czwartek, 27 października 2011

U lekarza nie byłam. Urządzenie smarkające nadal nie chce współpracować, ale dostrzegam zmniejszenie choróbska, chociaż nie przekłada się to na ból głowy, bo ta nadal daje się we znaki. Badania krwi zrobiłam (chociaż tyle). Spodziewałam się cudownego wyniku, chociaż szłam po niego bardzo niepewnie, dlaczego? Noc wcześniej śniły mi się czarne, zaplombowane zęby, które sobie sama wyrywałam. Do tej pory dwa razy miałam takie sny i za każdym razem skończyły się smutno. Niby nie wierzę w takie zjawiska, ale gdzieś w głowie zostaje. I oto po odebraniu wyniku nastąpił klops całkowity.  Białe krwinki jeszcze spadły w stosunku do ostatniego wyniku. Rozkład czerwonych  zły. Rozmaz automatyczny - zły, jedne wartości za duże, drugie za małe. Z dobrych wieści, wartości które miały się podnieść w wyniku zażywania Tardyferonu(żelazo), się podniosły. Żelaza mam już 80 jest to bardzo dobra norma. Czerwone krwinki, hemoglobina i inne osiągnęły normy, minimalne ale zawsze to prawidłowa wartość. W normalnych okolicznościach byłabym uhahana, ale tak nie jest. Martwi mnie pogłębiająca się leukopenia, nie mam w sobie odporności... Jutro, jak wstanę pójdę do lekarza poszukać pocieszenia. Do hematologa dopiero w lutym. Ale.

Coby nie było smutno, znalazłam pocieszenie. Kolega Leszek zakomunikował, że 12 listopada odbywa się wycieczka z PPTK-u. Beskid Śląski i Przełęcz Salmopolska. Oczywiście, że jadę, nawet już zostałam zapisana.

Oddalam się do lodówki, mrozi się tam mój mus jabłkowo-miętowy. Mniam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz