wtorek, 29 listopada 2011

"Jeżeli masz wątpliwości - mów prawdę",  powiedział Mark Twain. Mało wystąpiło sytuacji, w których musiałam milczeć, pomimo tego, iż chciałoby się powiedzieć, co tak naprawdę się myśli. Jestem osobą, która posiada niewyparzony język w chwili, kiedy coś mi uwiera w tych zwojach mózgowych, a tym bardziej, gdy to uwieranie związane jest z drugim człowiekiem. Szczerość boli, ja wiem i mimo, że na sercu robi się lżej, bo wyrzuciło się z siebie, to co nie pozwalało normalnie funkcjonować, to w miejsce tego pojawiło się poczucie, że zrobiło się przykrość, że nie wyjaśniło się sytuacji do końca, że mój obraz drugiej osoby, okazał się zbyt jednostronny bez dania szansy pokazania swojej drugiej strony. Do wczoraj. Cenię sobie ludzi, którzy są szczerzy, którzy potrafią zabrać głos, którzy nie boją się tego, którzy nie milkną i udają, że nic się nie stało. Jest to bardzo dobra cecha, nie każdy ją posiada. L., przepraszam za to zbyt jednostronne potraktowanie jeszcze raz :) Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy. Każdy z nas ma wady, ale czym byłby bez nich świat? Sztuka wybaczania jest najlepsza na świecie :) Teraz czekam na wyzdrowienie, a rok 2012 przyniesie nowe cele, nowe szlaki, nowe przygody, ja to czuję :)

Tia. Jutro zaczynam batalię u lekarza, a później szczepionki i reżim, który będzie trwał całe 5 dni. Robię zapasy lodówkowe, żeby nie wciągać w kupno tatę, bo zawsze, jak go po coś posyłałam, to nigdy nie kupił mi tego, co chciałam. Dlaczego? Bo nie czyta etykiet, bierze, co leży, a ja niekoniecznie jadam takie rzeczy...  Pewnie kiedyś, gdy się nie znałam, zrobiłabym to samo, ale teraz jako spec, wymagam wartościowszego pokarmu :)

A za oknem mrozik. Czekam na zimę, na skrzypienie pod butami, na odbijające się słoneczko w tafli lodu...
Na śnieg też czekam. I na ośnieżone trasy narciarskie. Na ostrą jazdę bez trzymanki również. 3 lata w plecy. 3 lata zmarnowane....

niedziela, 27 listopada 2011

Wydawać by się mogło, że człowiek w tym swoim życiu poznał  na tyle zachowania ludzkie, że już nic więcej go zaskoczyć nie może, że uprzedzenia jakie posiadał, co do niektórych osób, były chwilowe i tak naprawdę nie miały żadnego znaczenia na dłuższą metę, bo siła zapomnienia w człowieku była większa, bo w końcu nie trzeba pamiętać, o niektórych wadach ludzi. Niestety, umiejętność zapomnienia ma się nijak do tego, co napisałam w momencie, kiedy dostaje się dowód, że wada ludzka trwa, a co gorsze, kiedy ta wada dotyczy przełożenia, że pieniądz jest ważniejszy od człowieka, i to wcale nieduża wartość papierkowa. Ja nigdy w życiu bym się nie upomniała o takie rzeczy, a tym bardziej, gdy wiedziałabym, jaką człowiek ma sytuację. Ja, ja, ja..., JA przede wszystkim sama bym zwróciła, bo byłaby to dla mnie oczywistość... O, co chodzi? Długo zastanawiałam się, czy o tym napisać, czy wywlekać to na światło dzienne, bo osoba o którą chodzi, może to przeczytać. Nie wiem, czy tak się powinno robić, ale jak widać - napisałam. Dlaczego? Bo boli mnie takie podejście do życia... Wszystko inne też mnie boli, ale wypieram z głowy. Szkoda tylko, że moja wartość wyniosła całe 20 zł. Bo 10 zł, zostało podarowane... 

Jak wiecie, wczoraj miałam być na wycieczce. Nie byłam. Lekarz zabronił. Przyszły tydzień to szczepionki, nie mogę zachorować. Góry, ostre powietrze + wylany pot = mogłyby się równać chorobie. Mam granulocytopenię, a jak wiadomo jest to choroba bardzo groźna i niebezpieczna. Gdy będę zaszczepiona, mogę pomyśleć o jakiś rozrywkach, póki co, nie ma opcji. Nie ryzykuję. I to właśnie jest powód, w którym dowiedziałam się, że "ktoś" jest stratny 20 zł, bo nie jadę. Gdyby ten ktoś mnie znał, wiedziałby, że ja długi oddaję. Bez względu na wszystko. Kisioł, ty wiesz :)

Szczepionki już na mnie czekają w aptece, było ciężko je zdobyć, ale udało się, panie farmaceutki stanęły na głowie. Koszt 385 zł... A tu idą święta, Mikołaj, choinka, Amelki urodziny. Ech... W środę się będę szczepić. We wtorek jeszcze uderzam do rodzinnego, żeby dał zlecenie na wykonanie szczepionek, a od środy reżim i czekanie, aż szczepionki zadziałają, i pobudzą szpik kostny do produkcji leukocytów, żebym nie musiała przechodzić leczenia immunosupresyjnego...

Na kaloryferze rozmrażam sobie szpinak i truskawki, za chwil kilka powstanie z tego pyszny koktajl zdrowotny :)
Życzę wszystkim udanej niedzieli. Spędzonej przy kominku, z dala od trosk i zmartwień...


czwartek, 24 listopada 2011

wtorek, 22 listopada 2011

Mieszkam na bombie, która lada moment może wybuchnąć! Bomba chorobowa ma się rozumieć. Jeszcze się trzymam, ale nie wiem, jak długo, bo katar powrócił i dziwne samopoczucie. Stany podgorączkowe towarzyszą mi przez cały czas, a wszystko zaczęło się w weekend...

Najpierw mama bratanicy oznajmiła, że boli ją gardło i bardzo źle się czuje. Amelka, oczywiście przebywała u mnie, po wcześniejszym kontakcie ze swoją mamą. Nic tam, że wiedzieli iż nie mogę mieć kontaktu z osobami chorymi lub takimi, które noszą w sobie ukrytego wirusa. Od zawsze byłam olewana, a moje problemy zdrowotne bagatelizowane. Jak powiem małemu dziecku, że nie mogę się do niej zbliżać, że nie mogę jej wziąć na ręce, przytulić? Przecież dziecko nie zrozumie, mało tego, będzie jej smutno i przykro, że ciocia jej nie chce. A przecież tak nie jest, ja robię to dla swojego dobra. Piątek jakoś przeżyłam. Amelka była pociągająca, ale bardziej miało się to jako tik, który pozostał jej po katarze, bo ile razy wysmarkiwałam jej nos, tyle razy nic jej nie leciało... Sobota. Dziecko do południa, a wieczorem posiedzenie z sąsiadem. Brat z tatą i Amelką... Mama Amelki też przyszła, jakoś choroba dziwnie jej minęła? Alkohol odkazi? Ble. Niedziela. Dziecko od rana, bo mama Amelki się źle czuje, jest chora! No tak, po co się leczyć, samo przejdzie? Po południu Amelka znowu przybyła. Nie pytajcie, czy byłam zła, bo to się nawet nie przekłada na słowa, których chciałabym tu użyć. Nie ważne. Dziecko tylko ze mną, babcia jest zła i be. Mała była jakaś taka dziwnie spokojna, co u niej nie zdarza się zbyt często. Siedziała mi na kolanach, tuliła się, nie chciała się bawić. Wieczorem poszła. Ja zaczęłam się dziwnie czuć, ale pomyślałam, że to przez zmianę pogody. Bolała mnie głowa, byłam senna. Nie wpadłam na to, żeby zmierzyć temperaturę. Wieczorem sms - Amelka ma gorączkę, nie idzie do przedszkola. No pięknie! Od razu chwyciłam za termometr. 37,6. A tyle razy mówiłam, prosiłam, dajcie mi spokojnie wyzdrowieć, nie przysparzajcie  dodatkowych problemów, bo mogę nie zwalczyć... Wzięłam Gripex i położyłam się do łóżka z nadzieją, że rano poczuję się lepiej. Poniedziałek. Samopoczucie pod psem, ale i tak musiałam pójść do MOPS, a później na wizytę do endokrynologa. Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna, byłam bardzo zmęczona. 5 godzin chodzenia. Czułam się słaba, nie tak, jak dawniej, kiedy mogłam chodzić i chodzić, i chodzić. Wyniki TSH w normie, pomimo podwyższonych parametrów w stosunku do wyników z poprzednich miesięcy. Powodem takiego stanu był preparat żelaza. Tarczyca w obrazie USG bardzo malutka. Z roku na rok, będzie produkowała coraz mniej hormonów... Doktor oznajmił, że pomogę jej nadal jedząc w taki sposób, w jaki jem. O tym nie musi mi przypominać. A gdy moje jedzenie nie spowoduje już jej lepszej pracy, czekają mnie hormony.  Co to jej wpływu na znaczące obniżenie się białych krwinek, to... Absolutnie tarczyca nie jest winna! Nie ma co doszukiwać się przyczyny w niej, trzeba szukać powodu tak drastycznego spadku - słowa lekarza. Każdemu najprościej zwalić na tarczycę, kiedy nie wiadomo, o co chodzi. Kolejna kontrola 16 sierpnia. 
Jeżeli chodzi jeszcze o poniedziałek. Amelka ma anginę! Od wczoraj mam zabronione spotykanie się z nią. W trosce o moje bezpieczeństwo. Niestety, bo dziecko niczemu winne nie jest i na pewno nie rozumie, dlaczego nie może iść do cioci. Mama, jakby góra potrzebowała, ma, a raczej miała tam pójść i jej popilnować, ale niestety nie pójdzie! Dlaczego?
W dniu dzisiejszym przyszła do mnie, że coś jej wyskoczyło po jednej stronie na tułowiu, boli ją to. od tygodnia miała dziwnie objawy okolicy krzyżowej... Gdy to zobaczyłam,  wiedziałam, co to jest. Półpasiec!

Tak, więc, jak widzicie nie mam lekko, tym bardziej, że nigdy nie chorowałam na ospę. Siedzę sobie zatem sama w pokoju, zero kontaktu z domownikami - zabronione zbliżanie się do mnie. Muszę wytrzymać jeszcze tydzień. Gdy już dostanę szczepionki, na pewno będzie lepiej, oby. Dzisiaj jeszcze czeka mnie dentysta, nie chce mi się iść, bo czuję się słaba, ale nie mam wyjścia. Zęby też są dla mnie bardzo ważne. 

Oddalam się. Mam misję na szpinak. Dla zdrowia!

Update 14:32
Postał obiad!
Bagienne naleśniki z zielonym ogórkiem, serkiem wiejskim i wyprodukowanym przez mua, sosem czosnkowym - pycha!!! Bo zdrowa dieta jest najważniejsza :)
 

Update 14:40 Sonia warczy i szczeka przez sen. O,  i jeszcze chrapie. Jest niezła :D

piątek, 18 listopada 2011

Jak wiecie, albo przynajmniej niektórzy z Was kiedyś tam wyczytali, był czas, w którym definitywnie(mogłoby się wydawać), rzuciłam palenie. Zrobiłam to przede wszystkim dlatego, że papierosy były dla mnie zbyt drogie, a przez chorobę nie mogłam pracować, a tym samym zarabiać i wydawać na te "nikotynowe przyjemności". Drugim powodem było przekonanie, że może  przez papierosy nie goją się rany. Postanowiłam spróbować, chociaż nie ukrywam było ciężko, bo bardzo lubiłam palić. Tabletki mi pomogły i w niepaleniu wytrwałam 10 miesięcy, aż do momentu, kiedy to z Kisiołem wyjechałam do Lądka Zdroju. To tam znowu zapaliłam... Co poczułam? Niesamowitą przyjemność w płucach, ale też poczucie, że zdradziłam siebie, że nie wytrwałam w postanowieniu, że jestem słaba. W miarę wypalanych papierosów, zaczęłam zadawać sobie pytania, czy warto? Odpowiedź była prosta - oczywiście! Papieros mnie wyciszał, pozwalał cieszyć się chwilą, w której był palony, uzależniał jeszcze mocniej niż wcześniej, ale pomagał też wytrwać w momentach dla mnie problematycznych... Kryłam się przed mamą, żeby jej nie wciągnąć w ponowny nałóg... Aż tu pewnego dnia, przyniosła do domu z pracy ulubionego przez nas papierosa She, velvet mint. Zapaliłyśmy... I od tej pory kurzyłyśmy je potajemnie, jak nie było taty. Mama odczuła tą samą zdradę siebie... Czy to jest nasza życiowa porażka? Nie podchodzę do tego w taki sposób. Wszystkiego sobie w życiu odmówiłam, choroba zabiera mi dużo cennego czasu, nie mogę żyć normalnie, co mi pozostaje poza chwilą relaksu z papierosem w ręce, po którym się śmiedzi? E papieros! Ponieważ nie mogłam sobie  poradzić z poczuciem zdrady siebie, mama zresztą też nie, postanowiłyśmy wspólnie, że czas na zmiany!
Od dwóch dni jesteśmy szczęśliwymi posiadaczkami e papierosa Mild Sin!
Kosztował mamę, bo to ona wyłożyła swoje oszczędności 99zł +liquidy, którymi się zapuszcza kartomizer (czyli imitację filtra) 140 zł. W zestawie jest ładowarka do komputera i cliromizer (drugi "filter") Co do liquidów, wzięłyśmy smak arbuzowy i wanilię !!! Ten pierwszy - rewelacja! Wy sobie nie wyobrażacie, jaka to jest słodycz. Technika palenia jest inna, aniżeli w zwykłym papierosie i przyjemność, jaką się czerpie przy każdym zaciągnięciu również. Już nie śmierdzę, para wodna nie zatruwa nikogo, a przyjemny zapach arbuza unosi się po domu. Nie brakuje strzepywania popiołu, jedno jest inne - papieros jest ciężki, a tym samym nie da się go trzymać w dwóch palcach, ale można się przyzwyczaić... Naszym celem jest jeszcze zakup liquidu czekoladowego i kawowego... :) Dlaczego mama dała pieniądze na e papierosa? Bo jej się mnie strasznie zrobiło żal, że tyle kłód mam wiecznie pod nogami, że muszę walczyć o wszystko, że staram się żyć, jak inni, ale organizm nie zamierza iść ze mną w parze... Moja mama... Ostatni czas, w którym z nią przebywam jest dobry. Nie kłócimy się, mamy lepszy kontakt, cieszę się. Zawsze brakowało mi "normalniej" mamy, i chociaż jej stosunki z tatą nie są normalne, chociaż dużo przezywa, krzyczy i jej misją życiową jest oglądanie polityki i komentowanie, to bardzo mi pomaga jej obecność. Bez niej nie wyobrażam sobie swojego życia, dlatego staram się jak mogę, wynagradzać jej to, że tkwi przy mnie. Głównie za sprawą potraw, czy też deserów, które przyrządzam, wszak do serca najlepiej się trafia przez żołądek, czyż nie? Mama jest wybredna, ale moje kucharzenie jej smakuje. Przekonała się do zdrowej kuchni, zamieniła złe rzeczy na te zdrowsze, tata tylko woli "żreć" a nie jeść. Tłuste potrawy, bllee! Nieumiejętność komponowania posiłków taka sama. Przyzwyczaili się, że gotuję osobno i się dzielę :) Mama korzysta, tata nie zawsze. Często mówi, że trawy nie jada..., spróbować nie chce, a przecież Pesto brokułowe jest najlepsze na świecie :) Dzisiaj na obiadek serwowałam Tagiatelle z pesto brokułowym + brukselką i oliwkami. Czego pragnąć jeszcze? Zdrowia! No i pysznego deserku, który przygotowałam dla wszystkich... Taki jesienny, lekki deser w postaci galaretki z herbatki owocowej i cytrynowej, serniczka na zimno, który wypełnia wnętrze galaretek z polewą śmietankowo-czekoladową, która osładza zimne wnętrze deseru i ukryte w nim kwaskowate mandarynki z Kauflandu... Całość otulają kostki lodu z galaretki, a także płatki migdałowe, posypane tartą, gorzką czekoladą... Mmm... pychotka, a do tego jaka zdrowa! Ktoś chce? Proszę się częstować :)


Poza tym, to żyję, nie choruję. Nadal izolacja. Nawet u rodzinnego nie musiałam czekać w kolejce, bo ze względu na mój stan wziął mnie w pierwszej kolejności. Przyszły tydzień z lekarzami. Endokrynolog, dentysta, MOPS, weekend wyjazd, a kolejny poniedziałek przybliży mnie do zastrzyków... A potem znowu odizolowanie, żeby wszystko mogło zacząć sprawnie działać...

wtorek, 15 listopada 2011

Opadają mi ręce. Dosłownie. Jakkolwiek bym się chciała pozbierać, to zawsze wyskoczy coś, co zgasi moje przekonanie, że teraz już będzie dobrze. No bo jak zdrowieć, gdy się nie ma na leki lub gdy ceny potrafią zabić? Udałam się dzisiaj do apteki, żeby teoretycznie dowiedzieć się, na jakim poziomie będą kształtować się cyferki za poszczególne leki, które dostałam na recepcie od hematologa. Na samym wstępie farmaceutka poinformowała mnie, że wszystko co jest wypisane na białej, podłużnej kartce, która potocznie zwie się receptą jest pełnopłatne, czyli NFZ nie refunduje. W porządku, to jeszcze mnie nie zdołowało, miałam nadzieję, że te ceny nie będą aż tak wysokie, jak moja głowa sobie wyobraziła, zupełnie nie wiem dlaczego tak jej przyszło. Półkule wyczuły a farmaceutka potwierdziła. Za wszystko 385 złotych! Nawet teraz, gdy to piszę, boli mnie coś w środku. Gdybym miała pewność, że to, co tyle kosztuje, pomoże to jeszcze nie byłoby tak tragicznie, ale ja tej pewności nie mam, nikt mi też tego nie zagwarantuje. Takie kwoty są poza moim zasięgami, rodzice owszem pomogą, ale ja nie mogę wiecznie na nich żerować, nie chcę, nie godzi się to. Jestem dorosła, powinnam dbać o siebie samą. Oni mają dość wydatków, bo pomagają bratu na budowie. Wiem, budowa domu nie przekłada się na walkę o zdrowie, nie powinno się tego nawet porównywać, ale mnie jest źle z faktem, że wiecznie jestem na ich łasce. MOPS daje parę groszy, ale to nawet na te leki by nie starczyło. A tu jeszcze jest bratanica, która też by coś chciała, żeby ciocia jej kupiła, za co? Boli takie życie, a ja nie lubię gdy w głowie klarują się myśli, po co żyć? Ale są to tylko myśli i pytania, które powstają w chwilach słabości. Na szczęście moja silna psychika pozwala sobie to jakoś przetłumaczyć. Wiem, że jeszcze mam tu dużo do zrobienia, na ten moment akurat nic mądrego nie przychodzi mi do głowy, co by to "dużo" miało oznaczać, ale na pewno w przyszłości to wyjdzie, jak nie w praniu, to może gdzie indziej ;)

Jutro czekają mnie badania, które sprawdzą jak tam się ma moja tarczyca. Muszę też zrobić badanie OB i ferrytynę. Ta druga  ma za zadanie utrzymać żelazo w dostępnej, nieszkodliwej formie. Hematolog chce sprawdzić, jak rozkładają się jej parametry, wtedy będzie wiadomo, czy na pewno nie muszę brać żelaza, a OB pokaże, czy nie ma u mnie żadnego stanu zapalnego, który mógłby powodować znaczny spadek leukocytów. I na ten tydzień tyle "nie"przyjemności mnie czeka. W przyszłym odwiedzę endokrynologa, dentystę i placówkę zwaną MOPS. 

Nadal unikam skupisk ludzi, w których mogłabym złapać jakąś infekcję. Jest to trochę ciężkie do zrealizowania, bo np. w niedzielę na mszy usiadłam w ławce, a z mojej lewej i prawej strony dosiadły się kaszlące i kichające panie. Czasami nie ma możliwości całkowicie się odciąć. Mając wiarę, że w kościele nic złego mnie nie spotka, nie przesiadłam się. Póki, co jestem zdrowa ;)

niedziela, 13 listopada 2011

Organowa niedziela. 

W piątek, w mojej parafii odbyło się uroczyste poświęcenie organów, które zostały sprowadzone do nas z Niemiec, aby rozbrzmiewać nie tylko na mszach świętych, ale również na koncertach, które  będą organizowane w kościele ze względu na bardzo dobrą akustykę. Oczywiście, byłam na uroczystości. Poświęcenia dokonał ksiądz Tadeusz Rakoczy, biskup ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej. Nigdy wcześniej nie miałam okazji być na takim wydarzeniu. Ponadto, koncerty w kościele św. Józefa, który nosi miano Świątyni Pokoju, są jednym ze sposobów propagowania idei pokojowych i ekumenicznych. Cóż mogę napisać, podobało mi się i czekam na więcej :) A dzisiaj? Gdy przy rozpoczęciu mszy świętej organista uderzył w klawisze, zostaliśmy zagłuszeni. Ksiądz  pod koniec mszy oznajmił, że teraz będziemy musieli się naprawdę postarać, aby nas usłyszano, a to nie była całkowita moc instrumentu. O masakro, obawiam się o swoje bębenki, gdy te organy osiągną maksimum swoich możliwości :)

Myślałam, że uda mi się przechodzić zimę w butach, które służą głównie do pieszych wędrówek po górach - niestety jestem zmuszona zakupić obuwie stricte zimowe! Palce u stóp marzną mi natychmiast po wyjściu na dwór, pomimo dwóch par skarpet na nogach. Cóż zrobić, jak krążenie nie chce współgrać? Nie mogę też zachorować, bo nie zwalczę wirusów, dlatego muszę się maksymalnie zabezpieczyć. Póki, co działam normalnie, pomijając ciągły katar. Ale któż go teraz nie ma?  

Dziękuję za pamięć i modlitwę, bardzo mocno :)

sobota, 12 listopada 2011

Jesienna samotnia trwa. Popijam miodowego grzańca, za mną gospelowski chór walczy w Mam talent o jakieś konkretne miejsce, a z kuchni kusi zapach upieczonego przez rodzicielkę ciasta z czarną porzeczką,... Muszę poczekać, aż straci ciepłotę, która mogłaby wyrządzić zło mojemu żołądkowi. Zwykle nie jadam o tej porze, ale dla takiego ciasta zrobię wyjątek, osłodzę sobie tę ponurą sobotę, a co!

Byłam dzisiaj u hematologa. Czeka mnie prawdopodobnie leczenie immunosupresyjne, niestety. Dostałam  zastrzyki, które powinny pobudzić leukocyty, a przy okazji uodpornić mnie trochę, jednak nie wiadomo, czy organizm zareaguje, dlatego mam się nastawiać na to obciążające  leczenie.  Co jest przyczyną wadliwej pracy białych wojowników? Nie wiadomo tak do końca, doktor obstawia chorobę z autoagresji organizmu. Żelazo mam w normie, ale muszę jeszcze wykonać jedno badanie, które pokaże na jakim poziome kształtują się rezerwy żelaza. Zdaniem pani doktor, organizm wchłania go dobrze. OB - też mam wykonać. Jeżeli w organizmie jest proces zapalny, to źle i będę wymagać dalszej diagnostyki. Cóż jeszcze..., zastrzyki, które dostanę, uziemią mnie na cztery dni. Nie będzie wolno kontaktować się z nikim, bo odporność zostanie jeszcze bardziej obniżona, a że ja jej prawie w ogóle nie mam, to jedno kichnięcie, a będę leżeć i kwiczeć. O ile oczywiście wydam z siebie głos ;) W poniedziałek dowiem się, jaki to jest koszt, bo oczywiście nic za darmo. Ech. Hematolog wyjaśniła mi też, na czym polega moja przewlekła leukopenia. Zostałam skazana na całe życie. Anemia, popadanie w choroby już mnie nie opuści, koleżanka anemia stała się niechcący moją drugą połową. Było to nieuniknione, 2 lata chorowania nie mogło przejść bez echa. I mimo, że teraz hemoglobina i inne podskoczyły, zapewne za jakiś czas spadną, a ja znowu będę musiała zażywać preparat żelaza. Super. Dlatego czekają mnie częste morfologie... Teraz to wiem, ale czy nie zapomnę, gdy wrócę do pracy? Kto by miał czas się regularnie badać... A tak, zapomniałam, że z takimi wynikami nikt mnie do pracy nie puści. Niech się te białe wojowniki ruszą, niech ten szpik zacznie działać, jak należy, niech wartości przestaną spadać! Ja nie chcę leczenia sterydami. Pani doktor powiedziała, że jest to leczenie bardzo obciążające organizm i stosuje się je ostrożnie, jednak gdy u mnie nic się nie wyjaśni a leukocyty nadal będą lecieć, to nie będzie wyjścia... Chlip. I jak tu myśleć pozytywnie, no jak? Staram się uciekać od złego, wczoraj nawet byłam na koncercie w mojej parafii z okazji poświęcenia organów. Nic mi to nie pomogło. No nic. 26 listopada udaję się na wycieczkę i nikt mi tego nie odbierze, wtedy zapomnę. Magurko - Witaj.

Przepraszam, ze zaniedbuję wasze blogi. Postaram się częściej tu bywać.

środa, 9 listopada 2011

Czas leci, a ja jakoś nie mam ochoty na głębsze przemyślenia w związku z tym. Odzwyczaiłam się od wylewania swoich myśli w tym świecie i nie wiem, czy to jeszcze kiedykolwiek wróci. Jesień nie jest dla mnie odpowiednią porą roku. Budzę się i od razu w głowie pojawia się myśl, że muszę dotrwać do końca dnia. Staram się nie popadać w stany dołujące, ale one same do mnie przychodzą. Z niecierpliwością czekam, aż zrobię wyniki, które pokażą, jak pracuje tarczyca, obawiam się, że to ona jest przyczyną. Coś dzieje się nie tak i ja to czuję. Chciałabym się pomylić. Oby.

niedziela, 6 listopada 2011

Weekend dobiegł końca. O tej porze zwykle już śpię, ale dzisiaj jakoś nie mogę zasnąć. Piję kolejną herbatę, tym razem czerwoną i czekam, aż oczy zaczną się kleić, tym bardziej, że jutro wstaję wcześniej, przedszkole i obowiązki. Co u mnie?

Otóż, wizyta u hematologa nie odbyła się. Mogłam jechać na wycieczkę z PPTK-u, niestety, kiedy zostałam poinformowana o fakcie, iż pani doktor jednak nie będzie, Leszek zdążył mi wysłać dwa MMS z trasy. Szkoda, że tak to wszystko wyszło, tym bardziej, że pogoda dopisywała. Ale nic tam, podobno 27 listopada jest kolejna wyprawa, i jak tylko Bozia da, to pojadę. Coby się nie smucić, postanowiłam sobie osłodzić wczorajszy wieczór i upichciłam dwa zdrowe placki. Pierwszy to czekoladowe ciasto z uwaga....  fasoli! Nic bardziej zdrowego! Oczywiście już go nie ma, tak wszystkim smakował, a drugi z otrębów i płatków owsianych z domieszką jabłka w kisielu. Tego też już nie ma - chlip :) Ale były bardzo pyszne, polecam każdemu, co odnajduje się w kuchni, przepisy można znaleźć na blogach Dietetycznie siostro i z Kotem w kuchni. No.

A dzisiaj pojeździłam sobie na rowerze. Konar wysłał sms, czy się nie przejadę i oczywiście nie zastanawiałam się ani chwilki, tym bardziej, że tak ciepło było. Przyjemnie upłynął  ten dzień, ech, chciałoby się więcej. 

Oddalam się, poszukam Morfeusza, bo jak on do mnie nie chce przyjść, to ja wybiorę się do niego. Inaczej jutro nie wstanę.

środa, 2 listopada 2011

To jest jednak niezłe. Wystarczy zmienić kolczyka, którego się ma w wardze, z mniej widocznego na bardziej, a ludzie przestają patrzyć się w oczy lub od razu uciekają wzrokiem, kiedy oczy posiadacza kolczyka nakierują się na nich. Posiadacz kolczyka to oczywiście ja  - Respekt! Bójcie się, bo ja od razu biję, nie pytam, czy się wie za co, no!



wtorek, 1 listopada 2011

Dzień zadumy i wspomnień. Wiele bym dała, żeby być na grobach bliskich w Bieszczadach, żeby móc porozmawiać z żyjącymi ciociami, wujkami, kuzynostwem. Rok w rok mi tego brakuje, pamiętam gdy byłam mała, wsiadaliśmy na dwa dni przed listopadem w żółtego maluszka, którego wtedy mieliśmy i wyruszaliśmy o 3 nad ranem przed siebie. Kiedy jeździł z nami brat, to on prowadził i wtedy dojeżdżaliśmy szybciej, tata bardziej ostrożny, chciał nas dowieźć bardzo bezpiecznie, niekoniecznie szybko. Pamiętam, że w aucie spałam, tylne siedzenie umożliwiało mi rozłożenie się, głowę  trzymałam na mamy kolanach. Pamiętam, że gdy nie spałam, nogi  trzymałam na przednim siedzeniu i zaczepiałam nimi, pasażera siedzącego z przodu. Pamiętam, jak liczyłam samochody, jak machałam innym. A gdy dojechaliśmy do Jaćmierza, do babci (tam prawie zawsze spaliśmy), to moja babcia zawsze wychodziła przed dom, i było dużo pocałunków i przytulania. Potem, wspólnie jechaliśmy na cmentarz, gdzie dalsza część rodziny już tam była, dorośli rozmawiali długo, a my z kuzynami buszowaliśmy między grobami, zapalaliśmy znicze tam, gdzie nikt nie zapalił... Gdy już każdy zmarzł, jechaliśmy do którejś z cioć na posiedzenie. Zazwyczaj wracaliśmy do domu po 3 dniach. Nigdy nie chciałam wracać, ja tam czułam się, jak w domu. Nie lubiłam Oświęcimia, nie chciałam tu mieszkać, zawsze było dużo płaczu, gdy odjeżdżaliśmy... Tyle mi zostało. Będąc starszą, nie jeździłam z rodzicami, bo ktoś musiał zostać z psem, a potem? Potem, to tylko pogrzeb babci, który do teraz budzi we mnie żal i smutek, a gdy zamknę oczy, widzę ją w trumnie, taką piękną, uśmiechniętą. I tak bardzo ubolewam, że nie mogę jej odwiedzać, że nie mogę sobie przyjść na grób, usiąść i porozmawiać. Czuję, że gdyby żyła, miałaby dla mnie wiele cennych rad. Mówią, że z roku na rok, strata boli coraz mniej. Nieprawda, mnie boli ciągle tak samo. Nie zapominam, babcia nie jest wspomnieniem. Pamiętam każdą jej rysę, głos, uśmiech. Zamknę oczy i widzę ją, tylko dotknąć ani przytulić nie mogę...  A żeby móc tak cofnąć czas... Niestety, na dzień dzisiejszy pozostają mi tylko zdjęcia. Moja babcia Józia...

Pogoda za oknem piękna. Temperatura 10 stopni. Będzie ładnie. Nie śpię od 5:00, to wszystko ten czas... Wczoraj wieczorem Leszek przysłał mi sms, że wycieczka na Przełęcz Salmopolską została przełożona na 5 listopada, bo 12 ma nie być pogody. Tym oto sposobem nie jadę. W sobotę mam hematologa i niestety nie mam jak przełożyć. Chlip. Czuję, jakby sprawiła to jakaś moc, która teraz w duchu cieszy się, że nie jadę. Zawistna, podła, niedobra. Nie lubię jej! Dobrze, że jeszcze poza PTTK-iem można się organizować. Teraz Szczyrk zobaczę pewnie już w zimie, na nartach.  Chcąc osłodzić poranek, po takim smutnym wstępnie, przygotowałam sobie pyszną śmietankową owsiankę z cynamonem, jabłkiem, śliwkami, migdałami, i sezamowo-kokosową posypką. Dla mnie Yummy! Pomogło. 
Przepis na nią jest bardzo prosty.
  • 2 łyżki otrębów żytnich
  • 2 łyżki otrębów owsianych
  • 1 łyżka płatków owsianych górskich
  • 2 łyżki mleka granulowanego
  • 250 ml wody
  • jabłko (jak kto woli)
  • migdały
  • śliwki kalifornijskie
  • sezam
  • wiórki kokosowe
  • słonecznik łuskany
  • Wysoki błonnik z jabłkiem i cynamonem
  • opcjonalnie: aromat, cynamon, inne przyprawy (wg. gustu i smaku)
Wrzucamy do garnuszka otręby, płatki owsiane, mleko granulowane. Wkrajamy jabłko, wlewamy wodę. Ustawiamy na gazie i doprowadzamy do wrzenia, często mieszając, coby składniki nie przywarły do dna. Masa musi stać się gęsta, przynajmniej ja tak preferuję, dlatego gotuję je ok 5 minut, po tym czasie dodaję aromat, słodzę i wyłączam gaz, przelewam owsiankę do miseczki i dekoruję wg. uznania :)  Jest naprawdę pyszna, kusi smakiem i daje niesamowity zapach! Syci na bardzo długo... Polecam, najzdrowsze śniadanie na świecie.