kobietę, żeby wzięła jednak ode mnie ten wniosek, a ja dostarczę wywiad środowiskowy, a do tego napiszę oświadczenie, że leczenie ręki zostało zakończone - jest to podkładka dla mnie i dla nich, żebym nie musiała w kółko nosić wypisów na komisje lekarskie. Tak na marginesie, gdzieś mi te wypisy zaginęły. Prośbę przyjęcia wniosku umotywowałam swoim obecnym stanem zdrowia i czasem, który mnie goni. Pani na koniec dodała tylko, że najbliższe komisje odbędą się w marcu lub kwietniu. Tyż fajnie, poczekam. Kolejnym krokiem był Szpital Powiatowy, wczoraj miałam się widzieć z moim Dochtórem, żeby zdać mu relację z wizyty w Siemianowicach, jednak wszystko się poprzestawiało i musiałam ustalić nowy termin. Załatwione. Myślę, że to będzie ostatni raz i troszkę sobie odpocznę od białych fartuchów. Leczenie przejęły Siemianowice, więc nie ma chyba potrzeby, abym równolegle chodziła do dwóch chirurgów. Lekarstwa wczoraj otrzymałam i mają mi starczyć na miesiąc. Obawiam się jednak, że przy moim użytkowaniu nie wystarczą, ale postanowiłam się nie martwić. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, w którym to mam mieć przeprowadzony w/w wywiad, zostawiłam sobie na przyszły tydzień. Na koniec odebrałam jeszcze lusterko zewnętrzne do naszej kochanej Corsinki, nad którą ktoś kiedyś się znęcił i potraktował  lusterko z buta... Od tej pory trzyma się ono na taśmie klejącej, a reguluje tylko wtedy, gdy się otworzy szybę od strony pasażera, bo to prawe lusterko... Tata jeździ byle jak, ale ja lubię widzieć w lusterkach wszystko, co mam zobaczyć.  Pan sprzedający dał mi rabat za ładny uśmiech. Tak od niechcenia palnęłam, że może by coś taniej, bo to lusterko ma być dla mnie, a ja taka biedna i ble ble ble. Przypieczętowałam to czizeeem i udało się. Z 73 na 68 zł, fajnie nie? Kto chce, może mnie brać do sklepu, będę się targować ;) Dobra, prawda jest taka, ze pan sprzedawca, że tak powiem mnie zaczepiał i kokietował, ja to mam szczęście do przedziału wiekowego +70. Więcej tam nie pójdę, mnie też wiele nie trzeba, potrafię się odgryźć, czasami tylko najpierw powiem, potem pomyślę i  w efekcie wychodzą z tego ciekawe rzeczy. Dzisiaj nie było inaczej, trochę mi wstyd.

Wczoraj przeczytałam wytyczne dotyczące komory i Wam powiem, że łuuu Panie :) Jutro napiszę, a tymczasem oddalam się, bo skoki trwają, a ja fanka na dobre i złe. Adaś, Adaś, Adaś :)

Update:
Adaś po pierwszej serii prowadzi! Opłaca drzeć się na cały regulator ADAŚ!!!

Update:
ADAM MAŁYSZ 39 wygrana, 90 podium w Pucharze Świata. Nic więcej nie napiszę :)

czwartek, 20 stycznia 2011

Niestety, cuda w zimową porę się nie zdarzają i dzisiaj po otworzeniu oczu, zobaczyłam szarość, lekkie opady śniegu z deszczem i temperaturę bliską 0 stopni. Czułam jednak wewnętrzny spokój, a moja głowa podpowiadała mi, że mam nie panikować, przecież dam radę, żadne mrozy, gdyby wystąpiły nie byłyby mi straszne. Uśmiechnęłam się sama do siebie i położyłam głowę na poduszce. Jest to podstawowa procedura, którą rano praktykuję. Zanim wstanę na dobre, lubię poleżeć i zaplanować to, co w danym dniu muszę wykonać. Nie planuję sama, obok znajduje się czworonożny zwierz, który swoim tułowiem pozbawia mnie 3/4 poduszki i chrapie sobie w najlepsze. Kiedy próbuję jej poprzeszkadzać, zaczyna warczeć, a czasami oberwę od niej łapą, ale  taki już urok posiadania rozwydrzonego psa. Po 9 rano, łaskawie zwlekłam się z łóżka, a nogi zaprowadziły mnie do łazienki. Powtarzam się, ale strasznie mi zbrzydło zmienianie opatrunków. Grrr. W Siemianowicach miałam być na godzinę 12:15, ale biorąc pod uwagę aurę, ruch na drogach oraz ewentualne problemy z dojazdem, postanowiliśmy, że wyjedziemy wcześniej. Jechało się całkiem przyjemnie. Drogi mokre, ale nie śliskie, samochody też nie próbowały ścigać się między sobą, kierowcy widać rozsądni. GPS pomagał mi w trasie, ale następny razy będzie już bez niego, całkiem prosto jest trafić do Oparzeniówki.  Na miejscu byliśmy po godzinie 11stej, mieliśmy takie ciche nadzieje, że może przyjmą nas wcześniej? Niestety, okazało się, że to nie tak prędko. Trafiłam do rejestracji, w której miła pani zaczęła przeprowadzać procedurę rejestrowania. Między czasie, opowiedziała mi swoją historię chorowania, ile przeszła operacji, ile razy umarła na stole, o masakro! Żeby było ciekawiej, rejestrowała także innych pacjentów, powolutku wklikując ich do komputera. No tak, Śląsk, tam mają karty chipowe, wszystko skomputeryzowane. Jestem cierpliwą osobą, usiadłam na krzesełku i tak czekałam, czekałam, czekałam. Po chwili zrobiła się godzina po 12tej, a ja nadal niezarejestrowana. Lekarz czeka na pacjentów, a tu pacjentów niet, bo niezarejestrowani. Takich, jak ja było 3. Doktor zdążył 3 razy wyjść na papierosa, zanim coś się ruszyło. Stres miałam wielki, bo nie lubię czekać, nie lubię nie wiedzieć tego, co mnie czeka.  W końcu mnie zawołano. Doktor..., hm cóż mogę o nim powiedzieć. Byłam w lekkim szoku, kiedy go zobaczyłam. Człowiek nie umył rąk po papierosie, a jego wiek mówił mi tyle, że chyba już na emeryturze być powinien. Jakoś też, bardziej wyglądał na salowego lub  pomocnika salowego niźli lekarza chirurga, jak się później okazało z wszystkimi tytułami. A małomówny potwornie, nic się nie odzywał. Pomyślałam sobie, przecież ja tu przyjechałam po pomoc, a jestem traktowana tak, jakbym była jakimś powietrzem. W końcu przemówił! Jupi - potrafi mówić - przeszło mi przez głowę ;) Cóż się dowiedziałam? W sumie nic nowego. Pan doktor wyjaśnił mi fakt, że niektóre bakterie są oporne na antybiotyki i nic im nie pomoże. U mnie zagnieździły się we florze i sobie żyją w najlepsze. Komora Hiperbaryczna dla mnie jedynym rozwiązaniem. Dostałam niezbędne skierowanie do komory, a także receptę na maść i odkażacz. Kontrola u niego za miesiąc. Po wyjściu, skierowaliśmy się do Pracowni Hiperbarii Tlenowej. Tam czekała mnie kolejna konsultacja, doktor tym razem bardzo miły, znający moich doktorów. Dostałam 20 cykli w komorze. Przyszło się w końcu zapisać do kolejki. Czas oczekiwania jest bardzo długi. Nie wiem, co to znaczy "bardzo", bo pani powiedziała, że oni dzwonią do pacjenta na kilka dni przed jego kolejką. Nie może mi teraz powiedzieć, za ile to nastąpi, a papierowego terminu nie dają. Czasami się im może coś zwolnić wcześniej.  Większość ludzi skierowanych do komory ma niegojące się rany. Niektórym te rany nie goją się przez 5, 6 lat, ja w porównaniu z nimi jestem młodziak, co to jest 2 lata. Skoro oni tyle czekają na komorę i żyją, to ja też mogę. Do tego czasu pozostanę na leczeniu ambulatoryjnym. Nie ukrywam, że liczę na wcześniejsze ozdrowienie bez konieczności użytkowania komory. Dziękuję Jakubie i Zim - pomogło :)

Siemianowice mam z czaszki na miesiąc. Jutro kolejne załatwienia, tym razem niepełnosprawność i jeszcze parę innych rzeczy. A teraz oddalam się przeczytać procedury, które muszę znać przed przystąpieniem do leczenia w komorze. Jak będzie coś ciekawego, nie omieszkam się Was poinformować.

środa, 19 stycznia 2011

Jutro czeka mnie wyjazd do Siemianowic Śląskich. Szkoda, że pogoda nie jest po mojej stronie. W sumie jest zima, więc wiosny w styczniu nie mogę wymagać, no ale..., gdyby tak dobre wiatry zechciały na jutro przywiać jakiś ciepły front, to ja bardzo proszę, padnę do stóp i złożę pokłony nawet, jak będzie trzeba w ramach podziękowania za wysłuchanie ma się rozumieć. Czekam zatem ;) Nie wiem, czego mam się jutro spodziewać, jak potoczą się moje losy, czy zechcą mi robić jakąś krzywdę? Liczę się z tym, że nie ma możliwości, aby wszystko przebiegło bez bólu, ale na ile tylko jest to możliwe, chciałabym go mieć jak najmniej. Zawsze tak mam, że jak jadę w jakieś nowe miejsce, dzień wcześniej myślę nad tym, co będzie aż do przesady. I czego bym nie robiła myśli i tak krążą wokół jednego tematu. Żołądek też obrywa, stres mu nie pomaga. Tak, więc trzymajcie kciuki moi ludkowie, abym jutro po pierwsze - dojechała szczęśliwie, po drugie - załatwiła wszystko pozytywnie, a po trzecie - wróciła szczęśliwie do swojego malutkiego pokoiku, gdzie stoi moje połączenie ze światem i z Wami :) No. Dobranocki ludkowie. Posłuchajcie sobie Pidżamy Porno... Ulice jak Stygmaty. Z Grabażem wkraczałam w dorosłość, Pidżama jest mi bardzo bliska...
Wieki całe Zbawiciela czekali
A gdy ów się już narodził
czym prędzej go ukrzyżowali, psychopaci
kopiący groby waszej wiary
kopiący groby waszej wiary


wtorek, 18 stycznia 2011

Jak sobie człowiek coś ubzdura i postanowi, to nie ma przebacz. Siedzi calusieńki dzień, żeby było tak, jak   on  tego chce i w końcu się udaje. Wuala. Ciemność nastała. Lubię takie barwy, co nie oznacza, że jestem ponurakiem. Nie ma też żadnej żałoby - Zim ;) To tyle. Teraz szybki prysznic i zamieniam krzesło na łóżko. Dobranoc, a Wy posłuchajcie utworu, z którego pochodzi tytuł mojego bloga...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Witaj wiosno, chciałoby się powiedzieć. Pogoda była dzisiaj idealna. Chciało się wyjść i zawyć do słońca, podziękować, że jest, że świeci, że swoimi promieniami, pomaga spojrzeć w lepszym kierunku, że potrafi być dodatkową motywacją na występujący czasami kryzys zwany zawieszeniem się człowieka. Korzystając z dzisiejszej aury, wypuściłam swoje ciało na spacer, połączony z załatwianiem spraw. Trochę rzeczy mnie goniło, a czasu coraz mniej. Bardzo często robię coś na ostatnią chwilę, taki już urok mój. Jednak, komu by się spieszyło do lekarza, do czekania w kolejkach, do wysłuchiwania, jak ludzie licytują się, kto jest bardziej chory, kto ma gorzej. Nienawidzę takiego postrzegania przez ludzi, takich dziwnych wyznaczników. Zawsze powtarzam, że dla każdego własna choroba jest największą życiową tragedią i nie można się licytować! Ja mam to, Ty masz to, ja cierpię, Ty też i koniec dyskusji. Umiejętność znoszenia swojej choroby zależy od człowieka. Jeden lubi o tym mówić, drugi nie. Ja należę do tej drugiej grupy i kiedy tylko ktoś próbuje mnie wypytywać, wstaję i wychodzę. Dzisiaj właśnie takie coś miało miejsce. Kończy mi się niepełnosprawność, którą mam od 2001 roku. Dawno temu ratowałam kota, bo wiecie, ja kocham zwierzęta i przypłaciłam to uszczerbkiem na zdrowiu.  Wbiłam sobie szpikulec od ogrodzenia w przedramię i tak zawisłam. Komplikacje, które wynikły w trakcie kilkuletniego leczenia sprawiły, że nie mam kości w ręce, mam chore nerwy, przykurczone palce i wrośnięte ścięgna... i mogłabym tak wymieniać, ale po co? No. W każdym razie, potrzebowałam tylko, aby mój Lekarz Rodzinny, podbił mi zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia. W rejestracji pielęgniarka zrobiła wielki problem, kiedy poprosiłam ją, czy nie mogłabym tego dla doktora zostawić, bo nie chcę być wśród chorych, gdyż mam problemy z odpornością, a muszę być zdrowa ze względu na leczenie, które mnie czeka. Kobieta odpowiedziała mi, nie da się teraz nie chorować, mam  usiąść do kolejki i zapytać lekarza, czy mi to podbije. Hym, wzięłam głęboki oddech, pomyślałam, może kobieta mnie nie zrozumiała? Spróbowałam raz jeszcze, szybko przekonując się, że osoba znajdująca się w rejestracji nie jest dla ludzi. Gdybym była wredna, powiedziałabym jej parę słów, ale że dzisiaj ładna pogoda panowała to powiedziałam tylko, że czasami niektórzy wybierają niewłaściwy dla siebie zawód...Pani aluzję zrozumiała, bo coś zaczęła pyskować, nie usłyszałam jednak ani słowa, bo zamknięte okienka sprawiły, że stała się niema... Poczłapałam do miejsca przyjmowania przez doktora..., wszędzie widziałam wypadające bakterie z kaszlących jadaczek. Nieźle - pomyślałam, na bank złapię tutaj jakieś badziewie, jednak wiedziałam, że muszę podbić to zaświadczenie. Przedział wiekowy, który czekał do doktora wynosił 65-80 lat. Ulokowałam się koło najmniej kaszlącej pani, zasłoniłam usta i postanowiłam czekać. Wtedy to, owa pani, zapytała, co taka młoda dziewczyna robi u lekarza. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że czekam na przybicie pieczątki. Nie wystarczyło, natura jej pewnie nie pozwalała nie zapytać. Pieczątka? A po cóż to? Potrzebna do zaświadczenia o stanie zdrowia - krótko, zwięźle i na temat :) E tam, przecież nie wyglądałam na chorą. Nie chciałam się więcej odzywać, bo wiedziałam, że jedno pociągnie drugie, dlatego uśmiechnęłam się tylko i nie odpowiedziałam. Kobieta jednak się nie poddała i walnęła prosto z mostu. Powiesz mi na co chorujesz? Jesteś taka młoda, bo ja w twoim wieku... O żesz - nie!!! Proszę Pani, wbrew pozorom, nie jestem taka młoda, a mojej choroby i tak Pani by nie ogarnęła, przepraszam... wstałam i wyszłam. Nie wiem, naprawdę coś mi się dzieje, kiedy ktoś próbuje mnie pytać o moje chorowanie. Gdyby jeszcze nikogo nie było, mogłabym się zastanowić, czy uchylić rąbka swojej tajemnicy, ale tam była cała poczekalnia i każdy słuchał, niby nie słuchając. Ja tak bardzo chcę być zdrowa, że nie chcę o tym rozmawiać,  nie chcę opowiadać, co przeszłam. W niczym mi to nie pomaga. Chcę zapomnieć, nie cofać się. Kiedy drugi raz przyszłam do doktora, akurat nikogo nie było, weszłam a doktor, no to czemu tu przyszłaś? Mogłaś przecież to zostawić w rejestracji, nie narażać się na zachorowanie. Panie Doktorze, ja tak właśnie chciałam zrobić i ble ble ble. Najważniejsze, że załatwiłam i jutro udaję się zawieźć papiery, a potem pozostaje czekać na komisję.

To tyle z życia Salanee. Idę w końcu coś zjeść, bo od rana tylko jogurt i troszkę białego sera na pieczywie ryżowym wpadło mi do brzuszka. Ma ktoś ochotę na rzodkieweczki? Wpadać, jakby co :)

niedziela, 16 stycznia 2011

Sto lat, sto lat! Tym oto toastem, uczciliśmy wczorajsze urodzinki mojej bratanicy. 3 latka to poważny wiek, dlatego nie ma miejsca na uśmiech ;) Melusia w lekkim szoku, nie wiedziała, co zrobić, więc świeczki pomogła zdmuchnąć ciocia Salanee. Jak ten czas szybko leci. Pamiętam narodziny tego szkraba, była wtedy taka malutka, bezbronna, całkowicie zależna od innych. Mijały miesiące, ona rosła. Pierwszy uśmiech, pierwsze próby komunikacji z nami, a później poszło. Usiadła szybko, zaczęła pełzać, potem pojawił się pierwszy ząbek..., i drugi, i trzeci... I sruuu, zaczęła chodzić. Jako ostatnia przyszła do niej mowa. Od tego czasu łaknę każde jej słowo, zdanie. Teksty Amelki są niezastąpione. Jest taka mądra, dojrzała jak na swój wiek. Nie wiem, czy nie zabraliśmy jej trochę dzieciństwa. Dzieci w jej wieku, nie powinny posługiwać się laptopem, nie powinny zajmować się telefonami, nie powinny bawić się w dorosłych. Za szybko. Słowa, które padają z jej ust są czasami nie do przebicia. Zdania, które składa sprawiają, że czasami padam na przysłowiowy pysk. "Aga, zastanówmy się nad tym, czy ten klocek rzeczywiście ma być tutaj? Pomyśl...", "Aga, mam dla ciebie propozycję... Może bym się wysikała?" "Aga, ten telefon na pewno nie ma zasięgu, dlatego nie mogę dodzwonić się do taty..." Żałuję, że nie zapisuję tego, co ona mówi. Jest taka samodzielna, nigdy nie bałam się jej zostawić samej w pokoju, bo wiedziałam, że ona nie zrobi nic złego. Rozmawia się z nią, jak z dorosłą osobą, taka moja kumpela..., zapatrzona we mnie do granic możliwości. Chodzi za mną jak rzepek. Do ubikacji: "Aga, idę z Tobą", z psem "Aga, idę z Tobą", do sklepu "Aga, idę z Tobą" Kiedy jej mówię, że nie może iść ze mną, wtedy robi takie smutne oczka, a jej usta wypowiadają zdanie "..., ale dlaczemu?" To wystarcza, idzie ze mną. Czasami się na nią wkurzam, ale to chyba normalny stan. 3 latka! Hm. Postanowiłam na urodzinach wziąć sobie do głowy to, co mówił mi ksiądz Mariusz, kiedy odwiedził nasz dom. Zapewne czytaliście, co mi radził. Alkohol jako odkażacz. Niestety, nie dałam rady tego wypić, zebra musiała pomóc. Nienawidzę alkoholu... Nigdy bym nie pomyślała, że tak bardzo może mnie od niego odrzucić, że widzę tylko samo zło i nawet urodziny nie są w stanie tego zmienić. Nie należę do osób, które dobrą zabawę upatrują sobie tylko z alkoholem. Za dużo widziałam.W każdym razie, zebra to wypiła ;) Było wesoło. Jednym z prezentów urodzinowych był zestaw do makijażu. Skorzystaliśmy na tym wszyscy. Amelka niekoniecznie była zainteresowana malowaniem swojego lica, my za to biliśmy się o te kredki. Każdy z nas wyglądał oryginalnie. Brzuchy bolały ze śmiechu, dziadek chcąc nie chcąc, stał się lovelasem, który miał pójść na podbój osiedla. Kiedy już alkohol uderzył do głowy, zapomniał, co nosi na twarzy i poszedł z psem na dwór. Tam spotkał sąsiada. Uahahaha. Od dzisiaj nic u niego nie będzie już takie samo. Dawno nie widziałam takiej zgodności. W rodzinie robię za obserwatora, który na dzień następny zdaje relacje, jak kto się zachowywał. Pierwszy raz, nie miałam się do czego doczepić. Oczywiście, były małe niedociągnięcia, ale to czas zweryfikuje, kiedyś na pewno... Rodzinka słowem silna, czasami tylko niektórzy nie potrafią docenić tego, co się im ofiaruje. Życie.

 Ludkowie, jakimś dziwnym sposobem, zniknęła mi część linków do Was. Kogo nie ma w moich zakładkach, proszę dać mi znać, dodam. Nie wiem, co się stało, ale na pewno byłam to ja :)

piątek, 14 stycznia 2011

Wirusy dają się we znaki. Przez nie dzisiaj odwołano moją wizytę w Siemianowicach Śląskich. Chirurg, do którego miałam się udać zachorował, co prawda jego samego zastąpił inny, ale nie wiadomo, czy zostałabym przyjęta ze względu na dużą liczbę oczekujących. Pani, z którą rozmawiałam przez telefon, zapytała mnie, czy sprawa jest pilna. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Hm, no bo czy jest pilna? Prawie 2 lata czekam na zagojenie i żyję, więc...? Mogę poczekać jeszcze te parę dni. Sprawa niby pilna, ale na pewno do przyszłego tygodnia nie umrę, przynajmniej na to schorzenie. Chciałam mieć już te Siemianowice za sobą, ale z drugiej strony ucieszył mnie też fakt, że nie musiałam tam dzisiaj jechać. Pogoda zupełnie niesprzyjająca, nie na taką trasę, jaką miałabym pokonać. W przyszły czwartek na 100% wyjazd do Siemianowic. Godzina 12:15. Odpadnie mi wizyta u mojego dochtóra, ale nic tam, bardziej ich odwiedzam, niż oni mnie leczą. Gdyby nie alternatywa, którą posiadam, nie miałabym żadnej wizji powrotu do zdrowia, dlaczego, bo w moim szpitalu postawili na mnie przysłowiowy krzyżyk. Nie wiadomo, dlaczego mój organizm nie walczy z paskudztwem, a oni mogą tylko zmieniać opatrunki na dzień dzisiejszy... Ja sobie to robię mniej boleśnie, więc dla mnie żadna przyjemność na opatrunki chodzić, trzeba czekać wg. nich..., ale na co? Przecież organizm człowieka nie może żyć z otwartymi ranami, albo może? Sama już nie wiem. Może to jest tak, że do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić? Co nas nie zabije, to nas wzmocni? Kto to wie. W każdym razie, funkcjonuję, dolegliwości bólowe mniejsze, za to zwiększył się proces wycieku, rana na lekki dotyk krwawi i są problemy z zatrzymaniem. No cóż, coś za coś, chociaż gdybym miała wybierać, wolałabym bardziej pocierpieć, mniejszym kosztem opatrunków. Znowu cena za plaster, który używam poszła w górę. Teraz kosztuje 6,10 zł, a ja w tygodniu potrzebuję takich 2.

Ostatnio spotyka mnie tyle dobrego, że nawet sobie nie wyobrażacie. To dobro tworzycie Wy. Sprawiacie,  że buzia uśmiecha mi  się z dnia na dzień coraz szerzej. Widzę, jak wiele znaczę, jak część z Was stara się mi pomóc, porusza niebo i ziemię, mobilizuje. Przez te kilka dni dowiedziałam się wielu rzeczy, które zadziałały na moją korzyść, i które spróbuję wykorzystać w najbliższym czasie. Łezka kręci się w oku, kiedy widzę, że nie tylko ja walczę o siebie, że część z Was walczy razem ze mną. Nie chcę wymieniać z imion, bo to nie o to chodzi. Chcę tylko, abyście wiedzieli, że będę Wam wdzięczna do końca życia.Walka, która jest przede mną może być ciężka, bo to, co zajęło moje plecy nie za bardzo chce sobie pójść, ale myślę, że odprawimy jakieś czary mary w komorze i pogonimy paskudy, a kysz? Pomożecie? Kisioł napisze jakiś wiersz może z tej okazji? :) 

Jutro wielki dzień. Mój malutki  Misio osiągnie poważny wiek - lat 3! Jupii :)

wtorek, 11 stycznia 2011

Coraz mniej mnie tutaj. Nie jest to spowodowane moim lenistwem, absolutnie. Ostatni czas, to pasma chorób. Najpierw moja bratanica,  która spędza u mnie większą część dnia, przyniosła ze sobą wirus w postaci biegunki i wymiotów. Myślałam, że się uchowam jakoś, niestety po kilku dniach, dopadło i mnie. Gorączka, biegunka, wymioty, ból żołądka. Nigdy nie przechodziłam takich wirusów, dlatego nie wiedziałam, jak bardzo człowiek się może umęczyć. Była tragedia. W ciągu dwóch dni schudłam dwa kilogramy i wypłukałam z siebie wszystkie witaminy.  Nie musiałam widzieć jedzenia, sam zapach powodował u mnie objaw wyrzucania z siebie... Do dzisiaj apetytu nie mam, ale jem sucharki, żeby jakoś funkcjonować. Nigdy więcej grypy jelitowej. Ode mnie zaraziła się mama, moja bratanica po raz wtóry  i Kisioł, chyba przez sms-a... Sorki Krzysiu :D 

Byłam dzisiaj w Siemianowicach Śląskich. Z dojazdem nie miałam żadnych problemów..., no dobra, pomyliłam jeden skręt, ale GPS wyprowadził mnie z opresji. Porobią jakieś takie dziwne rondo - skrzyżowania  i bądź tu człowieku mądry... Ktoś, kiedyś powiedział, że jeżdżę jak facet, może to dlatego, nie mam żadnego problemu z dojechaniem do celu? Ładny uśmiech sprawia, że każdy kierowca mnie wpuści, a kultura dziękowania, którą posiadam, daje mi niesamowitą frajdę. Lubię prowadzić samochód, lubię być odpowiedzialna,  lubię czasami depnąć po gazie. Mam to we krwi po bracie :) Wiem, wiem - skromna też lubię być;) Dzisiaj nic nie załatwiłam, kolejny raz muszę jechać w piątek. Powód? Złe skierowanie, aczkolwiek cieszę się, że to tak wyszło. Dzięki temu, trafię do Poradni Chirurgii Ogólnej w Siemianowicach i tam się mną zajmą, ocenią, czy ta rana wymaga operacji, czy obejdzie się bez wycinania chorych tkanek i tylko podda się je działaniu komory hiperbarycznej. Ludzie tam bardzo mili, chętni do pomocy, mam nadzieję, że pomogą mi wyzdrowieć. Nastawiona bardzo pozytywnie, pędzę odwiedzić wasze blogi :)

sobota, 8 stycznia 2011


Kończący tydzień, okazał się być bardzo aktywny. Wszędzie trzeba było się spieszyć, nie wszystko przebiegało po mojej myśli, ale gdzieś tam było już zapisane, że się uda. Jak pisałam we wcześniejszej notce, telefon dostarczony przez kuriera wykazywał usterki. Jednak, dzięki mojej, że tak powiem zawziętości i doświadczeniu serwisowemu, udało się go naprawić bez wysyłania do serwisu. W pracy często miewaliśmy problemy z nie czytaniem przez telefony kart SIM. Wtedy, pierwszą czynnością było pogrzebanie przy widełkach SIM,  którym często wyginały się tylko pinki. Tak było właśnie w przypadku mojej Xperii i po przeprowadzonych przeze mnie zabiegach, telefon zaczął działać. Czas od tej pory stanął w miejscu. Xperia X10 Mini Pro - jest moim pierwszym telefonem opartym na platformie Android. Do tej pory posiadałam telefony, które miały w sobie Symbiana S60v5. Ich  poznanie nie sprawiło mi żadnych problemów, tak samo użytkowanie. Po kilkunastu minutach, można było bez wahania używać telefonu. Android jest inny. Trzeba dobrych kilka dni, żeby rozgryźć tę platformę, żeby poznać jej tajemnice, żeby móc powiedzieć Symbian to jest nic w porównaniu z tym drugim. Świadoma jestem, że pewnie niektórzy z Was zachodzą w głowę, o czym ona mówi?! Co to Symbian, co to Android? W dwóch zdaniach. Są to systemy operacyjne, w które zaopatrzone są m.in. telefony, ale nie wszystkie oczywiście takie platformy posiadają.  O telefonach i ich platformach na razie tyle. Na pewno podzielę się jeszcze wrażeniami, jakie zapewne dostarczy mi ten mój Smartfon.


Poza tym, czuję się fajnie. Jestem spokojna, mniej się martwię. Mam wewnętrzny spokój - podoba mi się to.
Polecam taki spokój wszystkim Wam :)

Notka niezbyt długa, bo bratanica postanowiła ze mną pisać na komputerze, a jak ona jest to ja nie mam czasu zebrać myśli.Grrr :)


środa, 5 stycznia 2011

Dzień na pełnych obrotach, dawno tak nie miałam, ale od początku...

20 grudnia przedłużyłam umowę w sieci ERA, wybierając sobie telefon, Sony Ericsson XPERIA X10 Mini Pro. Wiedziałam, że czas dostawy przedłuży się ze względu na dni wolne, a operator ma 21 dni roboczych na dostarczenie telefonu, specjalnie mi się nie spieszyło. O dziwo, sprawa została rozwiązana w dniu dzisiejszym. Telefon został przywieziony przez kuriera DHL. Wszystko było w porządku, paczka nienaruszona, pomyślałam sobie - na pewno wszystko będzie GIT, przecież nie może się powtórzyć sytuacja sprzed dwóch lat, kiedy to przyszedł kurierem nowy telefon, wtedy był to Sony Ericsson C902 i od razu nie działał w nim czytnik karty pamięci. Musiał iść na serwis. Nie przebywał tam długo, ale jednak sam fakt, że przyszedł uszkodzony z Centrali, budził niesmak. Odrzuciłam złe myśli, rozpakowując paczkę. Dokopałam się do telefonu, który okazał się być bardzo malutki. Obecnie posiadam Nokię 5800, więc różnicy w wielkości nie da się nie zauważyć. Organoleptyczne badanie telefonu wypadło pomyślnie i przystąpiłam do pierwszego uruchamiania. Karta SIM została włożona. Klik, i usłyszałam charakterystyczny odgłos uruchamianego telefonu. Po kilku sekundach pojawił się ekran główny i ku mojemu zdziwieniu, nie zobaczyłam okienka, w którym to miałabym wpisać kod PIN potrzebny do uruchomienia, a w prawym, górnym rogu moje oczy zobaczyły kartę SIM z czerwonym krzyżykiem,  oznaczało to jedno - NIE CZYTA KARTY SIM!!!.  Co w takich wypadkach człowiek powinien zrobić? Absolutnie nie wolno się denerwować, tylko trzeba zaglądnąć do świata internetu, w którym to wszystko można znaleźć. Tak zrobiłam. Wujek google dzielnie odnalazł problemy z czytaniem karty SIM przez Xperię... Przyczyną mogła być stara karta SIM , którą trzeba wymienić na nową. Moja karta ma jakieś 8 lat, więc jest stara! Pomyślałam, że to na pewno ta przyczyna i zadzwoniłam do konsultanta ERY.  Pani potwierdziła i zaleciła wymianę karty, zastrzegła, że ta wymiana ma być za darmo. Nie mam prawa płacić żadnych pieniążków. OK. Zgarnęłam tatę i pojechaliśmy do ERY.  Pan w salonie, na moje hasło, że chcę wymienić kartę powiedział, że usługa płatna. Skąd ta pani wiedziała? Zanegowałam słowa sprzedawcy mówiąc, że usługa wymiany ma być darmowa, bo wymaga tego telefon, który bez nowej karty działał nie będzie. Panu się głupio zrobiło i kartę wymienił. Nie sprawdzałam w salonie, czy telefon będzie działał, gdyż byłam pewna, że tak właśnie będzie SIC!  W domu  na spokojnie rozpakowałam nową kartę, włożyłam do telefonu, uruchomiłam i...? I nic! Ten sam objaw - brak karty SIM. Powolutku zaczęłam tracić cierpliwość, wyjęłam ową kartę, przełożyłam do Nokii, tam zaczęła działać bez problemu. Już wiedziałam, że jest to usterka - wada ukryta,  która została świadomie do mnie wysłana wraz z telefonem. Pech, jakbym miała deja vu. Dwa lata temu wystąpiła podobna sytuacja. Niewiele myśląc wsiadłam do samochodu i pojechałam do ERY, żeby tam sprzedawca jeszcze na karcie testowej potwierdził moją usterkę. Wystałam się tam 50 minut i w końcu musiałam się poddać. Nie załatwiłam nic, a dom mnie gonił, bo dzisiaj mieliśmy kolędę. Postanowiłam odpuścić. Kto czyta mnie od początku ten wie, że pracowałam w Autoryzownym Serwisie Sony Ericssona. Generalnie to nadal tam pracuję... Zadzwoniłam do Serwisu Centralnego w-support, który działa z ramienia producenta i porozmawiałam sobie ze znajomym. Niestety, usterka ewidentna, nie da się tego załatwić zdalnie, niektóre modele miały wadę, mnie się trafiło. W piątek telefon jedzie do Wrocławia. Na moje szczęście, sprawa zostanie załatwiona w kilka dni., jednak gdyby nie znajomości, musiałabym czekać kolejne kilkanaście dni, bo zanim telefon  przeszedłby procedury, to trwałoby to i trwało. Przez to wszystko, na kolędę zdążyłam na styk.Weszłam ja, a za mną ksiądz. Po co się przygotowywać, jak można pójść na żywioł - prawda? No :) Ksiądz Mariusz, świetny człowiek. Zalecił mi spożywanie alkoholu, coby zagoić moje rany :)

Dzień, jak widać był wesoły.  Zmęczenie me wytłumaczalne zatem. O bratanicy, która maltretowała mnie przez 4 godziny już nie piszę, bo to norma, która występuje codziennie :)  I pamiętajcie - sprawdzajcie przy kurierze wszystko, jak odbieracie nowy telefon. Niech czeka. Kiedy telefon okaże się niesprawny, aneksu nie podpisujecie - telefon niezgodny z umową. Niech się martwi ERA, czy też inny operator...., ale trzeci raz już się nabrać nie dam :) Padam!

wtorek, 4 stycznia 2011

Świat słów.
Ile znaczą dla nas słowa? Czy wsłuchujemy tudzież wczytujemy się w to, co ktoś nam chce za pomocą nich przekazać bez względu na to, jaką przybierają formę? Dla mnie słowa są bardzo ważne, trafiają do mojej głowy, w której tworzy się ich świat,  literki układają się w wyrazy, a ja zaczynam widzieć to, co czasami pozostaje niewypowiedziane. Taka moja umiejętność, czy zmora? Czasami mi ciąży, ale skoro ją mam, to korzystam.  Dzisiaj  zobaczyłam. Potwierdziło się wszystko, o czym pisałam kilka dni temu, a co dotyczyło mojej przegranej.  Przykre, że po raz kolejny,  przykre, że moje odczucia nie dotarły tam, gdzie miały dotrzeć, przykre... Nic jednak poradzić nie mogę, naukę z życia już wyniosłam. Szkoda, że tylko ja W.

Chochliki w dniu wczorajszym pozwoliły nam zagrać.  Uwielbiam się zmęczyć. Uwielbiam tenis stołowy, uwielbiam...  Zdjęcie na dowód - skupienie me, mam nadzieję widoczne? :D

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Równowaga trwa. Nowy Rok powitałam z uśmiechem na twarzy. Nie, nigdzie nie wychodziłam. Spędziłam tę noc w domu, w różnych zakamarkach 3 pokojowego mieszkania. Powodem była bojąca się Sonia. Dla zwierząt jest to niewątpliwie najgorszy moment, kiedy petardy huczą, co jedna to głośniej. Przetrwałyśmy jakoś, śpiewałam jej, mówiłam do ucha, żeby tylko nie zwracała uwagi na salwy. Psi słuch jest o wiele bardziej wyczulony, więc raczej to moje śpiewanie jej nie pomogło, ale wiedziała, że nie była sama :) Wcale źle mi w domu nie było, po północy zadzwoniła brać, Robert - nawet nie wiesz, jaki jesteś pocieszny :) Wzruszyłam się życzeniami, które popłynęły do mnie od chłopaków. Wiem, że życzycie mi dobrze, że nie dacie zginąć, że każdy z Was, gdzieś tam po cichu trwa ze mną. To się czuje. Żałuję, że nie mogłam z Wami być, ale nadrobimy, niech no tylko wyzdrowieję :) Dobrze jest mieć taką "swoją" paczkę, która jest bez względu na wszystko i nie gra roli, czy nie widzimy się miesiąc, dwa lub dłużej. Zawsze jest tak samo. Dlaczego tak jest? Lubimy robić te same rzeczy, mamy wspólne pasje, możemy o nich rozmawiać, planować i chociaż nie zawsze plan nam się ziści, to i tak bardzo dużo daje sam fakt, że coś chcemy zrobić. W Nowy Rok, mieliśmy zaliczyć mały wypadzik rowerowy, zaszyć się gdzieś w lesie i pokonywać trudności zaśnieżonych ścieżek. Śnieg miał skrzypieć pod kołami, a my mieliśmy czerpać z tego niebywałą frajdę. Jednak wiatr i brak mrozu przeszkodziły nam w zrealizowaniu naszych planów, ale nic tam, my tak łatwo się nie poddajemy i prędzej czy później, przetrzemy jednośladami ścieżki zasypane przez śnieg, ha!

Wczoraj też było miło. Zacisze barowe, brak dymu tytoniowego, przyjemna atmosfera i rozmowy o wszystkim i niczym. Lubię taki stan. Lubię czuć się bezpiecznie, jakbym była otulona kołdrą, która daje mi ciepło, a zabiera ode mnie wszystkie problemy. Wstał dla mnie nowy dzień. Dziękuję Wam chłopaki :)

Plan na dzisiaj też jest. Udajemy się pograć w tenisa stołowego, o ile jakiś chochlik nie postanowi za nas inaczej.

Kisioł..., pamiętasz? ;)




Wiem, że często puszczam Pendragon, ale nic na to nie poradzę. Uwielbiam ICH!!!