wolfik, sobie śpi, w domku też jakaś taka pustka, rodzice zaszyli się w swoich pokojach, Sonia, króluje na fotelu, wywrócona do góry brzuchem ze zwisającą głową, bo wielkość jej, nie pozwala się zmieścić na fotelu tak, jak ona by chciała, słońce już dawno schowało się za chmurami, i znowu pada deszcz, naprzemienny z burzami. Nie rozpieszcza nas ten maj..., jeszcze tylko kolejnej powodzi brakuje. Jakoś nie mogę spać, zresztą, ostatnio po południu, często mi się to zdarza. Wtedy, plątam się bez celu po pokojach, jak cień człowieka, siadam sobie na balkonie, wpatruję się w otaczające mnie góry, które przy ładnej pogodzie, są bardzo wyraziste. Lubię tak się wpatrywać, wyobrażać sobie, że gdzieś tam, na szczycie jednej z nich są ludzie, którzy sięgają teraz bliżej nieba, i dobrze im tam, i cieszą się, i kochają te góry. Mieć tak domek, przy szczycie jednej z nich, położyć się na ogródku, i mieć w nosie wszystkie kłopoty tego świata, nie przejmować się niczym, oddać się błogiemu lenistwu... ech, się rozmarzyłam..., ale chyba można mieć marzenia, co? Może kiedyś, uda się nam trafić 6 w totka, i wtedy część tych marzeń, będziemy mogli spełnić?
Marne te moje wpisy ostatnio, niedzielne szczególnie, ale czasami i tak musi być. Miłej niedzieli wszystkim.
Iva, wypoczywaj :)
niedziela, 30 maja 2010
piątek, 28 maja 2010
Wczorajszy dzień, można zaliczyć do jednego z najgorszych dni życia. W ogóle ostatni czas, to postęp chorobowy, to nie nadążanie ze zmianami opatrunków, to brak snu, to ogólne samopoczucie, równające się 0. Wydolnościowo, dużo potrafię znieść, ale mam też swoją granicę, z którą wczoraj nie potrafiłam sobie poradzić. Przyczyną była wizyta u lekarza. Nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało. Myślałam, że przyjdę, zmienią opatrunek, nie wyrządzając mi przy tym większej krzywdy, przecież mój doktor nie chce mnie męczyć, bo wie, jak boli, kiedy dotyka się żywych tkanek, które wyrosły poza skórę...,niestety, mojego doktora nie było. Zastąpił go inny, który jak tylko zobaczył, co znajduje się na moich plecach, a raczej, w jakim stanie jest to obecnie, niewiele myśląc, i nie uprzedzając mnie nawet, wsadził nożyczki głęboko w drugie nacięcie, i zaczął je rozszerzać w środku, na mój płacz, odpowiedział, że musi tak zrobić, bo wszystkie ujścia są zatkane, i ropa nie wypływała w takiej ilości, a jakiej powinna..., nie byłam w stanie tego znieść. Zalałam łzami całą kozetkę, a żeby tego jeszcze było mało, to potem od drugiej strony, zrobił to samo, w momencie byłam mokrusieńka. Później założył długi sączek, który przechodzi przez wnętrze, i jest związany, żeby nie wypadł... Zero znieczulenia, po co marnować czas, jakby pacjent był tylko kawałkiem jakiegoś worka, z którym można robić, co się chce, nie przejmując się, że go to boli, i nie potrafi nawet ułożyć słów, które mogłyby oddać to, jak bardzo bolą takie zabiegi... W takich momentach, człowiekowi do głowy przychodzą najgorsze myśli, po co żyć, nie chcę żyć, mam już dość, nie wytrzymam więcej bólu..., w szpitalu, miałam te same procedury, tam nie dopuścili, żebym cierpiała, tam zawsze wcześniej dali znieczulenie..., w ambulatorium już tak nie jest, tu pacjent jest nikim, i jak boli, to i tak nikogo to nie obchodzi, tylko jeszcze pretensje mają, że wierzga, a nie leży spokojnie. Ech..., Późniejszy czas, to duża gorączka. Praktycznie cały dzień przespany, z przerwami na rozmowy z wolfem, ucinane chwilami ciszy..., nie byłam w stanie z siebie nic więcej wykrzesać, za co przepraszam :*
Wieczorem nawiedziła mnie jeszcze Amelia, ale widząc mój stan, wiedziała, że z ciocią jest źle, przyszła na łóżko do mnie, popatrzyła tymi swoimi dużymi oczkami. Powiedziałam jej, że bardzo bolą mnie plecki, że nie mogę jej nawet przytulić, poszła do pokoju, i wróciła z zestawem lekarskim, ma taki swój, zabawkowy. Wyjęła stetoskop, i mówi: "Amelka Cię wyleczy, nie będzie Cię boleć"...,malutka... Kiedy już skończyła, tak na mnie patrzy, i mówi: "prawda, że Cię mniej boli?" Odpowiedziałam: "Pewnie Amelko", chociaż prawda była inna. Tak na mnie popatrzyła...: "Agaaa, kocham Cię bardzo", i przytuliła się do mojej buzi... Normalnie, szczęka mi opadła, ona nigdy pierwsza nie mówiła takich słów, w ogóle ciężko jej to przychodziło, bo z założenia nikogo nie kochała, i na wszystkich się obrażała. Aż mi pociekło po policzkach, ze wzruszenia. Jest taka rozwinięta, jak na swój wiek, chociaż daje popalić, i czasami mam jej dość, to jednak takie słowa, poruszyły moje serce, i łezki pociekły po policzkach...
Dzisiaj jest lepiej. Jestem w stanie siedzieć, boli, ale to nie to, co wczoraj. Rano byłam na opatrunku, znowu ta sama katorga, co wczoraj. Nawet przez myśl mi przeszło, że więcej tam nie pójdę, bo nie zniosę tych zmian... Masakra :(
Update:
Bo, ja się nie pochwaliłam, chociaż nie lubię się chwalić, no ale dzisiaj muszę, dzień wczorajszy, to nie tak do końca samo zło. Dostałam coś pięknego, wyjątkowego coś, co teraz stoi i patrzy na mnie, i jest (poza wolfikiem, - oczywiście), najpiękniejsze na świecie. Małe, uszate, z trąbą... Uwielbiam słoniki :) Od kogo dostałam, chyba nie muszę mówić, a jak ten "ktoś" ładnie pisze...Mrrr :)

..., i pomimo bólu, i łez, sprawiło mi to wielką radość, dziękuję :* Pozostała część prezentu, została przeznaczona tylko dla oczu wolfika ;)
środa, 26 maja 2010
A oto nasze wieczorne zabawy(te przed kąpielą;)).
A to rysuneczek Salanne;).Prawda,że śliczny;)?Zwłaszcza ten szósty palec;)
A to ofensywa czarnych;).Atakującą jest Salanee.Jestem z Niej dumny,bo przez tydzień zrobiła ogromne postępy.Jeszcze parę dni temu nie wiedziała dokładnie jak ruszać figurami,a teraz !Zaczyna mnie zmuszać do myślenia;).Śliczna,mądra i do tego umie grać w szachy;).
poniedziałek, 24 maja 2010
Dawno nie pisałam, fakt. Nie jest to żadna nowość, wielokrotnie powtarzałam, że nie mam weny, i nawet chęci do tego. Jakoś tak wyszło. Każdy mój blog miał ten sam koniec, powolutku zapominałam o jego istnieniu, nie czułam potrzeby bycia w nim, integrowania się. I o ile, tamte blogi było mi łatwiej kasować, tak z tym miałabym problem, wszak zostawiłam tu trochę swojego życia, i jakby nie było, wiele mu zawdzięczam, chociaż czasami sprawił, że ludzie obrazili się na mnie za to, co tu napisałam, za moje przemyślenia, za mój gorszy moment życia. Co robi choroba z psychiką człowieka, to sobie nawet nie wyobrażacie. Milion myśli dostaje się do głowy, i najgorsze, że żadna myśl nie jest pozytywna. Człowiek przelewa w ten świat to, co czuje, a potem obrywa..., no ale to zamierzchłe czasy, i nie mam wpływu na to, co się wydarzyło.
Teraźniejszość, znowu przynosi mi dużo bólu. Fizycznego, - dodam. Coraz ciężej mi z nim walczyć, coraz mniej sił mam na to, aby po raz kolejny postawić się temu, co mnie atakuje, i zjada od środka. Brak snu, nadal występuje. Ból nie daje mi zasnąć tak, jakbym chciała, w cieple, przytulona do kołderki, na swoim ulubionym brzuszku tak, jak lubię... Zasypiam ze zmęczenia, i budzę się, kiedy podczas snu, próbuję ułożyć się w innej pozycji, niźli na prawym boku, ale bezskutecznie. Każdorazowe naprężenie pleców, daje taki ból, jakby ktoś przekłuwał mnie nożem, i dźgał, co chwilkę, po moich wnętrznościach. Straszne to jest, i właściwie nie da się tego opisać. Każda noc, związana jest z płaczem, bo takiego bólu nie jestem w stanie znieść. Autoszczepionka przede mną, ale czy przyniesie skutek? Im dłużej żyję z jej świadomością, tym ciężej mi uwierzyć, w jej powodzenie, przez wszystkie pobyty w szpitalu, zaaplikowali mi miliony antybiotyków, bardzo mocnych, wszystko bez skutku. Teraz, zanim podadzą autoszczepionkę, będę znowu dostawiać antybiotyki, i ciekawa jestem, czy teraz coś zadziała..., bo niby, co może się zmienić od tamtych razów, teraz te bakterie mają ze mnie pożywkę, bo nikt im nie przeszkadza, i namnażają się we mnie, i ja to czuję, w każdej postaci. Pieprzone beztlenowce! I słaba jakaś taka jestem, i męczy mnie to strasznie...
Jeszcze ta pogoda mnie dobija. Kiedy pada, - źle, kiedy pogoda obdarowuje mnie słoneczkiem, też nie wychodzi mi to na korzyść. Dlaczego? Zżera mnie tęsknota, tęsknota do gór, do wyjścia na szlak, do pobycia wśród natury, i to takiej, którą uwielbiam najbardziej. Tam wypoczywałam najlepiej, tam regenerowałam się, i zbierałam swoje siły, tam byłam ponad sobą, problemy przestawały mieć znaczenie, byłam tylko ja, i one, a teraz..., teraz mogę tylko popatrzeć na nie z okna, bo nie będzie mi dane zasmakować szlaków górskich... winowajcą - plecy! Góry dopełnia rower, ta forma aktywnego wypoczynku, dawała mi pozytywne zmęczenie. Przejazdy przez lasy, nierówności, i podróż w nieznane, dawała mi dziką satysfakcję, a ryzyko, które czasami musieliśmy ponieść, powodowało podniesienie adrenaliny do granic możliwości,(np. zjazd z góry, prędkość ok 65 km/h) Czułam tylko syk powietrza, kierownicę trzymałam mocno, wiedziałam, z czym wiąże się wpadnięcie w lekką nierówność, pupa nie siedziała na siodełku, tylko wystawała poza nim, najlepsza sylwetka do poprawnego zjazdu, ręce zgięte w łokciach, pracowały do granic możliwości..., i to, co doświadczyłam podczas tego zjazdu, jest tylko moje. I tak cholernie mi brakuje mojego rowerka, i tak bardzo chciałabym znów wsiąść na niego, i dać się ponieść w nieznane..., a tu się nie da, nie można. Zakichane plecy!

...,chlip.
Jestem zmęczona chorowaniem..., strasznie zmęczona.
sobota, 22 maja 2010
środa, 19 maja 2010
Nie ze strachu - z wściekłości, z rozpaczy!
Ślad po wilczych gromadach mchy pokryły i darń,
Niedobitki los cierpią sobaczy!
Z gąszczu żaden kudłaty pysk nie wyjrzy na krok,
W ślepiach obłęd lęk chciwość lub zdrada!
Na otwartych przestrzeniach dawno znikł wilczy trop,
Wilk wie dobrze czym pachnie zagłada!
Słyszę wciąż i uszom nie wierzę,
Lecz potwierdza co krok wszystko mi:
Zwierzem jesteś i żyjesz jak zwierzę,
Lecz nie wilki, nie wilki już wy!
Myśli brat, że bezpieczny, skoro schronił się w las,
Lecz go ściga nie bóg! Ściga człowiek!
Śmigieł świst nad głowami, grad pocisków i wrzask,
Co wyrywa źrenice spod powiek!
Strzelców twarze pijane w drzew koronach znad luf,
Wrzący deszcz wystrzelonych ładunków!
To już nie polowanie, nie obława, nie łów!
To planowe niszczenie gatunku!
Z rąk w mundurach, z helikopterów
Maszynowa broń wbija we łby
Czarne kule i wrzask oficerów:
Wy nie wilki, nie wilki już wy!
Kto nie popadł w szaleństwo, kto nie poszedł pod strzał
Jeszcze biegnie klucząc po norach,
Lecz już nie ma kryjówek, które miał, które znał,
Wszędzie wściekła wywęszy go sfora!
I pomyśleć, że kiedyś ją traktował jak łup,
Który niewart wilczych był kłów!
Dziś krewniaka swym panom zawloką do stóp,
Lub rozszarpią na rozkaz bez słów!
Bo kto biegnie - zginie dziś w biegu!
A kto stanął - padnie gdzie stał!
Krwią w panice piszemy na śniegu:
My nie wilki, my mięso na strzał!
Ten skowyczy trafiony, tamten skomli na wznak,
Cóż ja sam? Nic tu zrobić nie mogę.
Niech się zdarzy co musi się zdarzyć i tak,
Kiedy pocisk zabiegnie mi drogę!
Starą ranę na karku rozszarpuje do krwi,
Ale póki wilk krwawi - wilk żyw!
Więc to jeszcze nie śmierć! Śmierć ostrzejsze ma kły!
Nie mój tryumf, lecz zwycięstwo - nie ich!"
poniedziałek, 17 maja 2010
W ramach "odchamiania", dałam sobie nakaz wyjścia z domu w trybie natychmiastowym... Ból pleców był nieważny, jakoś dałam rady. Moja noga poczłapała, zobaczyć wielką wodę... Zdjęcia poniżej...





Pogoda nas nie rozpieszcza w ostatnim czasie, wszystko to odbija się na człowieku, i jego samopoczuciu. Ledwo się wstanie, a już chce się spać. Jeszcze plecy mi nie pomagają, i praktycznie nie zdarzyło się, żeby mnie ból nie obudził. 5-6 godzin snu w nocy dla mnie, to za mało. W dzień 2-3 godzinki dodatkowe, i można by rzec, że uzbiera mi się 7-9 godzin, ale organizm jakoś mocy przerobowych nie zbiera. Ciągłe opady deszczu powodują kiepskie nastawienie, brak pomysłów, zorganizowania, nic się nie chce. Męczy mnie to strasznie, bo nie lubię taka być, bo ja wolę mieć dobry nastrój, uśmiechać się, i nie popadać w dziwne stany, które nadal występują. Ostatnio, taki kryzys miałam w szpitalu, i zdecydowanie go nie lubiłam. Zawiesić się, i tak patrzyć w jeden punkt..., masakra jakaś... Zmęczona jestem tym wszystkim, i gdyby nie wolf, to pewnie w ogóle już bym się przestała uśmiechać... On, potrafi sprawić, że jakoś zapominam, i wracam do siebie, jak za starych dobrych czasów, kiedy to choroba, nie wiodła u mnie głównego prymu. Ciężko mi jest jednak, bo wiem, że nie zawsze mogę wykrzesać z siebie coś pozytywnego, będąc w kiepskim stanie psuję humor jemu..., i takie błędne koło się wytwarza, bo kiedy on jest smutny, to i ja smucę się jeszcze bardziej. Ech. Czemu organizm człowieka jest taki skomplikowany, i dlaczego czasami nie można sobie z nim poradzić, chociaż bardzo by się chciało? Wiem, marudzę, ale tak już mam, bo chciałabym, żeby wszystko zaczęło się układać, żebym zaczęła zdrowieć, żeby rany na plecach w końcu zagoiły się, żebym powoli zaczęła zapominać, co przeszłam przez ostatni rok..., bo za niedługo właśnie wypadnie rocznica mojego zachorowania. Nigdy bym nie pomyślała, że czeka mnie taka długa walka, o zdrowie, że medycyna straci pomysł, jak mi pomóc, że lekarze, poddadzą się, nie mając żadnego punktu zaczepienia, że tak naprawdę pozostawią mnie samej sobie, licząc na to, że może coś wykombinuję? A ja już nie wiem, co mogę robić, żeby w końcu opuściły mnie te bakterie. Opatrunki zmieniam kilka razy dziennie, ciągłe płukania pod prysznicem, kwasem bornym, nie przynoszą rezultatu, a występująca monotonia sprawia, że nienawidzę tej procedury. Już nie pamiętam kiedy, czerpałam przyjemność z kąpania się. Jeżeli ta autoszczepionka mi nie pomoże, to nie wiem, co zrobię, boję się, że wybuchnę, i już więcej znieść nie będę mogła, że poddam się, i przestanę walczyć, że czara goryczy wobec mnie samej się przeleje, i ta moja niby silna psychika pójdzie się "paść". Czasami zastanawiam się, za co to wszystko, czym sobie zapracowałam co takiego zrobiłam, że tak mnie to wszystko doświadcza. Zawsze byłam dobrym człowiekiem, nigdy nie chciałam dla nikogo źle, pomagałam, nie było u mnie słowa "nie mam czasu", wobec innych ludzi..., jednak jak coś do człowieka ma się przyplątać, to bez względu na to, co zrobił, i tak przyjdzie, i w nosie ma to, że człowiek w życiu nacierpiał się już wystarczająco, i chociaż raz chciałby nie myśleć, i oddać się szczęściu, które nazywa się wolf. Ech.
Miałam się położyć spać w południe, nie wyjdzie mi to niestety. Amelka mnie zaszczyci swoją obecnością, bo jej mama musi ratować sprzęt, który lada moment zostanie zalany przez wodę. Niestety, w moim mieście zaczyna się dziać źle. Dzisiaj mają zamknąć mosty, które łączą nas z drugą częścią miasta. Woda wylała, jest już całkiem niedaleko ode mnie. Z okna widzę, jak przybiera, zalała cały stadion, i jeżeli nie przestanie padać, to w końcu wały zostaną przelane, i woda obleje moje osiedle. Korki są straszne, straż nie chce puszczać samochodów, kryzys, a deszcz sobie nic z tego nie robi, tylko leje, jakby ktoś na górze wypłakiwał morze łez... Tak samo, jak w 1997 roku...
Ciekawe, co się śni wolfikowi, tak, on ucina sobie drzemkę, i mam nadzieję, że w przeciwieństwie do mnie śni mu się jakiś dobry sen..., i budząc się, sprawi, że moja twarz przybierze jaśniejszych barw, i uśmiechnę się zapominając na czas jakiś o wszystkim... I nauczy mnie grać w szachy, bo jakoś do dnia dzisiejszego nie opanowałam zasad, wiem..., mądrością nie grzeszę.
I w ogóle wyszłoby słońce, bo chcę wrócić do swoich sił witalnych, nie godzi się, żeby Salanee była smutna, żeby traciła wiarę, wiarę, którą tak przekazuje innym. Przez to staje się niewiarygodna, i sprawia, że sama w siebie też nie wierzy.
..., a miał być dzisiaj optymistyczny wpis..., jednak coś mi nie wyszło...
sobota, 15 maja 2010
Dzisiaj na muzycznie. Niektórzy się ze mnie śmiali, że lubię Rubika, bo jak można lubić taką muzykę..., a ja wrażliwe stworzenie, i cenię sobie słowa, które znaczą dla mnie bardzo dużo. To, dzięki nim jestem w stanie funkcjonować, to one motywują mnie do dalszego działania, i sprawiają, że wierzę w to, że życie ma sens. Słowa potrafią bardzo dużo, zresztą pisałam tu już o tym wiele razy, oprawa muzyczna też bardzo ważna... i wszystko to, łączy coś pięknego w jedną całość, i sprawia, że na moim ciele pojawiają się ciarki... Teraz, kiedy moje życie odwróciło się, i dało mi wolfa, jeszcze bardziej doceniam znaczenie słów. Oratoria lubiłam zawsze, i kiedy wczoraj Miłości moja, tworzyła wpis, ja poszukiwałam tych odpowiednich słów, wyśpiewanych, wytańczonych, wymodlonych..., bo najważniejszym odkryciem jest to, że można tak kochać... Wolfiku, dla Ciebie...
Wszystkim Wam życzę takiego szczęścia, czasami długo czekamy na tę jedyną osobę, ale się doczekujemy. Nie zna się dnia, ani godziny. Nie można zamykać się, być niedostępnym, trzeba otwierać drzwi, i zapraszać do siebie ludzi... Warto to robić, bo kiedyś możemy się obudzić mając 60 lat, i żałować tego, że się w życiu nie wykorzystało momentów, i było czasami złym, i wrednym wobec innych, niby bliskich ludzi... Każdy z nas, zasługuje na kawałek dobra, na kawałek szczęścia... Nie można się załamywać, i myśleć, że w życiu nas już nic dobrego nie spotka... Dlaczego? Bo kiedy przyjdzie gorszy moment, kiedy nastanie "zawieszenie", to nie otrząśniemy się z tego, będąc samymi...
Jak już pisał wczoraj wolf, posiadam stany zawieszenia, kiedy to przestaję się odzywać, wpatruję się w jeden punkt, i mogłabym tak przez cały dzień. O niczym szczególnym nie myślę, u mnie prym wiedzie choroba, więc podświadomość wypracowuje obawy, z którymi nie zawsze mogę sobie poradzić. Pojawiają się czarne myśli, które potrafią mnie pochłonąć bez reszty. I wtedy przychodzi wolf, który cierpliwie wyciąga mnie z tego, sam się martwi, chociaż nie zawsze o tym mówi. A ja, mam wyrzuty sumienia, że swoim samopoczuciem, zarażam jego, a nie chcę tak, bo ogólnie nie lubię się smucić... Kiedy ja mam gorszy stan, udziela się to wolfikowi. A ja tak lubię jego dołeczki w policzkach, a te dołeczki pojawiają się tylko podczas uśmiechu..., dlatego jest mi smutno, kiedy ich nie ma, a nie ma ich przeze mnie..., a On musi znosić taką smutaśną Salanee...
piątek, 14 maja 2010
No i mamy weekend,choć dla mnie cały tydzień jest weekendem-taki ze mnie leniuszek;).Ale nie ,nie ,nie tak do końca,bo kto dba o dom?No kto-ja;).A jest trochę metrów do sprzątania i nie wiadomo skąd stale te koty i kurz;).Aaa i jeszcze cały ogród,oj przydałoby się tak porządnie nim zająć,ale komu się chce;).Może Pysio jak dojdzie do siebie się weźmie za mnie;).Choć na razie ustalone,że umyje okna ,a ja będę Ją asekurował gdy będzie stać na tym krześle(ciekawe co z tego wyjdzie;)).Zresztą nie będę się przejmował,bo jak na razie jeszcze widać przez okna,więc nie jest źle,a poza tym wolę spędzać czas z Agniesią;).
A teraz coś poważniejszego,czyli dalszy ciąg walki Agniesi z bakteriami i polską służbą zdrowia.Żeby w XXI wieku szpital nie mógł wysłać wycinków i pobranych posiewów do drugiego szpitala(odległość wcale nie taka duża)-no skandal !Sami nie dają rady,więc ich zadaniem jest zrobić wszystko,aby pomóc na wszelkie możliwe sposoby ,a nie że trzeba samemu latać,kombinować,załatwiać,a skutek żaden...Nawet firma kurierska nie weźmie tego,bo mają jakieś swoje wewnętrzne przepisy,które uniemożliwiają im brać takich przesyłek od klientów indywidualnych.No i wycinki nie poszły do badań i może się tak zdarzyć,że Pysio będzie zmuszona jechać po raz drugi do Krakowa.Ale nikt się nie spyta,czy da radę,czy jest w stanie...I nastało średniowiecze w Polsce.Tylko jak te realia mają się do znanej "Leśnej Góry";).Tylko parsknąć śmiechem....A żeby tego było mało to okazało się ,że ząbek Pysia jest do wyrwania,nie nadaje się do leczenia i to do wyrwania chirurgicznego...Ech,jakby mało miała na główce i bólu...
Podparła się teraz i myśli;).Ciekawe nad czym tak duma,czasem chciałbym choć na chwilę być w Jej główce,nawet bym się nie wiercił za dużo;).Mimo,że mówimy sobie wszystko to jednak chciałbym tak spojrzeć ,pomyśleć z Jej perspektywy....Yyy,chyba za dużo bym chciał,a niech tam ma coś swojego i tak chyba nieźle Ją odgaduje;)...(Kolejne spojrzenie)-Chyba coś czyta,bo oczka latają z lewa na prawo;).Pewnie coś interesującego,bo ostatnio ciekawi Ją pewien temat i bardzo go zgłębia;).
Jutro mamy zaplanowane porządki,pewnie takie powierzchowne,bo znając życie to zanim wstaniemy,pogadamy w łóżku będzie 10,a potem kawka itd i już obiad;).

czwartek, 13 maja 2010
środa, 12 maja 2010
Autoszczepionka zbliża się wielkimi krokami. Wczorajsza wizyta w Krakowie, była dla mnie męcząca, ale najważniejsze, że mam to już za sobą. Niestety, żeby posiewy wyszły miarodajne, a ludzie robiący dla mnie "cudowny lek", byli pewni, że to zadziała, muszę mieć nacięty ropień, który utworzył się kilka tygodni temu. Mieszanka, która się w nim znajduje, musi zostać również zbadana, bo nie wiadomo, jakie w środku są bakterie, więc nie mam innego wyjścia, jak poddać się temu bolesnemu zabiegowi. Boję się jutra, tak dużo już bólu miałam, i mam, nie chcę więcej. Mam nadzieję, że to będzie już ostatni raz, że więcej blizn mi już nie zaoferują, bo z tymi, co mam jest mi ciężko, mimo tego, że wolf mi powtarza, iż wszystkie moje blizny są do pokochania. Jednak, jestem kobietą, i ciężko jest na siebie patrzeć, kiedy plecy, pupa, brzuch, i pośladek jest pokryty różnej wielkości bliznami. Wiem, że część się wybieli, ale większość pozostanie, i już zawsze będzie nierówno w kilku miejscach. Do dnia dzisiejszego, nie zaakceptowałam blizn na ręce, i wstydzę się ich, kiedy wychodzę bez opaski, a tu jeszcze tyle dodatkowych doszło, chociaż te na plecach są niewidoczne, dopóki, nie przyjdzie lato, wtedy wiadomo, krótsze t-shirty, sprawią, że podczas zniżania, odsłoni się na plecach, największa nierówność, jaką posiadam, i jaka dla mnie jest najbardziej traumatyczna. Pociesza mnie fakt, że do lata, trochę jeszcze jest, i może trauma w związku z tym, też przejdzie.
Iva, ostatni czas, sprawia, że nie ma takiej weny, która pozwoliłaby pisać bloga, ludzie zajęci swoimi sprawami, obowiązkami. Bloga nie trzeba pisać codziennie, to nie jest obowiązek, ważne, żeby w ogóle pisać ;)
A dzisiaj mi się znowu popłakało, i wolfikowi zrobiło się smutno. W ostatnich dniach, trochę się rozbestwiłam, i konsekwencje, które dzisiaj poniosłam, należały mi się na pewno, jednak jest mi ciężko, bo nie robię tego celowo, to mój organizm jest głównym problemem, z którym ja sama sobie nie mogę poradzić... Powód? Znany. Nie jem. Obiecałam, że się postaram ( chociaż tych obietnic było już tyle), nie mam nawet zbytnio, co napisać, bo ciężko jest mi wytłumaczyć, motywy mojego organizmu, kiedy wstręt na sam widok jedzenia, daje dodatkowe konsekwencje, z których nie czerpię żadnych przyjemności, wręcz przeciwnie. Staram się nie nakręcać, teraz nie myśleć, że za chwilę muszę jeść, ale to samo do mnie przychodzi, nawet jak wyrzucam to z głowy. I wpadam w takie błędne koło, cierpię ja, cierpi Wolf, a mi potem jest z tego powodu przykro.
poniedziałek, 10 maja 2010
Poniedziałek, zwany dniem pracowitym! Nie, nie dla mnie, wolfik,dzisiaj wzorowym obywatelem jest, i oporządza trawę wokół domu, coby sąsiadom nie rozsiać chwaścików, które niewątpliwie na tej trawce się znajdują. Mięśnie poprzez drgania się mu wzmocnią, i będzie potem King Bruce Lee karate mistrz! O! Ja również nie próżnuję, i w ramach postanowienia, które wystąpiło jakieś dwa tygodnie temu, a do którego zebrałam się dopiero teraz, bo przecież wszystko musi nabrać mocy urzędowej, zrobiłam porządek w szafie... Nad jednym ubolewam, nie mam teraz w czym chodzić! Większość rzeczy jest dla mnie za duża, pozostała część, jakoś przestała mi pasować, i efektem tego są puste miejsca na moich półkach. No, nic, jakoś braki uzupełnię, grunt, że mam porządek..., na jak długo, to się okaże, bo jakimś dziwnym trafem, sam u mnie po czasie zaczyna występować. Dziwne, nie?
Dzień przyjemny, zresztą ja od ponad miesiąca nie posiadam nieprzyjemnych. Zastanawiam się, jak kiedyś mogłam żyć w przekonaniu, że przez życie chcę przejść sama, że do szczęścia nikt mi nie jest potrzebny. Niebywałą egoistką wtedy musiałam być, skoro takie głupie myślenie wkradło się do mojej głowy. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez wolfa, wszystko po raz kolejny straciłoby sens, a ja już na pewno przestałabym chcieć tu być. Psychika moja, niby mocna, na takie coś nie byłaby przygotowana, i nie potrafiłaby sobie wytłumaczyć dlaczego..., No, dobra, cichnę już, bo zaraz usłyszę tudzież zobaczę... "Przestań", jakże wolf lubi używać tego słowa w stosunku do mnie, i to nie chodzi o nic zdrożnego, absolutnie, wtedy powiedziałby "nie przestawaj" ;)
Jutro czeka mnie wyjazd do Krakowa, pierwszy krok, który pozwoli mi mieć nadzieję, i który zbliży mnie do początku końca. Na dzień dzisiejszy, nie jest dobrze..., jednak wierzę, bo wiem, że tym razem się uda!
Uciekam, bo grzmi! I to nie jest wolf, ale burza, która nieśmiało zaglądnęła do moich okien, i nie zapytała, czy może..., a ja się jej tak boję...
Wolfik...: من شما را دوست دارم! :*
niedziela, 9 maja 2010
Niedziela..., z reguły nie lubiłam niedziel, gdyż zawsze po niej przychodził poniedziałek, a tym samym zaczynał się dla mnie ciężki tydzień pracy, w którym zapominałam o wszystkim, i wszystkich, pochłaniałam się bez reszty swojej pracy, która zawsze mnie wykańczała, jednak trwałam, bo nie miałam innego wyjścia. Było to swoistego rodzaju przyzwyczajenie, obowiązek, i ambicje, które uruchamiały się w momencie podejmowania się jakiś obowiązków, a że miałam ich aż nadto, to 8 godzin nie wystarczało, ażeby się z tym wszystkim uporać, i trwałam w pracy po 12 godzin, bez jedzenia, o jednej, czy też dwóch kawach, i papierochach, bo to one trzymały mnie w kupie, były wybawieniem na stany nerwowe, stresowe, czy też chwilowe zapomnienie. Dlaczego o tym piszę? Ano, dlatego, że teraz każda niedziela jest inna, jest dla mnie pozytywna, nie martwię się, że jutro znowu muszę robić coś, co nie do końca zgadza się ze mną samą, że muszę pokonać tyle kilometrów, a i tak z życia nic nie będę miała, bo przecież, pieniądze to nie wszystko, prawda? I chociaż, życie mnie doświadczyło, bo choroba zabrała mi, na pewno dobre chwile, to wiem, że teraz mam to wynagradzane w każdym momencie mojego bytowania. Wiem, że nie jestem sama, że mam osobę, która jest dla mnie tym nieoszlifowanym diamentem, o którym tu wielokrotnie wspominałam, że dzielę z nią życie, że żyję już nie tylko dla siebie, i nie mogę zachowywać się tak, jakbym była sobie sama sterem, żeglarzem i okrętem, a kiedy przychodzi gorszy moment, kiedy chwilowo ucieknę myślami, i znowu mój umysł próbuje zatracić się w samotności, od razu słyszę, taki cichutki szept, po którym przechodzą przeze mnie ciarki...,: "kocham Cię"..., i wypędza wolf ze mnie tego demona, który próbuje zepsuć mój humor. On wie, kiedy jestem smutna, kiedy coś jest nie tak, kiedy uśmiecham się na siłę. Zna każdy mój gest, wie, czego w danym momencie potrzebuję. Tak dobrze mnie zna... Do tej pory, nikomu nie dałam się tak poznać, przed nikim nie otworzyłam się tak bardzo, przykro stwierdzić, ale chyba, jeszcze nie było osoby, która zasłużyła na całą "mnie". W każdym momencie, brakowało tego najważniejszego uczucia, tej miłości, tych magicznych słów, których przez długi okres nie potrafiłam wypowiedzieć..., bałam się? Nie byłam nauczona? Nikt tak do mnie, nigdy nie mówił? Nikt mnie nie kochał? Wszystkiego po trosze. wolf, pokazał mi swoją osobą, co to znaczy kochać, co to znaczy wypowiadać słowa, i nie rzucać ich na wiatr, co to znaczy trwać w tym uczuciu, i być niezmiennym, i w każdym dniu, uczyć się czegoś nowego. Dzięki niemu, słowo "kocham", występuje u mnie codziennie. Nieprawdą jest, że im częściej powtarzane, traci na wartości. U mnie za każdym razem, przechodzą przez ciało ciarki, a w serduszku robi się gorąco, wiem, że to, słowo, ma znaczenie, i nie jest sobie rzucone w eter, żeby się przypodobać, żebym usłyszała to, co chcę usłyszeć. Jestem szczęśliwa, i wiecie, co wam jeszcze powiem? Życie ma sens, chociaż pewnie jeszcze nie jeden raz wpadnę w gorszy stan, i na mojej buźce zamiast uśmiechu pojawi się smutna minka, to wiem, że wtedy, usłyszę ten magiczny głos, który sprawi, że znowu zacznę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że wyzdrowieję, że damy radę, bo teraz nie walczę sama, walczymy we dwójkę, i ja to czuję, na każdym kroku, a kiedy już pozbędę się bakterii, i autoszczepionka zacznie działać cuda, to pchnę to nasze życie do przodu...,znaczy, razem pchniemy...
Kocham Cię mój Wolfiku, chociaż Ty o tym wiesz, dziękuję Ci, za każdy rozdział mojego życia, w którym byłeś, i dziękuję za każdy, w którym będziesz..., bo że będziesz, to wiem na pewno.
sobota, 8 maja 2010
piątek, 7 maja 2010
Będę Cię kochał zawsze,wystarczy ,że...będziesz.Będę Cię kochał cokolwiek powiesz,zapragniesz czy zechcesz.Będę Cię kochał zawsze-na wieki,w każdym miejscu o każdej porze dnia i nocą ciemną też będę.Wiosną,latem,jesienią,a nawet zimą też kochał Cię będę.Do utraty tchu,na dobre i złe,w szczęściu i chorobie,bez pamięci,do szaleństwa,do końca,szczerze i prawdziwie...
czwartek, 6 maja 2010
Ps.Zjadła,ale wylała morze łez przy tym....Jutro od nowa pcham ten głaz pod górę,ale będę to robił codziennie ,bo cholernie mocno mi na Niej zależy,a dlaczego?....A dlatego,bo jest całym moim światem...
środa, 5 maja 2010
Szara, ponura środa..., pod względem pogody oczywiście. Wszystko inne jest kolorowe. Dzisiaj odpoczywam, chociaż w założeniu, miałam udać się na badania krwi, to jednak praktyka chciała inaczej, i chociaż wolf, poświęcił się i specjalnie wstawał, żeby mnie obudzić, to mój rodziciel, zadecydował za nas, i zabrał mi samochód, który miał byś jedynym środkiem transportu, pozwalającym dostać się do szpitala. Nie, nie zabrał ze złośliwości, on po prostu pojechał do pracy..., a wolf mi powtarzał dzień wcześniej: "spytaj się taty, czy nigdzie jutro nie jedzie". Odpowiadałam: "nie, na pewno nie", i jednak pojechał. No, nic, badania wykonam w piątek, podobno na te zlecenia nie ma daty ważności, więc tego się trzymam, chociaż mnie tam się nie spieszy, bo nienawidzę pobierania krwi, te moje żyły marne są, i po prostu mnie boli, kiedy sadystyczna pielęgniarka próbuje mi się wkłuć. Uprzedzeń się nabawiłam, ale mam ku temu powody, i to znaczne. Mówiłam już, że nienawidzę służby zdrowia? Nie pod kątem, że nie wywiązują się ze swoich obowiązków, tylko, że krzywdę mi non stop wyrządzają, i bez przerwy czegoś ode mnie chcą, a ja mam ich serdecznie dość, i tak chociaż tydzień, chciałabym nie myśleć, że znowu gdzieś muszę iść, coś załatwić, etc. A, jutro pewnie natną mi powstałego ropnia, i zacznie się cierpienie, chociaż już teraz cierpię, i powoli robię się niewydolna ruchowo. Zresztą, wolf doskonale opisał mój stan. Autoszczepionka jest mi potrzebna, w niej widzę, jedyny swój ratunek, kiedy ona nie pomoże, to spasuję, bo nie mam siły na to wszystko, i chociaż się mnie tu szantażuje, i grozi, że pupa mi spuchnie z wymierzonych "razów", to i tak zdania póki co nie zmieniam. Piszę, póki, co, bo wiadomo, że te "razy" mogą jednak za mnie zadecydować inaczej;) I z pola walki, to wszystko...
Postanowiłam także dzisiaj sobie posłodzić, jako, że wolf smacznie spał, udałam się do sąsiadki, wiecie, plotki i te sprawy, pod pretekstem, że się komputer zepsuł..., wszakże tego, hym;)Po pół godzinie, moja głowa spuchła na tyle, że mogłam wrócićdo domu, i w ramach wcześniej wspomnianego posłodzenia, nałożyłam na siebie coś, co się zwie maseczką..., smaczna to ona nie była, ale, czego się nie robi, aby przedłużyć sobie młodość... Raz, za czas się należy, nie?


Bywajcie! Wolf, powoli jedz:P;)
wtorek, 4 maja 2010
Dziś ja przejmuję bloga we władanie;).Zacznę może od tego ,że oczekiwaliśmy chyba zbyt wiele od naszej służby zdrowia. Nie będę klął na nich za bardzo, bo Salanee mi głowę urwie;), ale naprawdę zbywają pacjentów i mają ich w nosie,więc czekamy do czwartku(wizyta u chirurga) i do tego czasu muszę zmotywować Pysia,aby tam trochę im nagadała,a jak nie to wilkiem ma poszczuć;). No,bo co ?Czy tak im ciężko zadzwonić ,umówić swojego pacjenta na wizytę !No do cholery,skoro sami sobie nie radzą i nie wiedzą jak dalej ma przebiegać leczenie to niech kierują,szukają.Zaczynam się nakręcać i zaraz mnie trafi;)(więc sobie zapaliłem;))....Uff,już lepiej(no może nie dla płucek;)),ale cóż jakieś nałogi ,uzależnienia trzeba mieć.Ja przede wszystkim uzależniłem się od Waderki;) i to śmiertelnie;)(spojrzenie na Agniesię-okey coś tam kilka;)).Hym ,już prawie 19 i zaraz się zacznie "nie ,nie będę jadła,proszę-mam pełny brzusio).No normalnie masakra z tym niejadkiem;).Zjadła(niby zjadła,bo nie widziałem) jakiś obiad. Wierzę ,że coś tam jadła,ale ile ? Ile ja się pytam,bo jak się nie dopilnuje to jak wróbelek-elemelek je;). Aaa i potem jeszcze jednego naleśnika i Ona myśli ,że ja Jej odpuszczę dziś kolację... A w życiu ! Agniesia więc zaraz to sobie przeczytasz i nawet nie dyskutuj w tej kwestii:).Pozdrawiamy Wszystkich i życzymy miłego wieczoru:),a ja zmykam popatrzeć jak Ktoś się skupia klepiąc w klawiaturę,a przy tym marszczy czółko;).
poniedziałek, 3 maja 2010
Powróciłam, nie wiem, na jak długo, ale póki, co, - jestem. PMS, odeszło w niepamięć, teraz zaczęły się inne problemy, poważniejsze, tak jak już napomknął wolf. Znowu doskwiera mi ropień, znowu przestaję w nocy sypiać, występują automatyczne pobudki, kiedy próbuję obrócić się na drugi bok lub brzuch. Dzień też nie przynosi nic dobrego, bo chodzenie nie wychodzi, i większy krok lewą nogą, powoduje automatyczny paraliż bólowy, okolicy lędźwiowej po stronie lewej. Straszne, to jest. Były antybiotyki, było jako tako, skończyły, się i znowu wracam do punktu wyjścia. Ech. Dawno bym się już załamała, gdybym miała przez to wszystko przechodzić sama, ale mam wsparcie, i jest mi o wiele łatwiej, chociaż myśli, czasami i tak krążą, zadając pytanie, a jak się to nie zagoi nigdy? Zamyślanie się jednak nie trwa długo, bo automatycznie przerywa je głos, dzięki któremu moja buzia znowu zaczyna się śmiać. Dziękuję wolf:* Jeszcze w życiu nie było mi tak dobrze, jak teraz, chociaż żyję z paskudną chorobą. Ten stan, który mam, nie można nijak określić,bo słowa to za mało, pragnę tylko powiedzieć, że życzę, aby każdy z Was, doświadczył tego, co ja. Kiedyś myślałam, że nic mnie już dobrego nie spotka, a spotkało, i wynagradza mnie codziennie coraz bardziej, a ja z każdym dniem jestem coraz bardziej szczęśliwa, i dziękuję losowi, za to, że jest, że istnieje, że łączy, i pozwala trwać, grunt to być cierpliwym, i wytrwale czekać, bo, że każdy zasługuje na szczęście, to nie podlega dyskusji. Byle do przodu, jak to mówią.
I, co ja to chciałam...
Wolfik, godnie przejął prowadzenie bloga, prawda? Ale, za te zdjęcia, to foch, taki na niby;) Mam problemy z jedzeniem, i to dosyć spore, brak chęci, brak przyjemności w jedzeniu = odrzucenie, i nie ma siły, która sprawi, że jedzenie zacznie mi smakować. Powiecie, żeby żyć, trzeba jeść, ja to wiem, ale psychika sobie wypracowała swoje zachowania, i nie może się ich wyzbyć.
Jutro mam ciężki dzień. Boję się go. Dość mam tych wszystkich lekarzy, chodzenia, załatwiania, i w ogóle. Wyjazd do Krakowa, napawa mnie przerażeniem jeżeli moje dolegliwości bólowe nie przejdą..., ale póki, co, staram się tego wyzbyć, bo zanim to dojdzie do skutku, to pewnie jeszcze trochę to potrwa. W każdym razie, trzymajcie kciuki!
I w sumie, to by było na tyle, nic bardziej konstruktywnego już nie wyprodukuję, teraz ważniejszy dla mnie jest wolf, niż blog, i to pewnie dlatego. Więc, uciekam, bo się kurzok zakurzy beze mnie na śmierć, a tego bym nie "zniesła";) Bywajcie!
niedziela, 2 maja 2010
Dziś może zacznę od tego, że Agniesia..., że plecki Agniesi, znów dały znać o sobie. Podejrzewamy, że we wtorek na wizycie będzie nacinanie i czyszczenie rany. Ech, mój bidulek znów będzie cierpiał... Ale muszą coś z tym zrobić, bo ciężko Jej nawet przejść parę kroków w pozycji wyprostowanej, a jak już idzie, to jak Babuleńka (ech taki czarny humor:)), ale może się uśmiechnie jak to przeczyta,choć mimo tego wszystkiego ma dziś w miarę dobry humor, uśmiecha się i wierzymy ,że będzie dobrze, musi być! Może we wtorek się coś wyjaśni, może coś się ruszy, może pokierują Ją gdzie indziej, a teraz pozostaje czekanie i najgorsza jest w tym ta bezradność, że nie mam Jak Jej pomóc, że nie potrafię, że nie mogę wziąć od niej tego bólu, paru bakterii:). Może na dwójkę jakby to podzielić, to nie byłoby tak źle;) W każdym bądź razie, wierzę, że będzie dobrze, bo co do cholery?! Nie po to się spotkaliśmy, żeby teraz trwonić czas na lekarzy, a Ona już chyba dosyć się nacierpiała i zgłaszam stanowczy sprzeciw w tej kwestii. Jeszcze nie wiem do kogo wyślę swój protest, ale pewnie Ktoś tam go rozpatrzy pozytywnie;).
A teraz coś z innej beczki :
sobota, 1 maja 2010
Jako,że Salanee ma dalej lenia i zwala to wszystko na PSM ;)to ja spróbuję coś napisać. Pewnie pójdzie mi to jak po grudzie, bo nigdy nie pisałem, nie prowadziłem bloga, i nie wiem, czy się potrafię tak otworzyć, jak Pysio:) Sam nie wiem od czego zacząć, bo dzień podobny do dnia, ale to nie oznacza ,że nudny... Wstaję z uśmiechem ,bo wiem ,że zaraz JĄ zobaczę:). Tak,tak -JĄ- Agniesię:).Budzę się po 6 i przez dwie, trzy godziny powstrzymuję się,aby nie napisać eska, nie zadzwonić..., ale nie, nie, nie mogę, bo przecież niech się wyśpi, a jednocześnie sięgam za telefon i znów odkładam;)... Aż w końcu wybija 9 i mogę ,już czas budzić;), a samo budzenie też trwa z pół godziny;)... Na początku słyszę dziwne dźwięki(!@#$%^&&;-nawet trudno powtórzyć;)), potem dociera zaspany głos "nooo":P. Później zmuszam Pysia do podniesienia jednej powieki, po chwili drugiej, następnie klękamy na łóżeczku i siadamy, a potem bach, znów na łóżko;) i znów procedura od początku;) i tak dopóki nie pójdzie do łazienki... Wreszcie słyszę "dryn,dryn,dryn" i skype zaczyna się "grzać";). Z oczywistych względów nie będę pisał o szczegółach, ale to jest niesamowite, bo niby jesteśmy tak daleko od siebie, to czuje się bliskość, prawie namacalność (choć chciało,by się bliżej Raju,oj chciało;)), ale jestem cierpliwy, a poza tym apetyt będzie większy;). Potem nie wiadomo kiedy jest pora obiadku.... Ech no właśnie obiadku... Ja pożeram kawał mięcha-jak to wilk, a mój Niejadek, jak ta ptaszyna,skubnie dzióbnie, pogrzebie i już Ją brzuszek boli... Oczywiście je, i za wolfa, i za siebie, i za nas itd, ale jak robi taką smutną minkę, i prosi "już nie mogę, pełna jestem ,proszę" to czasem ulegnę, choć potem tego sam żałuję, bo wiem, że musi jeść, musi nabierać sił. Teraz, jak to czytam, to tym bardziej się upewniam i zarzekam się sam w sobie, że mimo wszystko, mimo tej słodkiej minki, nie będę Jej ulegać... Ufff, wreszcie zjadła(no prawie wszystko;)), a wtedy nastaje słodkie rozleniwienie, i co;)? I idziemy drzemać:)... Pobudkę robię około 18,tak żeby do 19 się wybudziła i przez następną godzinę znów ta sama procedura rozbudzania apetytu(czyt. wmuszania;)) kolacji;). A wieczorem, a wieczorem rozmówki o wszystkim;) Tak,tak o wszystkim, bez wyjątku;). Dziwne,ale mogę Jej powiedzieć wszystko i to już od dawna,a uważałem się za skrytą osobę i ciężko mnie było namówić do zwierzeń,opowieści o sobie,mówienia o swoich pragnieniach,marzeniach ,a Waderka sprawiła,że klepię jadaczką bez opamiętania i nie raz się łapię na tym ,że wchodzę Jej w zdanie;),ale obiecuję poprawę:)....Teraz piszę i słyszę Jej oddech,zerkam co robi...Paluszek w buzi i wlepia swoje śliczne ślipka w TV;)...Mogę tak godzinami na Nią patrzeć i zawsze czuję niedosyt:)...Chyba starczy na dziś,co?;)Jak na pierwszy raz i tak mnie poniosło;)...Może jeszcze tylko jedno.Moje życie wreszcie ma sens ,już nie jest wegetacją z dnia na dzień.Cokolwiek robię,gdziekolwiek jestem Ona zawsze jest ze mną:)... Cdn.(może;)).


