Jestem, w nie najlepszej kondycji psychicznej, ale tak już chyba musi u mnie być. Przeszczep przeżyłam, nie było żadnych niespodzianek, aczkolwiek znowu wróciłam z poparzonym brzuchem, tym razem po drugiej stronie. Oparzenie II stopnia...
Czas leci, i czasami nie zdajemy sobie sprawy, ile może nas kosztować to życie, i jak czasami możemy je zakończyć. Kiedy przyszłam do szpitala ( 30 listopada), była wśród chorych niejaka Jola*, która leżała na oddziale 3 tygodnie. Powodem była duża rana na śródstopiu, która nijak nie chciała się goić. Lekarze walczyli o nią, i udało się, położyli później przeszczep - przyjął się. Było dużo śmiechu, pomimo wielu problemów, była to fajna dziewczyna, z którą utrzymywałam kontakt, która odwiedzała mnie po wyjściu na oddziale, która czasami pozwalała zapomnieć o tym bólu. 31 grudnia, wtedy to po raz ostatni odezwała się. Złożyłyśmy sobie życzenia, miała wpaść w tygodniu, kiedy będzie do kontroli. Nie przyszła. Zadzwoniłam do niej - nie odebrała. Wysłałam sms - nic. Zostawiłam wiadomość na NK - bez odzewu. Zaczęłam się martwić. Po tygodniu pomyślałam, że może wyjechała gdzieś, ale spokoju mi nie dawało to, że po przeszczepie trzeba długo na kontrole chodzić, i ona nie mogła ot tak sobie olać leczenia. Po czasie dowiedziałam się od sióstr, że Jola* miała problemy z alkoholem, że odebrano jej dzieci, że załamało ją to całkowicie, że straciła swój sens. Znowu zaczęłam dzwonić, telefon był głuchy... Wtedy to Jola, wpadła w rytm picia..Minął miesiąc...W piątek mój doktor, robił jej sekcję zwłok, zapiła się na śmierć... Znaleźli ją w domu. Przez cztery dni ciepło zrobiło swoje, lekarz podczas sekcji by jej nie poznał, gdyby nie przeszczep na nodze...Zabiło mnie to, nie mogę w to uwierzyć. Cały czas mam ją przed oczami. Zabrano jej wszystko, ona sama miała nałóg..., ale czemu nikt nie próbował jej pomóc, czemu mi nie powiedziała... Dzieliłam z nią pokój, pomagała mi, a ja nie mogłam pomóc jej... Kolejne istnienie przeminęło... Jaki sens jest walczyć o cokolwiek, jaki...
Czas leci, i czasami nie zdajemy sobie sprawy, ile może nas kosztować to życie, i jak czasami możemy je zakończyć. Kiedy przyszłam do szpitala ( 30 listopada), była wśród chorych niejaka Jola*, która leżała na oddziale 3 tygodnie. Powodem była duża rana na śródstopiu, która nijak nie chciała się goić. Lekarze walczyli o nią, i udało się, położyli później przeszczep - przyjął się. Było dużo śmiechu, pomimo wielu problemów, była to fajna dziewczyna, z którą utrzymywałam kontakt, która odwiedzała mnie po wyjściu na oddziale, która czasami pozwalała zapomnieć o tym bólu. 31 grudnia, wtedy to po raz ostatni odezwała się. Złożyłyśmy sobie życzenia, miała wpaść w tygodniu, kiedy będzie do kontroli. Nie przyszła. Zadzwoniłam do niej - nie odebrała. Wysłałam sms - nic. Zostawiłam wiadomość na NK - bez odzewu. Zaczęłam się martwić. Po tygodniu pomyślałam, że może wyjechała gdzieś, ale spokoju mi nie dawało to, że po przeszczepie trzeba długo na kontrole chodzić, i ona nie mogła ot tak sobie olać leczenia. Po czasie dowiedziałam się od sióstr, że Jola* miała problemy z alkoholem, że odebrano jej dzieci, że załamało ją to całkowicie, że straciła swój sens. Znowu zaczęłam dzwonić, telefon był głuchy... Wtedy to Jola, wpadła w rytm picia..Minął miesiąc...W piątek mój doktor, robił jej sekcję zwłok, zapiła się na śmierć... Znaleźli ją w domu. Przez cztery dni ciepło zrobiło swoje, lekarz podczas sekcji by jej nie poznał, gdyby nie przeszczep na nodze...Zabiło mnie to, nie mogę w to uwierzyć. Cały czas mam ją przed oczami. Zabrano jej wszystko, ona sama miała nałóg..., ale czemu nikt nie próbował jej pomóc, czemu mi nie powiedziała... Dzieliłam z nią pokój, pomagała mi, a ja nie mogłam pomóc jej... Kolejne istnienie przeminęło... Jaki sens jest walczyć o cokolwiek, jaki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz