niedziela, 7 lutego 2010

Sobota przeminęła. Odbiło się to na mnie bardzo, a to za sprawą nadmiaru odwiedzających. Tak, dobrze czytacie. Za dużo ludzi, potrafi zmęczyć człowieka, a jak jeszcze każdy przychodzi z mandarynkami, to już w ogóle klops. I to nie, że " nie lubię" tylko, że staram się ograniczać, bo "pożeram" je z nadmiarem, przypłacając to potem, bólem brzucha i straszną zgagą. Jestem od nich tak uzależniona, że potrafię je łączyć ze wszystkim, i ma to niekoniecznie dobre skutki końcowe..., ale to spostrzegawczy na pewno wiedzą, bo kwestia mandarynkowego pomieszania, żołądkowego, była na blogu przerabiana. Jeden, na pewno wie, bo on chyba wie wszystko ;* W każdym razie, część mandarynek została rozdana, drugą część zjedli goście, a ja skromnie, coby znać umiar, dziabnęłam parę ze statku... Zresztą, w szpitalu tak się przyjęło, że kto przychodzi w odwiedziny,  przynosi jakieś łakocie. Z reguły są to owoce, i słodycze. Na nic słowa, że nie potrzeba, oni i tak swoje..., a przecież w szpitalu wcale  nie ma  się smaku na takie "dobrocie", i to wszystko, albo się marnuje, albo się rozdaje, albo się wyrzuca, bo zdąży zgnić. Witaminki trza jeść, zapewne powiecie, ale prawda jest taka, że mandarynki w poprawieniu wyników wcale nie pomagają, i trza mi się odnałogować od nałogu ;)

Niedziela, prawie niczym nie różni się od soboty, prócz tego, że dopiero znajduje się tu odwiedzających, ale na szczęście, nie u mnie. Ja mam reżim, w sensie katar, kaszel, chrząkanie - precz! Ze względu na obniżoną moją odporność, i dużą ranę, nie mają do mnie wstępu takie osoby, doktor wydał prikaz...,oczywiście pomijam fakt, że on sam, taki właśnie kaszląco-chrząkająco-zakatarzony na porannej wizycie był, kiedy oznajmiał, co następuje w dniu dzisiejszym..., same absurdy na tym oddziale normalnie, ale ja się nie buntuję..., ja jestem grzeczna, a kto nie wierzy, niech uwierzy, Papinki to wzorowe pacjenty są ;) 

W., banany też lubię ;), ale bardziej liczyłam na ten obiad, bo tutaj dzisiaj było licho, i jak szybko przyszło, tak szybko poszło, stare ziemniaki, mięsko po trzecim życiu...itede... ;) Moje filozofowanie czasami jest dziwne, więc zrozumienie tego trochę kosztuje. Hmmm, ale jak się mnie nazwało filozofką, to teraz trza myśleć, co ta filozofka ciekawego wymyśliła, i ewentualnie sprowadzić ją na ziemię, wszak wiadomo, że ona czasami bywa nieodpowiedzialna, i jeszcze parę innych słów można by tu wpisać... ;) Nie każdy potrafi zrozumieć mój skomplikowany przypadek, czytać między tym, co napisane, i słuchać tego wypowiedzianego... , a poza tym, trzeba ćwiczyć umysł ;) Cieszy mnie też to, że dzięki mnie, się uśmiechniesz, bo dawać komuś radość, to jest to, co Papinki lubią najbardziej. Personalnie się odniosłam troszeczkę, ale mogę, bo to mój blog. Howgh! Tylko  nie obrastaj mi tu w piórka, bo jeszcze odfruniesz, i kto będzie ten śnieg odśnieżał, no kto?

Trzecią kawę dzisiaj piję, i normalnie nic się lepiej nie czuję, jakiś parszywy dzień ze stanem podgorączkowym...

A mój brat znowu na nartach..., i o tym fakcie poinformowała mnie Amelka... "Tatuś nalty, nie z Amelką..." Chlipnę sobie dla zasady, chociaż wiem, że w tym roku nie zaznam przyjemności stokowo-wyciągowych...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz