Od rana, jakaś jedna wielka masakra. W korku do szpitala stałam 40 minut, gdzie normalnie tę odległość pokonuję w 10. Miejsca do parkowania też nie mogłam znaleźć, udało mi się jednak wcisnąć w dziurę pomiędzy autami, gdzie dla innych było to chyba a wykonalne. Ledwo w sumie wysiadłam, ale dałam radę? Dałam :D Przez to wszystko, nie zdążyłam na 10, ale pod gabinetem okazało się, iż lekarz przyjmuje od 9, i trzeba czekać, zanim zmienią opatrunek. O ironio! O 11, opuściłam teren szpitala, chciałam jechać do ZUS-u, zrobić zadymę, bo gdzie są moje pieniądze! Wszystko pięknie, ładnie, poszłam po auto, okazało się, że ktoś chciał być sprytniejszy ode mnie, i tak mnie zastawił, że nie wyjadę! W głowie kłębiły się myśli, no zabiję tego gościa, jak tu tylko przyjdzie, ale mu nagadam, co on sobie myśli, jak tak można zastawiać ludzi, a jakbym zostawiła w domu włączone żelazko? ( musiałam wprowadzić trochę dramatyzmu) 10 minut minęło, zdążyłam wyczyścić szyby, wdepnąć w wielką kałużę,której dziwnym trafem nie zauważyłam, aż w końcu nadszedł: "bardzo panią przepraszam, ale nigdzie nie było miejsca i plepleple..." mój bulwers skończył się na odpowiedzi"... ależ nic się nie stało, naprawdę ..." tia, kolejne założenie wzięło w łeb, gdzie się podziała moja konsekwencja. No nic, ruszyłam do ZUS-u myśląc sobie, że już chyba nic gorszego mnie nie spotka. Już na wejściu załamanie, kolejka, jednak to było niczym, ta kolejka była do pustego okienka. Nagle stuka mnie jakaś męska dłoń, się obracam, a jakiś mężczyzna do mnie: "coś pani z tyłu wypadło". He? ,że o co chodzi? Obracam się... no cholera!!! Opatrunek zrobiony przez siostrę szlag trafił! Kolejny raz, po co robić coś dokładnie, jak to tylko dziura w plecach jest, olać, prawie nie używać plastra, przecież na plecach nic się nikomu nie odkleja, jeszcze jak wszystko pomoczone...Najgorsze, że ten koleś sobie pewnie pomyślał, że Bóg wie co ja pod kurtką noszę, uruchomcie wyobraźnię... No, ale wracając do rzeczy najważniejszej, stałam 20 minut, zanim łaskawa pani przyszła z rzekomego zebrania... Wiadomo, ludzie gadają, a więc dowiedziałam się, że to nie jest pierwszy raz, kiedy ta pani nie znajduje się na swoim miejscu pracy.. Po kolejnych 15 minutach nastała moja kolej. Pytam grzecznie o zasiłek chorobowy, a kobieta do mnie, że to obowiązek pracodawcy interesować się tym, a nie mój! No, żesz w mordę jeża, nie powie mi? Po tym wszystkim,co ja dzisiaj przeszłam? Odpowiedziałam tylko tyle, "proszę pani, ja chcę tylko moje pieniądze, których nie wypłacacie mi od sierpnia, nie interesują mnie obowiązki pracodawcy, bo najzwyczajniej w świecie nim nie jestem, poza tym, pracodawcą jest mój brat ! Może mi pani łaskawie powiedzieć, kiedy je otrzymam, bo chyba mam takie prawo, jako że chodzi o mnie?" Pani strzeliła focha ( ja mogłam strzelić z przytupem), i na klawiaturze, jednym paluszkiem zaczęła wystukiwać moje nazwisko i imię...No, tego było już za wiele. Urzędniczka, gdzie jej praca to komputer, nie potrafi biegle na klawiaturze pisać! Zatrudnijcie młodych, nie będziecie mieli problemów!!! (oczywiście, nie zakładam opcji, że ona zrobiła to specjalnie) Po 7 minutach wystukiwania, szukania, EUREKA! Pieniądze wyjdą od nich 5 listopada. Podziękowałam kobiecie, ale nie byłabym sobą, gdybym się nie odgryzła za wyrządzone zło. Zadałam jej pytanie: "nie bolało, prawda?" Pani jednak nie zrozumiała aluzji. Zrozumieli inni stojący, kolejna EUREKA ! Ludzie, jednak mają poczucie humoru.
Znerwicowana, ale szczęśliwa ruszyłam ku domowi... Dojechałam do mostu, i zonk! Korek, na samym środku zepsuła się koparka... Myśli w tym momencie 524., z czego jedna z nich, to niech mnie ktoś przytuliiii :( Na szczęście, po 10 minutach ruszyłam, i szczęśliwie dojechałam do domu, i nawet miejsce parkingowe pod blokiem było. W domu zmiana opatrunku, i praca, którą mi wczoraj dostarczono. Kocham papierki... ech. Jeszcze między czasie, dostałam z sieci zimny prysznic na głowę, ale chyba mi się należał. Się poprawię, nie lubię jak się ktoś przeze mnie smuci.
Znerwicowana, ale szczęśliwa ruszyłam ku domowi... Dojechałam do mostu, i zonk! Korek, na samym środku zepsuła się koparka... Myśli w tym momencie 524., z czego jedna z nich, to niech mnie ktoś przytuliiii :( Na szczęście, po 10 minutach ruszyłam, i szczęśliwie dojechałam do domu, i nawet miejsce parkingowe pod blokiem było. W domu zmiana opatrunku, i praca, którą mi wczoraj dostarczono. Kocham papierki... ech. Jeszcze między czasie, dostałam z sieci zimny prysznic na głowę, ale chyba mi się należał. Się poprawię, nie lubię jak się ktoś przeze mnie smuci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz