poniedziałek, 30 maja 2011

To już jutro! Ale zleciało. Pamiętam te 25 dni, które pozostały do położenia się na siemianowickiej oparzeniówce i nagle, pstryk - 1 dzień. Wyjeżdżam o godzinie 6:30. Na izbie przyjęć muszę być pomiędzy 8:00 a 8:30, do Siemianowic mam 59 minut, jednak wolę posiadać margines na wypadek jakiś sytuacji, które mogą wyniknąć w trasie, czyli np. lekkie niedomaganie Corsy, chociaż mam nadzieję, że nie zrobi psikusa, ostatnio coś nie chce jeździć na gazie, dławi się, kaszle, biedna..., dlatego wyruszam wcześniej. Tata oczywiście jedzie ze mną, bo ktoś musi autem wrócić. Torba spakowana, reklamówka z prowiantem i taśka z dokumentami przygotowana. Nie wiem, czy mam wszystko, czy jeszcze czegoś nie spakowałam, ale to prędzej czy później wyjdzie, szkoda tylko, że nie będzie możliwości dowiezienia. O brak dostępu do internetu też się zatroszczyłam. Wykupiłam pakiet 100 MB i moim mini centrum dowodzenia na czas szpitala będzie xperia mini 10 pro. Mam też super książkę o uciekającej Muzułmance z dziećmi przed swoim mężem, myślę że mnie wciągnie, no i Bikeboard od Kisiołka. Zgadnijcie, co przeczytam pierwsze? Brawo... Przez cały ten czas starałam się nie myśleć, ale kurczę - cholernie będę tęsknić za tym, co tak bardzo uwielbiam, za Kisiołkiem, i wszystkimi trasami, i jeszcze za Wesołym Teamem, z którym każdy wyjazd jest dla mnie przyjemnością. Już mi tego brakuje, a jak sobie jeszcze pomyślę, że mam szlaban na minimum miesiąc, to płakać mi się chce. Ba, nawet nie, że chce, ja się z tego powodu popłakałam, bo to tak, jakby mi ktoś zabronił oddychać, a przecież za jakiś czas wrócę na bicykla..., żal tylko tracić tego, co mnie ominie, jak mnie nie będzie. Wiem, muszę myśleć w kierunku, co mnie czeka, jak wyzdrowieję... Już mi się buzia uśmiecha na samą myśl. W końcu zdrowa, bez opatrunków, bez myślenia, wolność, beztroska i radość z życia!!! Uch!

Jak widać, ostatnie dni były dla mnie świetne. Wyprawy rowerowe, dużo śmiechu, przyjemne zmęczenie. Tak, to ja - Zuska, Salanee. Siły posiadam! Wczoraj byliśmy z Kisiołkiem to tu, to tam, zrobiliśmy 52 km, zgubiliśmy się też, żeby później odnaleźć drogę. Wpadliśmy w ślepą uliczkę, ale wypadliśmy z niej równie szybko ;) Most i tory nie były dla nas żadną przeszkodą. Pedałować lubimy, niekoniecznie po terenach prostych. No dobra, po torach się nie da pedałować, ale iść tak i my szliśmy! Nie nasza wina, że nam zlikwidowali most do przejechania! To lubię - nieznane miejsca, dookoła cisza, las, zapach natury, która przyciąga mnie jak tylko może. Właściwie to ja powinnam mieszkać gdzieś w miejscu mało obleganym przez ludzi. Jakieś górskie pustkowie z trasami rowerowymi - o! Se marzę, bo se mogę ;) Ja nie wiem, co moich rodziców przywiało z Bieszczad do miasta. Urgh! Chociaż z drugiej strony, to nie poznałabym moich przyjaciół - ludzi, z którymi spędzanie czasu jest czymś bezcennym... Warto dbać! No, dobra. Późno się zrobiło, przydałoby się zapukać do Morfeusza, bo jutro zbliża się wielkimi krokami, a ja powinnam być wypoczęta. Tia. Na pewno uda mi się zasnąć, na pewno..., Salanee smutnieje... Peace ;)
Marzenia..., to odpoczynek od słów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz