Późna pora, to znaczy, jak dla mnie, jeżeli chodzi o siedzenie przy komputerze. Zwykle o tej porze, zamykam już oczka i zasypiam kamiennym snem. Dzisiaj jest inaczej, rozstrojony wieczór, czyli wyjazd do marketu sprawił, że nie chce mi się spać, więc postanowiłam poszukać snu tutaj - na blogu, mym blogu. U Was też byłam, niekoniecznie zostawiłam po sobie ślad w formie pisanej, bo wyznaję zasadę, że jeżeli nie mam nic do napisania - nie piszę, ale nie oznacza to, że nie wchodzę do waszych bezpiecznych przystani, bo wchodzę - lubię zaglądać, podglądać, lubię być. Ostatnio niezbyt często, bo komputer nie jest dla mnie najważniejszy, ale jestem i zawsze będę. Łoj, włączyło mi się jakieś rozczulenie, zmiana stylu? Nie, po prostu potrzeba płynąca z serca. Dawno nie było nic osobistego, to akurat dzisiaj niech się popełni. Muzyka mnie do tego nastraja i zgaszone światło, i jeszcze tląca się nieśmiało świeca, raz po raz kołysząca się na skutek lekkich podmuchów wiaterku, który zamieszkał sobie w mym pokoju. Zapach zielonej herbatki też jest, zawsze kończę w taki sposób dzień. Robię przy niej bilans zysków i strat. Jak było dzisiaj? Bilans w równowadze. Ubolewam, że nie mogłam pobyć aktywną, ale jutro myślę, nadrobię. Brakuje jazdy na rowerze, to tak, jakby mi ktoś zabronił oddychać - nie wiem, czy to forma uzależnienia jest? Chyba. Gdyby ludzie mieli takie nałogi, świat byłby lepszy. Adrenalina napędzałaby mięśnie, a te pracując dostarczałyby do organizmu dużo dobrego. Czy ktoś by na tym ucierpiał? Zdecydowanie nie. Szkoda, że to nigdy się nie spełni. Wszystko mi się przekłada na nałóg papierosowy jakoś. Może dlatego, że non stop się zastanawiam, jak mogłam tyle lat palić, jak mogłam ładować w siebie te substancje smoliste, te wszystkie ustrojstwa, które dawały mi rzekomą przyjemność, a tak naprawdę sprawiały, że śmierdziałam na kilometr...? Czuję teraz każdy dym, każdego palacza, to naprawdę jest tragedia. Palacze - cuchniecie straszliwie, wiecie o tym? Pewnie wiecie, ale nie czujecie. Też tak miałam... a wystarczą Tabexy, silna wola i chęć! Oczywiście, że mnie ciągnie do papierosów, bo przecież paliłam, bo lubiłam. Nie ukrywam, że czasami mi brakuje papierosa, ale wiem też, że nie zapalę, że nie zmarnuję tego czasu, tych 8 miesięcy. Czułabym się podle, tak jakbym zdradziła samą siebie, a to nie dałoby mi żyć...
7 dni. Zostało mi się 7 dni - to tak, jak w filmie The Ring - "You will die in seven days"..., z tą małą różnicą, że ja nie obejrzałam żadnej taśmy, i do mnie nie przemawia głos, że umrę, tylko położę się w szpitalu. Boję się, nie chcę i w ogóle, ale jak wiecie, to coś normalnego u mnie, więc kto by się tym przejmował. Oczywiście, prócz mnie. Żeby ta operacja była już za mną, żeby przestawało boleć, żeby moje życie wróciło do normy, żebym powoli mogła zapominać o opatrunkach..., niech się spełni!
Powolutku sen zaczyna przychodzić. Moje powieki działają na spowolnionych obrotach, co objawia się powolnym mruganiem. Morfeusz wzywa. W końcu, czekałam na niego tyle czasu. Muzyka relaksacyjna, którą takoż uwielbiam zrobiła swoje. Kto nie może zasnąć, polecam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz