Dzisiaj mija rok, jak spakowaliśmy z chłopakami swoje rzeczy, i spragnieni połonin wyruszyliśmy na podbój Bieszczad. Dla mnie było to dosyć szczególne, gdyż ostatni raz odwiedziłam tamte tereny, gdy umarła moja babcia, czyli jakieś 3 lata temu ( cała rodzina mieszka w Bieszczadach, a człowiek nie ma czasu do nich zaglądnąć) Pojechaliśmy zupełnie w ciemno, nie wiedząc, czy uda nam się znaleźć nocleg, czy nie, niemniej jednak tym nie przejmowaliśmy się w cale, byliśmy spragnieni psychicznego wypoczynku od tego całego zgiełku, który na tamten czas wystąpił. Dotarliśmy do Polańczyka, i tam postanowiliśmy na pierwszą noc złożyć skrzydła. Szukanie noclegu nie sprawiło żadnej trudności, i już dwie godziny po zakwaterowaniu, ruszyliśmy celem znalezienia jakiegoś lokalu, coby należycie wypić piwko. Przy klimatach stricte góralskich, wlewaliśmy w siebie napój bogów. Jednak zmęczenie dało nam o sobie znać, szybko poszliśmy spać, gdyż w dniu następnym jechaliśmy dalej, więc człowiek, a szczególnie kierowca musiał być wypoczęty. Punkt 9 wyjazd, zahaczyliśmy o Zaporę na Solinie, gdzie o mały włos nie doszłoby do rękoczynów pomiędzy mną a młodą kioskarką, która doadywała moim kompanom debatującym nad długością, i wielkością zapory. Dziewczyna nie wiedziała, że ja jestem z chłopakami, i do koleżanki mówiła, co sądzi o nich, jako turystach, i jakie to są głupki... No, tego nie wytrzymałam :) Zostałam zabrana z miejsca zdarzenia, i całe szczęście, bo jedno słowo z jej strony więcej, a nie wytrzymałabym. Każdy turysta nie wyjedzie bez pamiątek, a więc i my nie różniliśmy się zbytnio od innych. Z wielkim plakatem i Teodorem ( stworzenie nieznanego pochodzenia z widłami i kubłem) zapakowałam się do samochodu, i pojechaliśmy dalej. Odwiedziłam grób babci, i dwóch dziadków. Kres podróży nastąpił w Cisnej. Z noclegiem nie było problemu, dopadł nas starszy pan, i okazjonalną ceną skusił, do zatrzymania się u niego. Spędziliśmy tam całe 3 dni ( wbrew pozorom, to jest długo) . Była Połonina Wetlińska, była Siekierezada, gdzie spędzaliśmy każdy wieczór, i część nocy, pojąc się piwem, pomiędzy siekierami wbitymi w stół . Poznaliśmy typowych zakapiorów bieszczadzkich, nawet piliśmy z nimi piwo, co nie skończyło się dla niektórych dobrze ... Raz nawet zgubiliśmy drogę do pensjonatu, to znaczy Kisioł zgubił, bo dostał chwilowego zaćmienia umysłu...Tego nie da opisać słowami, tam po prostu trzeba być, i to przeżyć...Wszystko, co dobre, szybko się kończy, pozostały mi wspomnienia, ale jeszcze kiedyś powrócę do Cisnej ... zostawiłam tam swoje klapki!



Kiedyś wreszcie będzie lepiej! Na pewno! Tymczasem :*
OdpowiedzUsuńMusi być :)
OdpowiedzUsuń