wtorek, 9 sierpnia 2011

Minął kolejny dzień. Ja go przeżyłam. Kogoś nie ma już na świecie, a ktoś  właśnie się narodził...

Ranek wysłał mnie na rower. Chciałam się troszkę zmęczyć, ale nie sądziłam, że zmęczę się aż tak bardzo. Powodem był wiatr. Pieron jeden tak dawał popalić, że zjazd z górki nie powodował żadnych prędkości, wręcz trzeba było kręcić, aby zjechać. Prędkość 20 km/h, gdzie w normalnych warunkach wyniosłaby ponad 35 km/h. Jak na ironię, wybrałam sobie jeszcze trasę podjazdową, dla mnie takie obciążenie jest najlepsze, ale znowu nie jestem masochistką, bez wiatru czuję opór, a co dopiero z wiatrem. Gdybym się uparła, pojechałabym dalej, ale... telefon, który otrzymałam zmienił wszystko i sprawił, że poczułam się tak potwornie źle, że po policzku pociekła łza, że nagła obawa o życie, albo utratę kogoś bliskiego, przelała czarę i odechciało mi się jeździć, zapragnęłam być w domu - natychmiast. Problemem tylko było to, że znajdowałam się daleko od domu..., a co się stało? Telefon oznajmił, że ktoś nie żyje. Ten ktoś miał 28 lat. Zawsze palił na balkonie, dużo palił. Chodził przy tym tam i z powrotem. Było to dziwne i zawsze mnie to zastanawiało. Czasami palił z nim tata. Znałam go - Michała, bo tak miał na imię. Znaleźli go w aucie - nieżywego. Podobno przedawkowanie leków, które zażywał. Leczył się psychiatrycznie. Błędy młodości, w której wpadł w narkotyki. Byliśmy na "cześć"... Już go nie ma, dzisiaj tata na balkonie siedział sam, a Michał już nigdy nie stanie obok niego...  W takich chwilach dociera do mnie, jak kruche jest to życie, jak czasami nie zdajemy sobie sprawy, że jeden moment może sprawić, że nas - mnie już tu nie będzie i pozostawię po sobie smutek, żal i garść wspomnień... Często ryzykuję, bo sama jazda na rowerze to ryzyko, jestem użytkownikiem także głównych dróg, a jak wiadomo nie wszystkie samochody jeżdżą zgodnie z przepisami, ile razy pojazd był o wiele za blisko roweru, niż być powinien... Wystarczy przebicie opony, czy nie wiem wjechanie w dziurę, w której straci się panowanie nad kierownicą i po sprawie..., bo nie ma szans, aby przeżyć przy takim uderzeniu. Wiem, popadam w skrajności, ale takie rzeczy dochodzą do mnie, kiedy wokół stanie się coś niedobrego... 

Żeby jednak nie było tak smutno, to narodziło się dzisiaj  także nowe życie. Moja koleżanka została mamą. A żeby jeszcze było ciekawiej, jej synek urodził się w jej urodziny! Prezent idealny!!!

Popołudnie spędziłam z Kisiołkiem, p. Jackiem i innymi u Lali. Pośmiałam się, po części zapomniałam. Teraz przyszła noc, a ja znów ukradkiem spoglądam na balkon Michała  z nadzieją, że może zobaczę go palącego na balkonie... Ech. Czasami nie rozumiem, czasami nie mogę się pogodzić...

Dobranoc.

2 komentarze: