Opuściłam szpitalne włości. Ucieszona ma paszcza, bo o niczym innym nie marzyłam. Obiecywali dwa dni pobytu, a zrobił się tydzień. Nikt z nich nie był nastawiony optymistycznie. Na porannej wizycie usłyszałam, że pewnie za niedługo znowu przyjdę, kazałam ordynatorowi wypluć te słowa, chociaż sama nie jestem pewna tego, co będzie. Poprzednim razem cieszyłam się bardzo, zatraciłam się nawet w tym wszystkim, zapominając, że przecież zawsze może pójść coś nie tak. I poszło, dlatego teraz, nie mówię nic. Dietetyk postanowił za mną tęsknić – no, zawsze to jakaś nowość jest, tym bardziej, że głównie byłam zarazą oddziałową, którą się lubiło, bo nie miało się innego wyjścia. Zawiązałam z nimi specjalną nić, której nijak nie mogę przeciąć. Naprawdę, czułam się tam, jak w drugim domu, nie wiem, czemu nie mogę polubić „być”, kiedy muszę tam przebywać. Te poranne gilgotania po stópkach, które nie posiadają łaskotek, ale które potrafią mnie obudzić, jako że w ostatnim czasie mam duży problem z wstaniem, te szepty do ucha podczas wizyty, które mają mnie rozśmieszyć, i rozśmieszają, sprawiając, że cieszą wszyscy wizytujący. Ech, rodzino, żegnam Was, do niedzieli na pewno, później muszę się pojawić na opatrunku.
Czuć tę wiosnę, moje nozdrza po wyjściu ze szpitala, od razu zawołały o papierosa, tak na świeżym powietrzu, tak w cieple, wśród śpiewu ptaków ( poniosło mnie troszkę;)), WRÓĆ! Tak w cieple, wśród pędzących na sygnale karetek… Mój ostatni papieros, którego tak twardo od wczoraj trzymałam z postanowieniem, że nie zapalę, dopiero po opuszczeniu oddziału, kiedy to przekroczę próg wyjściowych drzwi, które ograniczały moją wolność, i dumnie wyciągnę cienkiego, pachnącego sosną, zatruwacza powietrza. Mój najbardziej smakowity, She! Mój ci on! Mój najlepszy na świecie papieros, został odpalony filtrem, i nici z przyjemności na świeżym powietrzu!
Nie wiem też, jakim sposobem wyniosłam ze sobą dwie zapchane reklamówki, pełny plecak, i obładowaną, tasię – dla niewatejmniczonych, torba zakładana przez ramię, przecież wcale tylu rzeczy nie brałam ze sobą. Jeszcze laptop, ale on nigdy mi ciążył nie będzie.
Powrót do domu, jak dobrze, och, ach, ech… Przywitała mnie Amelia, i nawet na buziaka zasłużyłam. Potem padło pytanie: „Aga, cio, maś dla Amelki…?” Jako, że nie miałam nic, to małą ucieszyła pusta paczka po papierosach. Grunt, żeby coś ofiarować, a bąkowi to i tak różnicy nie robi, ona lubuje się w otwieraniu, i zamykaniu ( i już wiem, czemu dostałam buzi).
Kąpać się nadal nie mogę, i bardzo nad tym ubolewam. Wiem, że są tu tacy, którzy doświadczyli nie używania wody przez czas jakiś, ale z obawy przed wymierzeniem niesprawiedliwej kary, Nickami operować nie będę, dlatego zapytam oficjalnie: Nie wiecie, po jakim czasie brud sam odpada? I to nie jest pytanie z natury podchwytliwe, ani żadne takie: uderzy w stół, a …?
W poniedziałek czeka mnie komisja lekarska… Ciekawe, co „mądre” głowy orzekną…?
Rana boli, i to nawet tak dosyć. Jeszcze się nie może zamknąć, dlatego mam tam wkładane nasączone miksturami gaziki, nie wyobrażajcie sobie nawet, jakie to jest uczucie, lepiej sobie nie psuć dnia.
A teraz, udaję się ratować bezdomne koty. Au Revoir!
piątek, 26 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Podobnie i inaczej :)
OdpowiedzUsuńMoże zadam niestosowne pytanie, ale co to za dziura z gazikami? Co oni Ci biedna kobieto zrobili? Bo się nie orientuję jeszcze ;)
Ci udzielę odpowiedzi.
OdpowiedzUsuńDopadła mnie właśnie jakaś zaraza, i tym sposobem, pozbawili mnie części pleców, które zaopatrzyli przeszczepem skórnym, a teraz skończyłam z kolejną dziurą ( po usunięciu ropnia, wielkości 2 złotówki)- jestem cała pocerowana, ale cóż - nobody is perfect?;)
Mam nadzieję, że przy nie czytasz przy jedzeniu ;)
Witaj Agnieszka!Cieszę się, że w domku jesteś. i mam nadzieję, że juz teraz wszystko będzie się ładnie goić a do szpitala pójdziesz tylko na opatrunek.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie i weekendowo!
Iva, i zapomniałaś dodać. AMEN! :D
OdpowiedzUsuńCzytam :P ale mój ojciec uwielbiał obrzydzać całej rodzinie posiłki opowiadając jakieś świństwa, więc teraz już mnie nic nie rusza ;)
OdpowiedzUsuńPs. Zdrowiej :)
OdpowiedzUsuńW gipsie przy niemożności kąpieli przez 3 tygodnie porobiły mi się odparzenia - no więc jednak brud chyba sam nigdy nie odpada :) Trzeba by sięgnąć do żywotów średniowiecznych ascetów i nowożytnych królów rodem z Wersalu ;)
OdpowiedzUsuńNie brzydzę się. Tak się składa że obserwując jak byłam mała szpital dziecięcy widywałam różne rzeczy, więc opisy fizjologiczno-medyczne nie są mi straszne :) Pozdrawiam i super, że jesteś w domu :)
Zimbabwe, Ty mnie nie strasz ;)
OdpowiedzUsuńNawiasem mówiąc w Wersalu odparzeń chyba nie mieli, ale masa perfum szła ;)
OdpowiedzUsuń