Gdyby mój blog miewał tytuły wpisów, dzisiejszy zatytułowałabym "..., a droga długa jest", ale, że nie ma tytułów to jest zdjęcie ;) Początek dnia był bardzo udany, ponieważ pierwszy raz od tamtego roku, wsiadłam na rower. Powód był banalny, wyprawa mamie po lekarstwa, ale dobre początkowe 5 km, w bardzo szybkim tempie. Chciałam sprawdzić swoją wydolność organizmu i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona. Ścięgno tylko przeszkadzało, ale może w końcu przestanie mi tam zgrzytać i chrobotać. Pogoda do jazdy była odpowiednia, słoneczko, parę stopni na plusie. Zapomniałam tylko zabrać czapki, nie chcę mówić, jaki piekielny ból w uszach czułam, kiedy dojechałam do celu. Wiem Kisiole, że mam krechę za to, ale więcej się to nie powtórzy! Przechodzę aktualnie drobne zakwasy krokowe (kto jeździ, ten wie), ale do jutra myślę przejdzie. Nie mogłam lepiej rozpocząć piątku, cieszę się, że odzyskuję możliwość pasjonowania się jazdą. A, co z bólem pleców w tym czasie? Jest, pozbędę się go dopiero po wyzdrowieniu, przemakam także straszliwie, ale czy to ważne? Nie zwykłam siedzieć i biadolić, jak to czegoś nie mogę. Staram się żyć normalnie, pokazać paskudnej chorobie, że mam ją w nosie, a za niedługo całkowicie się jej pozbędę z czaszki!
Po powrocie do domu, zastałam Amelkę, która bardzo czekała na ciocię, wystarczyło jedno moje słowo, czy idziemy na dwór? Od razu stała przy mnie na baczność. Ubrała się szybko, co zdziwiło pozostałą rodzinę, przecież ona się nie chce ubierać..., chce, wystarczy tylko sobie z nią rozmawiać, motywować, a nie pytać, czy chce się ubrać. Spędziłyśmy na placów zabaw dobre dwie godziny. Na topie była zjeżdżalnia. Amelka poznała kolegę, 2 i pół letniego Tomaszka i razem hasali. Problem był tylko, kiedy trzeba było iść na obiad. Nie obyło się bez płaczu, ale "twardym trza być, nie miętkim", więc nie było ze mną lekko, nie dałam się przebłagać. Wygłodzone dziecko, obiad zjadło w tempie ekspresowym i postanowiłam wziąć ją jeszcze w plener, ku przygodzie :) Przygoda była taka, że padła mi jak zmięta stówka w Lidlu, dobrze że miałam wózek, sen mógł być kontynuowany w przyzwoitych warunkach :)
Jak widać, dzień spędziłam bardzo aktywnie, sama się sobie dziwię, że dałam radę. Teraz cierpię, bo plecy nie są w stanie znieść takiej aktywności, ale myślę, że do jutra będzie lepiej. Oddalam się zatem, odpoczywać.
P.s.
Z MOPS-u nikt nie raczył do mnie zadzwonić, chociaż obiecali. Poczekam jeszcze, ale jak do końca przyszłego tygodnia nic się nie ruszy, osobiście się tam wybiorę.

Polecam, a nawet zalecam (jeżeli mogę...) czapkę z windstoperem w części obwodowej - dobrze chroni uszy, skronie i czoło. A przed jazdą w chłodniejsze lub mroźne dni, dobrze "rozgrzać" szczególnie kolana. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńTaka czapka jest obowiązkiem, nie tylko cyklisty, ale i narciarza, łaziora górskiego... Ja oczywiście wszelakie normalny łamię, bo takowej nie mam. Miałam kiedyś taką opaskę, ale gdzieś się podziała.
OdpowiedzUsuńMiło czytać, że tak aktywnie spędzasz czas. Zakwasy na pewno szybko miną. Mam nadzieję, że MOPS się niedługo odezwie. Pozdrawiam i pamiętam w modlitwie!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cie serdecznie
OdpowiedzUsuńJa tez uwielbiam jazde na rowerze ,ale poczekam na cieplejsze dni,
Jakubie, pozdrawiam również :) Minęły zakwasy, miałeś racje, ale przyszły nowe ;)
OdpowiedzUsuńEwo, na wiatr nie ma co się męczyć na rowerze, masz rację. Niech nastanie ciepło :)