Porno i duszno! Taka wymarzona końcówka sierpnia. Mimo iż większości ludzi aura nie odpowiada, to ja się cieszę, bo mogę wykorzystać wolny czas jeżdżąc. Nie miałam możliwości przez 3 dni, to jest bardzo dużo i więcej się nie godzi! Naprawione koło sprawuje się świetnie, rower płynie po drodze (dosłownie), a ja nie obawiam się już, że coś strzeli. Hamulce też ustawiłam, i w końcu przestały wydawać skrzeczące dźwięki (przed naprawą miałam problem i z nimi), hamowanie prawidłowe. Się człowiek wdraża w technikę ustawień. O ile wcześniej nie miałam do siebie zaufania pod względem montowania, teraz się to zmieniło. Trzeba wierzyć we własne możliwości - już wierzę. Dzisiejsza trasa była przyjemna pod względem wysiłkowym. 42 km w 2 godzinki. Wcale nie odczułam tych kilometrów, no może pod względem fizjologicznym, bo parę razy pogoniło mnie w krzaczki, ale..., jak się pije to się i sika, a dzisiaj organizm tracił wodę bardzo szybko. Zwiedziłam okoliczne wioski, a uwieńczenie znalazłam na ryneczku w Wilamowicach. Sama, bo sama, ale też było przyjemnie. W drodze powrotnej przywitał mnie deszcz, któremu zachciało się padać mimo świecącego słońca. Przyjemnie się tak pedałowało, dopóki przejeżdżający TIR nie spowodował, że czar prysł! Jego prędkość + mokre koła + powiew wiatru = TRAGEDIA! Tak mnie opryskał, że wyglądałam jak kolarz po jakimś trudnym etapie błotnym w górach. No masakra! Nawet w buzi miałam błoto, o wyglądzie nóg, rąk i ubrania już nie wspomnę! A rower? Ten to dopiero był biedny. Zaklęłam w duchu, bo przecież człowiek nie musiał tak szybko jechać, a potem mi przeszło, nawet się pod nosem uśmiechnęłam, bo przez tyle lat jeżdżenia nie byłam tak brudna, jak dziś ;) Gdy skręciłam w okolice Oświęcimia się zdziwiłam, bo tam nie spadła ani kropla deszczu. Ludzie tyko jakoś tak na mnie dziwnie patrzyli, bo cała pochlapana, a przecież nie miałam prawa być, skoro nie ma błota. Ich logika ;) Bywa. Nie lubię być brudna, ale ten sport czasami do tego zmusza, nawet jeżeli nie jest to zmaganie błotne, tylko nierozważny kierowca, dobrze że mnie z drogi nie zmiotło przy okazji ;) Jutro też pojadę, jak nic nie wypadnie. Tak mnie ciągnie w okolice gór, niewykluczone, że odwiedzę Porąbkę i Kozubnik. Zabezpieczę się jednak - wezmę kurtkę do plecaka (dzisiaj nie miałam), na wypadek, gdyby jakiś deszcz chciał mi przeszkodzić lub TIR, no chyba, że będzie walić piorunami - samobójcą nie jestem i nie pojadę :)
Czeka mnie jeszcze wizyta u lekarza rodzinnego - planuję iść też jutro, ale z rana. Chciałam poczekać, aż skończę brać żelazo, ale chyba nie powinnam. Dlatego idę. Powodem są węzły chłonne. Mam je bardzo powiększone w okolicach pachwin. Widać nawet gołym okiem. Jest ich kilka z jednej strony i kilka z drugiej. Wielkości różne, ale największy ma gdzieś z 4-6 cm. Takie jakby skupiska, nie bolą, przesuwają się tylko. Mama mnie wystraszyła, że tak nie powinno być. Do tego te złe wyniki krwi... No nic, na zapas się martwić nie będę. Wiem jedno, nie potrzeba mi żadnych nowych chorób. A może lepiej nie iść? Takie myśli też przychodzą, strach jednak nie jest dobrym przewodnikiem... Pociesza mnie tylko jedno - gdyby coś tam się we mnie działo, nie miałabym siły na nic, prawda?
Dobranoc.

Może po prostu walczysz z jakąś infekcją albo ciężką alergią? Czasem trudno odróżnić te rzeczy.
OdpowiedzUsuńA moja Berta też była chora, z tego upału i wilgoci masa zarazków się wylęga i złapała psiego rotawirusa. Jutro idziemy na ostatni zastrzyk, na szczęście już jest o wiele lepiej. Pozdrawiam i zdrowia życzę!
Kurczę, to biedna psinka. Moja Sonia, jak na śmietnikowca przystało się trzyma i nic jej nie jest tfu, tfu, tfu :)Przychodzi wieczór, a ona już na straży u mnie w pokoju, robi maślane oczka licząc, że dam jej zjeść jakąś dobroć :) A ja, durna pańcia jej daję ;)
OdpowiedzUsuńZim, oby tak było z tymi węzłami, tylko że nic mi nie ma, a już w Siemianowicach, gdy mnie przyjmowali do szpitala, lekarz badając mnie powiedział, że mam powiększone węzły w pachwinach, żebym to sobie zbadała... O ile wtedy mogłam powiększenie tłumaczyć chorobą, o tyle teraz jestem już zagojona całkowicie. A węzły urosły od tamtego momentu. Generalnie to odrzucam myśli o tych węzłach, tylko mama mi nie daje spokoju. Stresuje, straszy, bo sąsiadka miała ziarnicę złośliwą, to ja też będę mieć... I to najgorsze takie gadanie, jakby mi chciała wykrakać, a ja się dobrze czuję, na pewno nie na raka :)
Kiedyś, jako dziecięca alergiczka stopnia paskudnego, miałam też powiększone węzły cały czas, tyle że na szyi. Potem (mimo że alergię mam nadal, ale nie w takim stopniu jak kiedyś, no i teraz to się leczy :) ) jakoś już nie miałam problemów z węzłami, poza zakażeniami. Ale lepiej u Ciebie to jednak zbadać, bo może okazać się że rzeczywiście to nic albo przynajmniej nic poważnego, a nawet jak wyjdzie jakieś dziadostwo, to zawsze jest szansa na wyleczenie w mniejszym lub większym stopniu.
OdpowiedzUsuńZim, dzień drugi i nie poszłam do lekarza. Tak to już ze mną jest, że mam awers do fartuchów i odwlekam... Z torbielą też tak było. Ona wcześniej mi dawała o sobie znać, a ja to bagatelizowałam, do czasu... Kurczę, w przyszłym tygodniu pójdę już na bank!
OdpowiedzUsuńAlergia to paskudztwo. A powiedz mi Zim, czy jak się jest alergikiem to można spożywać duże ilości cukru? Wpływa to jakoś na uczulenie?
Nic mi o tym nie wiadomo, ale ja wcinałam słodycze (i nadal wcinam :) ) ile wlezie i jakoś nie zauważyłam żadnego wpływu :) No ale nie wiem, lekarzem ani naukowcem nie jestem. Pewnie też zależy od tego jakiego cukru, z tego co się orientuję to najgorsze są te syntetyczne słodziki. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń